Co wiemy po szczycie w Helsinkach? „Kształtowanie się nowej osi geopolitycznej”


Szczytu w Helsinkach nie możemy rozpatrywać w kategoriach czysto sportowych – na zasadzie kto wygrał. To zbyt duże uproszczenie. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że więcej uzyskał Putin, ale czy na pewno?

Rosjanie bez wątpienia odrobili lekcje. Doskonale podeszli prezydenta Trumpa i nie musieli w tym zakresie korzystać z jakichś szczególnych umiejętności wywiadowczych. Dlaczego? Bo sam Prezydent Trump dostarcza każdego dnia sporej dawki cennego pod kątem analizy materiału. Wystarczy śledzić Twittera, aby wiedzieć z czym zmaga się intelektualnie prezydent USA.

Rosjanie byli być może bardziej świadomi niż sam Trump, zdając sobie sprawę z jego trudnego położenia w ramach polityki wewnętrznej, postawili więc na nić porozumienia i wywołanie wrażenia „męskiej przyjaźni”. Zwróciłbym w tym kontekście uwagę na nieprzypadkowe słowa Siergieja Ławrowa, szefa rosyjskiej dyplomacji, który wprost sugerował, że być może w niedługim czasie obydwaj prezydenci zaprzyjaźnią się ze sobą. Był to strzał w dziesiątkę. Nie jest bowiem tajemnicą, że Donaldowi Trumpowi, od dawna imponował Putin i sugerowana szansa na obustronne zbliżenie wydaje się bardzo kusząca, nawet za cenę pogorszenia relacji z sojusznikami. Oczywiście pozostaje pytanie na ile będzie to trwały proces bo Trump nie jest szczególnie wytrwały jeśli chodzi o relacje interpersonalne.

Moim zdaniem Trump wciąż nie wyszedł jeszcze z roli biznesmena. Swoje sojusze zawiera ad hoc, niekoniecznie patrząc przez pryzmat jedynie celów politycznych. Ba, wydaje się, że te są dla niego w jakiejś mierze drugoplanowe, co jest oczywiście przyczyną niezrozumienia po stronie waszyngtońskiego establishmentu.

Obserwując jednak działania Białego Domu jestem sobie w stanie wyobrazić zupełnie nową oś porozumienia światowych przywódców gdzie z jednej strony mielibyśmy USA i Rosję, z drugiej zaś Chiny. Cała reszta znalazłaby się zaś na marginesie amerykańskiej polityki.

Amerykanie niemalże wprost zgodzili się na przeprowadzenie projektu Nord Stream 2, choć jeszcze kilka tygodni temu Biały Dom sugerował coś zupełnie odwrotnego.

Czy deal w Helsinkach ma polegać na tym, że Rosja otrzyma szerszy dostęp do europejskiego rynku gazu, kosztem swoich relacji energetycznych z Pekinem? Click To Tweet

Na pierwszy rzut oka taki układ jest szkodliwy z ekonomicznego i politycznego puntu widzenia. Rosjanie, dostarczając gaz gazociągami do Niemiec są w stanie tak kształtować cenę surowca, że amerykańska oferta LNG okaże się mało atrakcyjna. To prawda, ale nie jest wykluczone, że przywódcy dokonali w tym zakresie takiego porozumienia, które zakłada jakichś podział rynku i przyszłą koordynację działań. Także w sprawie kształtowania polityki cenowej, czemu dali wyraz podczas wspólnej konferencji prasowej. Sugestia była dość jasna – obydwa państwa powinny wykorzystać swoją pozycję w dziedzinie ropy i gazu do próby zbudowania nowej jakości rynkowej.

Z punktu widzenia Waszyngtonu istotniejsze od gazowych interesów z Europą wydaje się ekonomiczne uderzenie, a w konsekwencji poważne osłabienie Chin. Co już się dzieje. Kilka tygodni wojny handlowej wystarczyło aby chińskie indeksy straciły sporo na wartości zaś Juan osłabił się w stosunku do USD, do poziomu 6.80 (dokładnie sprzed roku). Warto jednak zwrócić szczególną uwagę na kursy metali, w tym miedzi, której notowania spadły o 19%, a więc znajdują się na granicy bessy. Chińskie władze zdają sobie sprawę, że mają ograniczone możliwości odpowiedzi na amerykańskie ciosy, a tamtejsze służby poważnie obawiają się o stan gospodarki Państwa Środka.

Moim zdaniem Amerykanom będzie zależało, aby uderzyć również we współpracę energetyczną Chin i Rosji. Dla Moskwy to kusząca oferta bo rynek europejski jest jednak znacznie atrakcyjniejszy w tym sensie, że jest bardziej przewidywalny, nawet w fazie recesji, czego nie można powiedzieć o Chinach. USA jasno definiują dziś Chiny jako główny problem dla administracji w Waszyngtonie. Widać to choćby po decyzjach kadrowych. Sekretarz Stanu, były szef CIA podziela poglądy Trumpa. Ochłodzenie relacji z UE też pokazuje, że priorytety administracji Trumpa zlokalizowane są na wschodzie, tym bliskim i dalekim.

Waszyngton jest w stanie zaakceptować rosyjską obecność wojskową w Syrii, pod warunkiem, poprawienia komfortu Izraela. To oznacza, że Moskwa musiałaby przekonać Teheran do ograniczenia do minimum aktywności w Syrii oraz uregulowania działalności Hezbollahu w Libanie (jedynie w aspekcie izraelskim). To oczywiście bardzo skomplikowana układanka, bo w zamian za ustępstwa w Syrii, Teheran chciałby otrzymać od Kremla, w dłuższym terminie, jakąś formę gwarancji, pomocy lub wręcz pośrednictwa w rozmowach z USA na temat układu jądrowego i sankcji…

A co z UE? Europa stanowi najwyraźniej ledwie margines w politycznych kalkulacjach Trumpa, który określił Unię mianem wroga USA. Click To Tweet

Zresztą Waszyngton dysponuje bardzo groźnym narzędziem dyscyplinującym w relacjach z europejskimi liderami politycznymi. Jednym z nich są wyższe cła na samochody produkowane w Niemczech. USA są dziś ich głównym odbiorcą. Uderzenie w przemysł samochodowy natychmiast odbiłoby się rykoszetem na pozostałych gałęziach gospodarki, wpływając pośrednio także w polskie interesy ekonomiczne. Widać to również po notowaniach indeksu DAX, który znacznie bardziej reaguje na kolejne informacje o wojnie handlowej z Chinami niż pozostałe europejskie indeksy. Niemcy są więc paradoksalnie najsłabszym ogniwem układanki i tu zapewne uderzy Trump, jeżeli będzie chciał wywrzeć odpowiednią presję na nieco zdezorientowaną Europę. Wielka Brytania pochłonięta jest bowiem rozwodem z UE, a Paryż próbuje się na własną rękę nieformalnie komunikować z Moskwą.

W tym kontekście dość niepokojąco kształtuje się sytuacja Ukrainy. Jeżeli rzeczywiście Trump zgodził się rozważyć (jak twierdzi Bloomberg) w najbliższej przyszłości możliwość przeprowadzenia referendów w separatystycznych republikach: Donieckiej i Ługańskiej to dla Kijowa oznaczałoby, że został sam na sam w konfrontacji z Rosją. W kuluarach szczytu pojawiły się również niepotwierdzone informacje, że w zamian za zgodę na referenda, Rosja zobowiązałaby się do powstrzymania dalszej agresji przeciwko Ukrainie. To marne pocieszenie bo de facto oznaczałoby z jednej strony usankcjonowanie „rozbioru” Ukrainy, a z drugiej otwierało dyskusję o ograniczeniu sankcji przeciwko Rosji.

Na ile Putin rzeczywiście może zaufać Trumpowi w dłuższej perspektywie?

Kreml nie może pozwolić sobie na komfort zaufania, dlatego konsekwentnie stosować będzie obok dialogu, politykę kontrolowanych przecieków. Mam wrażenie, że Rosjanie konsekwentnie realizują scenariusz, w którym jednocześnie próbują wyalienować Trumpa – przede wszystkim w USA i wytworzyć wrażenie, że tylko Putin jest jego prawdziwym partnerem i przyjacielem. Stąd tak zdecydowana obrona amerykańskiego prezydenta
w rosyjskich mediach. Antagonizowanie zaplecza politycznego Trumpa ma głęboki sens w myśl starej jak świat zasady: inspiracja jest najtańszą, ale i bardzo skuteczną formą wywiadu.

Na wyciągnięcie ostatecznych wniosków przyjdzie nam jeszcze poczekać, ale już sam fakt zaproszenia Putina do odwiedzenia Waszyngtonu jeszcze w tym roku pokazuje, że tempo, jak na politykę zagraniczną, jest znaczne, aby nie powiedzieć szalone.

Fot. kremlin.ru

Maciej Sankowski

Maciej Sankowski

Redaktor naczelny portalu O służbach. Ekspert ds. służb specjalnych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *