Oskarżony o szpiegostwo Mateusz P. interesował się ustawą IPN, która wywołała napięcia z Izraelem i USA

 

Proces oskarżonego o szpiegostwo Mateusza P. będzie zapewne uważnie obserwowany i analizowany przez większość służb specjalnych, i tych na wschodzie i tych po przeciwnej stronie barykady. I bynajmniej nie o osobę oskarżonego tu chodzi.

Kluczowym elementem procesu oskarżonego o szpiegostwo na rzecz Rosji i Chin Mateusza P. będzie sposób prezentacji zebranego przez służby materiału dowodowego. Już dziś możemy domniemywać, że sprawa będzie miała w dużej mierze charakter poszlakowy. Przełożenie ustaleń śledczych na materiał procesowy będzie więc niezwykle trudne. A co to konkretnie oznacza?

Charakter działalności oskarżonego sprawił, że wywiad rosyjski mógł znacznie zniwelować ryzyka związane z działalnością Mateusza P. na terenie Polski. W jaki sposób? Otóż szpiedzy najczęściej wpadają korzystając ze specjalnej, dedykowanej łączności, za pomocą której przekazują swoje ustalenia mocodawcom. Przy okazji jest to zwykle mocny, trudny do podważenia dowód. Materiałem uzupełniającym bywa też historia spotkań z oficerami wywiadu działającymi pod przykryciem dyplomatycznym. W tym przypadku było inaczej. Pozycja eksperta w dziedzinie polityki międzynarodowej wytworzyła bowiem możliwość pominięcia tej ryzykownej sfery. Mateusz P. mógł bowiem bywać regularnie w placówkach dyplomatycznych Federacji Rosyjskiej (oraz innych państw), choćby  przy okazji różnego rodzaju uroczystości. Takie „bywanie” pozwalało z jednej strony zdać relację z poczynionych działań, z drugiej zadaniować agenta do dalszych czynności. A wszystko to z dala od oczu i aparatury kontrwywiadu.

Poza tym oskarżony działał przede wszystkim jako agent wpływu (i wcale się z tym nie krył). Trudno jednak wskazać konkretny artykuł kodeksu karnego, na podstawie którego można skazać kogoś za głoszenie poglądów, nawet jeżeli są one wprost sprzeczne z polską racją stanu. I tu pojawia się zasadniczy problem. Rzeczywistość kroczy bowiem kilka kroków przed obowiązującymi przepisami. Nie ma dziś rozwiązań prawnych, które definiowałyby pojęcie agentury wpływu. Materia jest tak szeroka i tak płynna, że jej uchwycenie staje się niemalże niemożliwe. Tymczasem w moim przekonaniu, będzie to w najbliższym czasie kluczowe wyzwanie dla systemów prawnych państw zachodnich. Szczególnie po doświadczeniach związanych z ingerencją w demokratyczne procesy wyborcze.

Podobnie prawo jest bezradne wobec licznych wizyt oskarżonego choćby podczas „wyborów”, których charakter i przejrzystość budziła powszechne wątpliwości świata zachodniego. Mateusz P. niejako legitymizował je swoją obecnością i wypowiedziami dla mediów, ale… w dalszym ciągu nie popełnił przestępstwa.

Skoro o mediach mowa, to kolejne pole do dyskusji. Mateusz P. nie unikał wypowiedzi dla stacji telewizyjnych, rozgłośni radiowych czy wreszcie portali internetowych, jawnie działających na rzecz Kremla. Ba, oskarżony wręcz stwarzał wrażenie (i często prezentowany był w taki sposób) jakby wypowiadał się w imieniu jakiejś części polskiej sceny politycznej. I znowu mamy tu do czynienia z tą samą sytuacją – braku możliwości reakcji ze strony państwa.

Śledczy, w toku prowadzonych działań ustalili, że motywem przewodnim działalności Mateusza P., podobnie jak w większości innych przypadków, były pieniądze. Nie wiemy w jaki sposób je otrzymywał, ale możemy się domyślać, że jedną z form było wspieranie (zapewne nie bezpośrednie) jego ośrodka analiz geopolitycznych oraz portalu zarejestrowanego jako redakcja prasowa. To kolejny trudny element układanki. Jeżeli przy okazji działalności ośrodka i portalu nie doszło do przestępstw karno-skarbowych, wsparcie, nawet zagraniczne, nie może podlegać żadnym sankcjom karnym.

Warto w tym miejscu dodać, że portal–redakcja, zatrudniał dziennikarzy, którzy mogli skutecznie i stosunkowo łatwo zdobywać i przetwarzać informacje. Byli także przydatni w uwiarygodnianiu lidera oraz w rozpowszechnianiu prezentowanych przez niego poglądów. Mogę sobie wręcz wyobrazić schemat, wedle którego podmiot zagraniczny płaci za zlecone przez siebie analizy czy inne opracowania. Od przychodu płacony jest stosownej wielkości podatek dochodowy i… sprawa jest absolutnie czysta.

Nie mam rzecz jasna wglądu w materiały zebrane w toku śledztwa, ale wyobraźnia podpowiada mi, że obydwa wymienione w komunikacie prasowym Prokuratury Krajowej wywiady, mogły korzystać z takiej formy współpracy.

I wreszcie ostatni, ale równie istotny element. Mateusz P., wedle materiałów zebranych przez Kontrwywiad ABW miał rozpocząć szpiegowanie dla Rosjan w 2009 roku. Nie wiadomo natomiast kiedy podobną współpracę rozpoczął z chińskimi służbami. Tymczasem oskarżony był posłem w latach 2005-2007 z listy Samoobrony. Był także rzecznikiem prasowym tej partii.  Co ciekawe, oprócz pracy w komisji spraw zagranicznych, zajmował się także nowelizacją wrażliwej ustawy o IPN. Interesował się również kwestiami reprywatyzacji, szczególnie w kontekście zwrotu mienia pożydowskiego. Tak, chodzi o tę samą ustawę, która kilka tygodni temu wywołała napięcie w relacjach Polski z Izraelem oraz USA…

W tym kontekście szczególnie interesujące wydaje się to jak wówczas kształtowały się relacje Mateusza P. z dyplomatami rosyjskimi. Czy jest możliwe, aby Mateusz P. już wówczas był może nie tyle zadaniowany co inspirowany przez rosyjskie służby specjalne? To pytanie tym bardziej zasadne, że analiza składu ekspertów pracujących przy tegorocznej nowelizacji, również skłania do konstatacji, że Rosjanie mocno interesowali się kierunkiem prac parlamentarnych, a starali się wykorzystać do tego celu jeden z klubów parlamentarnych. Ciekaw jestem co kryją w tej sprawie materiały Kontrwywiadu.

Przy okazji sprawy Mateusza P. pojawia się również nieco zapomniany Declan Ganley, Irlandczyk, który próbował powołać eurosceptyczne ugrupowanie Libertas. Partia najpierw starała się nakłonić Irlandczyków do głosowania przeciwko Traktatowi Lizbońskiemu (został odrzucony w pierwszym referendum, ale w drugim go przyjęto), a następnie wystartowała w wyborach do Parlamentu Europejskiego – zdobywając jeden mandat, we Francji. Sukcesy Libertas były o wiele mniejsze od oczekiwanych dlatego Ganley zakończył przygodę z polityką.  Jednak wcześniej, w 2009 roku zawitał do Polski, zakładając polski oddział Libertas. I tu również pojawił się Mateusz P., obok Artura Zawiszy, byłego polityka Ligi Polskich Rodzin (dziś jeden z przywódców Ruchu Narodowego).

Warto w tym kontekście przypomnieć postać Declana Ganleya i jego dość nietypową historię. Po ukończeniu szkoły w 1987 roku pracował na budowach w Londynie by nieoczekiwanie wyjechać do pracy do…ZSRR. Zajmował się tam obsługą sprzedaży aluminium do Rotterdamu przez Łotwę. W 1990 roku założył swoja pierwszą firmę: Kipelova Forestry Enterprises, która stała się jednym z większych graczy na rosyjskim rynku drzewnym. Sprzedał ją w 1997 roku i … powołał do życia fundusz inwestycyjny Anglo Adriatic Investment Fund, skupujący albańskie bony prywatyzacyjne. AAIF zgromadził aż 12% wszystkich wyemitowanych bonów, choć albańskie prawo dopuszczało aby jeden inwestor mógł mieć maksymalnie 10%. Interes skończył się niepowodzeniem ponieważ w latach 1997 – 1998 doszło do załamania albańskiej gospodarki, a wartość bonów drastycznie spadła. Na tyle, że w październiku 1998 roku fundusz zbankrutował.

Media (Der Spiegel) zwróciły uwagę, że brytyjskie biuro AAIF znajdowało się pod tym samym adresem, pod którym działał fundusz inwestycyjny Paladin Capital Group, którego doradcą był były szef CIA James Woosley. Fundusz znany jest z inwestycji w sektor bezpieczeństwa i dobrych relacji z amerykańskimi służbami. Dziś jednym z partnerów jest tam Chris Inglis, były wiceszef NSA (portal Osluzbach.pl poruszał już kwestię powiązań podmiotów prywatnych z amerykańskimi służbami specjalnymi).

Dziś Ganley jest szefem amerykańskiej firmy Rivada networks, która dostarcza szereg unikalnych rozwiązań telekomunikacyjnych dla służb w USA…

Fot. Pixebay

Maciej Sankowski

Redaktor naczelny portalu O służbach. Ekspert ds. służb specjalnych.
Follow Me: