SANKOWSKI: DRONY ZAATAKOWAŁY RYNEK ROPY. KTO STOI ZA ATAKIEM?

Udział Iranu w ataku na saudyjskie instalacje naftowe nie jest wcale taki oczywisty. 

Atak kilkunastu dronów doprowadził do bezprecedensowych strat infrastrukturalnych. Saudyjski koncern Aramco utracił ponad połowę mocy produkcyjnych odpowiadających sumie 5,7 mln baryłek dziennie. Oczywiście taki ubytek rynkowy nie mógł przejść bez echa. W konsekwencji ataku ceny surowca podskoczyły nawet o 20%, a na światowe rynki wróciły obawy o wzrost ryzyka.

Dla Rijadu to trochę słodko gorzki czas. Słodki, bo niedawna wymiana ministra ds. energii tłumaczona była przez pryzmat niezadowolenia władz z powodu zbyt niskich cen ropy. Gorzki, bo w przeddzień planowanego debiutu giełdowego Aramco okazuje się jak krucha w dzisiejszych czasach jest stabilność – nawet w odniesieniu do takich gigantów rynkowych. Wystarczyło kilkanaście dronów – każdy o wartości kilkunastu tysięcy USD, aby skutecznie pokrzyżować plany największego IPO ostatnich lat.

Pytanie kto był zainteresowany w przeprowadzeniu takiego ataku?

Oczywiście większość obserwatorów natychmiast wskazuje na Iran. Dlaczego? Bo z danych wywiadowczych wynika podobno, że atak przeprowadzono z terytorium Iranu lub Iraku – tak twierdzi cytowane przez CNN News źródło w Białym Domu. Również irackie źródła wywiadowcze potwierdzają, że drony wystartowały z Iranu w liczbie 20 sztuk i odpaliły 12 pocisków. Z drugiej jednak strony trzeba podkreślić, że odpowiedzialność za atak przypisują sobie jemeńscy rebelianci Huti – finansowani i wspierani przez Iran.

Amerykańskie służby wywiadowcze dysponują dowodami w tej sprawie, ale Waszyngton czeka na oświadczenie strony saudyjskiej, która prowadzi własne dochodzenie w tej sprawie. Tak czy inaczej wzrost napięcia w regionie jest raczej nieunikniony.

Zatem na pierwszy rzut oka wszystko się zgadza. Tyle tylko, że Iran w ostatnich tygodniach prowadził intensywne zakulisowe działania, zmierzające do zbliżenia swojego stanowiska z USA. Planowane było nawet spotkanie przywódców obydwu państw przy okazji obrad ONZ w Nowym Jorku. Waszyngton rozważał, w akcie dobrej woli, ograniczenie części sankcji nałożonych na Iran. Innymi słowy władzom w Teheranie nie opłacołyby się podbijanie bębenka akurat w tym momencie. Oczywiście, należy sobie zdawać sprawę, że władze w Teheranie nie są, wbrew pozorom, monolitem, a potencjalne rozmowy z USA budzą poważne wątpliwości. Gdyby finalnie okazało się, że za atakiem stał jednak Iran byłoby to dla mnie jednak spore zaskoczenie. Również dlatego, że oznaczałoby to de facto fiasko bliskowschodniej polityki Prezydenta Trumpa, który w ostatnim czasie znacznie złagodniał w kwestii polityki zagranicznej. W efekcie czego ze stanowiskiem pożegnał się Doradca ds. Bezpieczeństwa Narodowego John Bolton – zwolennik twardych rozwiązań m.in. wobec Iranu…

Na razie Teheran stanowczo odrzuca oskarżenia i odcina się również od planów spotkania z Trumpem w Nowym Jorku twierdząc, że „nie ma takiego punktu w agendzie irańskiej delegacji”. Po dobrym klimacie zostały zatem jedynie wspomnienia. Pytanie co dalej?

Komu jeszcze mogło więc zależeć na wzroście napięcia w regionie?

Izraelowi, bo władze tego kraju wyrażały zaniepokojenie najświeższymi informacjami o uruchomieniu nowych wirówek i kolejnej próbie przyspieszenia programu atomowego przez Teheran. Tylko, że dotychczas izraelskie służby brały na cel kompletnie inne aktywa. Poza tym przeprowadzenie tego typu operacji i zaatakowanie z obcego terytorium, pod flagą Huti, Arabii Saudyjskiej byłoby obaczone ogromnym ryzykiem politycznym. Na tego typu działanie nikt w Tel Awiwie nie wydałby raczej zgody.

Rosji, bo mogłaby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze, w interesie Moskwy jest utrzymywanie napięcia na linii Teheran – Waszyngton i utwierdzanie Iranu w przekonaniu, że pośrednictwo (i pomoc) Rosji są niezbędnym aktywem w relacjach z Zachodem. Dlatego między innymi tak bardzo zintensyfikowano w ostatnim czasie współpracę wywiadowczą obydwu państw, o czym pisaliśmy tu.

Warto dodać, że Rosjanie dysponują odpowiednimi możliwościami o charakterze operacyjnym, aby przeprowadzić tego typu operację z terytorium państwa trzeciego. GRU jest nie tylko obecne w ogarniętym wojną domową kraju, ale utrzymuje także relacje z Huti. Ten scenariusz byłby bardziej prawdopodobny, gdyby okazało się, że atak przeprowadzono z Jemenu. Na dziś źródła wywiadowcze nie potwierdzają tego kierunku.

Po drugie, Rosja również zainteresowana była skokowym wzrostem cen ropy naftowej, ponieważ jej budżet jest w dużej mierze uzależniony od cen węglowodorów.

A może atak to efekt wewnętrznych tarć w Rijadzie? To najmniej prawdopodobny scenariusz, mimo, że dwór królewski ma wielu przeciwników. Część z nich wprost sprzeciwia się częściowej prywatyzacji Aramco, natomiast wszystkich łączy zainteresowanie znacznie wyższymi cenami surowca.

Jedno jest pewne. Atak zmienia perspektywę w regionie. Przecież w ostatnim czasie podobne „rajdy” dronami z użyciem materiałów wybuchowych przeprowadzał Hezbollah na terytorium Libanu. Wówczas wiele zachodnich służb sygnalizowało, że to próby przed bardziej masowym użyciem tego typu „broni”. Widać także, jak ciężko jest skutecznie bronić aktywów infrastrukturalnych przed tego typu atakami.

Fot. Pixabay

Maciej Sankowski

Redaktor naczelny portalu O służbach. Ekspert ds. służb specjalnych.
Follow Me: