KOMISJA DS. SŁUŻB TO DEKORACJA. CZAS NA REALNĄ KONTROLĘ

„Zniesienie rotacyjności kierownictwa sejmowej Komisji ds. służb specjalnych i całkowite zdominowanie jej przez rządzącą opcję zmieniło to ciało, już wcześniej niezbyt wpływowe, w byt czysto dekoracyjny” – twierdzi Tomasz Borkowski w swoim komentarzu dla Osluzbach.pl.

Kto kontroluje polskie służby specjalne? Najkrótsza i najbardziej precyzyjna odpowiedź na to pytanie brzmi – „nikt”. W tym momencie oburzą się zapewne zarówno przedstawiciele samych służb, jak i rozmaitych instytucji, które udają, że je kontrolują (jak komisja sejmowa) albo robią to w wycinkowym zakresie (jak np. Najwyższa Izba Kontroli). Nie chodzi mi tutaj o jakąkolwiek kontrolę rozmaitych aspektów działania służb. Chodzi o realną i skuteczną kontrolę działań, które leżą w istocie funkcjonowania służb specjalnych, a prawo do realizacji tych działań odróżnia służby specjalne od wszystkich pozostałych instytucji państwowych (i właśnie z tego powodu nazywają się one specjalne). Chodzi o kontrolę wykonywania przez służby czynności operacyjno-rozpoznawczych. Taka kontrola w zasadzie w Polsce nie istnieje.

Sejmowa Komisja ds. Służb Specjalnych może próbować kontrolować służby, ale w praktyce dostanie takie informacje, jakie szefowie służb zechcą jej pokazać. Zniesienie rotacyjności kierownictwa tej komisji i całkowite zdominowanie jej przez rządzącą opcję zmieniło to ciało, już wcześniej niezbyt wpływowe, w byt czysto dekoracyjny. Najwyższa Izba Kontroli oraz Rzecznik Praw Obywatelskich mogą kontrolować niektóre aspekty działania służb, ale akurat nie czynności operacyjno-rozpoznawcze. NIK kontroluje wydatki z funduszu operacyjnego, ale jedynie w bardzo ogólnej, zagregowanej postaci. Instytucje rządowe (Minister Koordynator, KPRM) już dawniej stały wobec służb na słabszej pozycji, a obecnie wyglądają raczej na przedłużenie tych służb w strukturach administracji państwowej.

Przedstawiciele służb zawsze argumentują, że czynności operacyjno-rozpoznawcze podlegają kontroli prokuratury i sądów. To jest prawda tylko częściowo i nie do końca, czyli – jak mawiał klasyk – g… prawda. Faktycznie sędziowie i prokuratorzy mogą studiować w ciasnych, dusznych salkach kancelarii tajnych opasłe tomy akt dostarczanych przez służby wraz wnioskami o zgodę na kontrolę operacyjną. W praktyce pośpiech i warunki tej lektury sprawiają, że – o ile nie trafią na jakieś horrendalne przypadki – zgód udzielają automatycznie. Nie mają szans na szczegółową analizę niezbędności i proporcjonalności stosowanych przez służby środków. Warto też zdawać sobie sprawę, że kontrola operacyjna (popularnie zwana podsłuchem) jest tylko jedną z wielu metod pracy operacyjnej. Inne metody, jak obserwacja, osobowe źródła informacji bądź różnego rodzaju kombinacje operacyjne nie wymagają żadnej zgody sądu. Niektóre z tych metod są opisane wyłącznie w wewnętrznych, ściśle tajnych instrukcjach służb. Należy też wspomnieć tu o nowych możliwościach technicznych, których nie jest w stanie objąć wymyślona przed laty definicja kontroli operacyjnej.

Materiały z procedur operacyjnych mogą trafić do prokuratora, a następnie do sądu, jeżeli zostaną włączone do dokumentacji procesowej. Jeżeli jednak nie zostaną do niej włączone, pozostaną w szafach pancernych oficerów służb, by w końcu wylądować na półkach tajnych archiwów. Na tym etapie może się pojawić już tylko ostatnie ogniwo ułomnej kontroli – kontrola przez następców. Jeżeli w wyniku wyborów zmienia się rządząca ekipa, kolejna prowadzi audyt w służbach, który teoretycznie powinien służyć wykryciu nieprawidłowości i skierowaniu wniosków do prokuratury. Jednak w praktyce służy to głównie interesom propagandowym formacji rządzącej. Skrajnym przypadkiem było w przeszłości ujawnienie przez ekipę SLD sprawy tzw. „szafy Lesiaka”. W zamyśle miało to służyć pogłębieniu podziałów na prawicy, a w rezultacie pogłębiło obsesje prześladowcze prezesa PiS tak dalece, że skutki obserwujemy do dzisiaj.

Trzeba uczciwie przyznać, że problem braku kontroli służb specjalnych nie pojawił się wczoraj, ani nawet w 2015 r. Ten problem istnieje od zarania III RP. Jednak ostatnie cztery lata znakomicie ten problem pogłębiły i spotęgowały. Służby zyskały szereg nowych kompetencji opisanych zwłaszcza w tzw. ustawie inwigilacyjnej oraz ustawie antyterrorystycznej. Również techniki inwigilacji niesłychanie się rozwinęły, czego przykładem jest osławiony program Pegasus. Kiedyś podsłuchujący musiał wpiąć się do kabli telefonicznych, albo wwiercić w ścianę i założyć pluskwę. Teraz służba będzie mogła przez telefon polityka leżący przed nim na stole nagrać zamknięte spotkanie, po czym – po stosownym podrasowaniu nagrania, żeby wyglądało na zrobione potajemnie przez jednego z uczestników – puścić je do zaprzyjaźnionych mediów. Będzie mogła porównać różne wersje dokumentu pisanego na nośniku elektronicznym i wyciągnąć wnioski. To już niedaleko od czytania w myślach.

Grupa ekspertów zgromadzona przez Rzecznika Praw Obywatelskich, w której miałem zaszczyt zasiadać, przedyskutowała stare i nowe zagrożenia wynikające z braku dostatecznej kontroli nad działalnością służb specjalnych i policyjnych. Efektem tej dyskusji jest raport „Osiodłać Pegaza”.

Kluczowym elementem tego raportu jest koncepcja powołania niezależnego organu kontrolującego służby specjalne. Tego typu organy dobrze spełniają swoją rolę w krajach demokratycznych takich jak Kanada, Belgia, Holandia czy kraje skandynawskie. W polskich warunkach byłoby to rozwiązanie z pewnością lepsze od alternatywnych, takich jak rozszerzenie kompetencji komisji sejmowej czy wbudowanie struktur kontrolnych w organy władzy wykonawczej.

Powołanie niezależnego organu kontrolującego służby powinno być uzupełnione przez inne zmiany legislacyjne, zwiększające ochronę praw człowieka w kontekście działań służb. Wśród nich warto zwrócić uwagę na wprowadzenie obowiązku informowania osoby, wobec której zarządzono kontrolę operacyjną, o tym fakcie. Eksperci zebrani przez RPO zdawali sobie sprawę z potencjalnych zagrożeń, które mogłyby pojawić się w niektórych przypadkach. Np. poinformowanie o podsłuchu osoby powiązanej z mafią mogłoby narazić życie funkcjonariusza wprowadzonego pod przykryciem do struktury mafijnej, a poinformowanie obcego dyplomaty podejrzewanego o szpiegostwo wywołać skandal dyplomatyczny. Stąd rozwiązanie kompromisowe, przewidujące opóźnienie informowania o 12 miesięcy oraz możliwość jego dalszego prolongowania lub odstąpienia od niego decyzją sądu w przypadku zagrożenia dla życia i zdrowia ludzkiego albo zagrożenia bezpieczeństwa państwa.

Ktoś mógłby powiedzieć, że jest teraz kiepski moment na proponowanie zmian w sektorze służb. Rządząca opcja, która ma spore szanse na drugą kadencję, nie tylko nie jest takimi zmianami zainteresowana, ale być może zechce w jakiejś perspektywie wymontowywać z systemu prawnego kolejne bezpieczniki i ograniczenia dla wszechwładzy kontrolowanych przez nią służb. Myślę, że – przeciwnie – moment na proponowanie takich zmian jest teraz bardzo dobry. Jeżeli mielibyśmy w nadchodzącej kadencji budować państwo „po PiSie”, propozycje zespołu ekspertów przy RPO są gotowcem do wzięcia przez polityków, którzy podejmą się tego zadania. Jeżeli opozycja pozostanie w opozycji na kolejne 4 lata, raport „Osiodłać Pegaza” nadaje się do wykorzystania w programach różnych opozycyjnych partii politycznych. Po ich ewentualnym przyszłym zwycięstwie wyborczym realizacja tej części programu byłaby testem na wiarygodność ich intencji. Łatwo jest bowiem mówić w opozycji o ograniczeniu wszechwładzy służb. Trudniej te służby ograniczać, gdy staną się one już „własne”. Politycy PO już raz w 2013 r. pod wpływem lobbingu służb odstąpili od projektu stworzenia organu kontrolującego służby, projektu zresztą znacznie słabszego i skromniejszego od proponowanego obecnie przez zespół ekspertów RPO.

Raport „Osiodłać Pegaza”, opracowany pod auspicjami RPO, został opracowany z myślą zwiększenia gwarancji respektowania praw obywatelskich i nie pretenduje do roli całościowej koncepcji reformy sektora służb, bo nie jest zadaniem RPO projektowanie takich reform. Ale partie polityczne powinny w swoich programach odpowiedzieć, jak widzą przyszłą strukturę sektora służb. Czy w Polsce potrzeba aż jedenastu służb wykonujących czynności operacyjno-rozpoznawcze? Jak powinien wyglądać model zarządzania służbami i koordynacji ich pracy? Jeżeli politycy opozycyjni zawczasu tej pracy nie wykonają i tematu nie przemyślą, w przyszłości mogą powtórzyć błąd ekipy, która doszła do władzy w 2007 r. i zakonserwowała rozmaite dysfunkcjonalne rozwiązania wprowadzone za „pierwszego PiSu”, włącznie z pozostawieniem nietkniętego CBA pod wodzą Mariusza Kamińskiego.

Tomasz Borkowski: były działacz opozycji demokratycznej, internowany w stanie wojennym. Od 1990 r. w Urzędzie Ochrony Państwa, a następnie w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Zastępca dyrektora w pionach: analiz i informacji, współpracy z NATO oraz ochrony informacji niejawnych. Zakończył służbę w stopniu pułkownika. W latach 2008 – 2015 dyrektor Biura Kolegium ds. Służb Specjalnych w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, a w okresie 2012 – 2015 sekretarz tego Kolegium. Od 2015 r. na emeryturze, jako niezależny dziennikarz publikuje artykuły na temat historii oraz służb specjalnych.

Redakcja

Redakcja portalu O służbach. Napisz do nas na adres: redakcja@osluzbach.pl
Follow Me: