MOBBING W SŁUŻBACH: WMAWIANIE SŁABOŚCI, „DOJEŻDŻANIE”, TOTALNA PRESJA

W rozmowie z redakcją portalu Osluzbach.pl, Joanna Koczaj-Dyrba odnosi się do zjawiska mobbingu w służbach. „Przy takiej presji i nękaniu z jakim mamy czasem do czynienia funkcjonariusz może nawet zapaść na chorobę psychosomatyczną, ale nie w wyniku słabej konstrukcji psychicznej, tylko w wyniku nękania” – twierdzi ekspertka reprezentująca poszkodowanych.

Redakcja: Wygrała Pani prawomocnie proces z Ministerstwem Zdrowia o nękanie i została radcą prawnym specjalizującym się w sprawach o mobbing. Od kilku miesięcy zgłaszają się do Pani po pomoc ludzie z całej Polski, także ludzie ze służb. Czy sytuacja ofiar mobbingu pracujących w służbach różni się od historii przypadków mobbingu, które Pani zna?

Joanna Koczaj-Dyrda, radca prawny: Ich sytuacja jest zupełnie inna. My jesteśmy cywilami, a w służbach pracodawca uważa, że nie ma czegoś takiego jak mobbing, nie przyjmuje do wiadomości, że ktoś może się nad kimś znęcać. W służbach ludzie mają nie dać się „dojechać”, nic nie czuć. Mają być niezdolni do empatii, bezwzględni i pozbawieni jakichkolwiek zahamowań. Mobbing, jaki mamy w strukturach cywilnych, w swojej skali pewnie jest zbliżony, ale nieporównywalny w natężeniu.

Jedna z głośniejszych spraw dotyczących mobbingu została opisana przez Onet i miała miejsce w Żandarmerii Wojskowej. To jednak ewenement. Gdy trafiają się osoby, które chcą mówić, zwierzchnicy w służbach konsekwentnie zaprzeczają, że cokolwiek takiego miało miejsce i zaprzeczają też istnieniu problemu.

Przełożeni śmieją się z tego. Kwestionują to, że zjawisko mobbingu istnieje. Podam przykład. Taki człowiek, który chce zostać zatrudniony w służbach, od dziecka chce być funkcjonariuszem, jest z policyjnej rodziny, wierzy w ideały i chce być uczciwy jak tata. Kończy szkołę policyjną, potem idzie do jednej ze służb i okazuje się, że jest regularnie „dojeżdżany”. Znajduje się jakiś brutalny przełożony, który nie ma żadnych zahamowań i się na tym młodym wyżywa. A ponieważ ten chłopak jest wychowany w rodzinie, gdzie dobro i zło były jasno zdefiniowane, nie ulega od razu presji, bo wierzy w jakąś sprawiedliwość. Próbuje walczyć i buntować się, szczególnie gdy spotka się z jakimiś nieprawidłowościami… To czyni go łatwym celem dla takiego brutalnego naczelnika. Mobber widzi, że to jest łatwy cel. Jeśli taki młody człowiek jest wrażliwy, to znaczy, że do służb się nie nadaje. Struktura służby jest pionowa i trzeba ślepo wykonywać polecenia. Jeśli ktoś nie reaguje agresją, tylko się tej agresji poddaje, to jest za miękki i do służb się nie nadaje.

Czy nie jest tak, że przyzwolenie na to, co spotyka prześladowanych tłumaczy się potrzebą utwardzenia charakteru i pracy pod presją?

To wygodne tłumaczenie. Sama to przeżyłam. Jedna z najbardziej brutalnych i agresywnych mobberek mówiła o nowej urzędniczce, pouczając swoich zauszników: „będziemy ją gnoić przez miesiąc, a jak wytrzyma, to znaczy, że się nadaje”. Gnojenie ma miejsce też w służbach i chodzi o to, żeby kogoś przetestować.

W rzeczywistości jest nawet jeszcze gorzej – bo tam trafiają ludzie dużo bardziej brutalni. Oni pod pretekstem, że wydają rozkazy i są to rozkazy do bezwarunkowego wykonania, po prostu wyżywają się i nikt nie reaguje.

Początkowo jak zetknęłam się z mobbingiem w administracji publicznej w ministerstwie zdrowia to wydawało mi się, że nie ma nic gorszego. Jednak w służbach jest tysiąc razy gorzej, a Ci nękani ludzie są kompletnie bezsilni. Jeśli ktoś jest silnie mobbingowany, czy raczej „dojeżdżany”, to nikt nie stanie w jego obronie. Gdy ktoś taki się pojawi, ma zdolność empatii i nie ma siły na to biernie patrzeć, to natychmiast on sam jest brany na cel. Za nim nikt nie pójdzie i nie będzie świadczyć przeciwko mobberom, bo to naraża na zarzut rzekomej niesubordynacji. Tacy ludzie w swoich kręgach nie cieszą się szacunkiem za odwagę, nie uznaje się ich za uczciwych. Gdy decydują się być świadkami w procesach mobberów, mówią prawdę w sądzie i niczego nie zatajają, przypina się im łatkę ludzi niesubordynowanych, których również trzeba się pozbyć.

To co w ogóle można im poradzić? Czy poza odejściem, które uznawane jest za klęskę mogą się bronić?

Muszą zbierać dowody, ale to też bardzo trudne. Jest przecież wiele miejsc w służbach, gdzie nie można wejść z żadnym sprzętem. Nie można mieć przy sobie nawet telefonu, więc poszkodowani mają ograniczone możliwości pozyskania twardych dowodów. Poza tym w służbach większość spraw i rozmów jest utajnionych. Sprawy, które prowadzą oficerowie mają często klauzulę od poufnych do ściśle tajnych. W takiej sytuacji ten, kto zbiera dowody na mobbing w pracy naraża się na odpowiedzialność z powodu ciężkiego naruszenia obowiązku zachowania tajemnicy zawodowej. Gdy nie można nic nagrywać, wynosić, rejestrować, ani liczyć na świadków, to jak taka osoba ma zbierać dowody? To błędne koło.

Wygląda na to, że dla takich osób nie ma przepisów i szansy wyjścia. Czy z Pani doświadczeniem prawniczym pokusiłaby się Pani o próbę wyobrażenia sobie, jak można zmienić prawo, by przeciwdziałać takim zjawiskom w służbach?

Każda służba ma swoje wewnętrzne przepisy, pragmatyki służbowe, ale jest też kodeks pracy, który w teorii powinien obowiązywać wszystkich. Każda służba czy policja oraz inne struktury służb specjalnych – czy nawet organa ścigania to są też pracodawcy. Nie ma tak, że można pracowników „dojeżdżać”, by wykazać, czy się nadaje, czy nie. Ciekawa jestem, czy gdyby mobber był na miejscu swojej ofiary, to też byłby taki twardy?

Nie chodzi mi o to by wskazywać na odpowiedzialność zbiorową, bo jest wielu funkcjonariuszy na stanowiskach kierowniczych, którzy zachowują się przyzwoicie i zgodnie z procedurami. Chodzi o brak systemowych rozwiązań problemów, co przecież musi przekładać się na skuteczność.

Wróćmy na chwilę do pytania o to, jak się ma do Pani obserwacji, że mobbowani są często Ci, których nazywa się sygnalistami. Czy tak jak wskazują badania w zachodnich administracjach publicznych Ci, którzy zauważają nieprawidłowości potem nagle stają się ofiarami mobberów?

Dokładnie tak jest tutaj. Od odkrycia nieprawidłowości zaczynają się problemy. Wszystkie osoby, jakie się do mnie zgłosiły to sygnaliści. I to sygnaliści z definicji zawartej w dyrektywie, którą mamy wdrażać, więc jestem ciekawa, jak będą wyglądały przepisy ustawy implementującej tę dyrektywę. To niezwykle ważne, w jaki sposób te przepisy zostaną skonstruowane, aby ochrona nie była iluzoryczna. Czy można liczyć, że będą to dobrze funkcjonujące przepisy?

Tak naprawdę władza musi działać przeciwko sobie. Musi przygotować przepisy, które będą realnie chronić osoby ujawniające nieprawidłowości. To będzie bardzo trudne zadanie dla obecnej władzy. Na przykład ktoś zauważa, że ma sprawę, w której ma miejsce przestępstwo. Zbiera dowody, dochowuje wszelkiej staranności, zachowuje ścieżkę służbową, zgłasza to swoim przełożonym dumny, że dobrze wykonał swoją pracę, a na to jego przełożony…blednie. Ambitny pracownik, który tak dobrze wykonał swoją pracę, nagle zostaje odsunięty od dalszego wykonywania tego zadania. Zadanie zostaje przekazane pracownikowi, który jest mniej bystry i bardziej spolegliwy. Sygnaliści, którzy powinni być szczególnie nagradzani – są tępieni.

Poza wmawianiem słabości, dojeżdżaniem i totalną presją dostrzegalne jest też, że coraz swobodniej, by tuszować mobbing, często wynikający z wykrycia nieprawidłowości są też oskarżenia o choroby psychiczne. Znana jest historia Wojciecha Janika, byłego agenta CBA, zaufanego Ernesta Bejdy, szefa Biura. Gdy natknął się na ślad procederu nagrań w agencjach towarzyskich i poinformował, że na jednej z taśm jest ważny polityk PiS zaczęły się jego problemy. Usłużne media publikowały przeinaczone informacje o pobycie w szpitalu budując wrażenie, że jest chory psychicznie i ma urojenia. Czy jest na to recepta?

Wystarczy jeden brutalny prymityw, który przyczepi się do młodego pracownika, a adept faktycznie może podupaść na zdrowiu. Na koniec „okazuje się”, że skoro on jest psychicznie nie do końca zdrowy, to może rzeczywiście do służby się nie nadaje? Trochę samospełniająca się wyrocznia, jak wówczas ma się bronić przed takim postawieniem sprawy?

Przy takiej presji i nękaniu funkcjonariusz może nawet zapaść na chorobę psychosomatyczną, ale nie w wyniku słabej konstrukcji psychicznej, tylko w wyniku nękania. Z mojego doświadczenia wynika, że nawet funkcjonariusze z dużym stażem, osiągnięciami i kompetencjami, pod wpływem permanentnej presji potrafią stać się cieniem samych siebie. Jeden mobber naczelnik może położyć cały wydział.

W MZ była taka osoba, która zaczęła chorować pod wpływem mobbingu, zaczęła się leczyć, a następnie w sprawie o mobbing jej wiarygodność była podważana w trakcie postępowania. Strona pozwana przekonuje, że ofiara nie może być wiarygodna, bo przecież leczy się psychiatrycznie. Jest to drastyczne naruszenie dóbr osobistych ofiary, która najpierw zostaje wpędzona w chorobę, a potem zostaje uznana za nieprzydatną do służby.

Mają być wyższe standardy, a są niższe. Mobberzy są bezwzględni i bezkarni, a przyzwolenie idzie z góry, szczególnie gdy zmienia się ekipa rządząca.

Jak Pani widzi podstawowe założenia dla skutecznych przepisów dotyczących bezpieczeństwa sygnalistów?

Dyrektywa musi zostać implementowana do prawa polskiego do dnia 17 grudnia 2021 r. Przepisy muszą zagwarantować ochronę pracowników, a także urzędników służby cywilnej, wolontariuszy, stażystów, pracowników samorządowych, a nawet udziałowców zgłaszających nieprawidłowości w funkcjonowaniu urzędu czy firmy. Obowiązki te dotyczą głównie pracodawców zatrudniających ponad 50 osób i gmin liczących ponad 10 000 mieszkańców. Ochronie podlega tożsamość sygnalisty, ma on możliwość dostępu do procedur i informacji na temat sposobów postępowania w przypadku zgłoszenia, ma zapewniony immunitet oraz zapewnioną szczególną ochronę przed odwetem ze strony pracodawcy i jego pomocników. Ta ostatnia wydaje mi się najistotniejsza w polskich warunkach.

Jak powinno być w służbach?

Służby same przecież są od tego, żeby te nieprawidłowości wykrywać i ścigać potencjalnych sprawców nadużyć. Jeżeli okazuje się, że w służbach nieprawidłowości są ukrywane, a pracownicy, którzy je zgłaszają są szykanowani, to takie służby są niewiarygodne. Zwłaszcza kiedy okazuje się, że sygnalista jest nękany, bo za szybko połączył fakty, a sprawca nadużyć podlega ochronie. Nikt takim służbom nie zaufa, a państwo nie ma żadnego autorytetu i staje się niewydolne.

Dziękujemy za rozmowę.

Redakcja

Redakcja portalu O służbach. Napisz do nas na adres: redakcja@osluzbach.pl
Follow Me: