SERBSKA BROŃ, POLSKI POŚREDNIK I AMERYKANIE W TLE?

Serbska broń trafiła na Ukrainę choć nie powinna. Czy polski pośrednik zaangażował się w sprawę z polecenia krajowych i amerykańskich służb?

W ubiegłym tygodniu na łamach Dziennika Gazeta Prawna (DGP) ukazał się artykuł opisujący kulisy sprzedaży 30 tysięcy pocisków moździerzowych kaliber 60 mm, wyprodukowanych w Serbii. Amunicja finalnie trafiła na Ukrainę, choć zgodnie z dokumentami jej ostatecznym odbiorcą miała być polska spółka. Innymi słowy pociski nie miały prawa opuścić granic RP.

Sprawa miała miejsce w 2016 roku, ale światło dzienne ujrzała dopiero teraz, co wiąże się nie tylko ze zmianą układu sił na ukraińskiej scenie politycznej (wygrana prezydenta Zełenskiego), ale także z rozmowami w formacie normandzkim, jakie miały miejsce ostatnio w Paryżu. Wniosek wydaje się dość oczywisty – komuś zależało na skompromitowaniu władz ukraińskich w przededniu kolejnej tury trudnych negocjacji – czytamy w Dzienniku i trudno się z tą tezą nie zgodzić.

Strona serbska nie ma sobie nic do zarzucenia. Dokonała transakcji sprzedaży polskiej firmie, która deklarowała, że pociski pozostaną w Polsce. Jednak Serbowie musieli czuć, że coś jest nie tak, skoro tamtejsza służba BIA poinformowała rosyjski wywiad cywilny SWR o tym, że ich zdaniem transport może trafić nie nad Wisłę, ale na Ukrainę.

I rzeczywiście tak się stało. Polska spółka zainkasowała prowizję, ale certyfikat końcowego użytkownika, stanowiący de facto podstawę transakcji, nie oddawał stanu faktycznego. Warto pamiętać, że właściwy minister poświadczając taki dokument powinien zobowiązać importera do niereeksportowania towarów bez jego zgody. Naturalnie, wymogiem formalnym, jest zaopiniowanie przez służby specjalne, szczególnie ABW, takiej transakcji.

Wprawdzie Ukraina nie jest objęta embargiem, jednak na reeksport sprzętu wojskowego, broni i amunicji trzeba uzyskać niezbędne zgody polskiego rządu. Wówczas takowe wydawało Ministerstwo Rozwoju. Innymi słowy zamawiający skłamał i „dostarczył” amunicję na Ukrainę w sposób nielegalny.

Przy czym słowa dostarczył nie należy traktować dosłownie, ponieważ polska spółka prawdopodobnie nie widziała nawet zakupionego towaru, a posłużyła jedynie jako wygodny dla stron transakcji pośrednik. Dlaczego wygodny? Bo Serbia ma doskonałe relacje z Rosją i wolałaby nie rozczarowywać Moskwy swoimi biznesami, a Polska dobrze wygląda jako odbiorca końcowy. Szczególnie z punktu widzenia Rosji. Skupmy się zatem na tym wątku.

BIA w momencie zawierania transakcji musi wiedzieć, że polska spółka odgrywa rolę słupa i lojalnie informuje o tym rosyjski wywiad. Rosjanie uważnie się przyglądają, ale nie przeszkadzają. Amunicja trafia na Ukrainę. W 2018 roku dochodzi do zmiany władzy w Kijowie a ekipa Prezydenta Zełenskiego dokonuje głębokich zmian 
w zbrojeniówce. Dotychczasowi partnerzy polskiej spółki są (delikatnie rzecz ujmując) na cenzurowanym.

Sprawa nabiera charakteru politycznego, gdy dokumenty prezentujące szczegóły transakcji zaczynają pojawiać się w internecie, a następnie zaczynają być wykorzystywane w debacie politycznej w Serbii. Kiedy głos zabiera prezydent Serbii w polskim MSZ już wiedzą, że mamy poważny problem.

Opisywana przez Dziennik spółka Nattan, posiada koncesję MSW na handel bronią (bez możliwości magazynowania). Prowadzone przez nią transakcje powinny więc znajdować się pod szczególnym nadzorem odpowiednich służb. Tymczasem najwyraźniej mamy do czynienia z ich kolejną poważną wpadką. Wpadką tym poważniejszą, że wykorzystaną przez rosyjski wywiad do własnych celów politycznych.

A może nasze służby wiedziały o wszystkim od samego początku, bo dostawa amunicji odbyła się za zgodą i wiedzą naszego głównego sojusznika?

Co ciekawe, spółkę Nattan oraz Nattan Group prowadzi Filip Cichocki. To syn Leszka Cichockiego (nieżyjącego od niedawna), którego podmiot NAT Export Import przewijał się już na kartach podobnych operacji. Co je charakteryzowało? Zawsze w ich tle stali…Amerykanie.

Początek lat 90 był łaskawy dla polskiego wywiadu. Polscy oficerowie ewakuują 
w brawurowej akcji grupę agentów CIA z Iraku, co otwiera nowy rozdział w relacjach bilateralnych służb. „Przełamanie lodów” i nić zaufania miały potem zaprocentować przy okazji transakcjach zbrojeniowych na Bliskim i Dalekim Wschodzie.


W 1991 r. USA poprosiły Polskę o pomoc przy sprzedaży dużych ilości broni i sprzętu wojskowego dla antykomunistycznej partyzantki afgańskiej. Amerykanie postawili jednak warunek: transakcji nie będzie realizować żadna z kontrolowanych przez państwo central handlu zagranicznego – pisał we Wprost w 2004 roku redaktor Jarosław Jakimczyk.


Szefowie wywiadu UOP, do którego zwróciła się CIA, szukali mało znanej firmy gwarantującej dyskrecję. Odpowiednie urzędy miały natychmiast wydać wybranemu do tego zadania pośrednikowi wszystkie niezbędne koncesje na obrót specjalny z zagranicą. Wiceszefem wywiadu cywilnego był wtedy płk Gromosław Czempiński, zaprzyjaźniony z byłym szefem operacji CIA w Afganistanie Miltonem Beardenem. To Czempiński miał decydujący głos w znalezieniu właściwego partnera w Polsce. Wybrał Leszka Cichockiego, swego dawnego podwładnego z wydziału kontrwywiadu zagranicznego, którym kierował w latach 80. jeszcze w Departamencie I MSW.

Operacja afgańska 


Na początku lat 90. Leszek Cichocki prowadził działalność gospodarczą pod szyldem Nat Import-Export. Handlował dalekowschodnimi tekstyliami i przyborami do pisania. Miał więc odpowiednio rozwiniętą logistykę do przeprowadzenia transakcji przez porty morskie oraz tzw. legendę, czyli szyld i historię umożliwiające realizację specjalnych zleceń pod przykryciem. Cichocki miał też tę zaletę, że jako były oficer wywiadu cywilnego PRL został pozytywnie zweryfikowany. Nie mógł jednak pracować w UOP, bo miał żonę Rosjankę. Żona była jednak atutem w operacji sprzedaży broni do Afganistanu, bo w ten sposób Cichocki nie budził podejrzeń KGB i GRU, które miały wówczas rozbudowaną siatkę szpiegowską w Polsce i łatwo mogły się dowiedzieć o supertajnym przedsięwzięciu. 
Operację afgańską przeprowadzono w ten sposób, że broń i sprzęt wojskowy odbierały statki podstawione przez stronę amerykańską (operację nadzorowała CIA) w Gdańsku. Z polskiej strony nad operacją czuwała grupa oficerów wywiadu z ppłk. Dariuszem Antosikiem, w latach 2001-2002 szefem Zarządu Wywiadu UOP. Jeden z ładunków wart był około 30 mln USD, drugi ponad 50 mln USD. Wysyłka, oficjalnie na zamówienie Departamentu Stanu, obejmowała m.in. ręczne granatniki RPG-7 z Meska w Skarżysku-Kamiennej oraz rakiety odłamkowo-burzące do wyrzutni typu Grad z Tłoczni Metali “Pressta” w Bolechowie pod Poznaniem.

Nat Czempińskiego? 


O firmie Nat głośno było tylko raz, w 1995 r. po słynnym obiedzie drawskim (podczas manewrów na poligonie generalicja WP wypowiedziała posłuszeństwo ówczesnemu ministrowi obrony Piotrowi Kołodziejczykowi). Wyciekła wówczas informacja o sprzedaży przez MON 52 wozów bojowych piechoty BWP-2 do Angoli. Kontrakt realizowała firma Cichockiego, do której z ofertą zgłosił się partner słowacko-bułgarski, mający tzw. end user (certyfikat odbiorcy końcowego -dokument, bez którego handel bronią z zagranicą jest zabroniony). W realizacji kontraktu przez Nat pomógł ówczesny szef UOP gen. Gromosław Czempiński. Wybuchła afera, bo minister Kołodziejczyk twierdził, że sprzęt sprzedano bez jego wiedzy, w dodatku za połowę rynkowej ceny. Prokuratura sprawdzała czy Nat nie zaniżył wartości kontraktów. W grudniu 1997 r. umorzyła śledztwo, nie stwierdzając przestępstwa.


Do Nat przylgnęła opinia firmy powiązanej z gen. Czempińskim. Poszła też fama, że z pieniędzy zarobionych przez Cichockiego dokończono budowę siedziby wywiadu cywilnego przy ul. Miłobędzkiej w Warszawie.

Może się więc okazać, że polska spółka, która miała być zwykłym słupem, odegra zdecydowanie poważniejszą rolę w sprawie, której potencjalny zasięg znacznie przekracza nasze dzisiejsze wyobrażenia.

Jeżeli transakcja odbywała się za cichą aprobatą Amerykanów, przy nieoficjalnej autoryzacji polskiego wywiadu, to jest pewne, że rosyjskie służby będą ten wątek wykorzystywały przy okazji kolejnych odsłon rozmów
z Kijowem.

Kwestią, która powinna zostać pilnie wyjaśniona, jest również treść certyfikatu kocowego użytkownika, która nie odpowiadała stanowi faktycznemu.

I wreszcie ostatnia kwestia. Jeżeli za pomysłem sprowadzenia broni na Ukrainę stali rzeczywiście Amerykanie, to czy przy okazji ujawnienia szczegółów transakcji strona ukraińska nie pozbyła się po cichu osób działających w porozumieniu z Wujkiem Samem na tamtejszym rynku zbrojeniowym?

Jedno jest pewne, na sprawie zyskali przede wszystkim Rosjanie, którzy upiekli kilka pieczeni na jednym rożnie.

Fot. Wikipedia

Maciej Sankowski

Redaktor naczelny portalu O służbach. Ekspert ds. służb specjalnych.
Follow Me: