UKŁAD ZAMKNIĘTY NA SZCZYTACH SŁUŻB. HISTORIA „ŁAPY” I „BERII”

Oto prosta, ale gorzka opowieść o tym, że w polskich służbach, odpowiedzialnych za bezpieczeństwo obywateli naszego kraju nie opłaca się wychylać ani być zanadto dociekliwym. Bo kiedy stajesz się wrogiem potężnych ludzi, szefów instytucji i służb, to twoja przyszłość staje pod znakiem zapytania. I choćbyś miał najlepsze intencje, mocne karty, zawsze znajdzie się ktoś, kto w końcu wywróci stolik.

Beria

Ze zdjęcia patrzy siwowłosy mężczyzna z okularami „połówkami” na nosie. Ma surową twarz poznaczoną na skroniach ciemnymi plamkami. Wygląda jak wielu mężczyzn w swoim wieku wychodzących powoli z lat „średnich” w lata „dojrzałe”. Tak mógłby wyglądać młody dziadek… Ale człowiek ze zdjęcia nie budzi skojarzenia z miłym, starszym panem. Ma ostre, przenikliwe spojrzenie i zacięte usta. Jest w nim coś, co sprawia, że nie chciałoby się mieć go za przełożonego. „Ot, urzędnik średniego szczebla” – można by pomyśleć. Nic bardziej mylnego.

Ci, którzy go nie lubią, mówią o nim „Beria”. To wiceszef najpotężniejszej w tej chwili instytucji w naszym państwie. Nazywa się Bogdan Sakowicz. Jest zastępcą Ernesta Bejdy – szefa CBA.

Jego notka biograficzna na stronie CBA jest dość krótka. Jednak dla ludzi stanowiących kościec obecnych służb – dość charakterystyczna. Urodzony w Białymstoku, absolwent historii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W 1991 r. wstąpił do Urzędu Ochrony Państwa. W służbie był przez siedem lat. Po UOP trafił do Głównego Inspektoratu Celnego, a właściwie jednej z jego komórek – w rodzinnym Białymstoku. Został tam naczelnikiem wydziału kontrolno-operacyjno-śledczego, by później stać się szefem całego Inspektoratu. Kolejnym szczeblem kariery był inspektor kontroli skarbowej IV stopnia w Urzędzie Kontroli Skarbowej.

W 2007 r. trafił do stołecznej Straży Miejskiej, którą kierował w latach 2007-2008. Warto zaznaczyć, że kilka lat wcześniej tą samą SM kierował Witold Marczuk – późniejszy szef… ABW i SWW. W 2008 r. Sakowicz trafił do CBA jako zastępca dyrektora Samodzielnego Wydziału Inspekcji w Biurze Prawnym. W CBA pracuje do dzisiaj.

Łapa

Podobną drogę przebył opisywany na naszym portalu gen. bryg. SG, Marek Łapiński – dziś szef Służby Wywiadu Wojskowego. Przypomnijmy zatem kilka zdań z naszego tekstu sprzed trzech miesięcy:

„Łapiński jest z resortami siłowymi związany od początku lat ’90 ubiegłego wieku. Wtedy to podjął służbę w Urzędzie Ochrony Państwa. Do Straży Granicznej trafił w 1993 r. i służył w niej pięć lat. M.in. w czasach, gdy szefem tej arcyważnej dla bezpieczeństwa narodowego struktury był wszechwładny gen. Andrzej Anklewicz, były oficer MO i SB, którego rola w tzw. „aferze Olina” wciąż pozostaje co najmniej dwuznaczna. Następnie wylądował w Głównym Inspektoracie Celnym, gdzie był zastępcą szefa. Stamtąd trafił do MSWiA. Od 2010 do 2015 r. „pozostawał w dyspozycji Komendanta Głównego SG”, skąd powrócił do służby po wyborach parlamentarnych (…)”

Dlaczego przypominamy historię obu mężczyzn? Ponieważ ich losy splotły się w pewnym momencie i to dość nierozerwalnie. Opisywał to dwa lata temu dziennik „Fakt”, który informował o dziwnym, niejasnym lub wręcz bezprawnym zgoła sposobie, w jaki do służby w Straży Granicznej miał dostać się syn Sakowicza – Marcel. Pomagać miał w tym nie kto inny, jak ówczesny szef Straży Granicznej, Marek Łapiński.

Marcel S. starł się o przyjęcie do SG na początku 2017 r. Zdaniem Faktu, nie przeszedł jednak wtedy badań psychologicznych. Powołując się na swoich informatorów, dziennik przekonywał, że wtedy podjął osobistą interwencję ówczesny szef SG, gen. Łapiński. Marcel S. po raz drugi podszedł do testów psychologicznych. „Ledwo je zdał!” – grzmiał „Fakt”. W końcu, w grudniu 2017 r. syn wiceszefa CBA został oficjalnie przyjęty w szeregi Straży. Trafić miał do podlaskiego oddziału tej formacji. Ale to nie wszystko, co łączyć może panów Łapińskiego i Sakowicza.

Edyta Bartosiewicz śpiewała niegdyś „I tak zaczyna się/ Ta nieprawdopodobna historia”. To idealny cytat. Doskonale zilustruje ustalenia naszego portalu. Zaczynamy więc.

Biznesmeni i funkcjonariusze

Sieć oplatająca obu wysokich rangą urzędników jest bardzo skomplikowana. Aby rzucić na nią nieco światła, musimy cofnąć się o kilka lat i wprowadzić do historii kilka kolejnych osób.

Wróćmy do szóstego czerwca 2016 roku. Do Centralnego Biura Antykorupcyjnego wpłynęło oficjalne pismo z Biura Spraw Wewnętrznych KG SG, dotyczące zaangażowania firmy biznesmena, nazwijmy go „Tomasz”, w karuzelę VAT. Autorem notatki był ówczesny dyrektor Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej SG, ppłk Paweł D. Istotnym i wartym wspomnienia jest fakt, że „Tomasz” to znajomy opisanych wyżej mężczyzn (nie licząc Pawła D.) oraz komendanta wojewódzkiego policji jednego z południowych województw.

Czy podpisując tę informację Paweł D. podpisał zarazem wyrok na siebie jako szefa BSW SG? Niewykluczone, bo gen. Łapiński zaczął po cichu poszukiwać nowego szefa Biura. Wybór padł na Anitę D., również znajomą Łapińskiego. Ale zaczęły się problemy. 21 września powstała notatka CBA na temat Anity D. Była to analiza jej oświadczeń majątkowych, z których wynikać miało, że kobieta nie tylko ukrywała majątek, ale jednocześnie jej zobowiązania finansowe dwukrotnie przekraczały jej dochody

Przeciek

Kilka miesięcy później, w grudniu 2016 r., „Tomasz” spotkał się z wysokim rangą funkcjonariuszem Straży Granicznej. Pokazał mu kopię dokumentu pisma z czerwca. Powiedział, że fotokopię pisma otrzymał… od CBA. Rozmowa biznesmena i funkcjonariusza SG została zarejestrowana.

W styczniu 2017 r., agent terenowy CBA dowiaduje się, że w jego firmie nastąpił przeciek. Daje o tym znać ppłk Pawłowi D. Ten rozumie, że zaczyna zaciskać się dookoła niego pętla. Wraz z radcą prawnym komendanta, mjr Bartłomiejem T., jadą do CBA. Docierają wysoko: do szefa Departamentu Analiz CBA, Wojciecha P., który z kolei powiadamia o sprawie Ernesta Bejdę. Informację otrzymuje także Wiesław F. To również ważna postać w tej układance. F. kieruje Biurem Kontroli i Spraw Wewnętrznych CBA – policją w policji.

Według naszych ustaleń, to Wiesław F. miał być autorem hipotezy, ze źródłem opisanego wyżej przecieku miał być… Bogdan Sakowicz.

Paweł D. i Bartłomiej T. mają poczucie dobrze spełnionego obowiązku: czują, że puścili w ruch tryby maszyny

Ale tryby te mielą wolno. Zbyt wolno.

Koniec

Dopiero 13 lutego 2017 r. do Departamentu Analiz CBA trafia pismo z BKiSW, w którym wyartykułowane zostaje pytanie, ile wykonano kopii dokumentu sporządzonego przez ppłka. Pawła D.? Innymi słowy, zaczyna się szukanie autora przecieku. Ale Paweł D. nie doczeka tego. W tym samym miesiącu przychodzi po raz kolejny do gen. Łapińskiego. Informuje go o kolejnej aferze: wyłudzeniu środków, jakich miał dopuścić się naczelnik biura kadr Podlaskiego Oddziału SG. Nazwijmy go S.

Paweł D. jest uczciwym oficerem, liczy, że Łapiński zrobi porządek ze sprawą. Ale S. nie dostaje wypowiedzenia. Łapiński… przenosi go do komendy głównej. Paweł D., wściekły i rozżalony, decyduje się na krok desperacki: spotyka się z ministrem spraw wewnętrznych i administracji, Mariuszem Błaszczakiem. Informuje go o działaniach szefa SG. Także o sprawie Marcela Sakowicza, którą Łapiński pilotował rękoma naczelnika z Podlasia – S.

Jednocześnie, Łapińskiego rozpracowuje krzyżowo Wojciech Janik – agent CBA o nadzwyczajnych uprawnieniach, skierowany m.in. do wyjaśnienia „afery podkarpackiej”. Ustala, że to faktycznie Bogdan Sakowicz miał być odpowiedzialny za przeciek z grudnia poprzedniego roku. Pisze z tego notatkę, która trafia w ręce Sakowicza. W końcu, Janik sam informuje Bejdę o swoich ustaleniach.

W czerwcu 2017 r., Marek Łapiński otrzymuje od ministra raport ppłk Pawła D. na swój temat. Stwierdza, że „stracił do D. zaufanie” i zwalnia go ze Straży Granicznej. Paweł D. jest pokonany. W 2018 r. spróbuje szczęścia w wyborach na burmistrza Lubaczowa. Z 778 ważnymi głosami przegra je z kretesem.

W 2018 r., Łapiński trafia do MON, ściągnięty do resortu przez Mariusza Błaszczaka, który przejmuje MON po Antonim Macierewicz. W styczniu br. obejmuje fotel szefa Służby Wywiadu Wojskowego.

Bogdan Sakowicz wciąż współkieruje działaniami CBA. Nieżyczliwi mówią, że faktycznie kontroluje wszechpotężną obecnie służbę.

Paweł D. jest emerytem.

Co to wszystko oznacza?

Wiele osób pewnie wzruszy ramionami i powie „życie”, ale opisana historia pokazuje, że w instytucjach, odpowiadających za bezpieczeństwo Polski trwa bezwzględna walka o dostęp do stołu. Układy i układziki trawią instytucje kontroli i nadzoru, a ludzie, którzy próbują z tymi układami walczyć szybko wypadają z karuzeli. Czy opłaca się zatem być – jak to się dzisiaj modnie określa – whistblowerem? Sygnalistą? Czy warto otwierać szeroko oczy i mówić głośno o raku „ręki myjącej rękę” w instytucjach państwowych wymagających najwyższej prawości? Przykład Pawła D., ‘uczciwego gliniarza”, pokazuje, że niekoniecznie. I jest to najsmutniejsza konstatacja, wynikająca z opisanej wyżej historii. Bo odpowiedzialni za to funkcjonariusze nadal dzielą i rządzą w politycznym układzie sił.

Michał Deptrocki

Michał Deptrocki

Obserwator. Czasem komentator. Zawsze uważny słuchacz. W myśl zasady "The Truth is out there". Kontakt: m.deptrocki@osluzbach.pl