KIM JEST GŁÓWNY KADROWY AGENCJI WYWIADU?

„Ile musi się zmienić, żeby wszystko zostało po staremu” – mówi stare powiedzenie. Wygląda na to, że wziął je sobie mocno do serca obecny szef Agencji Wywiadu, Piotr Krawczyk. Dlaczego? Wygląda bowiem na to, że do Agencji – „stare” wraca na potęgę. Niekoniecznie w dobrym stylu. AW rządzi dziś z tylnego fotela grupa ludzi wprost związanych z gen. Hunią. Dzisiaj chcemy opowiedzieć o jednym z nich.

„Wrzecionowaty”

Bohaterem naszego tekstu jest Artur W., o którym na Miłobędzkiej nikt nie mówi jednak inaczej, niż „Wrzecionowaty”. Ze względu na – tu posłużymy się cytatem jednego z naszych rozmówców – obłość charakteru. W. nie jest nawet formalnym pracownikiem Agencji. „Konsultuje, doradza, podpowiada, jednocześnie nie będąc za nic odpowiedzialnym. Typowa szara eminencja”. Kim jest i dlaczego o nim piszemy? Ponieważ to on kreuje dzisiaj w największym stopniu polityką kadrową AW. Za pośrednictwem dyrektora jednego z departamentów układa po swojemu kadry Agencji doprowadzając przy tym do wściekłości płk Anettę Maciejewską, będącą formalnie zastępczynią szefa do spraw operacyjnych. Choć sytuacja jest w tym przypadku złożona. Nie wchodząc w skomplikowane zależności i strukturę kierownictwa Agencji możemy napisać, że płk Maciejewska musi dzielić się kompetencjami ze swoim podwładnym. To jeden z powodów jej frustracji. Osłabia to jej pozycję, a Maciejewska to kobieta o dużych ambicjach. Niedawno słychać było, że mogłaby zostać nawet pierwszą kobietą – generałem w polskich służbach. Może nawet z widokiem na pozycję szefowej.

Trzej przyjaciele z UOP-u

Kiedy usłyszeliśmy, że Artur W. – wyrzucony kilka lat temu – jest w Agencji szarą eminencją nie mogliśmy w to uwierzyć z kilku powodów. Aby zrozumieć kim jest oddajmy głos ludziom, którzy go znają. Opowieść jest skomplikowana, ale w fascynujący sposób pokazuje powiązania między ludźmi, którzy w ciągu ostatnich kilkunastu lat decydowali o kształcie polskich służb specjalnych. To naprawdę niesamowita układanka. Tak jak droga zawodowa opisywanego przez nas człowieka.

Pracę w służbach specjalnych „Wrzecionowaty” zaczynał w Urzędzie Ochrony Państwa, w kontrwywiadzie. Jego kariera sprzęgnięta jest z nazwiskami dwóch oficerów, którzy w ciągu ostatnich kilkunastu lat kształtowali polskie służby wywiadowcze. Chodzi o Macieja Hunię oraz słynnego – choć może należałoby raczej napisać „osławionego” – pułkownika Pawła Woźniaka. Szczerze w AW nielubiany Woźniak jeszcze się tu pojawi, bo w tej układance również jest ważną postacią. Wróćmy jednak do Artura W.

Po podziale UOP, „Wrzecionowaty” trafił do ABW. Oczywiście pod skrzydła Huni. Kiedy ten powrócił z pozycji oficera łącznikowego w Pradze i w styczniu 2008 r. został przez premiera Donalda Tuska powołany na fotel szefa Służby Wywiadu wojskowego, jak cień podążał za nim „Wrzecionowaty”.

Dobrze, ale nie beznadziejnie

– Kierował ludźmi, a nawet k…a w Bułgarii nie był – wścieka się doświadczony żołnierz SWW. Kiedy Hunia z Niepodległości 243 (siedziba SWW) trafił na Miłobędzką, za nim podążyli i Paweł Woźniak i Artur W. Tu pokazał, co naprawdę potrafi. Na nasze pytanie o „Wrzecionowatego”, oficer wywiadu z długą karierą niemal dławi się kawą, a potem wypuszcza z siebie długą wiązankę przekleństw. Potem łapie się za głowę.

– Synonim chu…! – mówi zwięźle. Opowiada, że będący wysoko w pionie operacyjnym „Wrzecionowaty” kazał pracującym „w terenie” robić rzeczy rodem z szkoły w Kiejkutach, które drażniły doświadczonych oficerów. A funkcję pełnił odpowiedzialną, był dyrektorem Biura Wschodniego – jednego z najważniejszych w działaniach operacyjnych Agencji. Jak się z tego wywiązał? De facto, zamroził jego działania – słyszymy. Nadstawiamy ucha.

– W jego biurze panował niesamowity, totalny zamordyzm. Dobrał sobie grupę młodzików, szybko ich awansował, a oni w zamian byli gotowi kłaść dla niego głowy pod topór. I tak sobie wesoło naczelnikowali, gówniarze po 4-5 lat służby. I zaczęli zaliczać wpadki na wschodzie. POWAŻNE wpadki – mówi z naciskiem nasz rozmówca, mający za sobą ćwierć wieku służby.
Do tego dochodziły przymioty charakteru.

– Mentalność trepa, chyba nabyta w SWW. W dodatku z silnym, ale całkowicie błędnym przeświadczeniem o otwartym umyśle, płynącym z faktu przeczytania kilku książek w życiu: czegoś o szpiegostwie, czegoś o psychologii i jakiegoś podręcznika zarządzania nie najwyższych lotów – cedzi były współpracownik. Wszyscy, z którymi rozmawiamy zgodnie twierdzą, że w Arturze W. ogniskowały się, jak w soczewce, najgorsze cechy, jakie w Agencji Wywiadu pojawiły się wraz z gen. Hunią: teoretykę bez podbudowy praktycznej, bezwład i brak odwagi w podejmowaniu ważnych z punktu widzenia interesu Agencji decyzji, fatalny zmysł operacyjny. I niezależnie od siebie przyznają, że taki był skutek dziwacznego pomysłu robienia oficerów wywiadu z „kontruchów”. A taką drogę przeszedł przecież właśnie gen. Hunia. Skutkowało to ni mniej, ni więcej tym, że praca operacyjna leżała. To także – przynajmniej na kierunku wschodnim – „zasługa” Artura W. Przyczajonego, wszędzie – jak słyszymy – węszącego spiski, prowokacje i podstawionych oferentów, mających skompromitować Agencję. To on, wespół w zespół z Woźniakiem niemal zatrzymał pracę na kierunku wschodnim. Co do tego doprowadziło? Nasi rozmówcy wspominają półsłówkami o kompromitujących materiałach, jakie miały rzekomo dotyczyć bardzo wysokich rangą funkcjonariuszy AW. Materiały te miały charakter obyczajowy i powstać miały podczas delegacji ludzi z wysokiego szczebla Agencji do jednego z krajów, położonych za naszą wschodnią granicą. I nie znajdują się bynajmniej w rękach Polaków…

Człowiek, z którym rozmawiamy wspomina, że „Wrzecinowaty” lubił pozować na wszechwiedzącego, ale napompowany balonik nie wytrzymywał konfrontacji z rzeczywistością. Dużo o jego charakterze mówi anegdota, którą przytacza. Rzecz zdarzyła się kilka lat temu, podczas pewnego spotkania z sojusznikami z jednego z krajów zachodnich. „Wrzecionowaty” doprowadził wtedy do sporego skandalu.

– Oni coś mówili, tłumaczyli, a ten po prostu się odwrócił i zaczął patrzeć w ścianę. Sprawiał wrażenie, jakby zupełnie go nie obchodziło o czym mówią – wspomina – Partnerzy patrzyli na siebie, na resztę naszej delegacji i zgrzytali zębami. Myśleli, że ich olewa, a on po prostu nie rozumiał, co mówią. Z językami nie bardzo… – tłumaczy.

Znakomitym podsumowaniem osoby będzie uczynienie jeszcze jednej dygresji i wspomnienie postaci innego oficera – nazwijmy go „Andrzej” – uchodzącego za bliskiego współpracownika głównego bohatera naszego tekstu. Obaj znają się od lat, trzymali się razem od czasów UOP.

– Nierozłączni byli. Jak Flip i Flap. Tam zresztą wszyscy dobrze się znali, bo środowisko było stosunkowo małe i dość hermetyczne – mówi dalej nasz informator. Historia, choć brzmi jak opowieść z filmu szpiegowskiego klasy C, jest niestety prawdziwa. Podobnie jak większość opisanych wyżej ma w CV zarówno wywiad cywilny jak i wojskowy. Kiedy przybył na Miłobędzką ściągnął za sobą z SWW pewną damę, z którą szybko przeszedł na stopę kontaktów mniej formalnych, niż nakazuje pragmatyka służby. Uchodzącemu za agencyjnego lowelasa „Andrzejowi” nie przeszkadzało zresztą to, że kobieta była mężatką.

– Dali jej funkcję zastępczyni naczelnika na kierunku. Tyle, że dziewczyna pewnego razu bardzo mocno się wyłożyła, realizując pewną operację na wschodzie bez immunitetu – mówi nasz rozmówca.

Zielono mi…

Jakim cudem ktoś taki, jak Artur W. przędzie więc dzisiaj swoją pajęczą sieć i jakim cudem został nieformalnym rozgrywającym kadry w Agencji? Aby to zrozumieć musimy cofnąć się o kilka lat. I skierować swoje kroki do budynku Służby Wywiadu Wojskowego. To właśnie Artur W. tam poznał obecnego szefa Agencji Wywiadu – płk Piotra Krawczyka. To tam zaczęła się magia. Mało kto wie bowiem, że obecny zwierzchnik cywilnego wywiadu zaczynał karierę właśnie w SWW. Tam miał zostać kadrowym oficerem. Według osoby zorientowanej w realiach działania służb, do „Zielonych” wprowadził go… właśnie główny bohater niniejszego tekstu – Wrzecionowaty. Był jego mentorem, opiekunem, prowadził go po nitce do kłębka. Aż Krawczyk wpadł w sieć. Czy teraz role się odwróciły, a Artur W. siedzi niczym u moniuszkowskiej Prząśniczki, i „kręci jedwabne niteczki” kadr Agencji Wywiadu? Nie jest to pytanie bezzasadne.

To także dobre podsumowanie tego, o czym napisaliśmy na początku: Agencja Wywiadu jest pod obecnym kierownictwem opanowywana przez ludzi związanych z generałem Hunią i jego zastępcami. Mówiąc krótko: spod nowej farby na ścianach Agencji wyziera ten sam nieświeży, zielonkawy tynk. A fasada zerwania z przeszłością chwieje się i pęka coraz bardziej.

Fot. Pixabay

Michał Deptrocki

Michał Deptrocki

Obserwator. Czasem komentator. Zawsze uważny słuchacz. W myśl zasady "The Truth is out there". Kontakt: m.deptrocki@osluzbach.pl