SANKOWSKI: STRACH, KTÓRY DODAJE ODWAGI

Bezprecedensowa sytuacja na Białorusi. Przed zbliżającymi się wyborami prezydenckimi, opozycja odważnie podnosi głowę. Protesty stają się masowe (jak na realia białoruskie) a władza reaguje wyjątkowo nerwowo.

Czy na Białorusi właśnie coś się zmienia? Wprawdzie w ostatnich latach kilkukrotnie na coś się zanosiło, jednak okazywało się później, że władza wciąż jest na tyle silna by złamać każdy protest. Tym razem wygląda to nieco inaczej.

Przede wszystkim uwagę zwraca masowość protestów. Ludzie są coraz bardziej odważni i zdecydowani. Funkcjonariusze OMON – choć wciąż brutalni, w kilku przypadkach zmuszeni byli „odpuścić” zatrzymania z powodu oporu demonstrantów. To sytuacja bez precedensu jak na białoruskie standardy. Tamtejsze służby bezpieczeństwa zaczynają dostrzegać, że to już nie jest taki sam protest jak dotychczas. Być może rozpoczął się proces, którego Łukaszenka nie będzie w stanie zatrzymać. Oczywiście nie oznacza to, że zobaczymy zmiany tu i teraz.

Niestety, polscy politycy wydają się kompletnie niezainteresowani tym, co dzieje się w Mińsku. Królują tematy zastępcze, a o wschodzie „lepiej się nie wypowiadać”. Tymczasem sytuacja jest na tyle dynamiczna, że nie można udawać, iż u naszego wschodniego sąsiada nic się nie dzieje. Tym bardziej, że niezależnie od tego czy zmiany nastąpią szybko czy też nie, to i tak wszystko „promieniować” będzie na nasze podwórko.

Oczywiście sceptycy powiedzą, że Białorusini tak naprawdę nie czują potrzeby głębszych zmian, że tak jest wygodniej. Być może, ale ostatnie tygodnie pokazują też, że weszliśmy w czas, kiedy ludzie chętniej i bardziej zdecydowanie pokazują co myślą. To klimat podobny trochę do tego jaki miał miejsce choćby w 1968 roku. Przesada? Zobaczymy co czas pokaże.

A co, jeśli Białorusini doszli waśnie do wniosku, że skala zagrożeń, tych zdrowotnych i ekonomicznych jest na tyle duża, że Prezydent Łukaszenka nie jest już żadnym gwarantem stabilizacji? Bo kiedy ludzi coś dotyka w sposób bezpośredni, kiedy czują realny strach, to nie tylko odważniej myślą, ale i odważnie działają. Sytuacja w Europie i kampania z pandemią w tle musiały dać Białorusinom mocno do myślenia.

Jedno wydaje się dziś pewne, na żadne zmiany, które pchałyby Białoruś w kierunku zachodnim, nie zgodzi się Prezydent Putin. Rosja dopuszcza korektę na szczytach władzy w Mińsku, ale tylko w granicach własnego komfortu. Innymi słowy jedynie reglamentowana rewolucja wchodzi ostatecznie w grę, choć i to niechętnie.

Moskwa nie ma dziś ani głowy, ani pieniędzy na to by brać sobie na barki kolejny problem. Dlatego status quo wydaje się optymalnym rozwiązaniem, o ile oczywiście Łukaszenko nie zmieni zdania w sprawie swojej przyszłości. Może się bowiem okazać, że „balony próbne” w obszarze współpracy energetycznej z USA i Europą okażą się na tyle zachęcające, że warto będzie zaryzykować zwrot w kierunku zachodu. Choć moim zdaniem to jedynie gra obliczona na uzyskanie lepszej pozycji negocjacyjnej w rozmowach z Moskwą. Dlatego zwrot to mało prawdopodobny scenariusz, bo ani NATO ani tym bardziej USA – zapatrzone gdzieś na Daleki Wschód, nie będą w stanie dać realnej gwarancji bezpieczeństwa przywódcy Białorusi. Można także przypuszczać, że każdy zryw społeczny, nie autoryzowany przez Moskwę, będzie oznaczać interwencję militarną na Białorusi i potężne zamieszanie wewnętrzne.

W ostatnim czasie białoruski przywódca dokonał głębokich zmian personalnych w służbach, bo zdaje sobie sprawę, że są one poważnie zinfiltrowane przez swoje rosyjskie odpowiedniki. Zresztą analizując strukturę służb trudno powiedzieć kto tak naprawdę dla kogo pracuje. Krzyżują się bowiem liczne zobowiązania biznesowe z wątkami politycznymi a nad tym wszystkim często, choć nie zawsze, góruje fałszywie pojmowana lojalność wobec Rosji. Putin ma więc komfortową sytuację, która teoretycznie pozwala mu mieszać w białoruskim kotle bez dokonywania spektakularnych ruchów. Nie ma się także czego obawiać ze strony NATO i UE, i doskonale zdaje sobie z tego sprawę, co pokazała dobitnie kwestia Krymu oraz wschodniej Ukrainy.

Kreml nie dopuści zatem do utraty Mińska, bo dla Rosji to tzw. głębia strategiczna. To bufor dzielący Rosję od granic NATO i UE. To w końcu zderzak, który czasami musi ulec uszkodzeniu po to, by reszta pojazdu pozostała nienaruszona.

Z naszej perspektywy, każdy z tych hipotetycznych wariantów jest w tym sensie ryzykowny, że oznacza bezpośrednie lub pośrednie zaangażowanie Polski w potencjalny konflikt, co najmniej polityczny, na który nie jesteśmy w żaden sposób przygotowani.

Wystarczy wyobrazić sobie falę uchodźców szukających w Polsce schronienia z powodu destabilizacji sytuacji w Mińsku. Nawet to byłoby nie lada wyzwaniem, tak z organizacyjnego jak i politycznego punktu widzenia.

Dziś trudno powiedzieć jaki mamy pomysł na politykę wschodnią (choć już od dawna jej nie ma) a nasze aktywa wywiadowcze zostały poważnie uszczuplone na tym kierunku. Tymczasem mamy do odrobienia pilną pracę domową, bo nieoczkiwany rozwój sytuacji może nas wszystkich niebawem mocno zaskoczyć.

Fot. Pixabay

Maciej Sankowski

Redaktor naczelny portalu O służbach. Ekspert ds. służb specjalnych.
Follow Me: