POKÓJ NA DRUTACH – JAK WOJSKOWY KONTRWYWIAD SZUKAŁ SZPIEGA

Koń jaki jest – każdy widzi. Ta stara maksyma znajduje zastosowanie powszechnie i chętnie, kiedy trzeba opisać coś tak oczywistego, że właściwie nie wiadomo jak to zrobić. Dzisiaj tę maksymę można zastosować do działań polskiego kontrwywiadu wojskowego, który działa… jak działa. Czasem komicznie. Tak, jak w przypadku płk G., wysokiego rangą oficera Sztabu Generalnego.

Historia, którą poniżej opisujemy jest zabawna… ale tylko na pozór. Kiedy o tym usłyszeliśmy, zastrzygliśmy uszami, bo to sytuacja co najmniej niecodzienna. Zasiadamy więc, zachowując wszelkie normy dystansu społecznego, nad butelką schłodzonego napoju bezalkoholowego, wraz z naszym rozmówcą. To doświadczony oficer kontrwywiadu, z bagażem ćwierć wieku służby.

Co się zdarzyło? – pytamy.

Szkoda gadać – macha ręką oficer, upijając łyk Sprite’a. I zaczyna opowiadać.

Potrzebująca – dość dramatycznie, dodajmy – sukcesu Służba Kontrwywiadu Wojskowego zarzuciła sieci na jednego z oficerów Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Jego nazwisko pozostanie niejawne, choć wojskowi i osoby zainteresowane tematem z pewnością rozpoznają o kogo chodzi, choćby śledząc zmiany w Sztabie Generalnym. Nazwijmy go pułkownikiem G. Terytorium jego działania to szalenie delikatna i wrażliwa materia. Zarząd ten miał pod skrzydłami m.in. najbardziej wrażliwy z obszarów: cyberbezpieczeństwo.

Co tak zaniepokoiło SKW, że postanowiły zainteresować się wysokiej rangi oficerem? Przyczyna – ta nieoficjalnie „oficjalna” – jest jedna: podróże pułkownika G. do Chin. Służba Kontrwywiadu Wojskowego chciała płk G. „doklepać” nieautoryzowane kontakty z chińskimi służbami specjalnymi.

Kompletna bzdura – denerwuje się nasz rozmówca – Gość był czysty, jak łza! Zna BHP, wie jak to się robi, co wolno a czego nie. O wszelkich kontaktach z ambasadą i chińskim attache obrony informował przełożonych i miał autoryzację. Informował o nich także obiektowych oficerów SKW. Z Chińczykami kontaktował się od czasu ostatniego wyjazdu sporadycznie, a osoby, z którymi kontaktował się w Chinach znają go z imienia, ale nie z nazwiska. Ale polecenie jest poleceniem. Trzeba było coś z tym fantem zrobić. Zrobiono więc.

Omdlenia i przesłuchania

Jak pomyśleli, tak zrobili i postanowili zainstalować mu druty – mówi osoba znająca kulisy sprawy. Tu zaczyna się magia.

Płk G. miał swój pokój w jednym z warszawskich internatów wojskowych. Tam więc wysłano dwóch techników z SKW, z zadaniem zainstalowania podsłuchu. Tak też się stało. Problem zaczął się później, kiedy dwóch oficerów chciało wyjść z internatu. Nadziali się bowiem na… wchodzącego do środka płk G.!

To jest paranoja. Przykład niebywałego partactwa! – wścieka się nasz rozmówca, który na instalacji techniki operacyjnej zjadł zęby. Ale to nie koniec.

Kiedy zobaczyli, że do budynku wchodzi G., jeden z tych asów… po prostu zemdlał – słyszymy, między jednym a drugim łykiem zimnego Sprite’a. Nie możemy w to uwierzyć.

I co się stało? – pytamy.

G., kiedy zobaczył co się dzieje, rzucił się na ratunek zemdlonemu. Na to podszedł do niego drugi z niefortunnych „betkarzy”.

Płk G. poproszono o odsunięcie się od omdlałego, niefortunny kontrwywiadowca został ocucony przez kolegę. G. a ten z kolei został zabrany do siedziby Służby, przy ul. Oczki i przesłuchany. W kajdankach. W obecności strażników, uzbrojonych w broń automatyczną. Potem już poszło jak z płatka.

G., stracił stanowisko w Sztabie. Ale z wojska nie został wydalony, prokuratura nie postawiła mu zarzutów działania na rzecz wywiadu obcego państwa. Trafił do jednej z ważnych instytucji wojskowych, choć poza szczeblem centralnym. Gotów jest dowodzić swojej niewinności, także przy użyciu wariografu.

Sprawa jest na tyle absurdalna, że lotem błyskawicy obiegła korytarze przy Oczki i Rakowieckiej, gdzie mieści sie sztab generalny. Co miała na celu?

Ja bym na to patrzył dwutorowo – mówi nasz informator. Z jednej strony, szukające uzysku SKW po prostu „zrobiło” sprawę, od początku do końca dętą ale po odznaczenia można wypiąć piersi. Po drugie: to kolejna odsłona cichej wojny, między ministrem obrony Mariuszem Błaszczakiem, a szefem SG WP, gen. Rajmundem Andrzejczakiem. Tu musimy posiłkować się informacjami od osób bliższych politykom, niż wojskowym.

No nie ma chemii między nimi – przekonuje inny z naszych rozmówców, bliżej związany z ludźmi ze sztabu i politykami. I kontynuuje swoją opowieść, przekonując, że Andrzejczak to typ zadaniowca, który nasłuchał się opowieści kolegów z innych państw, jak wygląda u nich system dowodzenia. Przychodzi do ministra z kolejnymi rozwiązaniami… i napotyka na barierę. Oczywiście nie śmiemy przypuszczać, że zlecenie na płk G. wypłynęło z aż tak wysokiego pułapu, jednak fakt, że szef SKW trafił na stanowisko wraz z pojawieniem się w MON Mariusza Błaszczaka nie jest bez znaczenia. Podobnie nie bez znaczenia jest zapewne fakt, iż płk G. był jednym z oficerów awansowanych na swoje stanowisko jeszcze przez Antoniego Macierewicza. A wielu z nich, już dzisiaj w MON nie ma, lub zmarginalizowano ich znaczenie. Czy doszło więc do cichej współpracy między instytucjami, mającej na celu pozbycie się niewygodnego oficera „w białych rękawiczkach”? Z tym pytaniem pozostawimy Cię jednak, drogi Czytelniku, sam na sam, abyś wyciągnął wnioski i odpowiedź ułożył w swojej głowie samodzielnie.

Partactwo wysokiej próby

Wróćmy jednak na moment do samej akcji Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Jak to się stało, że płk G., człowiek poddany inwigilacji, mógł przybyć do swojej tymczasowej kwatery i nadziać się na oficerów kontrwywiadu?

Przykład doskonałej indolencji i fatalnego wyszkolenia kadry – wścieka się rozmówca. Niemal dławiąc się przy tym ze złości Sprite’m. Zasada jest taka, że dookoła figuranta, któremu instaluje się kable, lub jest po prostu pod obserwacją, tworzy się coś na kształt „pierścieni” z funkcjonariuszy. Mniejsza o niejawne szczegóły, ale sytuacja, w której pojawia się on, jak gdyby nigdy nic, na miejscu instalacji podsłuchu, niemal na gorącym uczynku jest przykładem kompletnego rozjazdu operacji. Nieważne – czy na etapie planowania, czy wykonania.

System zwiódł i to na całej linii – piekli się oficer, który opowiedział nam groteskową historię płk G. i niezbyt udanego podsłuchu. Bo jeśli celem było uzyskanie dowodów na przekazywanie Chińczykom tajnych informacji przez płk G., to sprawa została całkowicie spartaczona. Ale kilku funkcjonariuszy SKW i tak zgłosi się po odznaczenia, a może i kwartalne premie. Fakt, że nie potrafili nawet zaplanować operacji przeciwko oficerowi własnych sił zbrojnych daje jednak marny prognostyk, na przyszłość. Szczególnie w starciu z silnym przeciwnikiem, dysponującym o wiele większymi zasobami ludzkimi i finansowymi. Takim, jak Chiny.

Ale to akurat nikogo w SKW zdaje się nie frasować.

*Dochowując należytej staranności i rzetelności w naszej dziennikarskiej pracy dnia 30 czerwca skierowaliśmy na adres mailowy SKW nasze pytania z prośbą o odniesienie się do całej sprawy. Niestety, tuż po wysyłce pytań otrzymaliśmy “autoresponder” Służby z informacją, że ich skrzynka pocztowa jest pełna… Postanowiliśmy więc zadać pytania na drugi adres podany na oficjalnej stronie internetowej – adres jednego z sekretariatu MON. Do dziś nie otrzymaliśmy odpowiedzi ani z SKW, ani z MON.

Fot. Pixabay

Michał Deptrocki

Michał Deptrocki

Obserwator. Czasem komentator. Zawsze uważny słuchacz. W myśl zasady "The Truth is out there". Kontakt: m.deptrocki@osluzbach.pl