Home Articles posted by Maciej Sankowski

Najkrwawszy zamach w historii Nowej Zelandii wstrząsnął światową opinią publiczną. W wyniku skoordynowanego, dobrze zaplanowanego ataku na dwa meczety śmierć poniosło 49 osób. Wielu rannych walczy o życie.

Premier Nowej Zelandii powiedziała, że to najczarniejszy dzień w historii kraju. W wyniku działań policji zatrzymano 4 sprawców wśród których była także kobieta. Śledczy sugerują jednak, że o ile wobec trzech aresztowanych nie ma wątpliwości, co do ich udziału w ataku, o tyle udział czwartej osoby wymaga jeszcze wyjaśnienia.

Jednym z zamachowców był prawdopodobnie obywatel Australii – Brenton Tarrant. Przed zamachem opublikował on w Internecie obszerny manifest, w którym identyfikuje siebie jako zwolennika faszyzmu i etnonacjonalizmu. Jednocześnie podkreśla swoją niechęć do Muzułmanów twierdząc, że chce wytworzyć atmosferę strachu i braku akceptacji dla tej grupy społecznej. Wiele elementów wskazuje na sprawstwo kierownicze Tarranta, który – jak sam przyznaje – wybrał miejsce i cele ataku z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, planując dokładnie wszystkie szczegóły przestępstwa. Podejrzany podkreśla także, że wzorował się na norweskim mordercy – Andreasie Breiviku – tak w kwestiach organizacyjnych jak i ideologicznych.

Na razie nie wiemy nic o pozostałych zatrzymanych, jednak nowozelandzkie służby wskazują skrajnie prawicowy ekstremizm jako główny kierunek śledztwa.

Nowozelandzkie służby podkreślają, że żaden z podejrzanych nie był wcześniej znany, ani notowany. Jednocześnie w komentarzach „na gorąco” eksperci podkreślają, że tego typu ekstremizm to całkiem nowe zjawisko na Antypodach i wydarzenie to będzie miało bardzo poważne konsekwencje.

Fot. Twitter

Od momentu zaprzysiężenia amerykański prezydent Donald Trump spotkał się ze swoim rosyjskim odpowiednikiem Władimirem Putinem aż pięć razy. Jednak szczegóły tych rozmów pozostają nieznane.

Biały Dom robi wszystko, aby informacje na ten temat nie wypłynęły na zewnątrz. Mało tego, większość wyższych urzędników Departamentu Stanu także nie może liczyć na dostęp do treści rozmów. Taki stan rzeczy niepokoi Demokratów, którzy podejrzewają, że Trump może ukrywać prawdziwą naturę swoich relacji z Putinem. Zapowiadają przy tym, że wystąpią (korzystając z faktu uzyskania większości w Izbie Reprezentantów) o szereg dodatkowych dokumentów, które rzucą trochę więcej światła nie tylko na relacje obydwu prezydentów, ale także ich zaplecza i współpracowników.

Steven Pifer, były amerykański ambasador na Ukrainie, a także członek rady Bezpieczeństwa Narodowego (za czasów Clintona), zajmujący się Rosją i Ukrainą pyta wprost na łamach The Wall Street Journal: „Jak bardzo wrażliwe problemy musiały być przedmiotem dyskusji przywódców obydwu państw, skoro prezydent USA nie chce się nimi z nikim podzielić”?

Co ciekawe nikt nie dysponuje także notatkami z rozmów, choć przepisy federalne są w tej sprawie jasne – nie ma czegoś takiego jak prywatne notatki. Tymczasem są one za każdym razem zabierane przez Trumpa – tak było zarówno podczas spotkań w Helsinkach jak i w Hamburgu. Zakaz notowania dotyczy także…tłumaczy. To tylko podsyca spekulacje o „nienaturalnym charakterze” relacji Trumpa z Putinem.

Nieprzypadkowy wydaje się w tym kontekście opór prezydenta Trumpa w sprawie wprowadzenia sankcji przeciwko Rosji w 2016 roku. Tu jednak zdecydowana postawa Kongresu przeważyła. Ale Prezydent USA opierał się także wprowadzeniu nowych sankcji po atakach z użyciem broni chemicznej w Syrii, która mogła liczyć na wsparcie Kremla.

Prezydent bagatelizował także ostrzeżenia, płynące z amerykańskich służb, dotyczące potencjalnych możliwości wpływania przez Rosjan na przebieg wyborów w Stanach Zjednoczonych. Szef Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, Admirał Mike Rogers, zeznał przed Kongresem w ubiegłym roku, że administracja nie robi wystarczająco dużo, aby utrudnić przeprowadzanie rosyjskich cyberataków w przyszłości. Po części dlatego, że prezydent nie traktował tej kwestii priorytetowo. Mało tego, podczas szczytu w Helsinkach Trump powiedział wprost, że w jego opinii nie może być mowy o rosyjskiej ingerencji w proces wyborczy, co spotkało się rzecz jasna z bardzo ciepłym przyjęciem ze strony Putina. Amerykańska społeczność wywiadowcza uznała te słowa za niezwykle szkodliwe, ale także odebrała je jako dowód całkowitego braku zaufania.

W tej sprawie jest zdecydowanie za dużo zaskakujących przypadków. O co może więc chodzić?

Były prawnik Trumpa, Michael Cohen zeznając przed komisją ds. wywiadu Izby Reprezentantów, przedstawił szereg nowych dokumentów, które rzucają więcej światła na relacje Trumpa i jego najbliższego otoczenia z Rosjanami. Przede wszystkim w sprawie negocjacji towarzyszących planom budowy Trump Tower w Moskwie. Przypomnijmy, współpracownicy Trumpa mieli pozyskać przychylność Putina dla tego projektu w zamian za nieodpłatne przekazanie apartamentu w budynku o wartości 50 mln $.

Cohen, który został skazany na trzy lata więzienia, powiedział, że otrzymał poufne zlecenie od Trumpa – miał w tej sprawie okłamywać Kongres. Prezydent oczywiście zaprzecza. Jednak były prawnik prezydenta zeznał również, że był świadkiem rozmów Ivanki Trump i jej męża na temat przebiegu moskiewskich negocjacji, choć obydwoje utrzymywali, że ich wiedza w tym obszarze jest żadna. Zapowiedział przedstawienie twardych dowodów w postaci korespondencji. Demokraci będą chcieli w najbliższym czasie przesłuchać wieloletniego współpracownika Trumpa – Felixa Satera, który odpowiedzialny był za negocjacje w Rosji.

Demokraci twierdzą także, że należy zbadać czy relacje otoczenia Trumpa z ludźmi Kremla nie miały wpływu na linię polityczną ówczesnego kandydata na prezydenta USA Donalda Trumpa, który nie szczędził pochwał Putinowi i opowiadał się za poprawą stosunków USA-Rosja. Działo się to w czasie, kiedy projekt budowy Trump Tower był cały czas poważnie rozważany – innymi słowy, kiedy ludzie Trumpa zabiegali o możliwość jego wybudowania. Pytanie, które pozostawiamy na razie bez odpowiedzi brzmi nie czy, ale jak rosyjskie służby specjalne, wykorzystały tę okazję do zdobycia materiałów obciążających prezydenta Trumpa i jego najbliższych współpracowników.

Fot. Kremlin.ru

Czy Arabii Saudyjskiej grozi wewnętrzna destabilizacja? Trwa cicha wojna między Królem i następcą tronu. USA są poważnie zaniepokojone rozwojem wydarzeń.

Arabia Saudyjska to najbliższy sojusznik USA pośród państw arabskich. Jego potencjalne osłabienie lub (nawet chwilowe) wyłączenie z bliskowschodniej gry byłoby natychmiast wykorzystane przez wrogów – tak po sunnickiej jak i szyickiej stronie.

Istnieje coraz więcej oznak świadczących o wzroście napięcia na dworze królewskim w Rijadzie. Służby wywiadowcze USA i Wielkiej Brytanii sugerują, że scenariusz zakładający potencjalną destabilizację jest bardzo prawdopodobny. Wskazują przy tym „postępujący rozłam między Królem Arabii Saudyjskiej i jego młodym następcą”.

Król Salman bin Abdulaziz Al Saud i książę Mohammed bin Salman od dłuższego czasu nie są w stanie dojść do porozumienia w wielu znaczących kwestiach politycznych. Kością niezgody, która zaogniła konflikt była m.in. wojna w Jemenie. Obydwaj politycy mieli skrajnie odmienne koncepcje rozwiązania konfliktu. Król sprzeciwiał się zaangażowaniu militarnemu, do którego z kolei dążył książę. W tle sporu pojawił się także ogromny kontrakt na zakup brytyjskiej broni, która dziś używana jest w Jemenie.

Jednak prawdziwa „zimna wojna” wybuchła w konsekwencji morderstwa saudyjskiego dysydenta, dziennikarza Jamala Khashoggiego, zamordowanego na terenie konsulatu saudyjskiego w Stambule. Tureckie służby specjalne dostarczyły w tej sprawie liczne dowody, świadczące o tym, że morderstwa dokonali Saudyjczycy. Z kolei CIA uzyskało wieloźródłowe potwierdzenie, że pomysłodawcą akcji był sam książę Mohammed bin Salman. Już wówczas Król miał „czuć się bezsilny wobec narastającej samowoli Księcia”. Z pomocą przyszli Amerykanie. USA zagroziły Saudom sankcjami pokazując, że nie może być przyzwolenia dla tego typu działań.

Nowe napięcia pojawiły się wraz z wizytą saudyjskiego Króla w Egipcie, która miała miejsce pod koniec lutego. Władca został ostrzeżony przez swoich doradców, którzy powoływali się przy tym między innymi na ustalenia izraelskich służb wywiadowczych, że istnieje realne ryzyko potencjalnego zamachu na życie władcy. Otoczenie Króla było na tyle zaniepokojone tymi informacjami, że jeszcze w trakcie trwania wizyty dokonano zmiany całego korpusu ochraniającego Głowę Państwa. W tym celu wyselekcjonowano 30 funkcjonariuszy MSW, którzy zostali pilnie przerzuceni do Egiptu i zastąpili dotychczasową ochronę. Obawiano się bowiem, że niektórzy ochroniarze mogą być lojalni wobec Księcia i może dojść do zamachu lub próby ubezwłasnowolnienia 83 letniego władcy. Co więcej, zrezygnowano także z egipskiej ochrony, starając się doprowadzić do sytuacji, w której w otoczeniu Króla będą jedynie stuprocentowo sprawdzeni ludzie. Czyżby zatem Król obawiał się, że egipski Prezydent Sisi może być w zmowie z Księciem?

O tym, że relacje na linii ojciec – syn nie są dobre świadczy również inny fakt. Otóż zgodnie z saudyjskim protokołem, ale i praktykowanym zwyczajem, Książe zawsze witał Króla na lotnisku, podczas ceremonii powitania po powrocie z wizyt zagranicznych. Tym razem Księcia zabrakło, co wywołało lawinę nerwowych komentarzy wśród dostojników państwowych i funkcjonariuszy służb specjalnych.

Okazuje się, że podczas nieobecności Króla w Rijadzie doszło także do istotnych ruchów personalnych. Otóż następca tronu, który został wyznaczony „zastępcą króla” na czas podróży do Egiptu, podjął dwie niezwykle istotne decyzje personalne. Obejmowały one powołanie na stanowisko Ambasadora Arabii Saudyjskiej w USA – Księżniczki Reema bint Bandar bin Sultan, oraz brata Księcia – Khalida bin Salmana na stanowisko Ministra Obrony.

Mimo, że decyzje te były przedmiotem wielotygodniowych dyskusji, ich ogłoszenie dokonało się bez wiedzy i udziału Króla, który był szczególnie oburzony przedwczesnym awansem Księcia Khalida na eksponowane i bardzo trudne stanowisko – nie tylko w kontekście współpracy międzynarodowej, ale i trwającej wojny w Jemenie.

Obydwa Dekrety zostały podpisane 23 lutego w imieniu Króla przez „zastępcę Króla”. Eksperci zwracają uwagę, że tytuł „zastępcy króla” nie był w praktyce wykorzystywany od dziesięcioleci a Król miał się o tych decyzjach dowiedzieć z mediów, co spotęgowało irytację.

Zdaniem jednego z byłych funkcjonariuszy CIA, który doskonale zna uwarunkowania panujące na dworze królewskim w Rijadzie: „Są to subtelne, ale ważne oznaki czegoś złego, co dzieje się w królewskim pałacu i co może mieć poważne konsekwencje w najbliższej przyszłości”.

Destabilizacja sytuacji w Arabii Saudyjskiej związana z nagłą zmianą władzy wiązałaby się z istotnym przemodelowaniem dworu – także w obszarze służb specjalnych. Książe charakteryzuje się bardzo dużą pewnością siebie i zdecydowaniem w działaniu, które jak dotąd nie spotkało się z żadnym poważniejszym oporem. Co ważne, Książe nie przywykł też do konieczności zawierania kompromisów. Dlatego dotychczasowe stopniowe przejmowanie przez niego władzy było procesem długotrwałym, ale zapewniającym ciągłość w polityce zagranicznej KAS. Przerwanie tego procesu mogłoby stanowić potencjalnie dodatkowe zagrożenie dla i tak napiętej sytuacji w regionie. Szczególnie w kontekście wojny w Jemenie, który stał się areną niebezpośrednich starć sił rywalizujących ze sobą sunnickiej Arabii Saudyjskiej i szyickiego Iranu.

Fot. Wikipedia/materiały prasowe Białego Domu

Trwa przeciąganie liny pomiędzy Pekinem a Waszyngtonem. Zamiast porozumienia kończącego wojnę handlową mamy nową odsłonę wojny o Huawei. W ramach odwetu za zatrzymanie w Kanadzie wiceprezes koncernu, Pekin oskarżył dwóch jej obywateli o szpiegostwo. A wszystko to w cieniu obrad Komunistycznej Partii Chin.

Śledztwa, w których podejrzanymi są Michael Kovrig i Michael Spavor zostały połączone w jedno postępowanie a chiński kontrwywiad twierdzi, że dysponuje twardymi dowodami na współpracę obydwu mężczyzn z obcym wywiadem. Informacje o zarzutach pojawiły się w szczególnym z politycznego punktu widzenia momencie, a więc podczas obradującego właśnie kongresu Komunistycznej Partii Chin.

Co to oznacza?

Zdaniem ekspertów obydwaj Kanadyjczycy, zagrożeni karą wieloletniego, ciężkiego więzienia, staną się zakładnikami sprawy Huawei. Przypomnijmy, władze kanadyjskie, odpowiadając na amerykański wniosek, dokonały zatrzymania Pani Meng Wanzhou, która w Huawei pełni funkcję wiceprezesa a prywatnie jest córką założyciela koncernu.

SPRAWA CÓRKI ZAŁOŻYCIELA HUAWEI NABIERA TEMPA

To oczywista forma presji na kanadyjski rząd, aby ten interweniował ws. wniosku o ekstradycję Pani Meng do USA. Innymi słowy – zgoda na ekstradycję oznaczać będzie skazanie Kanadyjczyków za szpiegostwo.

O powadze sytuacji świadczy fakt, że pierwsze informacje na temat rzekomej szpiegowskiej aktywności Kovriga i Spavora opublikował serwis prasowy KPCh. Eksperci twierdzą, że część delegatów na kongres partii domagało się zdecydowanych działań w obronie chińskiego koncernu. W związku z trwającymi negocjacjami dotyczącymi prób zakończenia wojny handlowej, bezpośrednie działania przeciwko aktywom wywiadowczym USA nie wchodziły w grę. Pekinowi szczególnie zależy na zakończeniu wojny ekonomicznej wobec słabnącej gospodarki. Chiński PKB spadł najbardziej od blisko 30 lat a władze poszukują nowych impulsów prowzrostowych. Dlatego uderzenie w Kanadyjczyków było zdecydowanie bardziej racjonalne. Dodajmy, że mężczyźni zostali aresztowani 10 grudnia, w dwóch różnych miastach, niedługo po zatrzymaniu Pani Meng (1 grudnia). Pekin nawet nie próbował ukryć, że sprawy te są ze sobą związane. To zresztą nie pierwsza tego typu historia.

W 2016 roku Chińczycy oskarżyli o działalność szpiegowską innego obywatela Kanady – Kevina Garratta. Po kilku miesiącach mężczyzna został zwolniony z aresztu i wrócił do Kanady. Co ciekawe do zatrzymania doszło niedługo po tym, jak kanadyjski kontrwywiad aresztował Pana Su Bin, który wykradał tajemnice koncernu Boeing.

Czy Kanadyjczycy rzeczywiście są szpiegami?

Zacznijmy od tego, że obydwaj panowie znają się i łączy ich wspólne, bardzo oryginalne zainteresowanie Koreą Północną.

Kovrig, pracuje jako analityk Międzynarodowej Grupy Kryzysowej (ICG), której siedziba znajduje się w Hong Kongu. Często podróżował do Chin, także w celach badawczych dotyczących Korei Północnej. Zawsze jednak posługiwał się zwykłym paszportem (nie dyplomatycznym). Był zresztą w trakcie sporządzania kolejnego raportu na ten temat. International Crisis Group określił chińskie zarzuty mianem absurdalnych i bezpodstawnych podkreślając, że cała dotychczasowa aktywność Kovriga była nacechowana maksymalnym stopniem transparentności.

Z koli Spavor jest założycielem pozarządowej organizacji Paektu Cultural Exchange, która zajmuje się między innymi ograniczaniem izolacjonizmu poprzez realizację wspólnych z Koreą Północną projektów w dziedzinie kultury, sportu, turystyki, ale i biznesu. Spavor zna biegle koreański, organizował jeden z wyjazdów Dennisa Rodmana, znanego amerykańskiego koszykarza, do Pjongjangu. Udało mu się nawet uczestniczyć w spotkaniu z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem.
Obydwaj prowadzili dotychczas swoje działania w sposób bardzo przejrzysty. Zdobywali wprawdzie informacje, ale przede wszystkim te oficjalne, nie objęte klauzulami tajności. Współpracujący z nimi dyplomaci podkreślają, że nie powinno być zatem mowy o szpiegostwie.

Eksperci podkreślają, że to co się wydarzyło, jest absolutnie charakterystyczne dla chińskich służb. Trzeba też zauważyć jeszcze jedną koincydencję. Otóż najpierw chiński MSZ (ustami rzecznika prasowego) w ostrych słowach zaprotestował przeciwko wnioskowi ekstradycyjnemu ws. Pani Meng, a już kilka godzin potem organ prasowy KPCh informował
o rzekomym szpiegostwie Kanadyjczyków.

Również koncern Huawei przeszedł do bardziej ofensywnych działań. Prawnicy reprezentujący firmę złożyli pozew w Teksasie przeciwko rządowi USA i siedmiu urzędnikom administracji. Huawei twierdzi, że, Kongres naruszył konstytucję amerykańską, przyjmując ustawę zakazującą agencjom federalnym zakupu sprzętu marki Huawei oraz zakazującą relacji gospodarczych z kontrahentami, którzy używają sprzętu produkcji chińskiej firmy. Z kolei prezes Huawei, podczas spotkania kadry kierowniczej koncernu oświadczył, że jego firma „jest w stanie wojny” z rządem USA. To zupełnie odmienny, bardziej konfrontacyjny ton, który musi wynikać z konsultacji z władzami w Pekinie.

Fot. Pixabay

Agencja Associated Press oraz źródła irackie informują, że spore grupy bojowników Państwa Islamskiego szykują się do przekroczenia granicy syryjsko – irackiej, szukając schronienia w sunnickich enklawach Iraku. Około tysiąca bojowników ISIS zmuszonych zostało do opuszczenia Syrii – Irak wydaje się dla nich jedynym bezpiecznym kierunkiem ewakuacji.

Aby temu zapobiec armia iracka przerzuciła w kierunku granicy z Syrią dodatkowe 20 tysięcy żołnierzy, ale trzeba wziąć pod uwagę, że to niezwykle rozległy i trudny do monitorowania teren. Według najnowszych informacji zgromadzonych przez służby wywiadowcze Iraku i USA setki bojowników prześlizgnęły się w ostatnich tygodniach przez granicę – część pod osłoną nocy, część udając uchodźców lub rolników, inni natomiast z wykorzystaniem sieci tuneli, które zostały zbudowane przez ISIS w latach 2013 – 2014. Amerykańskie źródła wywiadowcze twierdza także, że na terytorium Iraku wciąż funkcjonują tajne, podziemne składy broni, amunicji i pieniędzy – zabezpieczone przez Państwo Islamskie w poprzednich latach.

Iracki wywiad szacuje, że obecnie w Iraku przebywa między 5000 a 7000 uzbrojonych bojowników ISIS. Większość z nich pozostaje w ukryciu, ale liderzy podejmują systematyczne wysiłki w celu „ożywienia” społeczności sunnickiej i ponownego osadzenia bojowników w trudnej, irackiej rzeczywistości, co nie jest wcale takie proste. Północne prowincje obawiają się, że dając schronienie islamistom, pozbawią się pomocy Bagdadu w procesie modernizacji kraju.

Dlatego ISIS próbuje wracać do sprawdzonych metod – to jest wymuszania posłuszeństwa na lokalnej społeczności przy pomocy terroru. W styczniu doszło do dziewięciu ataków przeprowadzonych przez ISIS, w lutym do kolejnych pięciu. Wszystkie miały charakter lokalny a ich celem było „dyscyplinowanie” Irakijczyków. Jednak na przestrzeni ostatnich lat wiele się zmieniło. Ludzie są zmęczeni wojną i coraz chętniej współpracują z irackimi służbami bezpieczeństwa.

Bagdad naciska też na Amerykanów, aby ci rozważyli czasowe zwiększenie zaangażowania w regionie, zanim ISIS zdoła odbudować potencjał, zagrażający w przyszłości stabilności sytuacji w Iraku. Nieoficjalnie wiadomo, że Waszyngton rozważa jedynie „chirurgiczne” akcje sił specjalnych przeciwko lokalnym liderom ugrupowania.

Fot. Pixabay

Alarmujący raport ONZ: Rekordowa liczba cywilów zginęła w Afganistanie w ubiegłym roku w wyniku zamachów terrorystycznych, ale i nalotów prowadzonych przez siły koalicji.

W swoim raporcie rocznym, misja pomocy ONZ w Afganistanie (UNAMA) poinformowała, że w wyniku działań zbrojnych w 2018 roku śmierć poniosło aż 3,804 cywilów a 7,189 osób zostało rannych.

Wysłannik ONZ, Tadamichi Yamamoto, wyraźnie poruszony prezentowanymi danymi liczbowymi dodał, że w konsekwencji siedemnastoletniego już konfliktu, setki tysięcy Afgańczyków zostały zmuszone do opuszczenia swoich domów i szukania pomocy także poza granicami kraju.

Raport ONZ wskazuje, że za 63% zgonów odpowiadają talibowie, ISIS oraz inne, mniejsze grupy zbrojne. Przy czym widać wyraźny spadek aktywności Państwa Islamskiego, przede wszystkim kosztem talibów, którzy starają się oddziaływać z nową siłą na sytuację w kraju. Dziś działania ISIS to w zasadzie tylko wschodni Afganistan i to w coraz bardziej ograniczonym stopniu. Wyraźnie islamscy fundamentaliści cierpią na brak środków finansowych oraz na brak nowych rekrutów.

Z kolei talibowie starają się utrzymywać dialog z siłami koalicji i w mniejszym wymiarze z rządem w Kabulu. Właśnie dziś rozpoczyna się kolejna runda rozmów (pod auspicjami ONZ) z talibami w Katarze (gdzie utrzymują oni swoje przedstawicielstwo polityczne) poświęcona ocenie sytuacji w Afganistanie. Znamienne, że Talibowie starają się rozmawiać przede wszystkim z dyplomatami reprezentującymi państwa koalicji.

Rząd w Kabulu czuje, przez takie działanie, że jego rola oraz wpływ na bieg wydarzeń zostają istotnie pomniejszone. Co oczywiście wykorzystują talibowie budując swoją pozycję nie tylko w oczach lepiej zorientowanych Afgańczyków, ale także świata arabskiego.

Wracając jednak do danych okazuje się, że siły koalicji odpowiadają za 24% zgonów – to znaczny wzrost w porównaniu z 2017 rokiem. Siły koalicji tłumaczą ten stan rzeczy nie tylko zwiększoną liczbą nalotów, ale i bardziej przebiegłymi działaniami terrorystów, którzy na spotkania strategiczne – będące celem ataków – wybierali miejsca często uczęszczane przez Afgańczyków lub po prostu zlokalizowane w centrach miast. W ubiegłym roku doszło aż do 6823 nalotów (w tym, z użyciem dronów), w których śmierć poniosło ponad 1200 cywili. Taka skala „postronnych ofiar” musi budzić pytania o proces podejmowania decyzji ws. ataków. Wygląda na to, że jednak znacznie obniżono standardy bezpieczeństwa dla cywili, które jak się wydaje, w poprzednich latach były znacznie ostrzejsze lub po prostu ściślej przestrzegane.

W ciągu ostatniej dekady, odkąd ONZ rozpoczął dokładne monitorowanie liczby ofiar cywilnych konfliktu w Afganistanie śmierć poniosło ponad 32.000 cywilów a ponad 60.000 osób zostało rannych. Niestety, analiza danych nie pozwala na wyciągnięcie optymistycznych wniosków. Czeka nas prawdopodobnie kolejny krwawy rok, coraz dalej od zainteresowania światowych mediów.

Fot. Wikipedia

Litwa jest dziś jednym z liderów walki z dezinformacją a jej specyficzne doświadczenia są analizowane nie tylko w ramach Unii Europejskiej, ale i NATO.

W maju Litwę czekają bardzo ważne wybory parlamentarne. Tamtejsze służby nie mają wątpliwości, że przy okazji zbliżającej się kampanii uaktywnią się przede wszystkim liczne ośrodki prorosyjskie.

Trzeba jednak zauważyć, że Litwa w ostatnich latach wykonała ogromną pracę w obszarze walki z dezinformacją. Zastosowano przy tym bardzo ciekawy model opierający się w dużej mierze na bliskiej współpracy mediów, organów państwa (w tym służb specjalnych oraz armii) i społeczeństwa. Dlatego dziś obawy związane z wrogimi działaniami Moskwy, są oczywiście traktowane z należytą powagą, ale nie budzą paniki.

Jeszcze dekadę temu Bruksela utożsamiała dezinformację z wolnością słowa a problem wydawał się marginalny i dotyczył raczej wschodniej części kontynentu. Działania Rosji tłumaczono naturalnym resentymentem do utraconej strefy wpływów. Natomiast z biegiem czasu ingerowanie wschodnich sił w wewnętrzne sprawy poszczególnych państw zaczęło wyraźnie przesuwać się na zachód. Rosjanie doskonale wykorzystali okres resetu w relacjach ze swoim państwem, z jakim mieliśmy do czynienia w okresie pierwszej kadencji prezydenta Baracka Obamy. Specjaliści podkreślają, że lata 2008 – 2012 to szczyt rosyjskiej aktywności w sferze budowania fundamentów pod działania, które obserwujemy obecnie. Chodziło przede wszystkim o pozyskiwanie agentów wpływu, plasowanie własnej miękkiej agentury (zorientowanej na dystrybucję a nie pozyskiwanie informacji) w środowiskach opiniotwórczych czy wreszcie zaangażowanie kapitałowe umożliwiające nawiązanie bliskiej współpracy z mediami. Dezinformacja staje się bowiem znacznie bardziej skutecznym narzędziem, jeżeli w danym państwie istnieją ośrodki, które powielają i odpowiednio modyfikują przekaz. Tak by informacja zaczęła żyć własnym życiem.

Początkowo Zachód nie zdawał sobie sprawy z potencjalnej siły rażenia tzw. fake newsów. Nawet jeżeli przekaz wydawał się, delikatnie rzecz ujmując, zniekształcony, powoływano się na konieczność obrony wolności wypowiedzi. Dziś, po bardziej lub mniej oczywistych próbach wpływania na rzeczywistość wielu zachodnich państw, problem dezinformacji stał się jak najbardziej realny. Większość państw UE doświadczyła już konsekwencji zewnętrznej ingerencji i próby wpływu na kształtowanie opinii w sferze społeczno – politycznej.

W Hiszpanii było to umiejętne podsycanie nastrojów separatystycznych w odniesieniu do Katalonii, we Francji podtrzymywanie tlącego się od kilkunastu tygodni protestu żółtych kamizelek, przy jednoczesnym wspieraniu skrajnej prawicy. W Niemczech – fałszywe informacje o gwałtach na nieletnich Rosjankach, incydentach z udziałem żołnierzy US Army czy wreszcie próba wzniecenia niepokojów związanych z imigrantami (zamieszki w Chemnitz). Najbardziej jednak spektakularnym i namacalnym jednocześnie przykładem skuteczności takich działań okazało się brytyjskie referendum ws. opuszczenia struktur Unii Europejskiej. Wydarzenie to, w dużej mierze finansowane przez ośrodki związane z Rosją (o czym pisaliśmy wielokrotnie) udowodniło, że przy pomocy m.in. mediów oraz mediów społecznościowych da się skutecznie destabilizować sytuację nie tylko w danym państwie, ale szerzej, w regionie. Niewykluczone, że w najbliższym czasie będziemy świadkami wzrostu napięcia związanego z koniecznością restytucji granicy pomiędzy Irlandią a Irlandią Północną (w następstwie Brexit), co znowu da pole do popisu siewcom dezinformacji.

Tymczasem kłamstwo nie ma się nijak do wolności słowa – tak można określić w skrócie dewizę, którą kieruje się Litwa.

Litwie udało się zbudować coś w rodzaju platformy wojskowo – medialno – społecznej. Ale właśnie udział wojska i litewskich służb budzi w tej sprawie największe emocje. Wojsko na bieżąco śledzi to, w jaki sposób rozprzestrzeniane są w mediach (społecznościowych i tradycyjnych) poszczególne informacje oraz to, gdzie mają swoje źródła. Nagminnie zgłaszane i eliminowane są fałszywe konta tzw. farm trolli zlokalizowane czy to na Faceebooku czy na Twitterze.

Internet to jedno, a stacje telewizyjne promujące politykę Kremla to drugie. Zresztą problem wydaje się ogólnoeuropejski. Ostatni przykład? Russia TV, teraz promująca się pod nazwą RT, w zasadzie nieustannie transmitowała przebieg zamieszek w Paryżu, zdecydowanie podgrzewając atmosferę poprzez podawanie zawyżonych danych dotyczących liczby demonstrujących, ale też upowszechniając niesprawdzone (czy wręcz nieprawdziwe) informacje, dotyczące szczegółów starć z policją. Próbowano budować atmosferę rewolucji.

Litwini zauważyli, że tradycyjne media, w poszukiwaniu oszczędności, często kupują niemalże gotowy do emisji produkt, znacznie poniżej kosztów własnej produkcji. Na Litwie tego typu produkcje można dziś oglądać aż w 10 stacjach telewizyjnych – informuje The Financial Times, który zgłębiał to zagadnienie. Często niewinne, wydawałoby się codzienne problemy, wykorzystywane są do umiejętnej promocji Rosji i polityki Kremla, ukazując jednocześnie Zachód jako źródło wszelkiego zła – czy to w ujęciu kulturowym, społecznym czy politycznym.

Dlatego Litwa jako pierwsza, starała się dostosować przepisy prawne do nowej rzeczywistości. Rząd podkreśla, że chodzi o umożliwienie realnej walki z rażącymi przypadkami dezinformacji, a nie o ograniczanie debaty publicznej. Jednym z takich narzędzi jest przepis, który pozwala władzom zamknąć na 48 godzin, bez nakazu sądowego, serwery podmiotów wykorzystywanych do szerzenia lub rozpowszechniania dezinformacji. Dotyczy to także udziału w prowadzeniu cyberataków. Litewski MON przyznaje, że to drastyczne przepisy, ale wskazuje również, że zwykle ataki dezinformacyjne są mocno zintegrowane z atakami cybernetycznymi. Dobrym przykładem jest akcja z ubiegłego roku, kiedy to hakerzy wykorzystali naruszenie infrastruktury cyfrowej stacji telewizyjnej, aby umieścić w jej zasobach fałszywą historię dotyczącą jednego z ministrów. Materiał, opracowany na pierwszy rzut oka przy pomocy zwykłego dokumentu typu Word, sam wysłał się do sieci a także trafił na fora dyskusyjne. Tego typu przypadków będzie coraz więcej.

Ale służby i armia nie dysponują odpowiednimi środkami, aby samodzielnie walczyć z dezinformacją. I tu z pomocą przychodzi ruch tzw. Elfów. To wolontariusze, którzy sami starają się identyfikować i zwalczać rosyjskie trolle, pojawiające się w litewskiej sieci. Ich liczba stale rośnie, możemy mówić o tysiącach osób, wśród których są i dziennikarze, i specjaliści IT, ludzie biznesu, studenci czy naukowcy. Ich celem jest z jednej strony jak najszybsza identyfikacja fałszywych informacji, zanim zaczną żyć własnym życiem w sieci, z drugiej próba ustalenia źródła dezinformacji.

To trudne zadanie, tym bardziej, że przeciwnicy też się uczą i coraz lepiej rozumieją litewską specyfikę. Dlatego koncentrują swoją uwagę tam, gdzie najłatwiej jest znaleźć słabe punkty w społeczeństwie litewskim. Innymi słowy, analizują sytuację na bieżąco i docierają do najbardziej sfrustrowanych grup.

Bardzo ciekawym rozwiązaniem jest strona Demaskuok.lt – platforma stworzona do walki z dezinformacją przez instytucje państwowe, dziennikarzy i przedstawicieli organizacji pozarządowych. Dzięki Demaskuok.lt możliwe jest skanowanie nawet 20.000 artykułów dziennie z ponad 1000 źródeł, a dzięki zaawansowanym narzędziom informatycznym udaje się wyłapać te fałszywe – zarówno brzmiące irracjonalnie jak i te wyglądające na prawdziwe. Zresztą większość badań pokazuje, że ludzie mają coraz większy problem z oceną wiarygodności informacji a margines tolerancji dla absurdu znacznie się przesunął. Mówiąc wprost im większy zalew informacji tym łatwiej jest nas nabrać. Do tego dochodzi jeszcze jedna kwestia – rośnie liczba odbiorców informacji, którzy korzystają już tylko z jednego źródła jakim jest internet. A tu dezinformacji było bez liku. W ubiegłym roku zalew fake newsów był rekordowy. W sieci można było przeczytać m.in. i o wypadku drogowym, w wyniku którego śmierć poniósł chłopiec zmiażdżony przez pojazd wojskowy NATO i o testach broni biologicznej w krajach bałtyckich prowadzonych przez Sojusz Północnoatlantycki, ale i o UFO zestrzelonym nad Litwą. Jednej z grup hakerskich udało się także przemycić fałszywą informację o planach NATO inwazji na Białoruś.

Przeciwnicy ścisłej współpracy mediów i służb oraz armii obawiają się o konflikt interesów i tu upatrują zagrożenia. Czy zbyt bliska relacja z organami państwa nie zacznie działać w drugą stronę, to jest czy nie doprowadzi do prób recenzowania informacji?

Litwini twierdzą, że nie ma podstaw do obaw, tym bardziej, że w projekt zaangażowane są często konkurujące ze sobą na co dzień, prywatne redakcje, dla których cytowalność i walka o news pozostają kluczową kwestią biznesową.

Ale są w UE kraje takie jak np. Holandia, gdzie litewskie rozwiązania budzą poważne wątpliwości. Zresztą nie tylko tam. Cytowany przez The Financial Times dyplomata unijny podkreśla, że sprawa jest bardzo delikatna. Trzeba zachować szczególną ostrożność, bo nie da się wprost przenieść rozwiązania litewskiego do innych państw UE. Każdy ma nieco inną wrażliwość i inne doświadczenia historyczne. Dlatego nie można jedną miarą traktować wszystkich.

Tylko, że UE sprawia wrażenie dość nieporęcznej w walce z dezinformacją. Unia nie ma własnej służby wywiadowczej a współpraca pomiędzy poszczególnymi służbami zawsze nacechowana będzie jakimś promilem nieufności. Z drugiej strony grupa zadaniowa East Stratcom, działająca w ramach EU ma wciąż bardzo organiczne zasoby ludzkie – to ledwie kilkanaście osób współpracujących z około 500 wolontariuszami.

Unijni dyplomaci twierdzą, że grupa otrzymała wprawdzie dodatkowe środki na „dalszą profesjonalizację” ale podkreślają, że w ubiegłym roku East Stratcom musiała wycofać trzy nieprawdziwe oskarżenia o dezinformację przeciwko holenderskim mediom. W jednym przypadku z powodu złego przetłumaczenia fragmentu tekstu, innym zaś razem tekst satyryczny potraktowano jako informacyjny.

Wpadki zdarzają się wszystkim, ale warto pamiętać, że żyjemy w czasach konfliktu, więc nie powinniśmy udawać, że go nie ma. Zresztą wybory europejskie i związane z nimi wydarzenia będą doskonałym materiałem analitycznym, pozwalającym na dokładniejsze określenie skali zagrożenia.

Fot. Pixabay

Narodowe Centrum Cyberbezpieczeństwa uznało, że przy podjęciu odpowiednich środków ostrożności możliwe jest wykorzystanie technologii firmy Huawei w strukturze sieci 5G bez ryzyka dla bezpieczeństwa narodowego – poinformował “Financial Times”.

Według dziennikarzy w NCSC przeprowadzono specjalistyczną analizę, z której wynika, że całkowite wykluczenie Huawei z budowy sieci 5G byłoby zbyt drastyczną decyzją. Co ciekawe, Brytyjczycy podtrzymali swoją opinię pomimo zintensyfikowanych wysiłków ze strony Stanów Zjednoczonych, aby całkowicie wykluczyć Huawei z sieci swoich sojuszników. W tle pojawiały się bowiem podejrzenia, że firma mogłaby pomóc chińskim służbom w prowadzeniu działań szpiegowskich na niespotykaną dotychczas skalę. Wskazywano także na zagrożenia związane z ryzykiem cyberataków.

Zdaniem dziennika Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) podkreślając ryzyka związane z obecnością Huawei na zachodnich rynkach, udostępniła sojusznikom dodatkowe informacje. Jednak mimo to, wiele europejskich państw – ku niezadowoleniu Waszyngtonu – prowadzi własną politykę bezpieczeństwa, nie uwzględniając amerykańskich obaw. Szczególnie Wielka Brytania i Niemcy podkreślają, że całkowity zakaz współpracy z Huawei wydaje się nieuzasadniony.

Informatorzy FT twierdzą, że brytyjska decyzja może mieć bardzo poważne konsekwencje dla innych europejskich państw. Specjaliści śledczy z NCSC, prowadzący rozległe analizy, korzystali prawdopodobnie także z amerykańskich informacji wywiadowczych. Konkluzja z raportu NCSC musi być o tyle niepokojąca z punktu widzenia interesów Waszyngtonu, że Brytyjczycy są członkiem ekskluzywnego porozumienia służb wywiadowczych pięciu państw anglosaskich tzw. Sojuszu Pięciorga Oczu.

Inne kraje mogą zatem argumentować, że skoro Brytyjczycy uznali, że nie ma zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa to znaczy, że można pozwolić dostawcom usług telekomunikacyjnych na używanie chińskich komponentów – przy zachowaniu odpowiednich środków ostrożności.

Decyzja Brytyjczyków jest jak na razie osamotniona. Zarówno Australia jak i Nowa Zelandia, które również wchodzą w skład Sojuszu Pięciorga Oczu, podjęły decyzję blokującą możliwość wykorzystania produktów Huawei w swoich sieciach 5G.

Dlatego można się spodziewać, że NCSC będzie jednak rekomendowało wykorzystywanie wielu różnych dostawców części do nowej infrastruktury telekomunikacyjnej, potencjalnie rekomendując wykluczenie chińskich komponentów w niektórych (ale nie wszystkich) jej elementach.

W ostatnich dniach w sprawie współpracy z Huawei wypowiedział się także szef brytyjskiego wywiadu (MI6) Alex Younger, który stwierdził, że nie da się jednoznacznie ocenić, czy technologia i sprzęt dostarczane przez Huawei stanowią realne zagrożenie dla brytyjskiej infrastruktury krytycznej. Szef brytyjskiego wywiadu podkreślił przy tym, że potrzebna jest w tej kwestii dalsza, poważna dyskusja. Younger przyznał jednocześnie, że nie byłoby dobrze, gdyby element znaczącej infrastruktury komunikacyjnej realizowany był przez dostawcę, który jest de facto monopolistą.

Fot. Pixabay

PDVSA – państwowa spółka naftowa Wenezueli, informuje swoich Klientów i partnerów biznesowych, że od tej pory wpływy ze sprzedaży ropy naftowej będą gromadzone na rachunku otwartym niedawno w Gazprombank AO. Wewnętrzny dokument potwierdzający te informacje zdobyła agencja Reuters.

Jednocześnie wiceprezes spółki ds. finansowych zaapelował w liście datowanym na 8 lutego, a adresowanym do jednostki PDVSA odpowiedzialnej za relacje z partnerami w ramach realizowanych joint venture, aby wszelkich rozliczeń finansowych dokonywać w dolarach amerykańskich lub euro.

Spółka PDVSA już kilka tygodni temu poinformowała swoich partnerów o nowych instrukcjach bankowych. Rozpoczęto też przenoszenie kont spółek joint ventures, które mogą pod własnym szyldem eksportować wenezuelską ropę. Chodziło o to, aby tymi ruchami ominąć amerykańskie sankcji, które zostały nałożone w styczniu.

Reżim Maduro stara się także uruchomić dostawy komponentów z Rosji, niezbędnych do kontynuowania produkcji i rafinacji ropy naftowej, co dziś jest bardzo utrudnione. Współpracownicy Maduro naciskają na utrzymanie produkcji surowca na obecnym poziomie, próbując w ten sposób zabezpieczyć swoją przyszłość finansową na wypadek załamania reżimu, co wydaje się nieuniknione.

Przedstawiciele amerykańskich służb podkreślają, że w ostatnim czasie z Wenezueli próbowano wytransferować spore sumy pieniędzy, jednak prawdopodobnie większość przelewów udało się zablokować. Świadczyć to może o próbie przygotowania gruntu pod ewakuację urzędującego jeszcze prezydenta z Wenezueli.

Źródło: Reuters

Fot. Wikipedia

Brytyjska służba odpowiadająca za bezpieczeństwo wewnętrzne (MI5) obawia się skutków Brexit w kontekście konfliktu północnoirlandzkiego. Zdaniem ekspertów MI5, wyjście Wielkiej Brytanii z UE może przyczynić się do wzrostu napięcia. Potwierdzają to informacje zebrane podczas czynności operacyjno – rozpoznawczych.

W 1922 roku irlandzkim nacjonalistom udało się wyzwolić wyspę spod kurateli Imperium Brytyjskiego. Jednak sześć hrabstw Irlandii Północnej pozostało pod panowaniem brytyjskim, i tworzą dziś Brytyjskie Terytorium Irlandii Północnej. Przez lata Irlandię Północną trawił krwawy konflikt. Dopiero w ramach tzw. porozumienia wielkopiątkowego z 1998 roku, irlandzcy nacjonaliści i brytyjskie grupy lojalistów w Irlandii Północnej zakończyły swoje operacje zbrojne. Obydwa środowiska wkroczyły na scenę polityczną, dzieląc się władzą na terytorium brytyjskim. Integracja Irlandii i Wielkiej Brytanii w ramach Unii Europejskiej bardzo pomogła w procesie pokojowym, poprzez zanik fizycznych granic a co za tym idzie końca kontroli granicznych między obydwoma krajami. Innymi słowy probrytyjscy lojaliści nadal żyli pod panowaniem brytyjskim, a nacjonaliści irlandzcy byli w stanie przejechać z Irlandii Północnej do Republiki Irlandii bez żadnych ograniczeń. Wrażenie wysokiego stopnia zunifikowania obydwu państw znacznie osłabiło postawy konfliktogenne.

Ale wszystko zmieni się po opuszczeniu przez Wielką Brytanię struktur unijnych. Temat granicy pomiędzy obydwoma krajami to jeden z kluczowych elementów gorącego sporu w brytyjskim parlamencie. Szczerze mówiąc to właśnie problem granicy znacznie bardziej ciąży politykom niż kwestie handlowe. Dlaczego?

Wielu ekspertów, reprezentujących obydwie strony sporu przestrzega, że przywrócenie twardej granicy będzie sprzyjać skrajnym nastrojom, w tym może wywołać resentyment do akcji terrorystycznych.

Dlatego MI5 już dziś traktuje sytuację jako priorytetową, skupiając swoją uwagę przede wszystkim na monitoringu aktywności grup republikańskich. Sen z powiek brytyjskich funkcjonariuszy spędza reaktywowana w 2012 roku Nowa Irlandzka Armia Republikańska (IRA). Brytyjskie służby odnotowały szczególny wzrost aktywności nowej formacji w znanej ze skrajnych nastrojów, północno-zachodniej części Irlandii Północnej z miastem Derry na czele. MI5 uważa, że Nowa IRA to dziś co najmniej 40 członków, którzy są zwolennikami zbrojnej kampanii przeciwko brytyjskim rządom na północy wyspy. Jednak wzrost członków organizacji jest na tyle duży, że przybędzie również zainteresowanych najbardziej skrajnymi metodami walki.

Dlatego Londyn podchodzi do tych meldunków niezwykle poważnie o czym świadczy fakt, iż wedle nieoficjalnych informacji, aż 140 funkcjonariuszy MI5 oddelegowano do działań w sprawie Irlandii Północnej. Większość z nich stacjonuje w Belfaście. Głównym celem pozostaje nie tylko werbunek źródeł wewnątrz i wokół organizacji, ale także kontrola głównych szlaków przemytniczych na wyspie.

Istnieje bowiem obawa, że Nowa IRA spróbuje dokonać transakcji zakupu broni i jej przerzutu jeszcze przed ostatecznym opuszczeniem Unii przez Wielką Brytanię. Wszystko to z powodów czysto logistycznych. Dziś stosunkowo łatwo jest przeprowadzić tego typu operację.

Fot. Pixabay