Home Articles posted by Maciej Sankowski (Page 2)

Służby wywiadowcze USA i Korei Północnej prowadziły nieoficjalne rozmowy od co najmniej 10 lat. Dzięki utrzymaniu w tajemnicy nieoficjalnego kanału komunikacji, nawet podczas najtrudniejszych momentów we wzajemnych relacjach, udało się między innymi uwolnić wielu zatrzymanych. Kontakty wywiadów otworzyły też drogę do historycznego szczytu Trump – Kim Dzong Un.

Jak informuje dzisiejszy The Wall Street Journal relacje przez cały ten okres charakteryzowała bardzo zmienna temperatura. Były momenty, w których „telefony głuchły” na jakichś czas, np. podczas kadencji Baracka Obamy. Jednak szef CIA – Mark Pompeo (dzisiejszy Sekretarz Stanu w administracji Prezydenta Trumpa) odnowił te kontakty, spotykając się ze swoimi północnokoreańskimi odpowiednikami w Singapurze, w 2017 roku.

Co ciekawe Dyrektor CIA Mike Pompeo podczas swoich tajnych wizyt w Korei spotykał się także z samym Kim Dzong Unem. Z kolei po stronie Pjongjangu kluczową rolę odegrał były szef wywiadu, czterogwiazdkowy generał Kim Yong Chol (w latach 2009-2016), który także wielokrotnie gościł w Waszyngtonie.

Oczywiście nadużyciem byłoby stwierdzenie, że to wywiady doprowadziły do przełomu w relacjach USA – Korea Północna. Bez woli politycznej byłoby to zdecydowanie niemożliwe. Jednak z drugiej strony trzeba podkreślić, że grunt pod rozmowy to przede wszystkim zasługa służb, które potrafiły wykreować u przywódców politycznych przekonanie, że druga strona ma rzeczywiście szczere intencje.

Pierwszy krok uczynili w tej grze Amerykanie. Administracja Prezydenta Baracka Obamy zwróciła się wówczas do Josepha DeTrani – nazywanego w środowisku służb „Broadway Joe”, by zajął się nie tylko udrożnieniem kanału wymiany informacji, ale także aby spróbował rozgryźć ten hermetyczny kraj. Misja Josepha DeTrani była początkowo związana z próbą uwolnienia dwóch amerykańskich dziennikarzy, skazanych na 12 lat obozu pracy w Korei Północnej. Spotkania odbywały się w Singapurze, w bardzo napiętej atmosferze. Koreańczycy postanowili bowiem przeprowadzić w tym czasie testy rakiet dalekiego zasięgu.

Joseph DeTrani, który mówi biegle po mandaryńsku i który spędził ponad dwie dekady w CIA, był jednym z niewielu amerykańskich urzędników, którzy mieli wgląd w to, co dzieje się w Pjongjangu. Skąd tak unikalne doświadczenie? DeTrani był między innymi negocjatorem podczas rozmów sześciostronnych, które miały na celu przekonanie Korei do rezygnacji z ambicji nuklearnych. Wprawdzie rozmowy zakończyły wówczas się niczym, ale kontakty pozostały.

W czasie, kiedy DeTrani zaczynał swoją misję, szefem północnokoreańskiego wywiadu został generał Kim Yong Chol, który potem był zresztą głównym negocjatorem po stronie Pjongjangu. Trudno coś więcej powiedzieć o częstotliwości kontaktów, bo większość udało się utrzymać w ścisłej tajemnicy – choć nie wszystkie.

W 2014 roku USA aktywnie zabiegały o uwolnienie swoich dwóch obywateli zatrzymanych przez północnokoreańskie służby. Sprawą zajął się wówczas osobiście James Clapper – Dyrektor Wywiadu Narodowego, który udał się w tej sprawie do Pjongjangu. Jego rozmówcą był oczywiście Kim Yong Chol. Co ciekawe, to Koreańczycy naciskali wówczas na poprowadzenie oficjalnych negocjacji. Dlaczego? Prawdopodobnie szef północnokoreańskiego wywiadu chciał z jednej strony uwiarygodnić swoje działania przez kierownictwem partii, z drugiej zaś zależało mu na zademonstrowaniu, że Pjongjang może być równorzędnym partnerem w rozmowach z Waszyngtonem. Takie gesty również należały do przygotowywania gruntu pod przyszłe kontakty na najwyższym szczeblu.

Warto podkreślić, że Korea Północna i USA nigdy nie nawiązały stosunków dyplomatycznych a wymiana informacji odbywała się początkowo przede wszystkim za pośrednictwem północnokoreańskiej misji ONZ w Nowym Jorku. Część rozmówców gazety twierdzi, że w późniejszym okresie przydatność tego kanału była ograniczona, ponieważ wiadomości siłą rzeczy trafiały do mniej wpływowego ministerstwa spraw zagranicznych Korei Północnej.

Dodatkowym uzasadnieniem, które wydaje się przekonało przywódców obydwu państw, dla utrzymania tajnego kanału, między agencjami wywiadowczymi, było stworzenie dodatkowej możliwości zarządzania sytuacjami kryzysowymi – czytaj chodzi o zapewnienie możliwości dotarcia do osób z uprawnieniami do podejmowania decyzji a nie do pośredników w systemie władzy.

Kontakty amerykańskich służb z północnokoreańskim reżimem nie są czymś szczególnym. W świecie służb utrzymywanie tego typu nieformalnych relacji, nawet na bardzo wydawałoby się abstrakcyjnych kierunkach, jest czymś naturalnym. Dobrym przykładem obrazującym podobną sytuację niech będzie projekt realizowany wspólnie przez CIA i brytyjski MI6, którego celem było zniechęcenie reżimu Kadafiego do kontynuacji programu dotyczącego uzyskania broni jądrowej i zaawansowanej broni chemicznej w 2003 roku.

Tajne negocjacje z Koreą Północną napotykały na wiele problemów, które wynikały nie tylko z różnicy kulturowych, ale i rozgrywek politycznych – motywowanych bardzo podobnie. Wpływowi dyplomacji z amerykańskiego Departamentu Stanu od początku negowali pomysł korzystania z tajnych kanałów, sugerując, że delikatnych misji nie mogą skutecznie prowadzić oficerowie wywiadu. Oczywiście w tle pojawiały się obawy o podważenie tradycyjnej roli Departamentu Stanu. Amerykańscy dyplomaci podkreślali, że mimo istnienia kanału, Korea Północna kontynuowała nie tylko program jądrowy, ale i budowy rakiet dalekiego zasięgu.

W 2016 roku relacje ograniczono do minimum. Można wręcz powiedzieć o uśpieniu kanału. Ale okazał się on kluczowym narzędziem w sierpniu 2017 roku, kiedy relacje obustronne znalazły się znowu w krytycznym punkcie. Z jednej strony Pjongjang testował rakiety balistyczne w bezpośrednim sąsiedztwie Japonii, z drugiej strony Prezydent Trump używał niewybrednych sformułowań wobec Pjongjangu, sugerując „bolesne ukaranie Pana Rakiety”.

Finalnie okazało się, że początkowy wzrost napięcia ponownie udało się przekuć w sukces, jakim niewątpliwie było historyczne spotkanie przywódców w Singapurze. Wprawdzie nieprzychylni wywiadowi analitycy Departamentu Stanu sugerowali, że przywódca Korei Północnej specjalnie wywołał kryzys, aby najpierw zwrócić na siebie uwagę, a następnie doprowadzić do przełomu w relacjach. Nie jest wykluczone, że tak właśnie było, co nie zmienia faktu, że rola wywiadów obydwu państw w procesie pokojowym jest zdecydowanie nie do przecenienia.

Fot. Pixabay

13-14 lutego w Warszawie odbędzie się konferencja poświęcona budowie bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie – poinformował w telewizji Fox News Mike Pompeo, szef amerykańskiej dyplomacji. Dopiero po tej wypowiedzi informację potwierdziły oficjalnie: Departament Stanu i MSZ. Polska ma być współgospodarzem imprezy (wraz z USA), w której udział ma wziąć kilkudziesięciu ministrów spraw zagranicznych.

Do pomysłu natychmiast odniósł się irański MSZ, który traktuje tę inicjatywę jako wrogą.

Co ciekawe, moment ogłoszenia informacji o zwołaniu konferencji zbiegł się w czasie z atakami izraelskiego lotnictwa, którego celem były irańskie magazyny broni zlokalizowane w Syrii. Przy czym Izraelczycy nie wykluczają przejścia do kolejnej fazy polegającej także na niszczeniu irańskich transportów wojskowych kierowanych do Syrii. Wzrost napięcia jest zatem bardzo wyczuwalny.

Jest za wcześnie, aby przesądzać kto finalnie pojawi się w Warszawie, ale szczególnie interesująca będzie reprezentacja państw zachodniej Europy. Wydaje się bowiem, że pomysł konferencji ma dwa zasadnicze cele:

Po pierwsze chodzi o wywarcie presji (za pośrednictwem Polski) na pozostałe państwa Unii Europejskiej, w celu uzyskania bardziej zdecydowanego stanowiska wobec Iranu. Należy przy tym pamiętać, że Unia Europejska nieprzychylnie odniosła się do nieprzedłużenia przez Amerykanów umowy atomowej oraz objęcia Iranu kolejnymi sankcjami. Wynika to nie tylko z prostego rachunku ekonomicznego. Bruksela wielokrotnie podkreślała, że dodatkowe zaostrzanie relacji nie służy wielostronnemu dialogowi. Tym bardziej, że Europa zaczęła dostrzegać duży potencjał w możliwości rozwijania relacji, wychodząc z założenia, że lepiej jest wciągać Iran do współpracy niż izolować go, prowokując tym samym do agresywnych zachowań.

Waszyngton taką postawą jest zdecydowanie zawiedziony i szuka możliwości „zdyscyplinowania” europejskiego partnera. Krnąbrność lub inaczej, niezależność dyplomacji francuskiej i niemieckiej skomplikowała nieco amerykańskie plany. Nie udało się bowiem wywrzeć na Teheran zadowalającej presji.

Po drugie Amerykanom udało się znaleźć sprawdzonego Sojusznika w Europie, który nie tylko chętnie przejmuje wszystkie inicjatywy Waszyngtonu, ale na dodatek niewiele w zamian oczekuje, co dla obecnej administracji wydaje się kluczowym elementem, często uwypuklanym przez Prezydenta Trumpa. Wszystkie zobowiązania amerykańskie wobec Polski, w sferze obrony – takie jak Fort Trump czy tarcza Antyrakietowa mają się bowiem ziścić, ale na twardych warunkach ekonomicznych. Mówiąc wprost, mamy za nie zapłacić sami.

Zasadnicze pytanie brzmi – co może na tej inicjatywie zyskać (lub stracić) Polska. Nasze interesy polityczne na Bliskim Wschodzie są dzisiaj żadne. Ekonomiczne dotyczą raczej prywatnych firm. Potencjalne interesy w sferze energetycznej zostały szybko wstrzymane (jak choćby import irańskiej ropy). Trzeba przy tym podkreślić, że Polska dyplomacja nie potrafiła dotychczas wykorzystać faktu naszego zaangażowania choćby w Iraku. Mocarstwowe plany okazały się w dużej mierze mrzonką. Nie byliśmy w stanie utargować w zasadzie żadnego ważnego kontraktu w regionie Bliskiego Wschodu.

Po stronie ryzyk możemy na pewno ująć kolejne źródła napięć – nie tylko z Iranem, ale przede wszystkim rozdźwięk z partnerami unijnymi.

Pozostaje wierzyć, że polska dyplomacja ma jakichś super plan związany z uzyskaniem długofalowych, wymiernych korzyściami dla Polski. Jeżeli tak jest, to naturalnym wydaje się omówienie go w szerszym gronie (np. poprzez dyskusję w ramach Rady Bezpieczeństwa Narodowego) po to, by wokół tego typu celów budować konsensus polityczny. Jednak w dzisiejszych warunkach wydaje się to bardzo trudne. Natomiast to, co powinno poważnie niepokoić, to zerojedynkowość polskiej polityki zagranicznej.

Fot. Pixabay

Wczoraj pisaliśmy o wielomiesięcznej ofensywie amerykańskich służb i administracji rządowej, wymierzonej w chińskie koncerny telekomunikacyjne. Jednak przykład Polski może stać się poważnym argumentem w próbie „wyciśnięcia” Chińczyków z rynków państw należących do struktur NATO.

Sprawa zatrzymania szefa koncernu na Polskę oraz Piotra D., byłego funkcjonariusza służb, z dostępem do wielu ściśle tajnych informacji, jest szeroko komentowana za granicą. Dotychczas bowiem, poza rosnącymi obawami, że Pekin mógłby używać sprzętu telekomunikacyjnego swojej produkcji do szpiegostwa, nie stało się w zasadzie nic poważnego. Pewnym przełomem było zatrzymanie w Kanadzie córki założyciela Huawei, która w strukturze koncernu odpowiada za finanse. Był to bardzo wyraźny sygnał ostrzegawczy. Sprawa szpiegostwa w Polsce to kolejny krok, ale o znacznie cięższym kalibrze.

Administracja Prezydenta USA zabiega od dawna u swoich europejskich sojuszników o bardziej energiczne blokowanie Huawei. Jednak bez większych sukcesów. Część zachodnich państw uważa bowiem, że presja na Huawei jest elementem szerszego sporu – wojny handlowej z Chinami. Nikt nie chce dostać „rykoszetem”, tym bardziej, że Państwo Środka jest bardzo ważnym partnerem handlowym Europy.

Inaczej jest z Polską, która w sferze bezpieczeństwa pozostaje zdecydowanym sojusznikiem USA. Dlatego nie jest przypadkiem, że działania przeciwko Huawei przeprowadzono właśnie nad Wisłą, a polski kontrwywiad ściśle współpracował z amerykańskimi służbami. Sprawa jest niezwykle poważna, bo spór wchodzi na zupełnie nowy poziom i należy spodziewać się bardzo konkretnej reakcji ze strony Pekinu. Tym bardziej, że cała Europa uważnie przygląda się rozwojowi wypadków, kalkulując jak należy się zachować na własnym podwórku. Jednak sygnał płynący z Warszawy jest bardzo klarowny – UE i NATO powinny prowadzić możliwie jak najbardziej spójną politykę bezpieczeństwa. Czytaj – należy rozważyć potencjalne wykluczenie Huawei z rynku IT.

Co ciekawe, o ile państwa zrzeszone we wspólnocie wywiadowczej Five Eyes (USA, Kanada, Wlk. Brytania, Australia i Nowa Zelandia) prowadzą zdecydowaną politykę wobec Huawei to już Hiszpania, Portugalia czy Węgry wydają się być znacznie bardziej przyjazne dla chińskiego zaangażowania. Warszawa będzie musiała zatem przekonać nieprzekonanych. Amerykańska presja w tym obszarze będzie zapewne rosła.

Fot. Pixabay

Meng Wanzhou, dyrektor finansowy Huawei, została aresztowana w Kanadzie na polecenie służb amerykańskich, które domagają się teraz jej ekstradycji do USA. Kolejna rozprawa w tej sprawie odbędzie się 6 lutego w sądzie w kanadyjskim Vancouver. Według informacji portalu O służbach zatrzymanie przez ABW Weijinga W. ma związek z tą sprawą.

Pani Wanzhou nie jest zwykłym przedstawicielem szczebla kierowniczego Huawei. 46. letnia kobieta jest córką założyciela chińskiego giganta telekomunikacyjnego i wymieniana jest w gronie jego potencjalnych następców. Pozycja Wanzhou jest na tyle istotna, że jej zatrzymanie komentowano także w kontekście amerykańsko-chińskich rozmów na temat napięć w obszarze handlu i technologii. Huawei stał się bowiem w ciągu trzech dekad jednym z największych, globalnych, prywatnych imperiów biznesowych na świecie. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie zaangażowanie chińskich służb w rozwój giganta. Zaangażowanie, które dziś spędza sen z powiek zachodnim służbom kontrwywiadowczym.

Waszyngton podjął w ostatnich miesiącach intensywne działania, zmierzające do ograniczenia dominacji Huawei. Wszystko to w obawie przed wykorzystywaniem przez Pekin systemów tej firmy do zaawansowanych form szpiegostwa. Huawei stanowczo odrzuca te oskarżenia.

Tymczasem Pani Meng została aresztowana w ramach śledztwa dotyczącego naruszenia sankcji nałożonych na Iran. Chodziło o sprzedaż przez jedną ze spółek zależnych Huawei, wysokospecjalistycznego sprzętu telekomunikacyjnego, który miał być następnie wykorzystywany przez irańskie służby specjalne. Amerykanom z oczywistych względów bardzo zależało na możliwości przesłuchania dyrektor finansowej Huawei. Dlaczego?

Meng Wanzhou w wieku 16 lat przejęła nazwisko panieńskie swojej matki, rezygnując z nazwiska Ren (założyciela koncernu). Znana była także jako Cathy. Dyrektor finansowa posługiwała się sześcioma paszportami, wystawionymi na różne nazwiska. Szybko awansowała w strukturze firmy, prowadząc często projekty nieoczywiste, także poza granicami Chin. Zachodnie służby już jakiś czas temu zwróciły uwagę na operacje prowadzone przez szefową finansów Huawei. Jednym ze sposobów pozyskiwania kontaktów, ale być może także typowań przedwerbunkowych były prezentacje wyników rocznych Huawei dla inwestorów finansowych, ale i urzędników (np. amerykańskiej FED – rezerwy federalnej).

Waszyngton od dłuższego już czasu prowadzi bezprecedensową kampanię wymierzoną w dwa chińskie koncerny – Huawei i ZTE. Amerykanie obawiają się, że infrastruktura produkcji chińskiej, obsługująca sieć 5G, jest szczególnie narażona na cyberataki. Zagrożenie zdefiniowano jako bardzo poważne, dlatego kraje działające w ramach wspólnoty wywiadowczej „Five Eyes” zdecydowały się na ograniczenie współpracy z Huawei i ZTE. W ubiegłym roku rząd Australii poszedł nawet dalej i zakazał używania sprzętu produkcji chińskiej przy sieciach 5G.

Amerykańskie służby specjalne przekazują systematycznie sojusznikom informacje o chińskich działaniach w obszarze telekomunikacji, zdając sobie sprawę, że Huawei zdobywa przychylność władz nie tylko dzięki wysokiej jakości sprzętu oraz bardzo konkurencyjnym cenom.

Z naszych informacji wynika, że realizacja przeprowadzona przez ABW jest przede wszystkim wynikiem ustaleń strony amerykańskiej. Nieoficjalnie wiemy także, że jest to odprysk sprawy Meng Wanzhou.

Warszawskie "deale" Hezbollahu. Jak libańscy terroryści handlowali bronią w polskiej stolicy?

Hezbollah stał się jedną z najpotężniejszych organizacji handlujących kokainą. Amerykańska agencja ds. walki z narkotykami (DEA) zebrała w tej sprawie potężny materiał dowodowy. Niestety, na drodze stanęły „wyższe cele” i potrzeba deeskalacji relacji z Iranem – głównym sponsorem Hezbollahu. Dziś ponownie przyglądamy się sprawie. Przedstawiamy tylko pewien jej wycinek, aby lepiej zobrazować sytuację. Szczególnie, że Hezbollah, krok po kroku, konsekwentnie umacnia swoją pozycję już nie tylko w południowym Libanie, ale także w Ameryce Południowej czy Afryce Zachodniej.

Tylko w ciągu ostatnich dwóch dekad zdolności finansowe ugrupowania przekroczyły znacznie wyobrażenia zachodnich służb. Rozmawiamy o depozytach, których wartość przekracza w samym tylko Libanie 16 mld $. Hezbollah stał się dziś na tyle potężny, że w zasadzie nie potrzebuje wsparcia finansowego ze strony Teheranu. Bojownicy dysponują nowoczesnym uzbrojeniem, co widać choćby w Syrii. Nasi rozmówcy podkreślają, że jest tylko kwestią czasu jest kiedy Liban, oficjalnie zostanie „przejęty” przez organizację. A wszystko to nie byłoby możliwe, gdyby nie reset w relacjach USA – Iran, poprzedzający zawarcie umowy jądrowej z lipca 2015 roku. Hezbollah bardzo dobrze wykorzystał dany mu czas. Utkał i utrwalił globalną sieć, która skrępowała wszystkich – polityków światowego formatu, służby specjalne, kartele narkotykowe i rządy mniejszych państw. Hezbollah nie tylko stał się największym odbiorcą kolumbijskiej kokainy, ale skutecznie niszczy – znienawidzone USA – dostarczając towar najwyższej jakości do amerykańskich miast.

Ali Taan Fyad – ukraiński łącznik w Warszawie

Wiosna 2014 roku. Do praskiego hotelu Sheraton wkraczają uzbrojeni po zęby antyterroryści. Ich celem jest Ali Taan Fayad, Libańczyk, posługujący się także ukraińskim paszportem. Czesi dokonują realizacji na wyraźną prośbę strony amerykańskiej, która wskazuje jego powiązania m.in. z międzynarodowym handlem bronią. Amerykanie uważają figuranta za istotne ogniowo w operacjach biznesowych Hezbollahu i handlu narkotykami. Ta historia to gotowy scenariusz filmu sensacyjnego.

Fayad został zatrzymany w trakcie negocjacji jakie prowadził z przedstawicielami kolumbijskiej partyzantki FARC. W rzeczywistości, w rolę Kolumbijczyków wcielili się agenci amerykańskiej DEA (agencji do walki z narkotykami). Tym razem chodziło jedynie o dostarczenie broni, ale wcześniej dochodziło także do transakcji barterowych – broń za narkotyki. Tłumaczy to obecność w rozmowach o broni agencji DEA.

Ali Taan Fayad, znany także jako Ali Amin, to libański handlarz bronią, który może pochwalić się także ukraińskim paszportem. Podczas rozmów z FARC występował jako konsultant Ukrspecexport – ukraińskiej firmy zajmującej się handlem bronią, której właścicielem pozostaje skarb państwa. Fayad kojarzony był także z zapleczem byłego prezydenta Ukrainy – Wiktora Janukowycza. Posiadał także wizytówkę, doradcy ukraińskiego MON. Nieoficjalnie wiadomo, że na Ukrainę trafił dzięki Wiktorowi Butowi, legendarnemu rosyjskiemu handlarzowi bronią.

O co oskarżali go Amerykanie, skoro działał na rzecz i w imieniu oficjalnie działającej, państwowej, ukraińskiej firmy? Przede wszystkim o to, że pozostając w ścisłych kontaktach z kierownictwem Hezbollahu przeprowadził szereg transakcji, których beneficjentem był nie tylko rząd syryjski, ale także islamscy bojownicy – przede wszystkim działający w Iraku. Co ciekawe, w sprawie Syrii uważany był za głównego dostawcę rosyjskiej i ukraińskiej broni konwencjonalnej. To tłumaczyłoby zainteresowanie sprawą Fayada przez samego Władimira Putina, ale o tym za chwilę. To tylko część zarzutów. Amerykanie wiązali go także z innymi operacjami prowadzonymi przez Hezbollah w Afryce zachodniej oraz w Kolumbii, Meksyku i Wenezueli. Promotorem Ali Taan Fayada jest Hashem Safieddine, niezwykle wpływowy szef Rady Wykonawczej Hezbollahu, krewny szefa organizacji. Bez wiedzy i aprobaty Safieddine nie dzieje się w zasadzie nic, co dotyczy biznesowej działalności Hezbollahu.

Ali Fayad został aresztowany przez sąd w Pradze i spędził prawie dwa lata w odosobnieniu. W tym czasie wokół niego toczyła się dość zaskakująca gra. Z jednej strony Amerykanie, którym tak bardzo zależało na zatrzymaniu Libańczyka, wcale nie kwapili się ze złożeniem wniosku ekstradycyjnego, co delikatnie rzecz ujmując, zdziwiło Czechów. Z drugiej strony w lobbing na rzecz uwolnienia Fayada włączyli się aktywnie Rosjanie. Naciski w tej sprawie płynęły wprost z Kremla. Prezydent Zeman przyznał, odpowiadając na pytanie czeskich dziennikarzy, że wielokrotnie rozmawiał w tej sprawie przez telefon z prezydentem Putinem, który osobiście zainteresował się losem zatrzymanego… Czesi tymczasem lawirowali, próbując znaleźć rozsądne wyjście z sytuacji.

Mimo, iż amerykański akt oskarżenia wydawał się bardzo mocny (pojawiły się w nim także zarzuty o planowanie zabójstw przedstawicieli rządu USA oraz sił zbrojnych, udzielanie wsparcia materialnego organizacji terrorystycznej oraz próby nabycia, przenoszenia i używania pocisków przeciwlotniczych), ostatecznie USA nie były w stanie wystąpić z wnioskiem ekstradycyjnym. Dlaczego? Był to czas intensywnych, nieoficjalnych negocjacji z Iranem ws. porozumienia atomowego, które finalnie zawarte zostało w lipcu 2015 roku, a oficjalnie weszło w życie w styczniu 2016. Prezydentowi Obamie bardzo zależało na sukcesie, z czego zdawali sobie sprawę Irańczycy. W trakcie tych nieoficjalnych dyskusji jedną z kluczowych kwestii okazała się sprawa Hezbollahu. Teheran naciskał, aby Amerykanie zaprzestali działań wymierzonych wprost w Partię Boga. Chodziło zarówno o operacje specjalne jak i działania stricte wywiadowcze. CIA popierała te postulaty, tym bardziej, iż wskazywała na „skomplikowane, wielowymiarowe relacje z Hezbollah, przede wszystkim w kontekście walki z sunnickimi organizacjami terrorystycznymi”. CIA argumentowała także, że nieodpowiedzialne kroki mogą dodatkowo pokrzyżować wieloletnie operacje, prowadzone wraz z Izraelczykami.

DEA miała odmienne zdanie, starając się udowodnić jak bardzo aktywność Hezbollahu rozrosła się także na inne obszary, w tym światowy handel narkotykami. Jednak ostatecznie zwyciężyła wielka polityka.

W efekcie, kiedy w lipcu 2015 roku uzgodniono treść porozumienia atomowego USA – Iran a Fayad wciąż przebywał w czeskim areszcie, stała się rzecz zaskakująca. Otóż w Libanie porwano grupę obywateli czeskich, wśród których znajdował się m.in. oficer czeskiego wywiadu. Czesi szybko zorientowali się, że w porwanie zamieszany jest „czynnik polityczny”, tym bardziej, że porywacze nie żądali okupu. Mało tego, doskonale poinformowany w sprawie wydawał się libański wywiad. Wszystko wskazywało więc na Hezbollah. Wkrótce w sprawie pojawiły się nowe informacje. Otóż okazało się, że wśród porywaczy znajdował się także Saib Fayad, brat Ali Fayada, dobrze znany libańskim służbom, bojownik Hezbollahu. Teraz sytuacja zmieniła się diametralnie. O ile bowiem dotychczas Czesi byli jedynie biernymi wykonawcami woli Amerykanów o tyle teraz stali się stroną w sprawie. I o to chodziło Hezbollahowi. Rozpoczęto wielotygodniowe zakulisowe negocjacje, w które zaangażowane były służby kilku państw. W ich efekcie, zaledwie w tydzień po wejściu w życie porozumienia atomowego, w styczniu 2016 roku władze w Pradze zwolniły z aresztu Ali Fayada. Kilka godzin wcześniej, na wojskowym lotnisku w Pradze wylądował samolot, na pokładzie którego znajdowali się wszyscy porwani obywatele czescy.

Departament Stanu wydał oświadczenie. W ostrych słowach potępił decyzję o uwolnieniu Fayada. Jednak nieoficjalnie przyznano, że deeskalacja relacji z Iranem była ważniejsza. Tym bardziej, że CIA twierdziła, że przy okazji udało się uwolnić przynajmniej czterech amerykańskich obywateli, przetrzymywanych przez Teheran pod zarzutem szpiegostwa.

Ostatecznie Ali Taan Fayad wrócił do Bejrutu i robi dokładnie to samo, czym zajmował się wcześniej. Tyle tylko, że ograniczył na jakichś czas podróże zagraniczne. Wciąż zbroi bojowników w Syrii bronią pochodzącą przede wszystkim z Rosji.

Polski ślad

Ali Taan Fayad został wprawdzie aresztowany w Pradze, ale wcześniejsze negocjacje z udającymi kolumbijskich partyzantów z FARC agentami DEA prowadził także w Warszawie. To właśnie tu, w jednym z warszawskich hoteli, Fayad oferował możliwość załatwienia zakupu 500 rakiet Igła, rosyjskiej produkcji, 400 granatników, a także stały punkt programu czyli karabin Kałasznikow AK (nie sprecyzowano o który model chodziło) wraz z amunicją. Oferujący broń dodali, że są w stanie przygotować odpowiednie dokumenty w taki sposób, aby końcowym użytkownikiem był Ekwador, skąd FARC będzie mógł spokojnie i bezpiecznie odebrać „sprzęt”. Amerykanie rejestrowali wszystkie spotkania a ich zapis znalazł się w akcie oskarżenia Fayada.

Z dokumentów DEA wynika, że Libańczyk wraz ze współpracownikami, przebywał w Warszawie w dniach 8 i 16.10.2014. Jednak według naszych informacji odbywał spotkania nie tylko z FARC, ale także z innymi osobami. DEA nie prowadziło w Warszawie szerszej akcji, zaniechano więc obserwacji, ponieważ obawiano się, iż Fayad zorientuje się, że jest przedmiotem zainteresowania. Nie było też wiadomo czy ktoś w Polsce nie ubezpiecza jego działań. Fayad miał się tu czuć bardzo dobrze, w tym sensie, że sprawiał wrażenie osoby, która nie tylko czuje się swobodnie, ale i zna topografię miasta.

Nie ma też żadnych śladów wskazujących na to, że Amerykanie informowali ABW czy CBŚ o prowadzonych przez siebie działaniach w Warszawie. Czy polskie służby zorientowały się kim jest Ali Fayad, posługujący się w Polsce swoim ukraińskim paszportem? I z kim prowadzi rozmowy w Warszawie? Nic na to nie wskazuje przynajmniej z punktu widzenia analizy amerykańskich dokumentów – w tym aktu oskarżenia.

Jak Amerykanie trafili do Libańczyka? Przez pomagającego mu w interesach Khaleda El Merebi (obywatela Libanu i Wybrzeża Kości Słoniowej), który jednak zajmował się przede wszystkim handlem kolumbijską kokainą oraz praniem środków pochodzących z narkobiznesu. W sprawach dotyczących uzbrojenia pochodzącego ze wschodniej Europy nie czuł się w pełni kompetentny i dlatego wskazał Ali Fayada. Panowie stworzyli jednak imponującą sieć podmiotów, dzięki którym udawało się nie tylko prać pieniądze, ale także deponować je w zaprzyjaźnionych, lokalnych instytucjach finansowych. Dotyczyło to przede wszystkim Beninu oraz Gwinei Bissau i Ghany. Władz tych państw nieszczególnie interesowała nadaktywność libańskiego biznesu w regionie, czego namacalnym przykładem są liczne, luksusowe i zwykle zamknięte na głucho nieruchomości.

Cień Ducha

Przy okazji śledztwa, ale i działań operacyjnych prowadzonych przez DEA pojawiła się także niezwykle intrygująca postać o pseudonimie Duch. Amerykanie twierdzili, że Ali Fayad współpracował blisko z człowiekiem wskazanym mu przez Hashema Saffiedine – mózg biznesowych operacji zagranicznych Hezbollah. Saffiedine – prywatnie krewny przywódcy Hezbollahu a oficjalnie łącznik organizacji z Teheranem, był tak naprawdę głównym celem DEA. Mężczyzna ten dysponuje prawdopodobnie potężną wiedzą na temat kokainowej układanki, ponieważ to on podejmował wszystkie kluczowe decyzje ws. narkobiznesu.

Duch to mężczyzna, którego nie udało się dotychczas zidentyfikować. DEA nie posiada nawet jego zdjęcia, choć agencja jest przekonana, że istnieje. Wskazuje się go jako kluczowego dostawcę broni chemicznej do Syrii. Według DEA Duch to także największy na świecie odbiorca kolumbijskiej kokainy, odpowiedzialny za wprowadzanie narkotyku na rynki europejskie i amerykański. Będziemy wracać do tej postaci w kolejnych publikacjach. Opowiemy także jak wygląda współpraca Hezbollahu z meksykańskimi kartelami oraz z wenezuelskimi służbami.

Fot. Pixabay

Amerykanie wycofują się z Syrii, szef Pentagonu rezygnuje, Putin gratuluje Trumpowi

Donald Trump zdecydował o wycofaniu amerykańskiego kontyngentu z Syrii samodzielnie. Większość doradców wojskowych była zdecydowanie przeciwna takiemu scenariuszowi. Analitycy CIA ostrzegali ponadto , że decyzja spowoduje automatycznie umocnienie pozycji w tym strategicznym regionie przez Iran i Rosję. Dlatego polityka przywódcy USA budzi tak ogromne emocje w Waszyngtonie. Na dodatek spowodowała ona rezygnację szefa Pentagonu Jamesa Mattisa.

W środowisku amerykańskich służb spekuluje się, że zaskakująca decyzja prezydenta Trumpa może być wynikiem jego osobistych ustaleń z prezydentem Putinem. Przy czym nikt nie potrafi precyzyjnie wskazać co mieliby uzyskać Amerykanie w zamian. Część analityków spekuluje, że chodzi o zbliżenie, czy też lepszą koordynację polityki w dwóch kwestiach: ropy naftowej oraz Chin. Amerykanie mieli bowiem akcentować, że kluczowym zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego nie jest wcale Rosja, ale właśnie Chiny. Waszyngton miał sugerować dużą elastyczność wobec Moskwy, gdyby ta zdecydowała się wesprzeć USA

w konfrontacji ekonomicznej i politycznej z Państwem Środka. Warto także zauważyć, że zarówno Rosja jak i Arabia Saudyjska wpisują się w wyrażane publicznie oczekiwania Trumpa dotyczące utrzymania cen ropy naftowej na obecnym poziomie (to jest niewiele ponad 55 $ za baryłkę Brent). Jest to możliwe dzięki systematycznemu zwiększaniu produkcji, dzięki czemu deficyt produkcji irańskiej ropy nie jest odczuwalny dla globalnego rynku.

Tak czy inaczej odejście generała Mattisa kończy pewną epokę i wprowadza stan pełen niejasności i niedopowiedzeń. Nikt bowiem nie jest w stanie jednoznacznie ocenić jakie będą nowe priorytety administracji Trumpa. Z pewnością pierwsze skrzypce będzie w tej chwili grał Sekretarz Stanu, Mike Pompeo, którego pozycja ulegnie wzmocnieniu.

Co ciekawe, Washington Post podkreśla, że wycofanie z Syrii nastąpi mimo, iż zdaniem resortu obrony i służb specjalnych “misja antyterrorystyczna nie została jeszcze zakończona”.

W ocenie CIA najgorszym rozwiązaniem byłoby, gdyby konfrontację z osłabionymi siłami ISIS doprowadził do końca szyicki Hezbollah, co niewątpliwie umocniłoby jego pozycję w regionie i stanowiło wstęp do kolejnych kroków, w tym dalszej ekspansji w Libanie.

Decyzja Trumpa została bardzo ciepło przyjęta w Moskwie. Prezydent Władimir Putin dał temu wyraz podczas konferencji prasowej. Podkreślał, nie bez satysfakcji, że obecność sił USA w Syrii nie jest potrzebna. Określił ją nawet mianem „niezgodnej z prawem”. Putin dał też do zrozumienia, że w razie konieczności Rosja będzie kontynuować misję antyterrorystyczną, bo wprawdzie siły ISIS zostały zdziesiątkowane, ale istnieje realna groźba, że część terrorystów będzie próbowała przedostać się do państw ościennych by tam prowadzić dalszą walkę.

Kluczowe wydaje się pytanie, czy zainteresowanie Waszyngtonu nie przeniesie się teraz na Daleki Wschód. Byłaby to bardzo niedobra wiadomość nie tylko dla Bliskiego Wschodu, gdzie prym będzie próbowała wieść Rosja, ale także dla państw Europy Środkowo-Wschodniej.

Z niezrozumiałych na razie względów Trump wyraźnie „odstawia nogę” i dzieje się to po wyraźnych sugestiach ze strony Moskwy. Jakimi argumentami Putin przekonał prezydenta USA? A może nie były to wcale argumenty tylko krytycznej wagi materiały?

Fot. Wikipedia

Szpiedzy bez granic. W jaki sposób FSB infiltrowało międzynarodowy system wizowy?

Jednym z pytań, które pozostało bez odpowiedzi po ujawnieniu przez Bellingcata tożsamości podejrzanych o otrucie Siergieja i Julii Skripalów, jest to w jaki sposób dwóch tajnych funkcjonariuszy GRU -pułkownik Anatolij Czepiga vel Boszirow oraz Aleksander Myszkin vel Pietrow - było w stanie otrzymać wizy na podróż do Wielkiej Brytanii.

Uzyskanie wizy do Wielkiej Brytanii – tak jak w przypadku większości miejsc w UE – nie jest prostą procedurą. Jednorazowa wiza jest łatwa do zdobycia – wymaga zaproszenia od rezydenta lub firmy w Wielkiej Brytanii albo zorganizowanej wycieczki turystycznej. Jednak aby uzyskać długoterminową wizę wielokrotnego wjazdu – taką, o której jest mowa w kontekście tych dwóch funkcjonariuszy – aplikujący Rosjanie musieli przejść bardziej złożoną procedurę.

Osoba ubiegająca się o wizę musi przedstawić przekonujące uzasadnienie konieczności odbywania wielokrotnych podróży i przedstawić dowody zarówno na stałe związki z krajem ojczystym, jak i zdolność finansową do utrzymania się w Wielkiej Brytanii przez dłuższy czas.

Jak to możliwe, że brytyjski konsulat w St. Petersburgu zezwolił na wielokrotny wjazd dwóm nieistniejącym osobom, które rzekomo twierdziły, że są „międzynarodowymi biznesmenami” z dobrze zaopatrzonymi rachunkami bankowymi, biorąc pod uwagę gęste sito, podyktowane chęcią poznania przeszłości aplikujących o wizę?

To pytanie jest szczególnie istotne, bo proste wyszukiwanie w ogólnie dostępnych rosyjskich bazach danych o otwartym kodzie źródłowym pokazuje, że żadna z dwóch fałszywych osób nie została zarejestrowana jako właściciele – lub członkowie zarządu, jakiejkolwiek z obecnie działających rosyjskich firm.

Szeroko zakrojone przeszukiwanie przez Bellingcat gospodarczych rejestrów w Rosji wykazało, że jedyną firmą, w której „Boszirow” był formalnie zatrudniony, był Kursor Ltd, moskiewski „producent sprzętu medycznego”. Firma została zlikwidowana zaledwie kilka miesięcy po tym, jak Boszirow otrzymał swoją tożsamość w 2009 roku.

Jednak nieistniejące osoby takie jak ofcierowie GRU zaangażowani w próbę otrucia Skripalów najwyraźniej były w stanie uzyskać wizę wielokrotnego wjazdu do Wielkiej Brytanii, a także wizy Schengen. Odwiedzali oni Wielką Brytanię co najmniej cztery razy i wielokrotnie podróżowali do co najmniej 7 innych krajów UE w latach 2014-2018.

Bellingcat i Insider próbują ustalić, w jaki sposób rosyjskie służby bezpieczeństwa „przebijały się” przez zaporę wizową w Wielkiej Brytanii i innych krajach UE.

Hakowanie brytyjskiego systemu wizowego

Gdy śledczy Bellingcat pracowali nad ujawnieniem prawdziwej tożsamości „Boszirowa” i „Pietrowa”, Vadim Mitrofanov oczekujący na decyzję o azyl, skontaktował się z nimi. Przekazał to co jego zdaniem było częścią danych istotnych dla wykrycia sprawców otrucia Skripala.

Vadim powiedział, że dwa lata wcześniej, w 2016 roku pracował jako główny specjalista techniczny w firmie, która ma wyłączność na świadczenie usług przetwarzania wniosków wizowych w konsulatach (również brytyjskich) w Rosji.

Jak wyznał, w tym czasie został zwerbowany do współpracy w charakterze tajnego współpracownika FSB, służby bezpieczeństwa Rosji.

FSB planowała wykorzystać Vadima do próby naruszenia poufności przepływu danych osób ubiegających się o wizę, a także do zhakowania systemu wydawania wiz w brytyjskim konsulacie.

Według słów Vadima, w czerwcu 2016 roku jego prowadzący z FSB zapytał, czy możliwe jest zorganizowanie wiz dla „kilku facetów, którzy muszą odwiedzić Wielką Brytanię”. „Ważne jest, aby ich paszporty zostały zaakceptowane i zatwierdzone bezpośrednio przez konsulat, bez żadnej kontroli i sprawdzania przeszłości oraz bez pozostawienia śladów w centrum wizowym” – poinformował go pracownik FSB. Vadim odpowiedział, że jest to praktycznie niemożliwe, o ile wewnątrz ambasady nie mają swojej osoby.

Outsourcing danych to kwestia zaufania

Prawie rok po tym, jak został zwerbowany przez FSB, Vadim przybył z rodziną do USA na podstawie wizy turystycznej i złożył wniosek o azyl polityczny dla swojej rodziny i dla siebie.

Powód – podany w 10-stronicowym oświadczeniu skierowanym do władz USA, które Bellingcat i Insider przeanalizowali, uzasadniał tym, że – będąc zmuszony do współpracy z FSB, świadomie sabotował ich pracę.

Vadim jest świetnie wyszkolonym specjalistą IT, absolwent poważnej moskiewskiej uczelni inżynierskiej. W 2015 roku pracował w Pekinie, w siedzibie głównej TLSContact, wiodącym dostawcy usług informatycznych i logistycznych dla konsulatów. W skrócie, firma pomagała ambasadom różnych krajów w przetwarzaniu ogromnej liczby wniosków wizowych, pozostawiając jedynie ostateczne decyzje – w proces wydawania wiz – konsulatom. Firma jest wyłącznym partnerem outsourcingowym dla konsulatów z wielu krajów UE.

Praca Vadima obejmowała projektowanie systemów komputerowych w nowych lokalizacjach i w dużej ilości krajów. Był on też kluczowym specjalistą firmy w zakresie zbierania i magazynowania danych biometrycznych.

Outsourcing przetwarzania wniosków wizowych wymaga dużego zaufania ze strony konsulatu, ponieważ pozwala prywatnej firmie gromadzić gigantyczne ilości danych osobowych, dokumentów i danych biometrycznych wnioskodawców, z których tylko część jest przekazywana do wydziałów konsularnych.

Oczywiście, wszyscy pracownicy TLSContact i podobnych firm muszą przejść procedurę sprawdzenia. Praca Vadima wymagała od niego obecności w różnych konsulatach, dlatego on też musiał przejść taką procedurę. Był również poddawany wewnętrznym kontrolom i musiał przedkładać w regularnych odstępach czasu dowód na to, że nie figuruje w rejestrach kryminalnych. W rezultacie powierzono mu pełny dostęp do poufnych danych biometrycznych wnioskodawców, a jego rola w firmie się rozszerzyła. Ściśle współpracował z działami IT sekcji wizowych ambasad UE.

Pod koniec 2015 roku Vadim został przeniesiony do moskiewskiego oddziału firmy. Rosyjskie biuro TLSContact już wtedy zapewniało przetwarzanie wniosków wizowych do brytyjskich i szwajcarskich konsulatów, a jego celem było dalsze zwiększenie udziału w rynku.

Rodzinny koszmar zorganizowany przez FSB

Rozpoczynając pracę w firmie, Vadim mieszkał w Chinach. Tam ożenił się z kobietą z Mongolii. Mieli córkę. Aby pojechać z rodziną do Rosji, Vadim musiał zorganizować dla nich zezwolenie na pobyt, ponieważ nie posiadali rosyjskich paszportów.

Zabrał ich na podstawie bezwizowego porozumienia między Rosją i Mongolią. Było to możliwe ponieważ planowali ubiegać się o pozwolenie na pobyt na terenie Rosji.

To, co nastąpiło po przybyciu do Rosji, było koszmarem. W ciągu następnych sześciu miesięcy władze stawiały rodzinie na drodze wszelkie możliwe biurokratyczne przeszkody – zgodne z prawem i rażąco nielegalne – co uważał za starannie zaplanowaną próbę zmuszenia go do współpracy z FSB.

Jego matka, była wielokrotnie nękana przez władze imigracyjne, a jej dom został przeszukany „pod kątem obecności nielegalnych imigrantów”.

Żona i córka musiały wielokrotnie opuszczać kraj i ponownie wracać, aby nie dopuścić do przekroczenia 30-dniowego limitu na pobyt bezwizowy. Po każdym ponownym przyjeździe biuro ds. migracji wymagało ponownego rozpoczęcia całego procesu składania wniosków – tworząc błędne, niekończące się, biurokratyczne koło.

Wszystkie zarzuty Vadima i jego rodziny, że przeszkody te naruszyły rosyjskie prawa, pozostały bez reakcji, a rzecznik praw człowieka odrzucił ich skargi bez podania przyczyn.

Ostatecznie też odrzucono – bez żadnego wyjaśnienia – rodzinne podanie Vadima o zezwolenie na pobyt. W tym momencie uświadomił sobie, że jest to coś więcej niż nieudolność biurokracji w Rosji. Złożył pozew sądowy przeciwko Federalnej Służbie Migracyjnej.

W tym czasie – w marcu 2016 roku – zwrócił się do niego przychylny „Andrei”, który zaproponował rozwiązanie wszystkich problemów jego rodziny. Później „Andrei” powiedział, że Vadim zwrócił uwagę służby bezpieczeństwa prawie rok wcześniej, w marcu 2015 roku, kiedy złożył wniosek o odnowienie ważności paszportu w rosyjskiej ambasadzie w Pekinie. Jego kwalifikacje zawodowe – i dostęp do poufnych informacji na temat systemów wydawania wiz w krajach zachodnich – uczyniły go głównym celem FSB.

Pierwsze spotkanie z „Andriejem” to rozmowa telefoniczna z nieznanego numeru, która zakończyła się spotkaniem w moskiewskiej kawiarni niedaleko biura TLSContact.

„Andrei” powiedział Vadimowi, że postara się pomóc w rozwiązaniu nieprzyjemnej sytuacji wokół jego rodziny, ale “sprawy nie wyglądają dobrze” i gdyby wyjście nie zostało znalezione, to będzie musiał wszcząć postępowanie karne przeciwko matce Vadima, która chroni nielegalnych imigrantów.

Ponadto, „Andrei” powiedział, że być może będzie musiał zainicjować kontrolę obecnego pobytu Vadima w Moskwie, co oznacza, że jego żona i córka – których ostatni wniosek został odrzucony – zostaną aresztowani. “Byłoby nieprzyjemnie, gdyby twoja żona musiała czekać na deportację w więzieniu” – powiedział.

Jako alternatywę „Andrei” położył na stoliku w kawiarni „Umowę o współpracę z FSB”, wyjaśniając, że gdyby ją podpisał, Vadim musiałby przekazywać FSB informacje dotyczące jego pracy w ośrodku składania wniosków wizowych. Vadim nie miał innego wyboru, jak podpisać umowę, która brzmi wprost:

„Dobrowolnie zgadzam się na świadczenie usług doradczych dla FSB, w celu wspierania działań operacyjnych. Oświadczam, że zostałem poinformowany, że ujawnienie istnienia tej współpracy będzie uważane za ujawnienie tajemnic państwowych, zagrożonych karą więzienia na podstawie kodeksu karnego “

W ciągu następnych kilku tygodni Vadim zauważył, że władze migracyjne zaczynają wywierać presję na rodzinę. Jednocześnie „Andrei” przekazywał bardziej szczegółowe prośby: chciał uzyskać informacje na temat: wewnętrznych regulacji TLSContact i struktury organizacyjnej, sieci IT i projektów infrastrukturalnych, a także korzystania z systemów wykrywania włamań.

Vadim zastosował się do żądań, ale podał fałszywe dane. Krótko po przekazaniu „mapy sieci” Vadim zauważył próby włamania. Kiedy „zanurkował” głębiej w logi dostępu, zdał sobie sprawę, że FSB już wcześniej miała dostęp do kamer CCTV zainstalowanych w centrum aplikacji wizowej. Przypuszczał, że dostęp uzyskano dzięki systemowi SORM-2, umożliwiającemu FSB monitorowanie praktycznie wszystkich nieszyfrowanych połączeń. Jest on obowiązkowy dla wszystkich dostawców usług internetowych w Rosji.

Później Vadim zauważył również, że co najmniej jeden z programów wbudowanych w kamery CCTV został zmodyfikowany, aby zapewnić backdoor do wewnętrznej sieci. Vadim powiadomił zespół bezpieczeństwa firmy o możliwym ryzyku związanym z odkrytymi lukami.

Na początku kwietnia 2016 roku „Andrei” przedstawił Vadima „Aleksandrowi”, który miał być ekspertem działu cyberprzestępczość FSB. „Alexander” zadał dokładniejsze pytania dotyczące struktury wewnętrznej sieci IT firmy i pokazał Vadimowi, przestarzały jej diagram, prosząc o potwierdzenie, czy ten układ zmienił się od czasu zdobycia go przez FSB.

„Aleksander” interesował się również logistyczną interakcją między firmą, a ambasadami. W szczególności pytał o drogę dostarczania paszportów konsulatom oraz o kontrolę dostępu do systemów komputerowych na terytorium konsulatu.

Udaremnione próby ucieczki

Vadim był świadomy, że musi sprostać rosnącym wymaganiom FSB, ale niepokoił się własnym przymusowym współudziałem w łamaniu bezpieczeństwa swojego pracodawcy i zagranicznych ambasad. Vadim wymyślił plan wyjazdu ze swoją rodziną z Rosji.

W ciągu następnych miesięcy rodzina Vadima podjęła kilka prób opuszczenia Rosji, jednak za każdym razem zatrzymywana była przez straż graniczną – lub w innym przypadku przez samego “Andrieja”, a za każdym razem towarzyszyła temu eskalacja ostrzeżeń, że nie powinien podejmować dalszych prób i pogodzić się z losem.

Vadim i jego rodzina, w tym jego niepełnoletnie dziecko, byli kilkakrotnie zatrzymywani w areszcie, za każdym razem wypuszczani po kilku godzinach i interwencji „dobrego” gliniarza „Andreja”. W jednym przypadku żona Vadima została aresztowana i przetrzymywana do czasu rozprawy sądowej, pomimo zaawansowanej ciąży. Vadim uświadomił sobie, że FSB potrzebuje jego rodziny jako formy nacisku na niego i postanowił wykonywać polecenia, przynajmniej tymczasowo.

Kolejne instrukcje „Andreja” stawały się coraz bardziej stanowcze i daleko idące. Kazano mu szpiegować i sporządzać raporty dla FSB dotyczące wniosków wizowych składanych przez niektóre osoby. Wśród nich był Aleksiej Golubowicz, niegdyś partner Jukosu i świadek w sprawie przeciwko Chodorkowskiemu.

Vadim wykonywał polecenia, mając nadzieję na stworzenie iluzji dobrowolnej współpracy. W pewnym momencie Vadim został poinformowany przez Andreja, że preferowana przez FSB osoba szuka pracy jako szef szwajcarskiego centrum wizowego firmy. Kandydat jednak jej nie dostał.

Szokująca prośba

Pod koniec czerwca 2016 roku „Andrei” i „Alexander” powierzyli Vadimowi zadanie: miał stworzyć backdoora w sieci ośrodków wizowych w Wielkiej Brytanii. Vadim powiedział im, że można tego dokonać, ale wymaga to czasu i skupienia.
Obiecał podjąć się zadania po powrocie z właśnie trwającej podróży służbowej do Chin. W zamian zażądał, aby „Andrei” pozwolił żonie i córce przebywać u rodziców w Mongolii, jako odpoczynek od stresu odczuwanego w Rosji.

Entuzjastycznie nastawiony optymizmem Vadima do perspektyw backdoora, „Andrei” wyraził zgodę na propozycję.

Po wywiezieniu rodziny, Vadim powrócił, aby ukończyć pewne projekty dla swojego pracodawcy, TLSContact. Pod koniec sierpnia – i zasadniczo nie wykonując żadnej pracy przy backdoorze – powiedział swojemu prowadzącemu, że musi wyjechać aby sprowadzić rodzinę z powrotem do Rosji.

Bez otrzymania ostatecznej odpowiedzi od „Andreja”, Vadim wprost z pracy, udał się na lotnisko – według jego własnych słów, jak opisał we wniosku o azyl. „W dniu 2 września 2016 roku podjęto próbę aresztowania mnie. Zrobiłem sobie pół dnia wolnego, żeby przygotować moje rzeczy do podróży. Po obiedzie około godziny 14:00 jechałem do biura po mojej zwykłej trasie. Na skrzyżowaniu przed budynkiem biurowym, w którym zazwyczaj działa patrol policji drogowej, zaparkowany był czarny samochód. Osoba stojąca obok samochodu rozpoznała mnie i kazała mi wsiadać. Kiedy, próbowałem zachowywać się tak, jakbym go nie usłyszał, ruszył w moją stronę. Było jasne, że próbował mnie przechwycić. Na szczęście stało się to w zatłoczonym miejscu publicznym, więc po prostu odwróciłem się i uciekłem. Ta osoba mnie wtedy nie śledziła.”

Wykorzystując metodę, którą postanowiliśmy nie publikować na prośbę Vadima, mógł on opuścić Rosję następnego dnia.

Później, Vadim poinformował TLSContakt o okolicznościach jego nagłego odejścia i opowiedział o swojej wymuszonej współpracy z FSB oraz o nieustających próbach infiltracji infrastruktury sieci firmy. Vadim próbował również ostrzec brytyjski konsulat o próbie włamania się FSB.

Próby potwierdzenia historii Vadima

Bellingcat wielokrotnie przeprowadzał wywiady z Vadimem, aby potwierdzał swoją historię. Vadim dostarczył kopie dokumentów przesłanych do odpowiednich władz, a także wiadomości wysłanych do TLSContact i do pracownika, którego znał w konsulacie Wielkiej Brytanii.

Bellingcat doszedł do wniosku, że są to autentyczne dokumenty, przesłane lub wysłane w momencie, na który wskazywał Vadim.

Vadim dostarczył także nagrania dźwiękowe dwóch rozmów telefonicznych między nim, a „Andrejem”. Jednym z nagrań, jest rzekomo wstępna rozmowa telefoniczna wykonana 17 marca 2016 roku przez „Andreja”. W drugiej rozmowie z dnia 29 maja 2016 roku, nie można sprawdzić znaczników czasu nagranych rozmów, ale format audio i format nazw plików – które zawierają znaczniki czasu i numer dzwoniącego – są zgodne z popularną aplikacją do nagrywania połączeń Android.

Bellingcat przeanalizował treści audio połączeń, które nie zawierają żadnych znaków edycji ani manipulacji. W pierwszym połączeniu osoba, która przedstawia się jako “Andrei” zimno, wzywa Vadima i mówi mu, że dzwoni z centrali rosyjskiej służby migracyjnej i że zna sytuację prawną żony Vadima. “Andrei” mówi Vadimowi, że jego matka może być zagrożona karnie i proponuje spotkanie w celu omówienia sprawy. Vadim się zgadza, a “Andrei” proponuje spotkać się gdzieś w okolicach ulicy Pokrowskiej w Moskwie. Zarówno centralne biuro Federalnej Służby Migracyjnej, jak i centrala FSB znajdują się w rejonie ulicy Pokrowskiej. Żądanie Andreja, by spotkać się poza terenem Federalnej Służby Migracyjnej, nie może być uważane za normalną oficjalną praktykę i jest znane z praktyk wymuszania przez rosyjskich urzędników. Taka sytuacja byłby również zgodna z wersją wydarzeń przedstawionych przez Vadima.

Od 29 maja 2016 roku, „Andrei” udziela Vadimowi wskazówek na temat tego, jak jego żona musi postępować podczas zbliżającej się wizyty w smoleńskim biurze imigracyjnym.

Vadim dostarczył też dwa numery telefonów, z których odbierał połączenia od „Andreja”. Bellingcat próbował ustalić ich posiadaczy. Jeden numer jest aktualnie zarejestrowany na niezwiązanego ze sprawą mężczyznę, który powiedział, że ma ten numer od marca 2018 roku i nie wie, kim był poprzedni użytkownik. Drugi numer telefoniczny jest obecnie nieaktywny, ale zapisy pokazują, że w 2016 roku został zarejestrowany przez młodą kobietę pracującą jako barmanka. Kobieta, która – początkowo zgodziła się odpowiedzieć na pytania o „Andreja” – wyłączyła swój telefon i nie jest już dostępny.

Vadim dostarczył także podejrzany dokument, który odkrył podczas pracy dla TLSContact. Plik zawiera zbiorczą bazę danych wszystkich osób ubiegających się o wizy w Wielkiej Brytanii w okresie od kwietnia 2014 roku do maja 2016 roku, które wycofały swoje wnioski przed rozpatrzeniem ich spraw dotyczących wiz.

Vadim uważa, że nie ma uzasadnienia biznesowego dla przechowywania takiej zbiorczej bazy danych i że plik ten mógł być przechowywany i wyeksportowany przez pracownika firmy na żądanie FSB. Prezentowany plik zawiera dane personalne (które anonimizował Vadim przed przedstawieniem Bellingcat) ponad 1500 obywateli rosyjskich. Niektóre nazwiska, takie jak polityków lub osób publicznych, zostały oznaczone pogrubioną czcionką. Właściwości pliku sugerują, że został on utworzony i zmodyfikowany przez osobę, która pracowała w firmie w 2016 roku.

Bellingcat i Insider zwrócili się do brytyjskiego konsulatu z szeregiem pytań związanych z potencjalnymi słabościami łańcucha procesu wydawania wiz oraz z możliwym ryzykiem, jakie stwarza centrum przetwarzania wniosków wizowych infiltrowane przez zagraniczny rząd. Konsulat skierował pytania do brytyjskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, które odpowiedziało, że ostateczna decyzja o wydaniu lub odmowie wydania wizy jest składana przez personel konsularny, bez żadnej roli odgrywanej przez przedsiębiorstwo przetwarzające.

W odpowiedzi nie uwzględniono jednak ryzyka, że poufne dane osobowe wnioskodawcy zostaną potencjalnie wystawione na działanie służb specjalnych, ani ryzyka wykorzystania hipotetycznych luk w systemach komunikacji między firmą outsourcingową, a konsulatem.

Te same pytania zadawane były TLSContact, ale nie można było połączyć się z dyrektorem firmy za pośrednictwem centrum telefonicznego firmy. Były dyrektor firmy, który opuścił TLSContact kilka miesięcy przed odejściem Vadima w liście, napisał, że nie był świadomy prób ingerencji firmy trzeciej.

Insider porozmawiał z byłym dyrektorem firmy, którego nazwisko pojawiło się w “raporcie wypłat”. Powiedział, że nie był świadomy jakichkolwiek prób infiltrowania firmy przez FSB. Zapytany o pochodzenie dokumentu, który zawierał uzasadnienie dla odrzucenia wniosku wizowego – i czy był autorem tego dokumentu – zakończył rozmowę.

Bellingcat skontaktował się z FBI, aby uzyskać komentarz, czy otrzymali informację od Vadima i czy informacje te zostały przekazane brytyjskim organom ścigania do wykorzystania w sprawie ataku na Skripala? Do czasu publikacji FBI nie odpowiedziało na zapytanie.

Historia Vadima nie dowodzi jednoznacznie, że FSB lub jakakolwiek inna agencja wywiadowcza odniosły sukces w naruszeniu systemu wydawania wiz, a tym samym umożliwiły funkcjonariuszom GRU wielokrotne podróżowanie do Wielkiej Brytanii i przeprowadzenie próby zabójstwa Skripala. Pokazuje natomiast metody i determinacje, które zostały wykorzystane w próbach zhakowania systemu protokołów wizowych. Takie starania nie są zaskakujące, biorąc pod uwagę, że służby specjalne w sposób naturalny poszukują możliwości legalizowania pobytu w różnych miejscach na terenie Europy.

Jednak wobec braku alternatywnego wyjaśnienia, w jaki sposób ci i inni funkcjonariusze GRU mogli „przemknąć” przez filtr wniosków o wizy wielokrotnego wjazdu, doświadczenie Vadima skłania do konstatacji, że płk Chepiga i płk Miszkin po raz pierwszy udali się do Wielkiej Brytanii i Szwajcarii kilka miesięcy po pierwszym zapytaniu „Andreja” skierowanym do Vadima o możliwości uzyskania wiz do tych państw.

Przypadek?

Źródło: Bellingcat

Zewnętrzna ingerencja we francuskie protesty?

W związku z trwającymi od kilku tygodni zamieszkami, prezydent Francji zapowiedział ważne wystąpienie na początku ubiegłego tygodnia. Czy Emmanuele Macron zasugeruje, że za eskalacją przemocy stoją siły zewnętrzne?

Francuskie służby specjalne intensywnie badają czy za organizacją zamieszek we Francji nie stoją obce służby. Pierwsze ustalenia wskazują, że jest to bardzo prawdopodobne – twierdzą nasze źródła.

Francuskie służby specjalne intensywnie badają czy za organizacją zamieszek we Francji nie stoją obce służby. Pierwsze ustalenia wskazują, że jest to bardzo prawdopodobne. Click To Tweet

DGSI – służba zajmująca się bezpieczeństwem wewnętrznym, ustaliła miedzy innymi, że o ile pierwsza faza protestów była organizowana rzeczywiście spontanicznie, o tyle dalszy rozwój wypadków sugerował już zaangażowanie z zewnątrz. Funkcjonariusze DGSI przeanalizowali między innymi, przy pomocy narzędzi informatycznych, dedykowanych mediom społecznościowym, to w jaki sposób kolportowane były nieprawdziwe informacje o eskalacji przemocy (w tym o ofiarach śmiertelnych po stronie protestujących). Okazuje się, że ponadstandardową aktywność w tym zakresie prezentowały fałszywe konta działające na dwóch najpopularniejszych serwisach społecznościowych. Prawdopodobnie konta te miały szereg wspólnych cech, które pozwalają przyporządkować je do jednego zbioru. Innymi słowy wiele wskazuje, że wszystkie one powstały z inicjatywy tej samej farmy trolli.

W trakcie czynności ustalono także, że organizatorzy procederu nie za bardzo przejmowali się kwestiami „legendowania” o czym świadczy fakt, że wiele z kont powstało dokładnie w tym samym czasie. Nikt też nie dbał o ich dotychczasową zawartość.

Nasze źródła sugerują również, że do zwiększonej aktywności podejrzanych doszło już po tym jak Prezydent Macron ugiął się pod presją protestujących i wycofał z pomysłu podatku paliwowego. Powszechnie liczono, że decyzja ta zatrzyma falę przemocy. Tak się jednak nie stało. Wygląda na to, że ktoś wykonał bardzo dużą pracę, aby mimo sukcesu „żółtych kamizelek” zmobilizować siły protestujących i kontynuować gwałtowne wystąpienia uliczne.

Sytuacja pozostaje więc bardzo napięta a francuskie władze obawiają się, że protesty mogą przerodzić się w coś jeszcze poważniejszego. Dziś celem „żółtych kamizelek” jest już sam prezydent.

DGSI zwróciło także uwagę na bardzo dobrą organizację protestujących (logistyka, łączność, taktyka walk z policją) mimo, iż są to bardzo niejednorodne grupy. Według naszych informacji zeznania niektórych zatrzymanych potwierdzają obawy służb, że w najbliższym otoczeniu liderów protestu są również osoby podejrzewane o współpracę z obcymi służbami. Chodzi tu przede wszystkim o środowiska skrajne, które od dawna znajdują się pod dyskretną obserwacją DGSI – zarówno z prawej jak i z lewej strony sceny politycznej.

Francuska służba DGSI zwróciła uwagę na bardzo dobrą organizację protestujących (logistyka, łączność, taktyka walk z policją) mimo, iż są to bardzo niejednorodne grupy. Click To Tweet

Fot. Pixabay

Służby specjalne w agonii? Rosja zadowolona z sytuacji w Polsce

Byli szefowie polskich służb specjalnych wyrazili się bardzo krytycznie o obecnej ich kondycji.

W posiedzeniu Zespołu Śledczego ds. Zagrożeń Bezpieczeństwa Państwa, które odbyło się w ubiegłym tygodniu, uczestniczyli: były szef ABW Krzysztof Bondaryk, byli szefowie SKW Janusz Nosek i Piotr Pytel, były szef Służby Wywiadu Wojskowego Radosław Kujawa, były szef CBA Paweł Wojtunik i były wiceszef zarządu wywiadu międzynarodowego sztabu NATO Jarosław Stróżyk. Na sali zabrakło natomiast byłego szefa Agencji Wywiadu – Macieja Huni, który – jak twierdzą zorientowani, stara się podobno utrzymywać poprawne relacje z obecnym rządem.

Wywiad cywilny jest zresztą formacją, która najmniej odczuła konsekwencje zmian politycznych. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w odniesieniu do organów dbających o bezpieczeństwo wewnętrzne. Szeroko opisywane w mediach plany dotyczące połączenia ABW z AW nie ziściły się, a na Rakowieckiej panuje chaos w oczekiwaniu na to, co może czekać służbę w kolejnych miesiącach. Niepewność, jak zwraca uwagę K. Bondaryk, podsycił brak wytycznych premiera na kolejny rok dla ABW.

Plany dotyczące połączenia ABW z AW nie ziściły się, a na Rakowieckiej panuje chaos w oczekiwaniu na to, co może czekać służbę w kolejnych miesiącach. Click To Tweet

Nie wiadomo, czy służba będzie istniała w dotychczasowej formule, czy nastąpią w niej strukturalne zmiany. Przypomnijmy, że nowy szef ABW na razie wsławił się likwidacją większości delegatur tej służby, pozostawiając jedynie pięć z dotychczasowych piętnastu.

Zdaniem gen. Bondaryka rządzący świadomie postanowili rozmontować służbę. Z ABW odeszli w ostatnim czasie najbardziej doświadczeni funkcjonariusze, w tym zajmujący się bezpieczeństwem ekonomicznym państwa.

Nowy szef ABW na razie wsławił się likwidacją większości delegatur tej służby, pozostawiając jedynie pięć z dotychczasowych piętnastu. Click To Tweet

W konsekwencji spora część dzisiejszej aktywności ABW wydaje się świadczyć o  jej niewydolności. Zamiast koncentrować swe wysiłki, wzorem innych służb europejskich – na przeciwdziałaniu obcej ingerencji w sprawy państwa, ABW ogranicza się do ścigania przestępstw VAT-owskich.

Z ABW odeszli w ostatnim czasie najbardziej doświadczeni funkcjonariusze, w tym zajmujący się bezpieczeństwem ekonomicznym państwa. Click To Tweet

Gen. Janusz Nosek (były szef SKW) podkreślił, że po ponad roku od postawienia mu bardzo ciężkich zarzutów, m.in. o współpracę z obcym wywiadem prokuratura nie przeprowadziła wobec niego żadnych czynności. Podobnie zachowano się wobec płk Krzysztofa Duszy i gen Piotra Pytla. To co najmniej zastanawiające, zważywszy na powagę sprawy. Czyżby wiec chodziło jedynie o uzyskanie krótkotrwałego efektu polityczno–medialnego? Najwyraźniej tak. Generał Nosek twierdzi ponadto, że skala zwolnień skutecznie sparaliżowała część komórek organizacyjnych służby. Dziś jednak sądy uchylają te decyzje, stawiając rządzących w kłopotliwym położeniu. Pojawia się pytanie, kto za te bezprawne decyzje zapłaci, także w wymiarze finansowym.

Mimo ciężkich oskarżeń byłych szefów służb specjalnych z czasów PO prokuratura nie przeprowadziła wobec nich żadnych czynności. Click To Tweet

W czerwcu 2016 r., udało się uwolnić z rąk afgańskiej służby bezpieczeństwa Polaka, którego Afgańczycy podejrzewali o szpiegostwo. Warto podkreślić, że to służba, z którą SKW współpracuje na co dzień. „Nie ma chyba większego sukcesu niż uwolnienie własnego obywatela z rąk własnego sojusznika” – opowiadał gen. Nosek podkreślając, że to największy sukces SKW w tej kadencji. Brzmi to jak szyderstwo, niestety.

Były szef CBA podniósł kwestię, która rzeczywiście stawia nasz kraj w sytuacji bez precedensu: to postawienie zarzutów karnych pięciu byłym szefom służb: „Stało się coś niebywałego – pięciu obecnych tu szefów służb jest przez państwo prześladowanych, a nie bronionych. To jeden z największych prezentów, jaki można było zrobić wielu zorganizowanym grupom przestępczym oraz przeciwnikom polskiego wywiadu i kontrwywiadu. Władze Federacji Rosyjskiej czy innych państw przeciwnych Polsce poświęciłyby wiele środków, wiele funduszy, żeby do takiego stanu doprowadzić” – mówił wzburzony Wojtunik. Stopień upolitycznienia służb,  zdaniem Pawła Wojtunika, jest obecnie na poziomie niespotykanym wcześniej. Funkcjonariuszom „złamano kręgosłup, zniszczono etos niezależności, obiektywizmu i profesjonalizmu”. Najważniejszymi służbami (ABW oraz CBA) kierują osoby, które startowały w wyborach z list PiS. Chodzi o Piotra Pogonowskiego i Ernesta Bejdę. Po przejęciu władzy przez PiS w CBA miało dochodzić do mobbingu i prześladowań funkcjonariuszy, którzy w przeszłości prowadzili sprawy niewygodne dla obecnej władzy. Większość z nich jest już dziś poza strukturami CBA.

Postawienie zarzutów karnych pięciu byłym szefom polskich służb specjalnych to rzecz bez precedensu Click To Tweet

Warto wsłuchać się w głos byłych szefów służb, tym bardziej że afera KNF pokazuje wyraźnie, że służby rzeczywiście nie tylko unikają spraw, w które mogą być zaangażowani ludzie związani z obecną władzą, ale co więcej – nie ostrzegają przed zagrożeniami – m.in. korupcyjnymi. To bardzo niebezpieczne zjawisko, ponieważ w takiej atmosferze przestępcy korupcyjni będą mogli czuć się coraz bardziej bezkarni.

Fot. Pixabay

Nagrania wstrząsają Polską. Mimo to ABW nie rozwija systemu bezpiecznej łączności CATEL

Coraz częściej dochodzi do sytuacji, w której kluczowi urzędnicy są nagrywani, a szczegóły ich rozmów stają się osią kolejnych skandali wstrząsających Polską. Mimo to ABW niewiele robi by zabezpieczyć takie osoby. System specjalnej łączności CATEL nie jest rozwijany i w zasadzie popada w zapomnienie. Jednak nasz kraj nie jest wyjątkiem – frywolne podejście do bezpieczeństwa informacyjnego charakteryzuje także amerykańskiego prezydenta, Donalda Trumpa.

Coraz częściej dochodzi do sytuacji, w której kluczowi urzędnicy są nagrywani, a szczegóły ich rozmów stają się osią kolejnych skandali wstrząsających Polską. Mimo to ABW niewiele robi by zabezpieczyć takie osoby. System specjalnej łączności CATEL nie jest rozwijany i w zasadzie popada w zapomnienie. Jednak nasz kraj nie jest wyjątkiem – frywolne podejście do bezpieczeństwa informacyjnego charakteryzuje także amerykańskiego prezydenta, Donalda Trumpa.

Cindy Otis, konsultantka zatrudniona w CIA przez dekadę jako analityk i szef oddziału specjalizujący się głównie w zagadnieniach dotyczących Europy i Bliskiego Wschodu, na łamach USA Today zachęca do zapoznania się z artykułem New York Times’a o tym, że rosyjskie i chińskie służby wywiadowcze podsłuchują prezydenta Donalda Trumpa, rozmawiającego przez niezabezpieczone telefony komórkowe.

Zdaniem Cindy Otis, Trump nie rezygnuje z używania niezabezpieczonych telefonów, pomimo wielokrotnych ostrzeżeń. Wykorzystuje je wtedy kiedy nie chce, aby jego rozmowy przechodziły przez centralę Białego Domu, bo byłyby wtedy rejestrowane i jego współpracownicy mogliby mieć do nich wgląd. Podobno Chińczycy już wykorzystują zgromadzone poprzez niezabezpieczone telefony dane w wojnie handlowej z Ameryką.

Powiedzieć, że Trump nie jest powściągliwy, to za mało. Jego konto na Twitterze jest mieszanką autopromocji i strumienia świadomości. – Jak zauważył mój dawny kolega z CIA, mówi Otis, Twitter Trumpa jest istnym skarbcem dla zagranicznych służb wywiadowczych, analizujących jego przemyślenia i działania. Jest on bez wątpienia regularnie wykorzystywany w analizach wywiadowczych dotyczących Stanów Zjednoczonych. Jeśli w codziennym życiu Trump nie hamuje się, tak jak na Twitterze, gdzie nikt raczej nie selekcjonuje jego wypowiedzi, to co musi mówić przez telefon? Udaje mu się uniknąć nagrania w centrali Białego Domu, ale nie w centralach zagranicznych służb wywiadowczych. To fakt, który przeraża.

Obrońcy Trumpa twierdzą, że prawdopodobnie podczas rozmów telefonicznych nie porusza on spraw „tajnych” ponieważ nie posiada zbyt wielu takich informacji. Jednak niekompetencja nie jest pocieszającą argumentacją, a ci urzędnicy również się mylą. Trump może nie przekazywać ważnych informacji, ale to, co mówi przez telefon jest tak czy inaczej niezwykle przydatne dla obcych rządów. Mogą one na przykład uzyskiwać informacje dotyczące tego, kto jest w bliskim otoczeniu prezydenta, z kim rozmawia i kto wypada z jego łask. To pomaga im dowiedzieć się, jak i z kim lobbować, aby promować swoje interesy. Mogą również uzyskiwać informacje na temat ważnych kwestii politycznych, zarówno krajowych, jak i międzynarodowych, a także dotyczące planów USA w obszarze konkretnych negocjacji dyplomatycznych. Wydarzenia w Białym Domu – dotyczące rządu, takie jak zmiany personalne, konflikty wśród współpracowników czy przeszłość personelu, to informacje, które może wykorzystać obcy wywiad. Nawet informacja o braku koordynacji działań członków rządu ułatwia zagranicznym rządom rozgrywanie między sobą agencji federalnych, aby uzyskać przewagę. Trump może również omawiać przez telefon plany podróży, co naraża jego i osoby mu towarzyszące na ewentualne ataki fizyczne. Może on również w ten sposób informować zagraniczne służby wywiadowcze na temat rozmaitych podatności technicznych lub fizycznych, które mogłyby wykorzystać do pozyskania jeszcze większej liczby informacji. Gromadzenie szerszych informacji na temat zachowań prezydenta, takich które sprawią, że da się on do czegoś przekonać, byłoby również bardzo cenne. Jest prawie pewne, że obce służby spróbują kiedyś wykorzystać informacje, które usłyszą w rozmowach Trumpa, przeciwko niemu, albo jego pracownikom. Zastępca sekretarza prasowego Hogan Gidley powiedział, że telefon Trumpa „podlega regularnej rotacji i jest stale monitorowany pod kątem wszelkich podatności i ataków, zgodnie z zaleceniami wspólnoty wywiadowczej.” Telefon może być monitorowany, ale „nie wybuchnie”, gdy komuś uda się podsłuchać prezydenta. Podsłuch wykryty zostanie po fakcie, po wyrządzeniu szkody.

Tyle o problemach z bezpieczną łącznością prezydenta USA. A jak jest w Polsce? Nie wiemy, przynajmniej z ogólnodostępnych źródeł, jak obecnie wygląda bezpieczeństwo systemu łączności rządowej w naszym kraju. Kilka lat temu generał K. Bondaryk próbował uruchomić bezpieczną łączność między użytkownikami zatrudnionymi w administracji państwowej. System ten zbudowany został w ABW, to tzw. CATEL.

CATEL był przygotowany na obsługę 3,5 tys. telefonów oraz 400-500 laptopów i można było za jego pomocą przesyłać informacje objęte ochroną do poziomu ”zastrzeżone”. Żaden z urzędników państwowych nie był zobowiązany do posługiwania się takim sprzętem i można założyć z dużą dozą pewności, że telefonów CATEL nie używano zbyt chętnie.

Po pierwsze, nie dowierzano, że ABW nie podsłuchuje użytkownika, a poza tym aparaty udostępniane przez agencję były przedpotopowymi modelami, pozbawionymi np. łączności z internetem.

Według naszej wiedzy aktualnie ABW, nieszczególnie dba o rozwój tego projektu.

W Stanach Zjednoczonych, w Australii, a ostatnio również w Kanadzie toczy się dyskusja o tym, że wykorzystywanie sprzętu telekomunikacyjnego z zagranicy wiąże się z zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa, z uwagi na związki np. chińskich firm tego sektora z władzami w Pekinie. Więcej o tym pisaliśmy tutaj.

Według naszej wiedzy aktualnie ABW, nieszczególnie dba o rozwój projektu bezpiecznej łączności CATEL. Click To Tweet

Kwestie związane z zagrożeniami dla bezpieczeństwa podnoszone są nawet w Czechach, gdzie w 2017 roku prezydent Milosz Zeman podpisał umowę zgodnie z którą Huawei ma w ciągu kilku lat zainwestować ok. 8,5 miliarda USD. Brak jest tego rodzaju merytorycznych dyskusji w Polsce, a jeżeli mają miejsce to w zaciszach gabinetów, z czego nic nie wynika. W zamian od czasu do czasu media donoszą o tym, że w miejscach publicznych nagrywano członków rządu lub o tym jak urzędnicy na „własną rękę” próbują nieskutecznie zabezpieczać się przed podsłuchem wykorzystując różne „szumidła”.

Co ciekawe, w nagranej i ostatnio upublicznionej rozmowie nawet sam użytkownik podaje w wątpliwość ich działanie. Urzędnicy wysokiego szczebla w obawie przed służbami specjalnymi, które stanowią element tej samej administracji (sic!) wolą komunikować się, wykorzystując ogólnodostępne aplikacje lub urządzenia, które dają im jedynie złudne wrażenie prowadzenia rozmów z zachowaniem poufności, bo bezpieczeństwo to nie tylko sprzęt, ale i reguły właściwego postępowania. Niestety, jak pokazują wydarzenia ostatnich lat, do tych reguł bezpieczeństwa nie stosowali się również ci, którzy byli odpowiedzialni za bezpieczeństwo państwa. Nie pomogą też zatem całe tabuny zatrudnianych w spółkach skarbu państwa funkcjonariuszy wywodzących się ze służb specjalnych lub policji, bo zarząd spółki przecież zawsze wie lepiej co robić, a jak wiadomo – „z koniem lepiej się nie kopać”. Tym bardziej, gdy koń płaci pensję.

Polscy urzędnicy wysokiego szczebla w obawie przed własnymi służbami specjalnymi nie dbają o własne bezpieczeństwo informacyjne. Click To Tweet

Więc na pytanie, czy mamy już tak samo jak w Ameryce, odpowiadamy: trochę tak, a trochę nie…i podsumowując, przypominamy słowa Jarosława Zielińskiego, wiceministra MSWiA, który swojego czasu stwierdził odnosząc się min. do kamer oraz zabezpieczenia w systemy uniemożliwiające podsłuchiwanie gabinetu, że Komendant Główny Policji  „nie powinien mieć takich potrzeb”.

Źródło: USA Today/własne

Fot. Pixabay