Home Articles posted by Michał Deptrocki

POKÓJ NA DRUTACH – JAK WOJSKOWY KONTRWYWIAD SZUKAŁ SZPIEGA

Koń jaki jest – każdy widzi. Ta stara maksyma znajduje zastosowanie powszechnie i chętnie, kiedy trzeba opisać coś tak oczywistego, że właściwie nie wiadomo jak to zrobić. Dzisiaj tę maksymę można zastosować do działań polskiego kontrwywiadu wojskowego, który działa… jak działa. Czasem komicznie. Tak, jak w przypadku płk G., wysokiego rangą oficera Sztabu Generalnego.

Historia, którą poniżej opisujemy jest zabawna… ale tylko na pozór. Kiedy o tym usłyszeliśmy, zastrzygliśmy uszami, bo to sytuacja co najmniej niecodzienna. Zasiadamy więc, zachowując wszelkie normy dystansu społecznego, nad butelką schłodzonego napoju bezalkoholowego, wraz z naszym rozmówcą. To doświadczony oficer kontrwywiadu, z bagażem ćwierć wieku służby.

Co się zdarzyło? – pytamy.

Szkoda gadać – macha ręką oficer, upijając łyk Sprite’a. I zaczyna opowiadać.

Potrzebująca – dość dramatycznie, dodajmy – sukcesu Służba Kontrwywiadu Wojskowego zarzuciła sieci na jednego z oficerów Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Jego nazwisko pozostanie niejawne, choć wojskowi i osoby zainteresowane tematem z pewnością rozpoznają o kogo chodzi, choćby śledząc zmiany w Sztabie Generalnym. Nazwijmy go pułkownikiem G. Terytorium jego działania to szalenie delikatna i wrażliwa materia. Zarząd ten miał pod skrzydłami m.in. najbardziej wrażliwy z obszarów: cyberbezpieczeństwo.

Co tak zaniepokoiło SKW, że postanowiły zainteresować się wysokiej rangi oficerem? Przyczyna – ta nieoficjalnie „oficjalna” – jest jedna: podróże pułkownika G. do Chin. Służba Kontrwywiadu Wojskowego chciała płk G. „doklepać” nieautoryzowane kontakty z chińskimi służbami specjalnymi.

Kompletna bzdura – denerwuje się nasz rozmówca – Gość był czysty, jak łza! Zna BHP, wie jak to się robi, co wolno a czego nie. O wszelkich kontaktach z ambasadą i chińskim attache obrony informował przełożonych i miał autoryzację. Informował o nich także obiektowych oficerów SKW. Z Chińczykami kontaktował się od czasu ostatniego wyjazdu sporadycznie, a osoby, z którymi kontaktował się w Chinach znają go z imienia, ale nie z nazwiska. Ale polecenie jest poleceniem. Trzeba było coś z tym fantem zrobić. Zrobiono więc.

Omdlenia i przesłuchania

Jak pomyśleli, tak zrobili i postanowili zainstalować mu druty – mówi osoba znająca kulisy sprawy. Tu zaczyna się magia.

Płk G. miał swój pokój w jednym z warszawskich internatów wojskowych. Tam więc wysłano dwóch techników z SKW, z zadaniem zainstalowania podsłuchu. Tak też się stało. Problem zaczął się później, kiedy dwóch oficerów chciało wyjść z internatu. Nadziali się bowiem na… wchodzącego do środka płk G.!

To jest paranoja. Przykład niebywałego partactwa! – wścieka się nasz rozmówca, który na instalacji techniki operacyjnej zjadł zęby. Ale to nie koniec.

Kiedy zobaczyli, że do budynku wchodzi G., jeden z tych asów… po prostu zemdlał – słyszymy, między jednym a drugim łykiem zimnego Sprite’a. Nie możemy w to uwierzyć.

I co się stało? – pytamy.

G., kiedy zobaczył co się dzieje, rzucił się na ratunek zemdlonemu. Na to podszedł do niego drugi z niefortunnych „betkarzy”.

Płk G. poproszono o odsunięcie się od omdlałego, niefortunny kontrwywiadowca został ocucony przez kolegę. G. a ten z kolei został zabrany do siedziby Służby, przy ul. Oczki i przesłuchany. W kajdankach. W obecności strażników, uzbrojonych w broń automatyczną. Potem już poszło jak z płatka.

G., stracił stanowisko w Sztabie. Ale z wojska nie został wydalony, prokuratura nie postawiła mu zarzutów działania na rzecz wywiadu obcego państwa. Trafił do jednej z ważnych instytucji wojskowych, choć poza szczeblem centralnym. Gotów jest dowodzić swojej niewinności, także przy użyciu wariografu.

Sprawa jest na tyle absurdalna, że lotem błyskawicy obiegła korytarze przy Oczki i Rakowieckiej, gdzie mieści sie sztab generalny. Co miała na celu?

Ja bym na to patrzył dwutorowo – mówi nasz informator. Z jednej strony, szukające uzysku SKW po prostu „zrobiło” sprawę, od początku do końca dętą ale po odznaczenia można wypiąć piersi. Po drugie: to kolejna odsłona cichej wojny, między ministrem obrony Mariuszem Błaszczakiem, a szefem SG WP, gen. Rajmundem Andrzejczakiem. Tu musimy posiłkować się informacjami od osób bliższych politykom, niż wojskowym.

No nie ma chemii między nimi – przekonuje inny z naszych rozmówców, bliżej związany z ludźmi ze sztabu i politykami. I kontynuuje swoją opowieść, przekonując, że Andrzejczak to typ zadaniowca, który nasłuchał się opowieści kolegów z innych państw, jak wygląda u nich system dowodzenia. Przychodzi do ministra z kolejnymi rozwiązaniami… i napotyka na barierę. Oczywiście nie śmiemy przypuszczać, że zlecenie na płk G. wypłynęło z aż tak wysokiego pułapu, jednak fakt, że szef SKW trafił na stanowisko wraz z pojawieniem się w MON Mariusza Błaszczaka nie jest bez znaczenia. Podobnie nie bez znaczenia jest zapewne fakt, iż płk G. był jednym z oficerów awansowanych na swoje stanowisko jeszcze przez Antoniego Macierewicza. A wielu z nich, już dzisiaj w MON nie ma, lub zmarginalizowano ich znaczenie. Czy doszło więc do cichej współpracy między instytucjami, mającej na celu pozbycie się niewygodnego oficera „w białych rękawiczkach”? Z tym pytaniem pozostawimy Cię jednak, drogi Czytelniku, sam na sam, abyś wyciągnął wnioski i odpowiedź ułożył w swojej głowie samodzielnie.

Partactwo wysokiej próby

Wróćmy jednak na moment do samej akcji Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Jak to się stało, że płk G., człowiek poddany inwigilacji, mógł przybyć do swojej tymczasowej kwatery i nadziać się na oficerów kontrwywiadu?

Przykład doskonałej indolencji i fatalnego wyszkolenia kadry – wścieka się rozmówca. Niemal dławiąc się przy tym ze złości Sprite’m. Zasada jest taka, że dookoła figuranta, któremu instaluje się kable, lub jest po prostu pod obserwacją, tworzy się coś na kształt „pierścieni” z funkcjonariuszy. Mniejsza o niejawne szczegóły, ale sytuacja, w której pojawia się on, jak gdyby nigdy nic, na miejscu instalacji podsłuchu, niemal na gorącym uczynku jest przykładem kompletnego rozjazdu operacji. Nieważne – czy na etapie planowania, czy wykonania.

System zwiódł i to na całej linii – piekli się oficer, który opowiedział nam groteskową historię płk G. i niezbyt udanego podsłuchu. Bo jeśli celem było uzyskanie dowodów na przekazywanie Chińczykom tajnych informacji przez płk G., to sprawa została całkowicie spartaczona. Ale kilku funkcjonariuszy SKW i tak zgłosi się po odznaczenia, a może i kwartalne premie. Fakt, że nie potrafili nawet zaplanować operacji przeciwko oficerowi własnych sił zbrojnych daje jednak marny prognostyk, na przyszłość. Szczególnie w starciu z silnym przeciwnikiem, dysponującym o wiele większymi zasobami ludzkimi i finansowymi. Takim, jak Chiny.

Ale to akurat nikogo w SKW zdaje się nie frasować.

*Dochowując należytej staranności i rzetelności w naszej dziennikarskiej pracy dnia 30 czerwca skierowaliśmy na adres mailowy SKW nasze pytania z prośbą o odniesienie się do całej sprawy. Niestety, tuż po wysyłce pytań otrzymaliśmy “autoresponder” Służby z informacją, że ich skrzynka pocztowa jest pełna… Postanowiliśmy więc zadać pytania na drugi adres podany na oficjalnej stronie internetowej – adres jednego z sekretariatu MON. Do dziś nie otrzymaliśmy odpowiedzi ani z SKW, ani z MON.

Fot. Pixabay

„CZWARTY DO BRYDŻA”: NOWY ZASTĘPCA SZEFA ABW

Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego ma nowego wiceszefa. Sejmowa Komisja Służb Specjalnych pozytywnie zaopiniowała kandydaturę pułkownika Bartosza Jarmuszkiewicza na stanowisko wiceszefa największej polskiej specsłużby, a kilka dni temu oficjalnie otrzymał on nominację.

To nie będzie długi artykuł, jednak z kronikarskiego obowiązku – mówimy wszak o nowym wiceszefie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego – musimy o tym napisać.

Jarmuszkiewicz dołączy do najściślejszego kierownictwa ABW, które dzisiaj tworzy triumwirat: Krzysztof Wacławek – Norbert Loba – Bernard Bogusławski. Ponieważ do brydża potrzeba czterech graczy, do stolika dosiadł się Jarmuszkiewicz. Co o nim wiadomo? Aby czytelników naszego portalu nie pozostawiać w niewiedzy, wzięliśmy na siebie trud zasięgnięcia informacji i przekazania ich odbiorcom.

Leśny ludek

Jarmuszkiewicz całe życie spędził w kontrwywiadzie, ale… drogę życiową ma nieco bardziej krętą. Jak wielu oficerów, którzy do służb trafili w latach 90-ych, ma za sobą kurs w Ośrodku Kształcenia Kadr Wywiadu.

– Leśny ludek – mówi nasz rozmówca, do którego zwróciliśmy się (zachowując wszelkie niezbędne normy dystansu społecznego) z pytaniami.

– Skończył Kiejkuty, ale przy Stadionie nigdy nie pracował. Zakotwiczył w kontrze. Chyba skutecznie, bo płk Jarmuszkiewicz doszedł w ABW do stanowiska szefa Centralnego Ośrodka Szkolenia w Emowie. Wydaje się jednak, że nowy zastępca pokrzyżował komuś plany. Np. Elizie Wójcik – obecnej szefowej Departamentu VII ABW, czyli Departament zwalczania Terroryzmu i Zagrożeń Strategicznych. Jej historię opisaliśmy W TYM MIEJSCU.

– To Eliza była dotychczas typowana na zastępczynię – słyszymy. Na pytanie, dlaczego, nasz rozmówca krzywi się lekko.

– Wacławek ją lansował. Przyszła do firmy razem z nim, z NIK-u – mówi. Jego zdaniem, nazwisko Jarmuszkiewicza pojawiło się na „giełdzie” stosunkowo niedawno. I kontynuuje opowieść, mówiąc, że do tej pory Wójcik była uznawana za pewniaka do objęcia stanowiska zastępcy szefa. Uchodziła za najbliższą współpracowniczkę Krzysztofa Wacławka, który – wbrew pozorom – także nie ma, póki co najmocniejszej pozycji. Tym ciekawsze, że Jarmuszkiewicz dotychczas uchodził raczej za człowieka z poprzedniej ekipy.

I jest w tym ziarno prawdy, bo Jarmuszkiewicza ściągnął do COS-u z delegatury w Poznaniu słynny „Potejto”, czyli płk Piotr Potejko, były szef COS. Przybysza mało kto w centrali znał. Oficer, z którym rozmawiamy, wspomina półgębkiem, że Jarmuszkiewicz mógł, jak nazywa to eufemistycznie, okazać się „nie do końca lojalny” wobec Potejki. Mówiąc mniej metaforycznie, pojawiły się zarzuty donoszenia jednego na drugiego, czym świeżo upieczony zastępca miał – zdaniem doświadczonego oficera – zaskarbić sobie wdzięczność szefa ABW. I dodaje, że nowy „02”, jak slangowo określa się zastępców szefa instytucji, nie ma żadnego szczególnego przełożenia politycznego. A stanowiska zastępcy szefa ABW nie dostaje się ot, tak – za nienaganną fryzurę i znakomite oko na strzelnicy.

Człowiek, z którym rozmawiamy twierdzi, że do zwrotu w kolejności opiniowania na zastępcę doszło stosunkowo niedawno, w przeciągu miesiąca, ale płk Jarmuszkiewicz wypracowywał sobie dobre relacje z Wacławkiem od dłuższego czasu. Jeździł z nim na przykład w delegacje jako szefa Departamentu Wsparcia Operacyjno-Technicznego.

Wsparcie Norberta Loby?

Aby dowiedzieć się czegoś więcej, udajemy w długą podróż, by spotkać się z innym doświadczonym oficerem, mającym w swoim CV m.in. Urząd Ochrony Państwa.

– Mało znana postać. Faktycznie, przeszedł przez Las, ale z wywiadem nigdy nie miał nic wspólnego – mówi nasz informator. Nazwijmy go roboczo „X”. I uzupełnia opowieść pierwszego z naszych rozmówców dodając, że nowozaopiniowany „czwarty do brydża” z Rakowieckiej 2a miał całymi godzinami siedzieć ostatnimi czasy w Departamencie Kadr. X zapamiętał jednak jeden zabawny szczegół: dziennik, który Jarmuszkiewicz namiętnie kupował i czytywał z wielkim nabożeństwem. Był nim „Przegląd sportowy”.

Odwiedzał także dwa gabinety, niezwykle istotne w kontekście funkcjonowania ABW: zastępcy (złe języki powiadają, że tylko formalnie zastępcy) szefa, Norberta Loby i słynnego szefa bezpieczeństwa wewnętrznego (policji w policji) ABW, płk Radosława Żebrowskiego. To głównie im ma zawdzięczać awans na fotel zastępcy szefa.

Jakby nie było, to przed nowym zastępcą sporo wyzwań. Bo tych w ABW nie brakuje. Pierwszym może być niesmaczna historia ze Szczecina, gdzie do Wydziału Zamiejscowego ABW, podległego delegaturze w Gdańsku miała, o czym informował Onet, dostać się… prostytutka. Sprawa sięga ubiegłego roku, ale dopiero kilka dni temu opisał ją Onet. Co prawda ABW przekonywało, że sprawa została „wyjaśniona na drodze dyscyplinarnej”, ale człowiek znający kulisy funkcjonowania wydziału szczecińskiego uśmiecha się tajemniczo i przekonuje, że to dopiero początek problemów.

Inną kwestią może być np. kwestia gromadzenia materiałów dowodowych przez ABW. W ciągu minionego miesiąca co najmniej dwa razy informowano o spektakularnych zatrzymaniach, dokonanych przez Straż Graniczną, we współpracy z ABW. Gorzej, że pierwszy z zatrzymanych, obywatel Libanu, został wydalony z Polski i sprawa w zasadzie się skończyła. Nie usłyszał nawet sankcji aresztu.

Podobnie zresztą jak czterech obywateli Tadżykistanu, zatrzymanych na początku maja za „próby werbowania islamskich konwertytów”, którzy trafili nie do aresztów, a do strzeżonych ośrodków Straży Granicznej. Natomiast pod koniec kwietnia Sąd Okręgowy w Katowicach uniewinnił Marokańczyka, Mourada T. od zarzutu współpracy z Państwem Islamskim, oceniając materiał dowodowy jako niewystarczający.

Jeśli więc płk Jarmuszkiewicz faktycznie chce być w ABW „czwartym do brydża”, będzie musiał mocno się wysilić. Przydatna może też być spora dawka zwykłego, ludzkiego szczęścia.

KIM JEST GŁÓWNY KADROWY AGENCJI WYWIADU?

„Ile musi się zmienić, żeby wszystko zostało po staremu” – mówi stare powiedzenie. Wygląda na to, że wziął je sobie mocno do serca obecny szef Agencji Wywiadu, Piotr Krawczyk. Dlaczego? Wygląda bowiem na to, że do Agencji – „stare” wraca na potęgę. Niekoniecznie w dobrym stylu. AW rządzi dziś z tylnego fotela grupa ludzi wprost związanych z gen. Hunią. Dzisiaj chcemy opowiedzieć o jednym z nich.

„Wrzecionowaty”

Bohaterem naszego tekstu jest Artur W., o którym na Miłobędzkiej nikt nie mówi jednak inaczej, niż „Wrzecionowaty”. Ze względu na – tu posłużymy się cytatem jednego z naszych rozmówców – obłość charakteru. W. nie jest nawet formalnym pracownikiem Agencji. „Konsultuje, doradza, podpowiada, jednocześnie nie będąc za nic odpowiedzialnym. Typowa szara eminencja”. Kim jest i dlaczego o nim piszemy? Ponieważ to on kreuje dzisiaj w największym stopniu polityką kadrową AW. Za pośrednictwem dyrektora jednego z departamentów układa po swojemu kadry Agencji doprowadzając przy tym do wściekłości płk Anettę Maciejewską, będącą formalnie zastępczynią szefa do spraw operacyjnych. Choć sytuacja jest w tym przypadku złożona. Nie wchodząc w skomplikowane zależności i strukturę kierownictwa Agencji możemy napisać, że płk Maciejewska musi dzielić się kompetencjami ze swoim podwładnym. To jeden z powodów jej frustracji. Osłabia to jej pozycję, a Maciejewska to kobieta o dużych ambicjach. Niedawno słychać było, że mogłaby zostać nawet pierwszą kobietą – generałem w polskich służbach. Może nawet z widokiem na pozycję szefowej.

Trzej przyjaciele z UOP-u

Kiedy usłyszeliśmy, że Artur W. – wyrzucony kilka lat temu – jest w Agencji szarą eminencją nie mogliśmy w to uwierzyć z kilku powodów. Aby zrozumieć kim jest oddajmy głos ludziom, którzy go znają. Opowieść jest skomplikowana, ale w fascynujący sposób pokazuje powiązania między ludźmi, którzy w ciągu ostatnich kilkunastu lat decydowali o kształcie polskich służb specjalnych. To naprawdę niesamowita układanka. Tak jak droga zawodowa opisywanego przez nas człowieka.

Pracę w służbach specjalnych „Wrzecionowaty” zaczynał w Urzędzie Ochrony Państwa, w kontrwywiadzie. Jego kariera sprzęgnięta jest z nazwiskami dwóch oficerów, którzy w ciągu ostatnich kilkunastu lat kształtowali polskie służby wywiadowcze. Chodzi o Macieja Hunię oraz słynnego – choć może należałoby raczej napisać „osławionego” – pułkownika Pawła Woźniaka. Szczerze w AW nielubiany Woźniak jeszcze się tu pojawi, bo w tej układance również jest ważną postacią. Wróćmy jednak do Artura W.

Po podziale UOP, „Wrzecionowaty” trafił do ABW. Oczywiście pod skrzydła Huni. Kiedy ten powrócił z pozycji oficera łącznikowego w Pradze i w styczniu 2008 r. został przez premiera Donalda Tuska powołany na fotel szefa Służby Wywiadu wojskowego, jak cień podążał za nim „Wrzecionowaty”.

Dobrze, ale nie beznadziejnie

– Kierował ludźmi, a nawet k…a w Bułgarii nie był – wścieka się doświadczony żołnierz SWW. Kiedy Hunia z Niepodległości 243 (siedziba SWW) trafił na Miłobędzką, za nim podążyli i Paweł Woźniak i Artur W. Tu pokazał, co naprawdę potrafi. Na nasze pytanie o „Wrzecionowatego”, oficer wywiadu z długą karierą niemal dławi się kawą, a potem wypuszcza z siebie długą wiązankę przekleństw. Potem łapie się za głowę.

– Synonim chu…! – mówi zwięźle. Opowiada, że będący wysoko w pionie operacyjnym „Wrzecionowaty” kazał pracującym „w terenie” robić rzeczy rodem z szkoły w Kiejkutach, które drażniły doświadczonych oficerów. A funkcję pełnił odpowiedzialną, był dyrektorem Biura Wschodniego – jednego z najważniejszych w działaniach operacyjnych Agencji. Jak się z tego wywiązał? De facto, zamroził jego działania – słyszymy. Nadstawiamy ucha.

– W jego biurze panował niesamowity, totalny zamordyzm. Dobrał sobie grupę młodzików, szybko ich awansował, a oni w zamian byli gotowi kłaść dla niego głowy pod topór. I tak sobie wesoło naczelnikowali, gówniarze po 4-5 lat służby. I zaczęli zaliczać wpadki na wschodzie. POWAŻNE wpadki – mówi z naciskiem nasz rozmówca, mający za sobą ćwierć wieku służby.
Do tego dochodziły przymioty charakteru.

– Mentalność trepa, chyba nabyta w SWW. W dodatku z silnym, ale całkowicie błędnym przeświadczeniem o otwartym umyśle, płynącym z faktu przeczytania kilku książek w życiu: czegoś o szpiegostwie, czegoś o psychologii i jakiegoś podręcznika zarządzania nie najwyższych lotów – cedzi były współpracownik. Wszyscy, z którymi rozmawiamy zgodnie twierdzą, że w Arturze W. ogniskowały się, jak w soczewce, najgorsze cechy, jakie w Agencji Wywiadu pojawiły się wraz z gen. Hunią: teoretykę bez podbudowy praktycznej, bezwład i brak odwagi w podejmowaniu ważnych z punktu widzenia interesu Agencji decyzji, fatalny zmysł operacyjny. I niezależnie od siebie przyznają, że taki był skutek dziwacznego pomysłu robienia oficerów wywiadu z „kontruchów”. A taką drogę przeszedł przecież właśnie gen. Hunia. Skutkowało to ni mniej, ni więcej tym, że praca operacyjna leżała. To także – przynajmniej na kierunku wschodnim – „zasługa” Artura W. Przyczajonego, wszędzie – jak słyszymy – węszącego spiski, prowokacje i podstawionych oferentów, mających skompromitować Agencję. To on, wespół w zespół z Woźniakiem niemal zatrzymał pracę na kierunku wschodnim. Co do tego doprowadziło? Nasi rozmówcy wspominają półsłówkami o kompromitujących materiałach, jakie miały rzekomo dotyczyć bardzo wysokich rangą funkcjonariuszy AW. Materiały te miały charakter obyczajowy i powstać miały podczas delegacji ludzi z wysokiego szczebla Agencji do jednego z krajów, położonych za naszą wschodnią granicą. I nie znajdują się bynajmniej w rękach Polaków…

Człowiek, z którym rozmawiamy wspomina, że „Wrzecinowaty” lubił pozować na wszechwiedzącego, ale napompowany balonik nie wytrzymywał konfrontacji z rzeczywistością. Dużo o jego charakterze mówi anegdota, którą przytacza. Rzecz zdarzyła się kilka lat temu, podczas pewnego spotkania z sojusznikami z jednego z krajów zachodnich. „Wrzecionowaty” doprowadził wtedy do sporego skandalu.

– Oni coś mówili, tłumaczyli, a ten po prostu się odwrócił i zaczął patrzeć w ścianę. Sprawiał wrażenie, jakby zupełnie go nie obchodziło o czym mówią – wspomina – Partnerzy patrzyli na siebie, na resztę naszej delegacji i zgrzytali zębami. Myśleli, że ich olewa, a on po prostu nie rozumiał, co mówią. Z językami nie bardzo… – tłumaczy.

Znakomitym podsumowaniem osoby będzie uczynienie jeszcze jednej dygresji i wspomnienie postaci innego oficera – nazwijmy go „Andrzej” – uchodzącego za bliskiego współpracownika głównego bohatera naszego tekstu. Obaj znają się od lat, trzymali się razem od czasów UOP.

– Nierozłączni byli. Jak Flip i Flap. Tam zresztą wszyscy dobrze się znali, bo środowisko było stosunkowo małe i dość hermetyczne – mówi dalej nasz informator. Historia, choć brzmi jak opowieść z filmu szpiegowskiego klasy C, jest niestety prawdziwa. Podobnie jak większość opisanych wyżej ma w CV zarówno wywiad cywilny jak i wojskowy. Kiedy przybył na Miłobędzką ściągnął za sobą z SWW pewną damę, z którą szybko przeszedł na stopę kontaktów mniej formalnych, niż nakazuje pragmatyka służby. Uchodzącemu za agencyjnego lowelasa „Andrzejowi” nie przeszkadzało zresztą to, że kobieta była mężatką.

– Dali jej funkcję zastępczyni naczelnika na kierunku. Tyle, że dziewczyna pewnego razu bardzo mocno się wyłożyła, realizując pewną operację na wschodzie bez immunitetu – mówi nasz rozmówca.

Zielono mi…

Jakim cudem ktoś taki, jak Artur W. przędzie więc dzisiaj swoją pajęczą sieć i jakim cudem został nieformalnym rozgrywającym kadry w Agencji? Aby to zrozumieć musimy cofnąć się o kilka lat. I skierować swoje kroki do budynku Służby Wywiadu Wojskowego. To właśnie Artur W. tam poznał obecnego szefa Agencji Wywiadu – płk Piotra Krawczyka. To tam zaczęła się magia. Mało kto wie bowiem, że obecny zwierzchnik cywilnego wywiadu zaczynał karierę właśnie w SWW. Tam miał zostać kadrowym oficerem. Według osoby zorientowanej w realiach działania służb, do „Zielonych” wprowadził go… właśnie główny bohater niniejszego tekstu – Wrzecionowaty. Był jego mentorem, opiekunem, prowadził go po nitce do kłębka. Aż Krawczyk wpadł w sieć. Czy teraz role się odwróciły, a Artur W. siedzi niczym u moniuszkowskiej Prząśniczki, i „kręci jedwabne niteczki” kadr Agencji Wywiadu? Nie jest to pytanie bezzasadne.

To także dobre podsumowanie tego, o czym napisaliśmy na początku: Agencja Wywiadu jest pod obecnym kierownictwem opanowywana przez ludzi związanych z generałem Hunią i jego zastępcami. Mówiąc krótko: spod nowej farby na ścianach Agencji wyziera ten sam nieświeży, zielonkawy tynk. A fasada zerwania z przeszłością chwieje się i pęka coraz bardziej.

Fot. Pixabay

NIE MATURA, LECZ CHĘĆ SZCZERA. CZYLI O KURSIE SKW

Służba Kontrwywiadu Wojskowego odpowiedzialna jest za kontrwywiadowczą ochronę Sił Zbrojnych RP. Jak w każdej służbie, aby zostać oficerem SKW należy przejść stosowny kurs i zaliczyć egzamin. Tyle teorii. A praktyka? Z tą bywa… różnie.

W połowie drogi, między Warszawą a Łodzią znajduje się miasto Skierniewice. W jego centrum, niedaleko parafii garnizonowej, mieści się tajemnicze miejsce. To tam, w budynkach po starych koszarach, znajduje się Ośrodek Szkolenia Służby Kontrwywiadu Wojskowego. W tych murach doszło niedawno do potężnego skandalu.

Jak każda służba specjalna, SKW musi wykuwać swoje kadry, aby jak najlepiej dostosować je do potrzeb, stawianych przez instytucję, którą – teoretycznie – ma pod nadzorem. W ramach szkolenia zawodowego w SKW, organizowane są następujące rodzaje szkoleń zawodowych: na pierwszy stopień podoficerski, na pierwszy stopień chorążego, na pierwszy stopień oficerski, specjalistyczne, doskonalenia zawodowego i języków obcych. Właśnie na kursie oficerskim wydarzyła się niedawno sytuacja, która zapisze się w historii polskich służb specjalnych. Raczej nie złotymi zgłoskami.

Dwa miesiące temu zorganizowano w OS SKW egzamin, wieńczący kurs oficerski dla nowych oficerów Służby.

Egzamin – część ustną i pisemną – oblało w pierwszym podejściu… 100 procent kursantów. Oddajmy tu głos doświadczonemu oficerowi wojskowych specsłużb.

– Ponieważ taka sytuacja nie świadczy, mówiąc oględnie, najlepiej ani o kursantach, ani o kadrze, zaczęto się skrobać w głowę co z tym fantem zrobić – mówi nasz rozmówca. Wybrano rozwiązanie niecodzienne.

-Wręczono im więc pytania i odpowiedzi – kontynuuje oficer, nazwijmy go Y.
– Zdali? – pytamy.
– Pisemny owszem – mówi Y. – Gorzej z ustnym. Znowu 100 procent oblało.
Otwieramy szeroko oczy.
– Takie życie – uśmiecha się oficer. I dodaje, że tego nie dało się już zamieść pod dywan.

Sięgnięto więc po rozwiązanie iście salomonowe. Wyrzucono organizatora kursu i osobę, która przekazała im odpowiedzi. Chodzi o opiekuna kursu, osobę sprawującą pieczę nad grupą młodych kandydatów na oficerów Służby. A komendant ośrodka? Ten raczej, zdaniem naszego informatora, może spać spokojnie.

O komentarz poprosiliśmy innego, pragnącego zachować anonimowość oficera, piastującego niegdyś wysokie stanowisko w SKW.

  • System kształcenia jest beznadziejny. Kiedyś, do szkoły trafiali ci oficerowie, którzy mieli za sobą kilkadziesiąt czy kilkaset zrobionych spraw, najlepsi z najlepszych. A dzisiaj? Nie ma na kogoś pomysłu? To do Skierniewic. Konflikt z przełożonym? Do Skierniewic. I tak to wygląda – krzywi się nasz rozmówca.

Sytuacja jest tym smutniejsza, że według Obwieszczenia szefa MON z 16 czerwca 2014 r., w sprawie szczegółowych zasad i trybu szkolenia zawodowego funkcjonariuszy SKW można wyczytać, że wśród wymogów szkolenia na pierwszy stopień oficerski znajduje się ukończenie studiów drugiego stopnia lub jednolitych magisterskich i posiadanie tytułu zawodowego magistra, lub równorzędnego. Można zatem przyjąć, że niefortunni kandydaci na stopień oficerski byli absolwentami studiów wyższych. Mniej zabawnie zrobi się, kiedy wczytamy się dalej w dokument.

Kurs oficerski daje asumpt do wykonywania, między innymi, czynności operacyjno-rozpoznawczych. Co kryje się pod tym terminem? M.in. kontrola operacyjna czyli stosowanie niejawnej obserwacji, podsłuchów i rejestracji. Wykonuje się je nie tylko pod kątem uzyskiwania informacji o możliwych zagrożeniach bezpieczeństwa państwa lecz także w celu zwalczania przestępstw. Tak wynika z opublikowanego trzy lata temu w „Przeglądzie Bezpieczeństwa Wewnętrznego” tekstu pt. „Realizacja zadań i uprawnień polskich służb specjalnych w aspekcie ochrony praw człowieka” autorstwa Emiliana Kaufmana.

Do czynności operacyjno-rozpoznawczych zalicza się także zakup kontrolowany, kontrolowane wręczenie lub przyjęcie korzyści majątkowej czy działania „pod przykryciem”.

Jaka tematyka jest poruszana na szkoleniu oficerskim? Zajrzyjmy jeszcze raz do obwieszczenia. „Zagadnienia związane z wykonywanie czynności operacyjno-rozpoznawczych i analityczno-informacyjnych, aspekty psychologiczne służby w SKW, wybrane zagadnienia problematyki prawnej, elementy efektywnego stosowania systemu ochrony informacji niejawnych i bezpieczeństwa działań SKW”.

Gorzej, że to samo obwieszczenie stanowi, iż słuchacz, który nie uzyskał zaliczenia ma prawo do jednego poprawkowego zaliczenia. Przyjmując, że ów nieszczęsny „drugi ustny” był terminem poprawkowym, to sytuacja młodych adeptów kontrwywiadowczego rzemiosła ze Skierniewic jest nie do pozazdroszczenia.

Ale jak w każdym nieszczęściu, należy szukać także pozytywów. Należy bowiem zadać pytanie, czy osoby, które nie radzą sobie z egzaminem, mając podane na tacy pytania i odpowiedzi (!) będą właściwie wywiązywały się z kontrwywiadowczej ochrony naszej armii? Odpowiedź na to pytanie jakkolwiek nie jest żadnym pytaniem egzaminacyjnym, pozostawimy naszym czytelnikom.

A co na to MON? Jak zwykle – zasłania się tajemnicą.

“Informacje dotyczące kursów i szkoleń Służby Kontrwywiadu Wojskowego mają charakter wewnętrzny i nie podlegają udostępnieniu” – taką odpowiedź otrzymaliśmy na przesłane do Centrum Operacyjnego MON zapytania.

UKŁAD ZAMKNIĘTY NA SZCZYTACH SŁUŻB. HISTORIA „ŁAPY” I „BERII”

Oto prosta, ale gorzka opowieść o tym, że w polskich służbach, odpowiedzialnych za bezpieczeństwo obywateli naszego kraju nie opłaca się wychylać ani być zanadto dociekliwym. Bo kiedy stajesz się wrogiem potężnych ludzi, szefów instytucji i służb, to twoja przyszłość staje pod znakiem zapytania. I choćbyś miał najlepsze intencje, mocne karty, zawsze znajdzie się ktoś, kto w końcu wywróci stolik.

Beria

Ze zdjęcia patrzy siwowłosy mężczyzna z okularami „połówkami” na nosie. Ma surową twarz poznaczoną na skroniach ciemnymi plamkami. Wygląda jak wielu mężczyzn w swoim wieku wychodzących powoli z lat „średnich” w lata „dojrzałe”. Tak mógłby wyglądać młody dziadek… Ale człowiek ze zdjęcia nie budzi skojarzenia z miłym, starszym panem. Ma ostre, przenikliwe spojrzenie i zacięte usta. Jest w nim coś, co sprawia, że nie chciałoby się mieć go za przełożonego. „Ot, urzędnik średniego szczebla” – można by pomyśleć. Nic bardziej mylnego.

Ci, którzy go nie lubią, mówią o nim „Beria”. To wiceszef najpotężniejszej w tej chwili instytucji w naszym państwie. Nazywa się Bogdan Sakowicz. Jest zastępcą Ernesta Bejdy – szefa CBA.

Jego notka biograficzna na stronie CBA jest dość krótka. Jednak dla ludzi stanowiących kościec obecnych służb – dość charakterystyczna. Urodzony w Białymstoku, absolwent historii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W 1991 r. wstąpił do Urzędu Ochrony Państwa. W służbie był przez siedem lat. Po UOP trafił do Głównego Inspektoratu Celnego, a właściwie jednej z jego komórek – w rodzinnym Białymstoku. Został tam naczelnikiem wydziału kontrolno-operacyjno-śledczego, by później stać się szefem całego Inspektoratu. Kolejnym szczeblem kariery był inspektor kontroli skarbowej IV stopnia w Urzędzie Kontroli Skarbowej.

W 2007 r. trafił do stołecznej Straży Miejskiej, którą kierował w latach 2007-2008. Warto zaznaczyć, że kilka lat wcześniej tą samą SM kierował Witold Marczuk – późniejszy szef… ABW i SWW. W 2008 r. Sakowicz trafił do CBA jako zastępca dyrektora Samodzielnego Wydziału Inspekcji w Biurze Prawnym. W CBA pracuje do dzisiaj.

Łapa

Podobną drogę przebył opisywany na naszym portalu gen. bryg. SG, Marek Łapiński – dziś szef Służby Wywiadu Wojskowego. Przypomnijmy zatem kilka zdań z naszego tekstu sprzed trzech miesięcy:

„Łapiński jest z resortami siłowymi związany od początku lat ’90 ubiegłego wieku. Wtedy to podjął służbę w Urzędzie Ochrony Państwa. Do Straży Granicznej trafił w 1993 r. i służył w niej pięć lat. M.in. w czasach, gdy szefem tej arcyważnej dla bezpieczeństwa narodowego struktury był wszechwładny gen. Andrzej Anklewicz, były oficer MO i SB, którego rola w tzw. „aferze Olina” wciąż pozostaje co najmniej dwuznaczna. Następnie wylądował w Głównym Inspektoracie Celnym, gdzie był zastępcą szefa. Stamtąd trafił do MSWiA. Od 2010 do 2015 r. „pozostawał w dyspozycji Komendanta Głównego SG”, skąd powrócił do służby po wyborach parlamentarnych (…)”

Dlaczego przypominamy historię obu mężczyzn? Ponieważ ich losy splotły się w pewnym momencie i to dość nierozerwalnie. Opisywał to dwa lata temu dziennik „Fakt”, który informował o dziwnym, niejasnym lub wręcz bezprawnym zgoła sposobie, w jaki do służby w Straży Granicznej miał dostać się syn Sakowicza – Marcel. Pomagać miał w tym nie kto inny, jak ówczesny szef Straży Granicznej, Marek Łapiński.

Marcel S. starł się o przyjęcie do SG na początku 2017 r. Zdaniem Faktu, nie przeszedł jednak wtedy badań psychologicznych. Powołując się na swoich informatorów, dziennik przekonywał, że wtedy podjął osobistą interwencję ówczesny szef SG, gen. Łapiński. Marcel S. po raz drugi podszedł do testów psychologicznych. „Ledwo je zdał!” – grzmiał „Fakt”. W końcu, w grudniu 2017 r. syn wiceszefa CBA został oficjalnie przyjęty w szeregi Straży. Trafić miał do podlaskiego oddziału tej formacji. Ale to nie wszystko, co łączyć może panów Łapińskiego i Sakowicza.

Edyta Bartosiewicz śpiewała niegdyś „I tak zaczyna się/ Ta nieprawdopodobna historia”. To idealny cytat. Doskonale zilustruje ustalenia naszego portalu. Zaczynamy więc.

Biznesmeni i funkcjonariusze

Sieć oplatająca obu wysokich rangą urzędników jest bardzo skomplikowana. Aby rzucić na nią nieco światła, musimy cofnąć się o kilka lat i wprowadzić do historii kilka kolejnych osób.

Wróćmy do szóstego czerwca 2016 roku. Do Centralnego Biura Antykorupcyjnego wpłynęło oficjalne pismo z Biura Spraw Wewnętrznych KG SG, dotyczące zaangażowania firmy biznesmena, nazwijmy go „Tomasz”, w karuzelę VAT. Autorem notatki był ówczesny dyrektor Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej SG, ppłk Paweł D. Istotnym i wartym wspomnienia jest fakt, że „Tomasz” to znajomy opisanych wyżej mężczyzn (nie licząc Pawła D.) oraz komendanta wojewódzkiego policji jednego z południowych województw.

Czy podpisując tę informację Paweł D. podpisał zarazem wyrok na siebie jako szefa BSW SG? Niewykluczone, bo gen. Łapiński zaczął po cichu poszukiwać nowego szefa Biura. Wybór padł na Anitę D., również znajomą Łapińskiego. Ale zaczęły się problemy. 21 września powstała notatka CBA na temat Anity D. Była to analiza jej oświadczeń majątkowych, z których wynikać miało, że kobieta nie tylko ukrywała majątek, ale jednocześnie jej zobowiązania finansowe dwukrotnie przekraczały jej dochody

Przeciek

Kilka miesięcy później, w grudniu 2016 r., „Tomasz” spotkał się z wysokim rangą funkcjonariuszem Straży Granicznej. Pokazał mu kopię dokumentu pisma z czerwca. Powiedział, że fotokopię pisma otrzymał… od CBA. Rozmowa biznesmena i funkcjonariusza SG została zarejestrowana.

W styczniu 2017 r., agent terenowy CBA dowiaduje się, że w jego firmie nastąpił przeciek. Daje o tym znać ppłk Pawłowi D. Ten rozumie, że zaczyna zaciskać się dookoła niego pętla. Wraz z radcą prawnym komendanta, mjr Bartłomiejem T., jadą do CBA. Docierają wysoko: do szefa Departamentu Analiz CBA, Wojciecha P., który z kolei powiadamia o sprawie Ernesta Bejdę. Informację otrzymuje także Wiesław F. To również ważna postać w tej układance. F. kieruje Biurem Kontroli i Spraw Wewnętrznych CBA – policją w policji.

Według naszych ustaleń, to Wiesław F. miał być autorem hipotezy, ze źródłem opisanego wyżej przecieku miał być… Bogdan Sakowicz.

Paweł D. i Bartłomiej T. mają poczucie dobrze spełnionego obowiązku: czują, że puścili w ruch tryby maszyny

Ale tryby te mielą wolno. Zbyt wolno.

Koniec

Dopiero 13 lutego 2017 r. do Departamentu Analiz CBA trafia pismo z BKiSW, w którym wyartykułowane zostaje pytanie, ile wykonano kopii dokumentu sporządzonego przez ppłka. Pawła D.? Innymi słowy, zaczyna się szukanie autora przecieku. Ale Paweł D. nie doczeka tego. W tym samym miesiącu przychodzi po raz kolejny do gen. Łapińskiego. Informuje go o kolejnej aferze: wyłudzeniu środków, jakich miał dopuścić się naczelnik biura kadr Podlaskiego Oddziału SG. Nazwijmy go S.

Paweł D. jest uczciwym oficerem, liczy, że Łapiński zrobi porządek ze sprawą. Ale S. nie dostaje wypowiedzenia. Łapiński… przenosi go do komendy głównej. Paweł D., wściekły i rozżalony, decyduje się na krok desperacki: spotyka się z ministrem spraw wewnętrznych i administracji, Mariuszem Błaszczakiem. Informuje go o działaniach szefa SG. Także o sprawie Marcela Sakowicza, którą Łapiński pilotował rękoma naczelnika z Podlasia – S.

Jednocześnie, Łapińskiego rozpracowuje krzyżowo Wojciech Janik – agent CBA o nadzwyczajnych uprawnieniach, skierowany m.in. do wyjaśnienia „afery podkarpackiej”. Ustala, że to faktycznie Bogdan Sakowicz miał być odpowiedzialny za przeciek z grudnia poprzedniego roku. Pisze z tego notatkę, która trafia w ręce Sakowicza. W końcu, Janik sam informuje Bejdę o swoich ustaleniach.

W czerwcu 2017 r., Marek Łapiński otrzymuje od ministra raport ppłk Pawła D. na swój temat. Stwierdza, że „stracił do D. zaufanie” i zwalnia go ze Straży Granicznej. Paweł D. jest pokonany. W 2018 r. spróbuje szczęścia w wyborach na burmistrza Lubaczowa. Z 778 ważnymi głosami przegra je z kretesem.

W 2018 r., Łapiński trafia do MON, ściągnięty do resortu przez Mariusza Błaszczaka, który przejmuje MON po Antonim Macierewicz. W styczniu br. obejmuje fotel szefa Służby Wywiadu Wojskowego.

Bogdan Sakowicz wciąż współkieruje działaniami CBA. Nieżyczliwi mówią, że faktycznie kontroluje wszechpotężną obecnie służbę.

Paweł D. jest emerytem.

Co to wszystko oznacza?

Wiele osób pewnie wzruszy ramionami i powie „życie”, ale opisana historia pokazuje, że w instytucjach, odpowiadających za bezpieczeństwo Polski trwa bezwzględna walka o dostęp do stołu. Układy i układziki trawią instytucje kontroli i nadzoru, a ludzie, którzy próbują z tymi układami walczyć szybko wypadają z karuzeli. Czy opłaca się zatem być – jak to się dzisiaj modnie określa – whistblowerem? Sygnalistą? Czy warto otwierać szeroko oczy i mówić głośno o raku „ręki myjącej rękę” w instytucjach państwowych wymagających najwyższej prawości? Przykład Pawła D., ‘uczciwego gliniarza”, pokazuje, że niekoniecznie. I jest to najsmutniejsza konstatacja, wynikająca z opisanej wyżej historii. Bo odpowiedzialni za to funkcjonariusze nadal dzielą i rządzą w politycznym układzie sił.

“KRZYSIEK OD MARIA”. KIM BĘDZIE NOWY SZEF ABW? [SYLWETKA]

Cztery lata wytrwał na stanowisku szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Piotr Pogonowski. W środę, 22 stycznia br. podał się do dymisji. I choć mówiło się o niej od dawna – a od momentu wybuchu tzw. „afery Banasia” była ona w zasadzie przesądzona – to targi trwały. Pytanie brzmiało nie „kiedy”, ale „na jakich warunkach?”.

Tak czy inaczej, płk Piotr Pogonowski odszedł. Na szerszy bilans funkcjonowania ABW pod jego rządami przyjdzie czas. W tym miejscu można jedynie skrótowo powiedzieć, iż wydaje się, że nie będzie to dla „Profesora” – jak powszechnie nazywano Pogonowskiego – bilans pozytywny. Cieniem na jego czteroletniej (bo w okresie XI 2015- II 2016 był jedynie pełniącym obowiązki) kadencji kładą się liczne afery i skandale, które wstrząsały polską polityką.

Le Roi est mort…

Wypada przypomnieć jedynie te największe, gdy na głowę szefa ABW sypały się naprawdę potężne gromy: od afery wiceministra Roberta Greya-Grygiełko (dla tych, którzy nie pamiętają: to były, krótkotrwały wiceminister spraw zagranicznych, oskarżany przez media o współpracę ze służbami USA) przez aferę KNF i GetBack, gigantyczną aferę podkarpacką, która wciąż nie ujrzała finału, przez aferę spółki Srebrna – w której to spółce zresztą pracował – aż do ostatniej, najświeższej afery: ciągnącego się od kilku miesięcy skandalu z Marianem Banasiem, Krajową Administracją Skarbową i mafią VAT-owską w roli głównej.

To także Piotr Pogonowski „firmował” twarzą likwidację kilku ważnych delegatur ABW (m.in. w Olsztynie i Wrocławiu). To on odpowiadał za ruchy kadrowe, za zatrudnianie takich, a nie innych wykonawców. W okresie szefowania instytucji przez Pogonowskiego, ABW stała się wreszcie nieformalną „przybudówką” CBA, zajmującą się wyłudzeniami VAT w obszarze tak strategicznie ważnym dla państwa, jak… handel wodą smakową. W czerwcu 2018 r. doszło zaś do absolutnego skandalu, gdy podczas realizacji ABW w Wólce Kosowskiej (przygotowanej do tego stopnia fatalnie, że pozostawiono… apteczkę przed blokiem, w którym odbywała się realizacja), funkcjonariuszom wymknęła się zakuta w kajdanki obywatelka Wietnamu. Kobieta wypadła z trzeciego piętra i zginęła. W ABW poleciały głowy, jednak nie zmieni to faktu, że zatrzymana nie przeżyła, a akcja była fatalnie skoordynowana. Trudno się temu jednak dziwić, skoro do realizacji przystąpił zespół mieszany, złożony z funkcjonariuszy z Białegostoku, Olsztyna i Warszawy.

Oczywiście, należy pamiętać, że ABW miała na koncie także inne realizacje, często związane ze szpiegostwem. Tak się jednak niefortunnie składa, że w przypadku jednej z większych afer tego rodzaju – chodzi o zatrzymanie Piotra D. i obywatela Chin, Weijinga W. – zatrzymany wtedy Polak był… oficerem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, w stopniu kapitana.

Do tego dochodzą problemy z wystawianiem przez ABW poświadczeń bezpieczeństwa, o czym pisaliśmy m.in. na naszych łamach, opisując przewlekłość działań, odbijającą się także na pracach MSZ.

… vive le Roi?

Teraz warto skupić się na postaci jego następcy, przynajmniej tymczasowego, na stanowisku szefa największej polskiej spec-służby. A według na razie nieoficjalnych jeszcze informacji, wydaje się być przesądzone, że fotel ten przypadnie dotychczasowemu zastępcy – płk Krzysztofowi Wacławkowi.

Kim jest Wacławek? Według oficjalnego biogramu to absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie (ochrona środowiska) oraz Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie (zarządzanie). Przed służbą w ABW, Wacławek był funkcjonariuszem CBA. Pracował także w Najwyższej Izbie Kontroli, gdzie prowadził kontrole gospodarowania nieruchomościami i dużych inwestycji infrastrukturalnych. Od 2012 r. był wicedyrektorem delegatury NIK w Bydgoszczy, a następnie w Olsztynie. Odpowiadał za nadzór nad kontrolami oraz tworzenie planów pracy. Co mówią o nim osoby, które miały okazję pracować z Wacławkiem? Eufemistycznie rzecz biorąc, osoby, do których zwróciliśmy się z pytaniami zachowują daleko idący sceptycyzm wobec osoby.

– Gaciowy z wielkimi ambicjami – kwituje z niechętnym grymasem nasz rozmówca, doświadczony oficer służb z wieloletnim „nalotem” w kontrwywiadzie. Pod tym nieco pogardliwie brzmiącym pojęciem kryje się funkcja zastępcy szefa ds. administracyjnych, bo tym zajmował się początkowo płk Wacławek. Ale piął się w górę. Jako zaufany człowiek Mariusza Kamińskiego (osoby znające temat mówią o Wacławku po prostu „stare CBA”, mając na myśli pierwszy zaciąg do tej służby, z okresu jej powstawania) wyrąbywał sobie drogę w górę Agencji. Aż do fotela p.o. Szefa. W rozgrywce mało liczy się trzeci z zastępców, płk Bernard Bogusławski. – „Boguś”? Nieee, archiwum i może ochrona informacji niejawnych – słyszymy, gdy pytamy o możliwość wyboru płk Bogusławskiego. Ale prócz Bogusławskiego i Wacławka, Pogonowski miał jeszcze trzeciego zastępcę.

– Norberta musiało zaboleć – uśmiecha się nieco złośliwie inny z naszych rozmówców. Chodzi o Norberta Lobę, drugiego z dotychczasowych zastępców Piotra Pogonowskiego, który nie ukrywał apetytu na fotel na najwyższym piętrze budynku przy Rakowieckiej 2A, gdzie mieści się siedziba Agencji. Tym bardziej, że Loba to oficer z długim stażem. W odróżnieniu od Wacławka. To zresztą kwestia drażliwa.

– Oranżada ma dłuższy termin ważności, niż Krzysiu służby w ABW. Maksimum trzy-cztery lata – krzywi się oficer, znający Wacławka z „dawnych czasów”. To człowiek NIK-u. I CBA. – On przychodząc na Rakowiecką nie miał nawet stopnia! A teraz już pan podpułkownik. Groteska! – słyszymy, kiedy prosimy o rozwinięcie wypowiedzi.

– Był w logistyce. Ale nie tworzył tego departamentu. Wrzucili go tam, bo był już wcześniej planowany na potencjalnego następcę „Profesora”, a nie miał doświadczenia w kierowaniu jednostką operacyjną. A takie najlepiej mieć, jeśli ma się zostać szefem – kontynuuje nasz rozmówca.

W samym ABW nastroje też nie są najlepsze. Po korytarzach budynku zaczął nawet krążyć następujący dowcip: „Kto będzie szefem? Są trzy możliwości: intendent, kwatermistrz, albo gaciowy!”

Co jeszcze wiadomo o nowym zwierzchniku ABW? Oddajmy na moment głos Stanisławowi Żarynowi, rzecznikowi ministra-koordynatora służb specjalnych. W przesłanym Polskiej Agencji Prasowej komunikacie, rzecznik zapewnił, że Wacławek posiada duże doświadczenie zawodowe w rozpoznawaniu i zwalczaniu zagrożeń dla bezpieczeństwa oraz interesów ekonomicznych państwa”. Potwierdzają to osoby, które o Wacławka pytamy. W NIK kontrolerem był kilka ładnych lat, na sprawach finansów faktycznie się zna – przekonują ludzie pamiętający Wacławka z czasów jego pracy w NIK. Ale to – jak twierdzą dalej – koniec jego kompetencji. Czy miał na naukę wystarczająco dużo czasu? Można się o to spierać, bo na stanowisku zastępcy nie przetrwał nawet pełnego roku, trafił na nie, jak podkreślił w tym samym komunikacie Stanisław Żaryn, w marcu ubiegłego roku. Dużo to, czy mało, można mieć wątpliwości i spierać się, jednak kariera tego funkcjonariusza z pewnością może budzić kontrowersje. Pochodzący z niewielkiej Ostródy na Warmii Wacławek ma jednak jedną wielką zaletę: jest państwowcem.

– Z krwi i kości – ironizuje nasz informator – Do tego stopnia, że dwa lata temu „zasłynął”, kiedy nie chciał podpisywać ludziom urlopów zagranicznych. Odpowiedź jest tak zabawna, że postanawiamy ją zacytować, choćby po to, aby dać pewien wgląd w psychikę człowieka, który pokieruje działaniami polskiego kontrwywiadu.

– Twierdził, że Polska to piękny kraj i nie ma co szukać wrażeń za granicą. Taki on jest, sto pomysłów na minutę. Tylko z realizacją gorzej – kontynuuje. I dodaje już poważniej, że Wacławek miał „w firmie” ksywkę Pan Samochodzik. Dlaczego?

– A to już trzeba byłoby zapytać ludzi z parku maszyn. Albo z departamentu audytu. O to, jak i czy zawsze zgodnie ze swoim przeznaczenie wykorzystywane były samochody służbowe Agencji – uśmiecha się złośliwie. Faktem jest, że wysocy oficerowie dostają samochody “do testów”, jednak jest to praktyka i tak dzieje się nie tylko w ABW.

Najważniejszy problem jest gdzie indziej. Wybór nowego szefa „Dużej Agencji” – jak nazywają ABW ludzie z kręgu służb – jest co najmniej kontrowersyjny. Warto pamiętać, że ABW jest instytucją kontrwywiadowczą, to jej główne zadanie, a działania w zakresie przeciwdziałaniu nadużyciom podatkowym to jednak kwestia dodatkowa. Czy Wacławek, dotąd związany z kwestiami administracyjnymi będzie miał w sobie dość charyzmy i umiejętności, by zasiąść przy stole np. z Andrew Parkerem, dyrektorem generalnym brytyjskiego MI5 lub Michaela Burgessa z australijskiego ASIO, zajętego zwalczaniem rosnących wpływów Chin na tym wyspiarskim kontynencie?  Jak poradzi sobie z takimi wyzwaniami, jak nieustające próby rosyjskiej inwigilacji Polski? Czy będzie w stanie kierować dużymi, kontrwywiadowczymi operacjami, niemal nie mając w tym zakresie potrzebnego doświadczenia? Mówiąc krótko: czy Wacławek jest człowiekiem na miarę współczesnych wyzwań, stojących przez służbą kontrwywiadowczą? Czy będzie wreszcie, jako zwierzchnik, cieszył się niewymuszonym szacunkiem i autorytetem podległych funkcjonariuszy? To ważne pytania, na które odpowiedź – jak na razie – wydaje się być przecząca. Jego umiejętności kontrolerskie, wyniesione z CBA i NIK byłyby, na co zwracają uwagę wszyscy nasi rozmówcy, wartością dodaną, gdyby Wacławek został szefem departamentu audytu czy departamentu bezpieczeństwa wewnętrznego. – Kolejny krok w stronę upolitycznienia ABW – wzrusza niechętnie ramionami jeden z naszych informatorów. Dodaje, że doświadczenie kontrolerskie jest oczywiście ważne ale mniej istotne w przypadku osoby stającej właśnie na czele służby odpowiedzialnej za zabezpieczenie Polski. Szef ABW jest jednocześnie zwierzchnikiem krajowej administracji bezpieczeństwa. W czasie pokoju, to on “pilnuje” Polski przed zagrożeniami wewnętrznymi i zewnętrznymi. Czy Wacławek sobie z tym poradzi? Byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby okazał się nagle człowiekiem niezwykle utalentowanym w zakresie twardej kontrwywiadowczej roboty. Na razie niewiele jednak na to wskazuje.

Fot. Wikipedia

SILNA ŁAPA BŁASZCZAKA. GEN. ŁAPIŃSKI POKIERUJE SWW?

Według medialnych spekulacji, szef Służby Wywiadu Wojskowego, gen. brygady Andrzej Kowalski ma rozstać się ze służbą, którą kieruje. Na tym stanowisku miałby go zastąpić były szef Straży Granicznej, a obecnie podsekretarz stanu w MON, gen. brygady SG, Marek Łapiński. To bardzo nieoczekiwana kandydatura. Na tyle, że budzi pytania o rozpoczęcie gry, której celem są fotele szefowskie aż dwóch służb specjalnych.

– Ruch się zacznie w momencie uruchomienia procesu opiniowania nowego pretendenta do fotela szefa. A ten nie został jeszcze uruchomiony – mówi portalowi Osluzbach.pl doświadczony oficer wojskowych służb.

I dodaje, że w pierwszej kolejności powinno się dokonać oceny dorobku najpierw obecnego szefa, jak i jego potencjalnego następcy. Ale pojawienia się nazwiska gen. Łapińskiego nie można lekceważyć. To raczej sygnał tarć i targów powyborczych. Oraz sympatii (i niechęci) osobistych.

Błaszczak bierze całość

Gen. Andrzej Kowalski kieruje SWW od objęcia władzy przez PiS w 2015 r. Od początku uchodził za człowieka bliskiego ówczesnemu ministrowi obrony – Antoniemu Macierewiczowi. Kiedy więc Macierewicz przestał kierować resortem, w styczniu 2018 r., wydawało się, że naturalnym ruchem jego następcy, Mariusza Błaszczaka będzie wymiana szefów obu wojskowych spec-służb. Tym bardziej, że z SKW rozstał się nielubiany Piotr Bączek, a jego miejsce zajął człowiek nowego ministra – Maciej Materka, dotąd współpracujący z Błaszczakiem w MSWiA.

Tymczasem, ku dość powszechnemu zdziwieniu komentatorów i ekspertów zajmujących się tematyką służb specjalnych, Kowalski na stanowisku pozostał. Otoczył się zaufanymi ludźmi – zastępczynią uczynił m.in. płk Agatę Mazur – i trwał. Pomimo wielu prób wysadzenia go z siodła, wciąż kierował wojskowym wywiadem. W ostatnim czasie jego pozycja zaczęła słabnąć. Z pewnością podkopała ją historia zatrzymania w Rosji pod zarzutem szpiegostwa polskiego obywatela – Mariana Radzajewskiego – a następnie jego pokazowy proces i wyrok 14 lat kolonii karnej. W SWW przystań znalazło także wielu byłych pracowników SKW i MON z czasów Piotra Bączka, o czym pisaliśmy w innym miejscu.

Tak czy inaczej, relacje gen. Kowalskiego z ministrem przestały najwyraźniej być tak dobre, jak się dotychczas zdawało. Plotki o odejściu gen. Kowalskiego zaczęły się nasilać po wyborach parlamentarnych, kiedy wybuchła afera Mariana Banasia. Wtedy też zaczęły się „targi” o zwierzchnictwo nad służbami specjalnymi. Pogodzić trzeba było także apetyty kolejnych ministrów: Mariusza Kamińskiego, nadzorującego pracę służb cywilnych, Mariusza Błaszczaka, który – jak słychać z resortu – coraz lepiej i wygodniej czuje się na swoim stanowisku, a także… Zbigniewa Ziobry, mającego zakusy na kontrolowanie ABW. Póki co, wygląda na to, że utrzymany zostanie dotychczasowy status quo. Z tym zastrzeżeniem, że Błaszczak wstawi zaufanego sobie człowieka na stanowisko szefa SWW. O zmianie tej mówiło się na styku polityki i służb. Plotki nabrały tempa około miesiąca temu.

– Jest kandydatura ministra. Ale, mówiąc oględnie, nie budzi ona przesadnego optymizmu – mówił nasz rozmówca, związany z jedną z frakcji politycznych w łonie PiS.

Teraz okazało się, że stanowiska szefa wojskowego wywiadu mógłby objąć gen. Łapiński.

Minister od modernizacji… czego?

Łapiński jest z resortami siłowymi związany od początku lat ’90 ubiegłego wieku. Wtedy to podjął służbę w Urzędzie Ochrony Państwa. Do Straży Granicznej trafił w 1993 r. i służył w niej pięć lat. M.in. w czasach, gdy szefem tej arcyważnej dla bezpieczeństwa narodowego struktury był wszechwładny gen. Andrzej Anklewicz, były oficer MO i SB, którego rola w tzw. „aferze Olina” wciąż pozostaje co najmniej dwuznaczna. Następnie wylądował w Głównym Inspektoracie Celnym, gdzie był zastępcą szefa. Stamtąd trafił do MSWiA. Od 2010 do 2015 r. „pozostawał w dyspozycji Komendanta Głównego SG”, skąd powrócił do służby po wyborach parlamentarnych. Tu zaczynają się schody.

Jak opisywał portal TVN24.pl, Łapiński przez pięć lat pobierał godną pensję za… nicnierobienie. Bo „pozostawanie w dyspozycji” sprowadza się do tego, że przez ten czas pobiera się pensję (na poziomie stanowiska, z którego się odeszło), nie mogąc podjąć innej pracy. W 2015 r., Łapiński triumfalnie powrócił do SG. Po drodze niejako, Łapiński zapracował na awans: w maju 2017 r., prezydent Andrzej Duda nadał mu stopień generała brygady Straży Granicznej. W styczniu 2018 r., kiedy Mariusz Błaszczak objął fotel ministra obrony, zabrał ze sobą Łapińskiego. W listopadzie tego samego roku, powierzył mu obowiązek nadzorowania modernizacji technologicznej armii. Jak mu poszło? Odwołajmy się do liczb bezwzględnych. Ile baterii pocisków Patriot pojawiło się w tym czasie nad Wisłą? Ani jednej. Ile modułów artylerii rakietowej HIMARS trafiło do polskich brygad? Zero. Ile samolotów F-35? Zgadłeś, drogi Czytelniku – ani jednego. Można też powołać się na zdanie byłego szefa Inspektoratu Uzbrojenia WP, gen. Adama Dudy. Na Twitterze napisał on tak:

Przejdźmy więc do artykułowania pytań. A tych w przypadku kandydata na szefa SWW jest wiele.

Pokerowy stolik

Pierwsze i najważniejsze z nich brzmi: jakie kompetencje do kierowania strategiczną, z punktu widzenia państwa Służbą Wywiadu Wojskowego ma były komendant Straży Granicznej? Oczywiście formacją tą kierował już wcześniej człowiek, który trafił na to stanowisko wprost z fotela komendanta warszawskiej Straży Miejskiej – mowa oczywiście o gen. Witoldzie Marczuku – ale wydawać się mogło, że od tamtego czasu politycy już się czego nauczyli. Niestety – użyty tu czas przeszły nie jest w tym przypadku bezpodstawny.

Wróćmy do generała Łapińskiego. W środowisku osób znających kulisy funkcjonowania służb, nie ma o nim dobrej opinii. Jeden z naszych rozmówców, oficer z długim stażem, wprost nazywa go „plecakiem”.

Tu również należy zrobić przystanek. Nie odbierając Łapińskiemu doświadczenia nabytego przez lata spędzone w Straży Granicznej należy zaznaczyć, że czym innym jest płytki wywiad, jaki funkcjonariusze tej służby wykonują – choć nie mówi się o tym ani często, ani głośno – a czym innym wielka, skomplikowana operacja wywiadowcza, prowadzona na terenie obcego państwa. Straż Graniczna jest formacją powołaną, jak sama nazwa wskazuje, do ochrony granic państwa. Inaczej pracuje się z funkcjonariuszami takiej formacji, inaczej z pracującymi – nierzadko pod przykryciem – oficerami i funkcjonariuszami wywiadu. Mówiąc krótko, oficer wywiadu, wojskowego czy cywilnego, musi charakteryzować się obyciem, dobrą znajomością psychologii oraz dyplomacji. A w SG słuchać, że Łapiński ma charakter i sposób bycia raczej… szorstki.

Ale minister Błaszczak wyraźnie poczuł okazję do upieczenia dwóch pieczeni przy jednym ogniu: po pierwsze pozbycia się ostatniego „żołnierza” Macierewicza, a po drugie – wzmocnienia swojej pozycji. Do tej pory, stuprocentowo pewny mógł być przede wszystkim Materki, którego uczynił szefem SKW. Teraz miałby także całkowicie lojalnego wobec siebie szefa wojskowego wywiadu. A to naprawdę duże aktywa.

– Błaszczak mu ufa. Nie chce sobie pozwolić na narzucenie kandydata. Ale ten, o którym mówimy wielkiego optymizmu też nie wzbudza, że tak to ujmę – słyszymy od osoby znającej realia służby.

Na razie jednak nic nie jest przesądzone. Jak zaznaczyliśmy na początku, proces opiniowania nowego szefa nie ruszył. Czy więc nazwisko Łapińskiego, które pojawiło się na giełdzie można traktować tylko jako wrzutkę? Nie do końca. Właściwsze byłoby chyba słowo „straszak”. Kowalski mógłby stać się ofiarą gry o wpływy polityków.

Do pokerowego stolika usiedli zawodnicy wagi naprawdę ciężkiej. Od szefa MON, przez koordynatora służb specjalnych i premiera, a kończąc na osobie w tym zestawieniu może nieoczywistej, ale mającej coś do powiedzenia, bo podpisującej nominacje: prezydencie RP. A ten ma swoje plany i typy; także w spec-służbach. Odczytując sygnały dobiegające z kuluarów Pałacu Prezydenckiego trudno oprzeć się wrażeniu braku szczególnej chemii między Krakowskim Przedmieściem, a al. Niepodległości 243, gdzie ma siedzibę SWW. W orbicie życzliwej prezydenckiej uwagi znajduje się aktualnie inna służba specjalna. Jej szef wciąż ma – co nie jest bez znaczenia – dobre relacje z koordynatorem. I choć dobrze mu w tym fotelu, w którym jest, to apetyt rośnie w miarę jedzenia. A przecież mieliśmy już w Polsce przykład oficera, który kierował konsekutywnie dwiema służbami specjalnymi…

Do zrozumienia tej układanki warto też przypomnieć, że Andrzej Duda był bliskim współpracownikiem Lecha Kaczyńskiego. Ten zaś, w przeciwieństwie do swojego brata, cieszył się szacunkiem wśród oficerów wywiadu. Niekoniecznie wojskowego, uzupełnijmy, i w tym momencie postawmy kropkę. Ale szef MON raczej nie miałby ochoty na wpuszczanie na swoje poletko kogoś z zewnątrz. Nawet, jeśli byłby to człowiek, którego przeszłość dawałaby podstawy do twierdzenia, że sobie na takim stanowisku poradzi. Dlatego właśnie napisaliśmy wyżej o straszaku. Można byłoby potraktować to też jako ruch wyprzedzający ministra obrony. Sygnał „non possumus” dla osób mających ochotę wchodzić w jego rewir.

Trudno też traktować poważnie doniesienia o możliwości objęcia przez Kowalskiego placówki dyplomatycznej w Pakistanie. Zapytany o to, nasz rozmówca krzywi się z niesmakiem i kwituje to krótkim „bądźmy poważni, to mimo wszystko generał i szef wojskowej służby”. Inny z kolei uzupełnia, że dla osoby odchodzącej z takiego stanowiska, właściwym kierunkiem byłaby ambasada w którymś z dużych krajów europejskich. Nasze pytanie o Andrzeja Ananicza, byłego szefa AW, który był później ambasadorem właśnie w Pakistanie odpiera hasłem, że akurat Ananicz znał region i był w tym, co robił po prostu dobry. Jeszcze inną kwestią jest to, że miał on wsparcie w tym zakresie Amerykanów, którzy doceniali jego wiedzę i doświadczenie.

Podkarpacie

Pozostaje też jeszcze jedna, niezwykle ważna kwestia. Sprawa afery podkarpackiej. Oczywiście nie można Łapińskiego łączyć bezpośrednio z działalnością agencji towarzyskich, jakie prowadzili w Rzeszowie i okolicach pochodzący z Ukrainy bracia R. Ale doświadczony oficer Policji, który zna realia Podkarpacia i kulisy afery mówi wprost: to, co się działo na Rzeszowszczyźnie nie mogło się odbywać bez cichego porozumienia ze Strażą Graniczną.

– Mieli zblatowanych pograniczników, mieli bramki ludzi na przejściach granicznych. Ludzie z SG wiedzieli dokąd jadą te dziewczyny i w jakim celu – mówi portalowi policjant.

Powtórzmy jeszcze raz: nikt nie stawia Łapińskiemu zarzutu, że wiedział o procederze handlu ludźmi, jaki miał odbywać się na granicy polsko-ukraińskiej. Jednakże fakt, że proceder ten mógł dziać się przy – w najlepszym razie – obojętnej postawie funkcjonariuszy, odpowiadających za ochronę polskich granic musi budzić niepokój. A za bezpieczeństwo, szczególnie bezpieczeństwo granic państwa, powinni odpowiadać ludzie, co do których wątpliwości nie powinny się pojawiać.

To jest przyszłość. Jak na razie, Łapiński pozostaje tylko kandydatem, którego nazwisko pojawiło się na giełdzie. Wiele z operacji, które zapoczątkował wciąż urzędujący szef SWW wciąż się toczy. Gdyby generał Łapiński faktycznie miał objąć stanowisko tak eksponowane, jak fotel szefa wojskowego wywiadu RP, to opisane powyżej zagadnienia powinny zostać przez politycznych decydentów rozważone. Trudno nie mieć wrażenia, że to tylko płonne nadzieje…

Fot. Gov.pl

CHAOS W ABW. SZEF SŁUŻBY WALCZY O ŻYCIE

Szef ABW broni się jak umie – kolejnymi realizacjami. M.in. dlatego w ciągu ostatnich dwóch tygodni służba mocno zintensyfikowała działania. W jej wnętrzu nasila się jednak chaos.

Certyfikaty? Z poślizgiem…

Poświadczenia bezpieczeństwa wydawane są w Polsce przez dwie instytucje: Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Służbę Kontrwywiadu Wojskowego. Szef ABW stanowi według zapisu ustawy o ochronie informacji niejawnej, funkcję krajowej władzy bezpieczeństwa. De facto to on decyduje o kwestiach związanych z ochroną informacji oraz organizuje pracę właściwego departamentu, zajmującego się wydawaniem poświadczeń bezpieczeństwa. Odpowiada za to Departament IV. Ale jego praca budzi ostatnio zastrzeżenia. Chodzi właśnie o sprawę poświadczeń. Nasi rozmówcy skarżą się na opieszałość Agencji w ich wydawaniu, co dezorganizuje np. działania polskiej dyplomacji.

– Czekam na poświadczenie już siedem miesięcy. Nie wygląda na to, by w tym roku coś się w tym zakresie rozstrzygnęło – opowiada jeden z naszych rozmówców, oczekujący na objęcie ważnego stanowiska w jednej z polskich ambasad na kierunku wschodnim. A problem nie dotyczy tylko jednej ambasady. Ludzie zaczynają być coraz bardziej wściekli i zdesperowani, bo opieszałość funkcjonariuszy wpływa na to, co dzieje się w placówkach.

– Myślimy o skardze sądowej, ale to byłoby dziwne, bo jak skarżyć się na ABW, w gestii której jest wydanie nam poświadczeń? To byłoby jeszcze gorsze – przekonuje inny z naszych rozmówców.

Niepokojące sygnały pojawiają się także w kontekście działań ABW w resortach. Otrzymujemy sygnały o tym, że ludzie na stanowiskach nawet dyrektorów departamentów w MSWiA i MSZ nie mają poświadczeń, wydanych przez Agencję, a „jadą” na osobistej rękojmi ministra. Podobnie, jak było niegdyś w przypadku szefa Narodowego Centrum Kryptologii, Tomasza Mikołajewskiego. Jego sprawę opisywały media. Mikołajewski, pełniąc z woli ówczesnego ministra obrony, Antoniego Macierewicza, funkcję szefa NCK przez ponad rok nie miał poświadczenia. Według medialnych przekazów, zastrzeżenia do Mikołajewskiego mieli także funkcjonariusze SKW. Ostatecznie, Mikołajewski odszedł z NCK po odwołaniu Macierewicza i obecnie pracuje w szkole SWW w Janówku. Wróćmy jednak do kwestii poświadczeń wydawanych przez ABW.

Wąskie gardło

– Tam się zrobiło wąskie gardło – mówi nasz rozmówca, doświadczony oficer służb, potwierdzając to, o czym mówią oczekujący na wydania poświadczeń urzędnicy.

– Zawsze był z tym problem, ale teraz jest coraz gorzej – kontynuuje. Dodaje, że praktyką było jeszcze do niedawna, że na pół roku przed upływem czasu wygaśnięcia poświadczenia wysyłano ankiety do ABW. Tak, aby czas potrzebny do wydania poświadczenia skrócić i nie było problemu właśnie z przewlekaniem postępowań. Teraz jest inaczej. Oprócz sześciu miesięcy postępowania, dzisiaj trzeba na wydanie certyfikatu czekać dodatkowo pół roku, a nawet więcej. Niektórzy oczekują dodatkowo nawet po 10 miesięcy!

Nasz rozmówca przekonuje, że wpływ na taki stan rzeczy miała także likwidacja kilku delegatur Agencji i pozostawienie w ich miejsce tylko oddziałów zamiejscowych. Tak stało się m.in. z delegaturą wrocławską czy olsztyńską. Obecnie, funkcjonariusze z oddziału we Wrocławiu podlegają bezpośrednio delegaturze w Poznaniu. Dlatego podanie o wydanie poświadczenia, które wpłynęło do oddziału wrocławskiego realizowane jest przez Poznań. Wcześniej, o wydaniu poświadczenia decydował szef delegatury, obecnie szef oddziału zamiejscowego nie jest władny. Dokumenty, np. ankiety są dzisiaj wysyłane… drogą mailową! Ale to niejedne niepokojące rzeczy, dziejące się w tym zakresie w agencji z ulicy Rakowieckiej.

Wojna buldogów: kolejna odsłona

ABW coraz mocniej pogrąża się w wewnętrznym chaosie. W ostatnim tygodniu października, przed świętem Wszystkich Świętych, doszło do sytuacji kuriozalnej, nawet jak na obecny stan służb. Otóż, jak mówi nasz informator, pojawił się rozkaz odwołania szefa Departamentu Ochrony Informacji Niejawnych, płk Dariusza Antosiaka, wraz z jego dwoma zastępcami.

– Spakowali się, pożegnali z ludźmi i wszyscy myśleli, że to ich koniec. Ale jeszcze tego samego dnia przyszła kolejna decyzja: o… odwołaniu poprzedniego rozkazu! To co się tam dzisiaj dzieje to jakaś paranoja – wścieka się nasz rozmówca.

Wciąż mówi się o odwołaniu ze stanowiska szefa płk Piotra Pogonowskiego, na co mają mocno naciskać politycy, związani ze stronnictwem ministra sprawiedliwości. Ludzie znający kulisy funkcjonowania Agencji mówią, że także historia Krzysztofa Krełowskiego opisana kilka dni temu przez Dziennik Gazetę Prawną jest kolejną odsłoną walki o fotel szefa ABW. Krełowski przed pracą w Ministerstwie Finansów był funkcjonariuszem ABW, kierował m.in. Departamentem Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Audytu. Tym samym, którego zwierzchnikiem jest obecnie płk Radosław Żebrowski – jeden z najbardziej zaufanych ludzi Pogonowskiego. Pojawiają się głosy, że informacje o Krełowskim kolportowane są przez ludzi co najmniej niechętnych Pogonowskiemu. Można w ciemno przyjąć, że sytuacja wokół ABW wciąż będzie gorąca.

Tymczasem Pognowski broni się jak umie – kolejnymi realizacjami. Dlatego między innymi w ciągu ostatnich dwóch tygodni ABW zintensyfikowała działania. Stąd informacje o wydaleniach dyplomatów, czy zatrzymanie przed samym świętem niepodległości mężczyzny, oskarżanego o działania o charakterze terrorystycznym. Co jeszcze? Przekonamy się prawdopodobnie niebawem. Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że analizowane są sprawy, które mogą zakończyć się szybkimi realizacjami. Pytanie, czy sprawy te obronią się potem w sądach…

Fot. Pixabay

ZIOBRO CHCE ABW. OCIECZEK SZEFEM SŁUŻBY?

Zbigniew Ziobro walczy o przejęcie kontroli nad ABW. Czy kojarzony z nim Grzegorz Ocieczek zostanie nowym szefem służby? To bardzo prawdopodobne.

„Źle się dzieje w państwie rakowieckim” – tak można byłoby zacząć dramat sceniczny o karatece z pancerną pięścią i kapralu, który najpierw został szefem ABW, a potem pułkownikiem. Polityczna rozgrywka wokół szefa NIK-u, Mariana Banasia, może odpryskiem uderzyć w Piotra Pogonowskiego oraz poważnie zatrząsnąć stolikiem, na którym stoi „szachownica” Zjednoczonej Prawicy.

Potężna afera, koncentrująca się na osobie Mariana Banasia dopiero nabiera rozpędu, ale już teraz, jak w soczewce, skupia kilka wątków. Dotyczą one pracy służb specjalnych i kontroli nad nimi. Skłania to do podjęcia próby oceny sytuacji oraz nakreślenia kilku możliwych scenariuszy. Trwa bowiem przeciągnie politycznej liny. Na jednym jej końcu jest szef NIK i szef ABW (oraz jego zwierzchnik – Mariusz Kamiński), a na drugim – minister sprawiedliwości i – przewrotnie – opozycja.

Sprawa Banasia

Przypomnijmy: 21 września, Superwizjer TVN ujawnił historię, zgodnie z którą w należącej do Mariana Banasia kamienicy w Krakowie funkcjonował „pensjonat na godziny”. Przybytek miał być pod „opieką” mężczyzny, którego reportaż opisał jako osobę kojarzoną powszechnie z prowadzenia agencji towarzyskich.

Dwa dni po publikacji materiału, Banaś zawiesił swoją działalność jako szef Najwyższej Izby Kontroli i poszedł na bezpłatny urlop.

17 października, cztery dni po wygraniu przez PiS wyborów parlamentarnych, wrócił do pracy.

Odwołania Banasia domaga się opozycja. W obozie władzy widać, że staje się on coraz większym problemem wizerunkowym. Tym bardziej, że w ubiegłym tygodniu „Rzeczpospolita” ujawniła kolejne niewygodne dla szefa NIK-u sprawy. Chodzi o jego dwóch najbliższych współpracowników z czasów, gdy kierował on Krajową Administracją Skarbową (KAS). Mieli oni być zamieszanych w…olbrzymie wyłudzenia VAT. Chodzi o Arkadiusza B., byłego dyrektora Krajowej Szkoły Skarbowości (i oficera Wojska Polskiego, absolwenta wrocławskiego „Zmechu”, byłego żołnierza Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych) oraz o Krzysztofa B., byłego zastępcę dyrektora departamentu kontroli celnej, podatkowej i kontroli gier. Obaj siedzą obecnie w areszcie z podejrzeniem udziału w zorganizowanej grupie przestępczej.

Jakby tego było mało, w międzyczasie pojawiły się wątpliwości dotyczące poświadczenia bezpieczeństwa Banasia, czyli dopuszczenia szefa NIK do najtajniejszych informacji państwowych. Według naszych ustaleń, poświadczenie wydała Banasiowi w 2018 r. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, której szefem jest nominat Prawa i Sprawiedliwości – Piotr Pogonowski. Oznacza to, że już wtedy ABW musiała przeprowadzić postępowanie sprawdzające. Sprawdzone musiał być także oświadczenie majątkowe szefa NIK.

Służby nie służą (sprawie)

Tu należy zrobić przystanek i pochylić się nad rolą ABW dowodzonej przez Pogonowskiego właśnie. Kontrolowana przez Pogonowskiego Agencja nie tylko musiała skontrolować Banasia – i jego majątek – ale także winna była zabezpieczyć kontrwywiadowczo szefa NIK. Między innymi na okoliczność takiego skandalu, jaki właśnie rozgrywa się na oczach polityków i opinii publicznej.

Pragmatyką służby powinno być w tym przypadku ostrzeżenie decydentów: „halo, panie ministrze, tu jest sytuacja mogąca doprowadzić do kryzysu”. Wygląda na to, że tak się jednak nie stało. Wielu funkcjonariuszy ABW było (lub nadal jest) oddelegowanych i do resortu finansów, i do KAS, a minister-koordynator służb specjalnych, Mariusz Kamiński uczynił walkę z nadużyciami finansowymi i wyłudzeniami VAT oczkiem w głowie ABW. Możliwości są więc dwie: albo pod nosem funkcjonariuszy „Abwehry”, w samym sercu skarbówki, dochodziło do nadużyć, co świadczy o ich nieudolności, albo… sytuacja została odnotowana, ale, jak to się mawia, „nie nadano jej biegu”. I jedna, i druga opcja nie wystawia dobrego świadectwa ABW oraz Pogonowskiemu.

Tymczasem sytuacja polityczna zmieniła się i to na niekorzyść szefa ABW. Na korytarzach centrali przy ulicy Rakowieckiej znowu pojawiają się plotki o odwołaniu Profesora – jak nazywany jest Pogonowski. Jak zwykle w takich sytuacjach rusza giełda nazwisk. Najnowszym jest Grzegorz Ocieczek. Kim jest Ocieczek? To obecny wiceszef Centralnego Biura Antykorupcyjnego, w latach 2006 – 2007 był wiceszefem ABW, którą kierował ówcześnie Bogdan Święczkowski. Obaj pracowali na Śląsku, w czasach prokuratorskich zajmując się przestępczością zorganizowaną. Ocieczek oskarżał m.in. członków mafii paliwowej. Uchodzi wręcz za prawą rękę Święczkowskiego. Osoby znające kulisy mówią wręcz, że do CBA trafił jako swoisty “nadzorca”.

– Ma tam pilnować interesów ministra sprawiedliwości – twierdzi nasz rozmówca.

Co ciekawe, podobnie jak obecny szef NIK jest on karateką. A ponieważ natura jest systemem deterministycznym, w którym suma musi równać się zeru, tak samo musi się w ekosystemie zgadzać liczba karateków. Tak czy inaczej, Ocieczek wydaje się być osobą bliższą raczej Ziobrze, niż PiS en bloc. A to oznacza kolejny element w układance, czyli…

… Ziobry zakusy na ABW

Po wyborach parlamentarnych z połowy października dotychczasowi koalicjanci PiS, czyli Solidarna Polska i Porozumienie – partie Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina – wprowadziły swoich posłów do Sejmu. Na tyle wyraźnie, że teraz to oni na swój sposób trzymają w szachu Jarosława Kaczyńskiego. Pojawiały się doniesienia o targowaniu się Ziobry o fotel wicepremiera. To się jednak nie na razie nie udało. Czy jednak mógłby dostać jako nagrodę pocieszenia ABW? Nasi rozmówcy znający kulisy funkcjonowania służb mówią, że taka opcja jest realna. Do tego stopnia, że Pogonowski miał wręcz pożegnać się już z najbliższymi współpracownikami. Od dłuższego czasu ma też wysyłać swoich zastępców na rozmowy z politykami.

– Nawet z kierowcą się już pożegnał – śmieje się jeden z naszych rozmówców. Razem z nim miałby odejść jeden z jego najbliższych przybocznych – płk Radosław Żebrowski, odpowiadający za pion bezpieczeństwa w ABW. Potencjalna wymiana Pogonowskiego byłoby także szansą dla Ziobry na utarcie nosa Kamińskiemu, z którym nie jest w najlepszych stosunkach. Gdzie mógłby wylądować sam Pogonowski? Pojawiają się informacje o Trybunale Konstytucyjnym lub Sądzie Najwyższym, jednak wiele wskazuje na to, że jego dalszy los zależy w dużej mierze od tego, jak zakończy się afera Mariana Banasia i co jeszcze odkryją śledczy i dziennikarze w Ministerstwie Finansów.

Co z tego wyniknie?

Mówi się, że kiedy premier wielkiej Brytanii, William Gladstone, usłyszał o śmierci generała Gordona w Chartumie, burknął „mógł sobie wybrać lepszy moment na śmierć”. Kryzys wywołany utratą Chartumu w wyniku powstania Mahdiego kosztował Gladstone’a stanowisko i pokazał dobitnie, że jedyną stałą na świecie jest… zmienność. Polityczny kryzys, który zapoczątkował Marian Banaś może być kosztowny politycznie nie tylko dla samego szefa NIK, ale także dla całego obozu rządzącego. Gdyby afera wymiotła z gabinetów Banasia i Pogonowskiego, mogłoby to oznaczać spore kłopoty dla prezesa PiS i przesunięcie wektora ciężkości na stronę mającego wielki apetyt na władzę Zbigniewa Ziobro. Szczególnie stanowisko szefa ABW obsadzone przez osobę bliską ministrowi sprawiedliwości daje podstawy do mówienia o realnym wzroście pozycji Ziobry po wyborach. Trudno stwierdzić, by była to pozytywna wiadomość dla Jarosława Kaczyńskiego.

Fot. Ministerstwo Sprawiedliwości

„DLA ELIZY” – NIE NUTY, LECZ STANOWISKO (W ABW)

Imponujące kariery w służbach specjalnych to rzecz godna najwyższych pochwał oraz stanowisk. Np. Departamentu VII Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, odpowiadającego m.in. za ochronę interesów ekonomicznych. Gorzej, jeśli takie stanowisko obejmuje osoba, co do doświadczenia której można mieć wątpliwości.

Do roku 2012 za nadzór nad ochroną interesów ekonomicznych państwa odpowiadał dyrektor oddzielnej jednostki, Departamentu Bezpieczeństwa Ekonomicznego Państwa (II A). W roku 2012, ówczesny premier Donald Tusk podpisał zarządzenie, w myśl którego zlikwidowano oddzielną komórkę ekonomiczną i wcielono ją (wraz z Departamentem II B, odpowiedzialnym za zwalczanie terroryzmu) do Departamentu II nazwanego całościowo Departamentem Kontrwywiadu. Miał to być zresztą jeden z powodów konfliktu między ówczesnym szefem ABW, gen. Krzysztofem Bondarykiem, a premierem Tuskiem. Departamentem II kieruje dzisiaj płk Fabiana Fetke, niegdyś pracująca w departamencie postępowań karnych, a kompetencje dawnego IIA zostały rozproszone.

– Duża część podpada pod Departament VII (zagrożenia strategiczne), czyli np. energetyka. Część trafiła do Centrum Analiz, a część do CAT – mówi nasz rozmówca. Dziwi się również, że na czele Departamentu II postawiono właśnie płk Fetke – doświadczoną śledczą, ale niekoniecznie znającą środowisko „twardego” kontrwywiadu.

Teraz, całym Departamentem VII (Zwalczania Terroryzmu i Zagrożeń Stategicznych) kieruje Eliza Wójcik. Warto przyjrzeć się tej postaci, choć informacji o niej trudno odszukać. Ale można odszukać strzępy i próbować z nich składać całkiem interesującą drogę zawodową.

Policyjno-urzędniczy przekładaniec

Wójcik od lat związana jest z resortami siłowymi. W latach 2007 – 2014 była szefową Biura Finansów Komendy Głównej Policji. Już wtedy, 12 lat temu, w Związkowym Przeglądzie Policyjnym, wydawanym przez NSZZP pisano, że „newralgiczne Biuro objęła osoba z zewnątrz”. Była absolwentką studiów podyplomowych z zakresu finansów i rachunkowości budżetowej. Ślady tej działalności można znaleźć m.in. w kwartalniku „Policja”, przeznaczonym dla kadry kierowniczej tej największej polskiej służby. po Co ciekawe – do Komendy Głównej trafiła z resortu sprawiedliwości. Jej nazwisko nie wypływało często do mediów. Aż do lutego 2009 r., kiedy portal TVN 24 opublikował poufne nagranie ówczesnego zastępcy komendanta głównego policji z telekonferencji z podwładnymi. Wypowiada się podczas konferencji – w epizodycznej co prawda roli – właśnie Eliza Wójcik. Artykułowała wtedy obawę, że bieda w policji jest tak duża, iż mogą być problemy nawet z wypłatą uposażeń.

Kiedy do resortu sprawiedliwości trafił w 2013 r. Marek Biernacki, kilka miesięcy później podążyła za nim Eliza Wójcik. Oddajmy głos branżowemu policyjnemu magazynowi „997”.

„1 września 2014 r. minister spraw wewnętrznych odwołał z zajmowanego stanowiska insp. Michała Domaradzkiego, komendanta wojewódzkiego Policji w Lublinie, a następnego dnia powołał go na stanowisko komendanta stołecznego Policji. 2 września na stanowisko komendanta wojewódzkiego Policji w Lublinie został powołany nadinsp. Dariusz Działo, który dotychczas kierował garnizonem stołecznym. 12 września 2014 r. zmieniło się kierownictwo Biura Finansów Komendy Głównej Policji. Eliza Wójcik, dotychczasowa dyrektor, została przeniesiona do pracy w Ministerstwie Sprawiedliwości.”

To dość zaskakujący powrót, szczególnie po siedmiu latach pracy na stanowisku w Komendzie Głównej Policji. Jeszcze pod koniec września 2015 r., piastowała funkcję Dyrektor Generalnej MS.

Wybory parlamentarne w październiku 2015 r. oznaczały dla kobiety kolejną zmianę pracodawcy. Tym razem, z al. Szucha trafiła na ulicę Rakowiecką, gdzie mieści się centrala ABW. Już w lutym 2016 r. wypowiadała się przed Senacką Komisją Praw Człowieka, Praworządności i Petycji. Już jako dyrektor Biura Finansów ABW. Interesującym może być fakt, że w tym czasie wypowiadała się jeszcze jako cywilnym pracownik Agencji. Jeden z naszych rozmówców przekonuje, że Wójcik kończyła kurs wraz z Krzysztofem Wacławkiem – byłym funkcjonariuszem CBA (miał współtworzyć w antykorupcyjnej służbie pion kontroli) i pracownikiem NIK.

Długi marsz po zwycięstwo

Tu znowu musimy wykonać przeskok czasowy. Tym razem do września roku ubiegłego. Eliza Wójcik, już jako major ABW, staje przed sejmową Komisją Finansów Publicznych. Mówiła m.in. o potrzebie zakupu nowych radiotelefonów na rzecz służby, przed organizacją Szczytu Klimatycznego ONZ, który odbył się w Katowicach. Co ciekawe, sygnalizowała także „zdiagnozowanie pewnych braków w zakresie funduszu operacyjnego”, jednak tematu nie rozwinęła, zasłaniając się „formułą funduszu operacyjnego”. Wydaje się, że w tym zakresie Wójcik trudno jest cokolwiek zarzucić. Nasi rozmówcy przekonują, że jest dobrą specjalistką od budżetu, szczególnie w zakresie logistyki. Tymczasem zaledwie kilka miesięcy później, kariera Wójcik nabiera jeszcze większego przyśpieszenia. W końcu objęła nadzór nad interesami ekonomicznymi. Już w stopniu podpułkownika. To zdumiewająco szybki awans, a wyzwanie duże: obejmuje nie tylko nadzór nad walką z wyłudzeniami VAT – aktualnie na topie w ABW – ale także ochronę i osłonę kontrwywiadowczą nad największymi spółkami skarbu państwa: energetycznymi, wydobywczymi i paliwowymi.

Rodzi się więc pytanie: czy mająca doświadczenie – wieloletnie co prawda – ale głównie w kwestiach budżetowych Wójcik ma niezbędne kompetencje do kierowania tak newralgicznym departamentem, jak Departament VII? Czy osoba, która znakomicie rozlicza i projektuje budżet będzie potrafiła odpowiednio odczytać takie intrygi, jak np. próba przejęcia zakładów azotowych w Mościcach przez Rosjan? Czy zagrożenia strategiczne – terroryzm, szpiegostwo, działania w sferze informacyjnej – nie przerosną nowej szefowej tej arcyważnej komórki? Skąd wreszcie tak szybki awans cywila w strukturze ABW? Być może odpowiedzią na pytania, a przynajmniej na ostatnie z nich, są powtarzane na korytarzach ul. Rakowieckiej historie, o rodzinnych koneksjach Elizy Wójcik. Według naszego rozmówcy, kobieta jest związana rodzinnie z jednym z polityków Prawa i Sprawiedliwości. Ale pojawia się także inna sugestia: że obecna funkcja jest dla kobiety tylko przystankiem w długim marszu po kolejną – tym razem już w ścisłym kierownictwie ABW.

– Szykują dla niej fotel wice szefowej. Ale nie miała doświadczenia i dlatego postawili ją na to stanowisko – kończy nasz rozmówca.

Fot. Pixabay

SWW- SŁUŻBA WIECZNIE WALCZĄCYCH