Home Articles posted by Michał Deptrocki

UKŁAD ZAMKNIĘTY NA SZCZYTACH SŁUŻB. HISTORIA „ŁAPY” I „BERII”

Oto prosta, ale gorzka opowieść o tym, że w polskich służbach, odpowiedzialnych za bezpieczeństwo obywateli naszego kraju nie opłaca się wychylać ani być zanadto dociekliwym. Bo kiedy stajesz się wrogiem potężnych ludzi, szefów instytucji i służb, to twoja przyszłość staje pod znakiem zapytania. I choćbyś miał najlepsze intencje, mocne karty, zawsze znajdzie się ktoś, kto w końcu wywróci stolik.

Beria

Ze zdjęcia patrzy siwowłosy mężczyzna z okularami „połówkami” na nosie. Ma surową twarz poznaczoną na skroniach ciemnymi plamkami. Wygląda jak wielu mężczyzn w swoim wieku wychodzących powoli z lat „średnich” w lata „dojrzałe”. Tak mógłby wyglądać młody dziadek… Ale człowiek ze zdjęcia nie budzi skojarzenia z miłym, starszym panem. Ma ostre, przenikliwe spojrzenie i zacięte usta. Jest w nim coś, co sprawia, że nie chciałoby się mieć go za przełożonego. „Ot, urzędnik średniego szczebla” – można by pomyśleć. Nic bardziej mylnego.

Ci, którzy go nie lubią, mówią o nim „Beria”. To wiceszef najpotężniejszej w tej chwili instytucji w naszym państwie. Nazywa się Bogdan Sakowicz. Jest zastępcą Ernesta Bejdy – szefa CBA.

Jego notka biograficzna na stronie CBA jest dość krótka. Jednak dla ludzi stanowiących kościec obecnych służb – dość charakterystyczna. Urodzony w Białymstoku, absolwent historii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W 1991 r. wstąpił do Urzędu Ochrony Państwa. W służbie był przez siedem lat. Po UOP trafił do Głównego Inspektoratu Celnego, a właściwie jednej z jego komórek – w rodzinnym Białymstoku. Został tam naczelnikiem wydziału kontrolno-operacyjno-śledczego, by później stać się szefem całego Inspektoratu. Kolejnym szczeblem kariery był inspektor kontroli skarbowej IV stopnia w Urzędzie Kontroli Skarbowej.

W 2007 r. trafił do stołecznej Straży Miejskiej, którą kierował w latach 2007-2008. Warto zaznaczyć, że kilka lat wcześniej tą samą SM kierował Witold Marczuk – późniejszy szef… ABW i SWW. W 2008 r. Sakowicz trafił do CBA jako zastępca dyrektora Samodzielnego Wydziału Inspekcji w Biurze Prawnym. W CBA pracuje do dzisiaj.

Łapa

Podobną drogę przebył opisywany na naszym portalu gen. bryg. SG, Marek Łapiński – dziś szef Służby Wywiadu Wojskowego. Przypomnijmy zatem kilka zdań z naszego tekstu sprzed trzech miesięcy:

„Łapiński jest z resortami siłowymi związany od początku lat ’90 ubiegłego wieku. Wtedy to podjął służbę w Urzędzie Ochrony Państwa. Do Straży Granicznej trafił w 1993 r. i służył w niej pięć lat. M.in. w czasach, gdy szefem tej arcyważnej dla bezpieczeństwa narodowego struktury był wszechwładny gen. Andrzej Anklewicz, były oficer MO i SB, którego rola w tzw. „aferze Olina” wciąż pozostaje co najmniej dwuznaczna. Następnie wylądował w Głównym Inspektoracie Celnym, gdzie był zastępcą szefa. Stamtąd trafił do MSWiA. Od 2010 do 2015 r. „pozostawał w dyspozycji Komendanta Głównego SG”, skąd powrócił do służby po wyborach parlamentarnych (…)”

Dlaczego przypominamy historię obu mężczyzn? Ponieważ ich losy splotły się w pewnym momencie i to dość nierozerwalnie. Opisywał to dwa lata temu dziennik „Fakt”, który informował o dziwnym, niejasnym lub wręcz bezprawnym zgoła sposobie, w jaki do służby w Straży Granicznej miał dostać się syn Sakowicza – Marcel. Pomagać miał w tym nie kto inny, jak ówczesny szef Straży Granicznej, Marek Łapiński.

Marcel S. starł się o przyjęcie do SG na początku 2017 r. Zdaniem Faktu, nie przeszedł jednak wtedy badań psychologicznych. Powołując się na swoich informatorów, dziennik przekonywał, że wtedy podjął osobistą interwencję ówczesny szef SG, gen. Łapiński. Marcel S. po raz drugi podszedł do testów psychologicznych. „Ledwo je zdał!” – grzmiał „Fakt”. W końcu, w grudniu 2017 r. syn wiceszefa CBA został oficjalnie przyjęty w szeregi Straży. Trafić miał do podlaskiego oddziału tej formacji. Ale to nie wszystko, co łączyć może panów Łapińskiego i Sakowicza.

Edyta Bartosiewicz śpiewała niegdyś „I tak zaczyna się/ Ta nieprawdopodobna historia”. To idealny cytat. Doskonale zilustruje ustalenia naszego portalu. Zaczynamy więc.

Biznesmeni i funkcjonariusze

Sieć oplatająca obu wysokich rangą urzędników jest bardzo skomplikowana. Aby rzucić na nią nieco światła, musimy cofnąć się o kilka lat i wprowadzić do historii kilka kolejnych osób.

Wróćmy do szóstego czerwca 2016 roku. Do Centralnego Biura Antykorupcyjnego wpłynęło oficjalne pismo z Biura Spraw Wewnętrznych KG SG, dotyczące zaangażowania firmy biznesmena, nazwijmy go „Tomasz”, w karuzelę VAT. Autorem notatki był ówczesny dyrektor Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej SG, ppłk Paweł D. Istotnym i wartym wspomnienia jest fakt, że „Tomasz” to znajomy opisanych wyżej mężczyzn (nie licząc Pawła D.) oraz komendanta wojewódzkiego policji jednego z południowych województw.

Czy podpisując tę informację Paweł D. podpisał zarazem wyrok na siebie jako szefa BSW SG? Niewykluczone, bo gen. Łapiński zaczął po cichu poszukiwać nowego szefa Biura. Wybór padł na Anitę D., również znajomą Łapińskiego. Ale zaczęły się problemy. 21 września powstała notatka CBA na temat Anity D. Była to analiza jej oświadczeń majątkowych, z których wynikać miało, że kobieta nie tylko ukrywała majątek, ale jednocześnie jej zobowiązania finansowe dwukrotnie przekraczały jej dochody

Przeciek

Kilka miesięcy później, w grudniu 2016 r., „Tomasz” spotkał się z wysokim rangą funkcjonariuszem Straży Granicznej. Pokazał mu kopię dokumentu pisma z czerwca. Powiedział, że fotokopię pisma otrzymał… od CBA. Rozmowa biznesmena i funkcjonariusza SG została zarejestrowana.

W styczniu 2017 r., agent terenowy CBA dowiaduje się, że w jego firmie nastąpił przeciek. Daje o tym znać ppłk Pawłowi D. Ten rozumie, że zaczyna zaciskać się dookoła niego pętla. Wraz z radcą prawnym komendanta, mjr Bartłomiejem T., jadą do CBA. Docierają wysoko: do szefa Departamentu Analiz CBA, Wojciecha P., który z kolei powiadamia o sprawie Ernesta Bejdę. Informację otrzymuje także Wiesław F. To również ważna postać w tej układance. F. kieruje Biurem Kontroli i Spraw Wewnętrznych CBA – policją w policji.

Według naszych ustaleń, to Wiesław F. miał być autorem hipotezy, ze źródłem opisanego wyżej przecieku miał być… Bogdan Sakowicz.

Paweł D. i Bartłomiej T. mają poczucie dobrze spełnionego obowiązku: czują, że puścili w ruch tryby maszyny

Ale tryby te mielą wolno. Zbyt wolno.

Koniec

Dopiero 13 lutego 2017 r. do Departamentu Analiz CBA trafia pismo z BKiSW, w którym wyartykułowane zostaje pytanie, ile wykonano kopii dokumentu sporządzonego przez ppłka. Pawła D.? Innymi słowy, zaczyna się szukanie autora przecieku. Ale Paweł D. nie doczeka tego. W tym samym miesiącu przychodzi po raz kolejny do gen. Łapińskiego. Informuje go o kolejnej aferze: wyłudzeniu środków, jakich miał dopuścić się naczelnik biura kadr Podlaskiego Oddziału SG. Nazwijmy go S.

Paweł D. jest uczciwym oficerem, liczy, że Łapiński zrobi porządek ze sprawą. Ale S. nie dostaje wypowiedzenia. Łapiński… przenosi go do komendy głównej. Paweł D., wściekły i rozżalony, decyduje się na krok desperacki: spotyka się z ministrem spraw wewnętrznych i administracji, Mariuszem Błaszczakiem. Informuje go o działaniach szefa SG. Także o sprawie Marcela Sakowicza, którą Łapiński pilotował rękoma naczelnika z Podlasia – S.

Jednocześnie, Łapińskiego rozpracowuje krzyżowo Wojciech Janik – agent CBA o nadzwyczajnych uprawnieniach, skierowany m.in. do wyjaśnienia „afery podkarpackiej”. Ustala, że to faktycznie Bogdan Sakowicz miał być odpowiedzialny za przeciek z grudnia poprzedniego roku. Pisze z tego notatkę, która trafia w ręce Sakowicza. W końcu, Janik sam informuje Bejdę o swoich ustaleniach.

W czerwcu 2017 r., Marek Łapiński otrzymuje od ministra raport ppłk Pawła D. na swój temat. Stwierdza, że „stracił do D. zaufanie” i zwalnia go ze Straży Granicznej. Paweł D. jest pokonany. W 2018 r. spróbuje szczęścia w wyborach na burmistrza Lubaczowa. Z 778 ważnymi głosami przegra je z kretesem.

W 2018 r., Łapiński trafia do MON, ściągnięty do resortu przez Mariusza Błaszczaka, który przejmuje MON po Antonim Macierewicz. W styczniu br. obejmuje fotel szefa Służby Wywiadu Wojskowego.

Bogdan Sakowicz wciąż współkieruje działaniami CBA. Nieżyczliwi mówią, że faktycznie kontroluje wszechpotężną obecnie służbę.

Paweł D. jest emerytem.

Co to wszystko oznacza?

Wiele osób pewnie wzruszy ramionami i powie „życie”, ale opisana historia pokazuje, że w instytucjach, odpowiadających za bezpieczeństwo Polski trwa bezwzględna walka o dostęp do stołu. Układy i układziki trawią instytucje kontroli i nadzoru, a ludzie, którzy próbują z tymi układami walczyć szybko wypadają z karuzeli. Czy opłaca się zatem być – jak to się dzisiaj modnie określa – whistblowerem? Sygnalistą? Czy warto otwierać szeroko oczy i mówić głośno o raku „ręki myjącej rękę” w instytucjach państwowych wymagających najwyższej prawości? Przykład Pawła D., ‘uczciwego gliniarza”, pokazuje, że niekoniecznie. I jest to najsmutniejsza konstatacja, wynikająca z opisanej wyżej historii. Bo odpowiedzialni za to funkcjonariusze nadal dzielą i rządzą w politycznym układzie sił.

“KRZYSIEK OD MARIA”. KIM BĘDZIE NOWY SZEF ABW? [SYLWETKA]

Cztery lata wytrwał na stanowisku szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Piotr Pogonowski. W środę, 22 stycznia br. podał się do dymisji. I choć mówiło się o niej od dawna – a od momentu wybuchu tzw. „afery Banasia” była ona w zasadzie przesądzona – to targi trwały. Pytanie brzmiało nie „kiedy”, ale „na jakich warunkach?”.

Tak czy inaczej, płk Piotr Pogonowski odszedł. Na szerszy bilans funkcjonowania ABW pod jego rządami przyjdzie czas. W tym miejscu można jedynie skrótowo powiedzieć, iż wydaje się, że nie będzie to dla „Profesora” – jak powszechnie nazywano Pogonowskiego – bilans pozytywny. Cieniem na jego czteroletniej (bo w okresie XI 2015- II 2016 był jedynie pełniącym obowiązki) kadencji kładą się liczne afery i skandale, które wstrząsały polską polityką.

Le Roi est mort…

Wypada przypomnieć jedynie te największe, gdy na głowę szefa ABW sypały się naprawdę potężne gromy: od afery wiceministra Roberta Greya-Grygiełko (dla tych, którzy nie pamiętają: to były, krótkotrwały wiceminister spraw zagranicznych, oskarżany przez media o współpracę ze służbami USA) przez aferę KNF i GetBack, gigantyczną aferę podkarpacką, która wciąż nie ujrzała finału, przez aferę spółki Srebrna – w której to spółce zresztą pracował – aż do ostatniej, najświeższej afery: ciągnącego się od kilku miesięcy skandalu z Marianem Banasiem, Krajową Administracją Skarbową i mafią VAT-owską w roli głównej.

To także Piotr Pogonowski „firmował” twarzą likwidację kilku ważnych delegatur ABW (m.in. w Olsztynie i Wrocławiu). To on odpowiadał za ruchy kadrowe, za zatrudnianie takich, a nie innych wykonawców. W okresie szefowania instytucji przez Pogonowskiego, ABW stała się wreszcie nieformalną „przybudówką” CBA, zajmującą się wyłudzeniami VAT w obszarze tak strategicznie ważnym dla państwa, jak… handel wodą smakową. W czerwcu 2018 r. doszło zaś do absolutnego skandalu, gdy podczas realizacji ABW w Wólce Kosowskiej (przygotowanej do tego stopnia fatalnie, że pozostawiono… apteczkę przed blokiem, w którym odbywała się realizacja), funkcjonariuszom wymknęła się zakuta w kajdanki obywatelka Wietnamu. Kobieta wypadła z trzeciego piętra i zginęła. W ABW poleciały głowy, jednak nie zmieni to faktu, że zatrzymana nie przeżyła, a akcja była fatalnie skoordynowana. Trudno się temu jednak dziwić, skoro do realizacji przystąpił zespół mieszany, złożony z funkcjonariuszy z Białegostoku, Olsztyna i Warszawy.

Oczywiście, należy pamiętać, że ABW miała na koncie także inne realizacje, często związane ze szpiegostwem. Tak się jednak niefortunnie składa, że w przypadku jednej z większych afer tego rodzaju – chodzi o zatrzymanie Piotra D. i obywatela Chin, Weijinga W. – zatrzymany wtedy Polak był… oficerem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, w stopniu kapitana.

Do tego dochodzą problemy z wystawianiem przez ABW poświadczeń bezpieczeństwa, o czym pisaliśmy m.in. na naszych łamach, opisując przewlekłość działań, odbijającą się także na pracach MSZ.

… vive le Roi?

Teraz warto skupić się na postaci jego następcy, przynajmniej tymczasowego, na stanowisku szefa największej polskiej spec-służby. A według na razie nieoficjalnych jeszcze informacji, wydaje się być przesądzone, że fotel ten przypadnie dotychczasowemu zastępcy – płk Krzysztofowi Wacławkowi.

Kim jest Wacławek? Według oficjalnego biogramu to absolwent Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie (ochrona środowiska) oraz Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie (zarządzanie). Przed służbą w ABW, Wacławek był funkcjonariuszem CBA. Pracował także w Najwyższej Izbie Kontroli, gdzie prowadził kontrole gospodarowania nieruchomościami i dużych inwestycji infrastrukturalnych. Od 2012 r. był wicedyrektorem delegatury NIK w Bydgoszczy, a następnie w Olsztynie. Odpowiadał za nadzór nad kontrolami oraz tworzenie planów pracy. Co mówią o nim osoby, które miały okazję pracować z Wacławkiem? Eufemistycznie rzecz biorąc, osoby, do których zwróciliśmy się z pytaniami zachowują daleko idący sceptycyzm wobec osoby.

– Gaciowy z wielkimi ambicjami – kwituje z niechętnym grymasem nasz rozmówca, doświadczony oficer służb z wieloletnim „nalotem” w kontrwywiadzie. Pod tym nieco pogardliwie brzmiącym pojęciem kryje się funkcja zastępcy szefa ds. administracyjnych, bo tym zajmował się początkowo płk Wacławek. Ale piął się w górę. Jako zaufany człowiek Mariusza Kamińskiego (osoby znające temat mówią o Wacławku po prostu „stare CBA”, mając na myśli pierwszy zaciąg do tej służby, z okresu jej powstawania) wyrąbywał sobie drogę w górę Agencji. Aż do fotela p.o. Szefa. W rozgrywce mało liczy się trzeci z zastępców, płk Bernard Bogusławski. – „Boguś”? Nieee, archiwum i może ochrona informacji niejawnych – słyszymy, gdy pytamy o możliwość wyboru płk Bogusławskiego. Ale prócz Bogusławskiego i Wacławka, Pogonowski miał jeszcze trzeciego zastępcę.

– Norberta musiało zaboleć – uśmiecha się nieco złośliwie inny z naszych rozmówców. Chodzi o Norberta Lobę, drugiego z dotychczasowych zastępców Piotra Pogonowskiego, który nie ukrywał apetytu na fotel na najwyższym piętrze budynku przy Rakowieckiej 2A, gdzie mieści się siedziba Agencji. Tym bardziej, że Loba to oficer z długim stażem. W odróżnieniu od Wacławka. To zresztą kwestia drażliwa.

– Oranżada ma dłuższy termin ważności, niż Krzysiu służby w ABW. Maksimum trzy-cztery lata – krzywi się oficer, znający Wacławka z „dawnych czasów”. To człowiek NIK-u. I CBA. – On przychodząc na Rakowiecką nie miał nawet stopnia! A teraz już pan podpułkownik. Groteska! – słyszymy, kiedy prosimy o rozwinięcie wypowiedzi.

– Był w logistyce. Ale nie tworzył tego departamentu. Wrzucili go tam, bo był już wcześniej planowany na potencjalnego następcę „Profesora”, a nie miał doświadczenia w kierowaniu jednostką operacyjną. A takie najlepiej mieć, jeśli ma się zostać szefem – kontynuuje nasz rozmówca.

W samym ABW nastroje też nie są najlepsze. Po korytarzach budynku zaczął nawet krążyć następujący dowcip: „Kto będzie szefem? Są trzy możliwości: intendent, kwatermistrz, albo gaciowy!”

Co jeszcze wiadomo o nowym zwierzchniku ABW? Oddajmy na moment głos Stanisławowi Żarynowi, rzecznikowi ministra-koordynatora służb specjalnych. W przesłanym Polskiej Agencji Prasowej komunikacie, rzecznik zapewnił, że Wacławek posiada duże doświadczenie zawodowe w rozpoznawaniu i zwalczaniu zagrożeń dla bezpieczeństwa oraz interesów ekonomicznych państwa”. Potwierdzają to osoby, które o Wacławka pytamy. W NIK kontrolerem był kilka ładnych lat, na sprawach finansów faktycznie się zna – przekonują ludzie pamiętający Wacławka z czasów jego pracy w NIK. Ale to – jak twierdzą dalej – koniec jego kompetencji. Czy miał na naukę wystarczająco dużo czasu? Można się o to spierać, bo na stanowisku zastępcy nie przetrwał nawet pełnego roku, trafił na nie, jak podkreślił w tym samym komunikacie Stanisław Żaryn, w marcu ubiegłego roku. Dużo to, czy mało, można mieć wątpliwości i spierać się, jednak kariera tego funkcjonariusza z pewnością może budzić kontrowersje. Pochodzący z niewielkiej Ostródy na Warmii Wacławek ma jednak jedną wielką zaletę: jest państwowcem.

– Z krwi i kości – ironizuje nasz informator – Do tego stopnia, że dwa lata temu „zasłynął”, kiedy nie chciał podpisywać ludziom urlopów zagranicznych. Odpowiedź jest tak zabawna, że postanawiamy ją zacytować, choćby po to, aby dać pewien wgląd w psychikę człowieka, który pokieruje działaniami polskiego kontrwywiadu.

– Twierdził, że Polska to piękny kraj i nie ma co szukać wrażeń za granicą. Taki on jest, sto pomysłów na minutę. Tylko z realizacją gorzej – kontynuuje. I dodaje już poważniej, że Wacławek miał „w firmie” ksywkę Pan Samochodzik. Dlaczego?

– A to już trzeba byłoby zapytać ludzi z parku maszyn. Albo z departamentu audytu. O to, jak i czy zawsze zgodnie ze swoim przeznaczenie wykorzystywane były samochody służbowe Agencji – uśmiecha się złośliwie. Faktem jest, że wysocy oficerowie dostają samochody “do testów”, jednak jest to praktyka i tak dzieje się nie tylko w ABW.

Najważniejszy problem jest gdzie indziej. Wybór nowego szefa „Dużej Agencji” – jak nazywają ABW ludzie z kręgu służb – jest co najmniej kontrowersyjny. Warto pamiętać, że ABW jest instytucją kontrwywiadowczą, to jej główne zadanie, a działania w zakresie przeciwdziałaniu nadużyciom podatkowym to jednak kwestia dodatkowa. Czy Wacławek, dotąd związany z kwestiami administracyjnymi będzie miał w sobie dość charyzmy i umiejętności, by zasiąść przy stole np. z Andrew Parkerem, dyrektorem generalnym brytyjskiego MI5 lub Michaela Burgessa z australijskiego ASIO, zajętego zwalczaniem rosnących wpływów Chin na tym wyspiarskim kontynencie?  Jak poradzi sobie z takimi wyzwaniami, jak nieustające próby rosyjskiej inwigilacji Polski? Czy będzie w stanie kierować dużymi, kontrwywiadowczymi operacjami, niemal nie mając w tym zakresie potrzebnego doświadczenia? Mówiąc krótko: czy Wacławek jest człowiekiem na miarę współczesnych wyzwań, stojących przez służbą kontrwywiadowczą? Czy będzie wreszcie, jako zwierzchnik, cieszył się niewymuszonym szacunkiem i autorytetem podległych funkcjonariuszy? To ważne pytania, na które odpowiedź – jak na razie – wydaje się być przecząca. Jego umiejętności kontrolerskie, wyniesione z CBA i NIK byłyby, na co zwracają uwagę wszyscy nasi rozmówcy, wartością dodaną, gdyby Wacławek został szefem departamentu audytu czy departamentu bezpieczeństwa wewnętrznego. – Kolejny krok w stronę upolitycznienia ABW – wzrusza niechętnie ramionami jeden z naszych informatorów. Dodaje, że doświadczenie kontrolerskie jest oczywiście ważne ale mniej istotne w przypadku osoby stającej właśnie na czele służby odpowiedzialnej za zabezpieczenie Polski. Szef ABW jest jednocześnie zwierzchnikiem krajowej administracji bezpieczeństwa. W czasie pokoju, to on “pilnuje” Polski przed zagrożeniami wewnętrznymi i zewnętrznymi. Czy Wacławek sobie z tym poradzi? Byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby okazał się nagle człowiekiem niezwykle utalentowanym w zakresie twardej kontrwywiadowczej roboty. Na razie niewiele jednak na to wskazuje.

Fot. Wikipedia

SILNA ŁAPA BŁASZCZAKA. GEN. ŁAPIŃSKI POKIERUJE SWW?

Według medialnych spekulacji, szef Służby Wywiadu Wojskowego, gen. brygady Andrzej Kowalski ma rozstać się ze służbą, którą kieruje. Na tym stanowisku miałby go zastąpić były szef Straży Granicznej, a obecnie podsekretarz stanu w MON, gen. brygady SG, Marek Łapiński. To bardzo nieoczekiwana kandydatura. Na tyle, że budzi pytania o rozpoczęcie gry, której celem są fotele szefowskie aż dwóch służb specjalnych.

– Ruch się zacznie w momencie uruchomienia procesu opiniowania nowego pretendenta do fotela szefa. A ten nie został jeszcze uruchomiony – mówi portalowi Osluzbach.pl doświadczony oficer wojskowych służb.

I dodaje, że w pierwszej kolejności powinno się dokonać oceny dorobku najpierw obecnego szefa, jak i jego potencjalnego następcy. Ale pojawienia się nazwiska gen. Łapińskiego nie można lekceważyć. To raczej sygnał tarć i targów powyborczych. Oraz sympatii (i niechęci) osobistych.

Błaszczak bierze całość

Gen. Andrzej Kowalski kieruje SWW od objęcia władzy przez PiS w 2015 r. Od początku uchodził za człowieka bliskiego ówczesnemu ministrowi obrony – Antoniemu Macierewiczowi. Kiedy więc Macierewicz przestał kierować resortem, w styczniu 2018 r., wydawało się, że naturalnym ruchem jego następcy, Mariusza Błaszczaka będzie wymiana szefów obu wojskowych spec-służb. Tym bardziej, że z SKW rozstał się nielubiany Piotr Bączek, a jego miejsce zajął człowiek nowego ministra – Maciej Materka, dotąd współpracujący z Błaszczakiem w MSWiA.

Tymczasem, ku dość powszechnemu zdziwieniu komentatorów i ekspertów zajmujących się tematyką służb specjalnych, Kowalski na stanowisku pozostał. Otoczył się zaufanymi ludźmi – zastępczynią uczynił m.in. płk Agatę Mazur – i trwał. Pomimo wielu prób wysadzenia go z siodła, wciąż kierował wojskowym wywiadem. W ostatnim czasie jego pozycja zaczęła słabnąć. Z pewnością podkopała ją historia zatrzymania w Rosji pod zarzutem szpiegostwa polskiego obywatela – Mariana Radzajewskiego – a następnie jego pokazowy proces i wyrok 14 lat kolonii karnej. W SWW przystań znalazło także wielu byłych pracowników SKW i MON z czasów Piotra Bączka, o czym pisaliśmy w innym miejscu.

Tak czy inaczej, relacje gen. Kowalskiego z ministrem przestały najwyraźniej być tak dobre, jak się dotychczas zdawało. Plotki o odejściu gen. Kowalskiego zaczęły się nasilać po wyborach parlamentarnych, kiedy wybuchła afera Mariana Banasia. Wtedy też zaczęły się „targi” o zwierzchnictwo nad służbami specjalnymi. Pogodzić trzeba było także apetyty kolejnych ministrów: Mariusza Kamińskiego, nadzorującego pracę służb cywilnych, Mariusza Błaszczaka, który – jak słychać z resortu – coraz lepiej i wygodniej czuje się na swoim stanowisku, a także… Zbigniewa Ziobry, mającego zakusy na kontrolowanie ABW. Póki co, wygląda na to, że utrzymany zostanie dotychczasowy status quo. Z tym zastrzeżeniem, że Błaszczak wstawi zaufanego sobie człowieka na stanowisko szefa SWW. O zmianie tej mówiło się na styku polityki i służb. Plotki nabrały tempa około miesiąca temu.

– Jest kandydatura ministra. Ale, mówiąc oględnie, nie budzi ona przesadnego optymizmu – mówił nasz rozmówca, związany z jedną z frakcji politycznych w łonie PiS.

Teraz okazało się, że stanowiska szefa wojskowego wywiadu mógłby objąć gen. Łapiński.

Minister od modernizacji… czego?

Łapiński jest z resortami siłowymi związany od początku lat ’90 ubiegłego wieku. Wtedy to podjął służbę w Urzędzie Ochrony Państwa. Do Straży Granicznej trafił w 1993 r. i służył w niej pięć lat. M.in. w czasach, gdy szefem tej arcyważnej dla bezpieczeństwa narodowego struktury był wszechwładny gen. Andrzej Anklewicz, były oficer MO i SB, którego rola w tzw. „aferze Olina” wciąż pozostaje co najmniej dwuznaczna. Następnie wylądował w Głównym Inspektoracie Celnym, gdzie był zastępcą szefa. Stamtąd trafił do MSWiA. Od 2010 do 2015 r. „pozostawał w dyspozycji Komendanta Głównego SG”, skąd powrócił do służby po wyborach parlamentarnych. Tu zaczynają się schody.

Jak opisywał portal TVN24.pl, Łapiński przez pięć lat pobierał godną pensję za… nicnierobienie. Bo „pozostawanie w dyspozycji” sprowadza się do tego, że przez ten czas pobiera się pensję (na poziomie stanowiska, z którego się odeszło), nie mogąc podjąć innej pracy. W 2015 r., Łapiński triumfalnie powrócił do SG. Po drodze niejako, Łapiński zapracował na awans: w maju 2017 r., prezydent Andrzej Duda nadał mu stopień generała brygady Straży Granicznej. W styczniu 2018 r., kiedy Mariusz Błaszczak objął fotel ministra obrony, zabrał ze sobą Łapińskiego. W listopadzie tego samego roku, powierzył mu obowiązek nadzorowania modernizacji technologicznej armii. Jak mu poszło? Odwołajmy się do liczb bezwzględnych. Ile baterii pocisków Patriot pojawiło się w tym czasie nad Wisłą? Ani jednej. Ile modułów artylerii rakietowej HIMARS trafiło do polskich brygad? Zero. Ile samolotów F-35? Zgadłeś, drogi Czytelniku – ani jednego. Można też powołać się na zdanie byłego szefa Inspektoratu Uzbrojenia WP, gen. Adama Dudy. Na Twitterze napisał on tak:

Przejdźmy więc do artykułowania pytań. A tych w przypadku kandydata na szefa SWW jest wiele.

Pokerowy stolik

Pierwsze i najważniejsze z nich brzmi: jakie kompetencje do kierowania strategiczną, z punktu widzenia państwa Służbą Wywiadu Wojskowego ma były komendant Straży Granicznej? Oczywiście formacją tą kierował już wcześniej człowiek, który trafił na to stanowisko wprost z fotela komendanta warszawskiej Straży Miejskiej – mowa oczywiście o gen. Witoldzie Marczuku – ale wydawać się mogło, że od tamtego czasu politycy już się czego nauczyli. Niestety – użyty tu czas przeszły nie jest w tym przypadku bezpodstawny.

Wróćmy do generała Łapińskiego. W środowisku osób znających kulisy funkcjonowania służb, nie ma o nim dobrej opinii. Jeden z naszych rozmówców, oficer z długim stażem, wprost nazywa go „plecakiem”.

Tu również należy zrobić przystanek. Nie odbierając Łapińskiemu doświadczenia nabytego przez lata spędzone w Straży Granicznej należy zaznaczyć, że czym innym jest płytki wywiad, jaki funkcjonariusze tej służby wykonują – choć nie mówi się o tym ani często, ani głośno – a czym innym wielka, skomplikowana operacja wywiadowcza, prowadzona na terenie obcego państwa. Straż Graniczna jest formacją powołaną, jak sama nazwa wskazuje, do ochrony granic państwa. Inaczej pracuje się z funkcjonariuszami takiej formacji, inaczej z pracującymi – nierzadko pod przykryciem – oficerami i funkcjonariuszami wywiadu. Mówiąc krótko, oficer wywiadu, wojskowego czy cywilnego, musi charakteryzować się obyciem, dobrą znajomością psychologii oraz dyplomacji. A w SG słuchać, że Łapiński ma charakter i sposób bycia raczej… szorstki.

Ale minister Błaszczak wyraźnie poczuł okazję do upieczenia dwóch pieczeni przy jednym ogniu: po pierwsze pozbycia się ostatniego „żołnierza” Macierewicza, a po drugie – wzmocnienia swojej pozycji. Do tej pory, stuprocentowo pewny mógł być przede wszystkim Materki, którego uczynił szefem SKW. Teraz miałby także całkowicie lojalnego wobec siebie szefa wojskowego wywiadu. A to naprawdę duże aktywa.

– Błaszczak mu ufa. Nie chce sobie pozwolić na narzucenie kandydata. Ale ten, o którym mówimy wielkiego optymizmu też nie wzbudza, że tak to ujmę – słyszymy od osoby znającej realia służby.

Na razie jednak nic nie jest przesądzone. Jak zaznaczyliśmy na początku, proces opiniowania nowego szefa nie ruszył. Czy więc nazwisko Łapińskiego, które pojawiło się na giełdzie można traktować tylko jako wrzutkę? Nie do końca. Właściwsze byłoby chyba słowo „straszak”. Kowalski mógłby stać się ofiarą gry o wpływy polityków.

Do pokerowego stolika usiedli zawodnicy wagi naprawdę ciężkiej. Od szefa MON, przez koordynatora służb specjalnych i premiera, a kończąc na osobie w tym zestawieniu może nieoczywistej, ale mającej coś do powiedzenia, bo podpisującej nominacje: prezydencie RP. A ten ma swoje plany i typy; także w spec-służbach. Odczytując sygnały dobiegające z kuluarów Pałacu Prezydenckiego trudno oprzeć się wrażeniu braku szczególnej chemii między Krakowskim Przedmieściem, a al. Niepodległości 243, gdzie ma siedzibę SWW. W orbicie życzliwej prezydenckiej uwagi znajduje się aktualnie inna służba specjalna. Jej szef wciąż ma – co nie jest bez znaczenia – dobre relacje z koordynatorem. I choć dobrze mu w tym fotelu, w którym jest, to apetyt rośnie w miarę jedzenia. A przecież mieliśmy już w Polsce przykład oficera, który kierował konsekutywnie dwiema służbami specjalnymi…

Do zrozumienia tej układanki warto też przypomnieć, że Andrzej Duda był bliskim współpracownikiem Lecha Kaczyńskiego. Ten zaś, w przeciwieństwie do swojego brata, cieszył się szacunkiem wśród oficerów wywiadu. Niekoniecznie wojskowego, uzupełnijmy, i w tym momencie postawmy kropkę. Ale szef MON raczej nie miałby ochoty na wpuszczanie na swoje poletko kogoś z zewnątrz. Nawet, jeśli byłby to człowiek, którego przeszłość dawałaby podstawy do twierdzenia, że sobie na takim stanowisku poradzi. Dlatego właśnie napisaliśmy wyżej o straszaku. Można byłoby potraktować to też jako ruch wyprzedzający ministra obrony. Sygnał „non possumus” dla osób mających ochotę wchodzić w jego rewir.

Trudno też traktować poważnie doniesienia o możliwości objęcia przez Kowalskiego placówki dyplomatycznej w Pakistanie. Zapytany o to, nasz rozmówca krzywi się z niesmakiem i kwituje to krótkim „bądźmy poważni, to mimo wszystko generał i szef wojskowej służby”. Inny z kolei uzupełnia, że dla osoby odchodzącej z takiego stanowiska, właściwym kierunkiem byłaby ambasada w którymś z dużych krajów europejskich. Nasze pytanie o Andrzeja Ananicza, byłego szefa AW, który był później ambasadorem właśnie w Pakistanie odpiera hasłem, że akurat Ananicz znał region i był w tym, co robił po prostu dobry. Jeszcze inną kwestią jest to, że miał on wsparcie w tym zakresie Amerykanów, którzy doceniali jego wiedzę i doświadczenie.

Podkarpacie

Pozostaje też jeszcze jedna, niezwykle ważna kwestia. Sprawa afery podkarpackiej. Oczywiście nie można Łapińskiego łączyć bezpośrednio z działalnością agencji towarzyskich, jakie prowadzili w Rzeszowie i okolicach pochodzący z Ukrainy bracia R. Ale doświadczony oficer Policji, który zna realia Podkarpacia i kulisy afery mówi wprost: to, co się działo na Rzeszowszczyźnie nie mogło się odbywać bez cichego porozumienia ze Strażą Graniczną.

– Mieli zblatowanych pograniczników, mieli bramki ludzi na przejściach granicznych. Ludzie z SG wiedzieli dokąd jadą te dziewczyny i w jakim celu – mówi portalowi policjant.

Powtórzmy jeszcze raz: nikt nie stawia Łapińskiemu zarzutu, że wiedział o procederze handlu ludźmi, jaki miał odbywać się na granicy polsko-ukraińskiej. Jednakże fakt, że proceder ten mógł dziać się przy – w najlepszym razie – obojętnej postawie funkcjonariuszy, odpowiadających za ochronę polskich granic musi budzić niepokój. A za bezpieczeństwo, szczególnie bezpieczeństwo granic państwa, powinni odpowiadać ludzie, co do których wątpliwości nie powinny się pojawiać.

To jest przyszłość. Jak na razie, Łapiński pozostaje tylko kandydatem, którego nazwisko pojawiło się na giełdzie. Wiele z operacji, które zapoczątkował wciąż urzędujący szef SWW wciąż się toczy. Gdyby generał Łapiński faktycznie miał objąć stanowisko tak eksponowane, jak fotel szefa wojskowego wywiadu RP, to opisane powyżej zagadnienia powinny zostać przez politycznych decydentów rozważone. Trudno nie mieć wrażenia, że to tylko płonne nadzieje…

Fot. Gov.pl

CHAOS W ABW. SZEF SŁUŻBY WALCZY O ŻYCIE

Szef ABW broni się jak umie – kolejnymi realizacjami. M.in. dlatego w ciągu ostatnich dwóch tygodni służba mocno zintensyfikowała działania. W jej wnętrzu nasila się jednak chaos.

Certyfikaty? Z poślizgiem…

Poświadczenia bezpieczeństwa wydawane są w Polsce przez dwie instytucje: Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Służbę Kontrwywiadu Wojskowego. Szef ABW stanowi według zapisu ustawy o ochronie informacji niejawnej, funkcję krajowej władzy bezpieczeństwa. De facto to on decyduje o kwestiach związanych z ochroną informacji oraz organizuje pracę właściwego departamentu, zajmującego się wydawaniem poświadczeń bezpieczeństwa. Odpowiada za to Departament IV. Ale jego praca budzi ostatnio zastrzeżenia. Chodzi właśnie o sprawę poświadczeń. Nasi rozmówcy skarżą się na opieszałość Agencji w ich wydawaniu, co dezorganizuje np. działania polskiej dyplomacji.

– Czekam na poświadczenie już siedem miesięcy. Nie wygląda na to, by w tym roku coś się w tym zakresie rozstrzygnęło – opowiada jeden z naszych rozmówców, oczekujący na objęcie ważnego stanowiska w jednej z polskich ambasad na kierunku wschodnim. A problem nie dotyczy tylko jednej ambasady. Ludzie zaczynają być coraz bardziej wściekli i zdesperowani, bo opieszałość funkcjonariuszy wpływa na to, co dzieje się w placówkach.

– Myślimy o skardze sądowej, ale to byłoby dziwne, bo jak skarżyć się na ABW, w gestii której jest wydanie nam poświadczeń? To byłoby jeszcze gorsze – przekonuje inny z naszych rozmówców.

Niepokojące sygnały pojawiają się także w kontekście działań ABW w resortach. Otrzymujemy sygnały o tym, że ludzie na stanowiskach nawet dyrektorów departamentów w MSWiA i MSZ nie mają poświadczeń, wydanych przez Agencję, a „jadą” na osobistej rękojmi ministra. Podobnie, jak było niegdyś w przypadku szefa Narodowego Centrum Kryptologii, Tomasza Mikołajewskiego. Jego sprawę opisywały media. Mikołajewski, pełniąc z woli ówczesnego ministra obrony, Antoniego Macierewicza, funkcję szefa NCK przez ponad rok nie miał poświadczenia. Według medialnych przekazów, zastrzeżenia do Mikołajewskiego mieli także funkcjonariusze SKW. Ostatecznie, Mikołajewski odszedł z NCK po odwołaniu Macierewicza i obecnie pracuje w szkole SWW w Janówku. Wróćmy jednak do kwestii poświadczeń wydawanych przez ABW.

Wąskie gardło

– Tam się zrobiło wąskie gardło – mówi nasz rozmówca, doświadczony oficer służb, potwierdzając to, o czym mówią oczekujący na wydania poświadczeń urzędnicy.

– Zawsze był z tym problem, ale teraz jest coraz gorzej – kontynuuje. Dodaje, że praktyką było jeszcze do niedawna, że na pół roku przed upływem czasu wygaśnięcia poświadczenia wysyłano ankiety do ABW. Tak, aby czas potrzebny do wydania poświadczenia skrócić i nie było problemu właśnie z przewlekaniem postępowań. Teraz jest inaczej. Oprócz sześciu miesięcy postępowania, dzisiaj trzeba na wydanie certyfikatu czekać dodatkowo pół roku, a nawet więcej. Niektórzy oczekują dodatkowo nawet po 10 miesięcy!

Nasz rozmówca przekonuje, że wpływ na taki stan rzeczy miała także likwidacja kilku delegatur Agencji i pozostawienie w ich miejsce tylko oddziałów zamiejscowych. Tak stało się m.in. z delegaturą wrocławską czy olsztyńską. Obecnie, funkcjonariusze z oddziału we Wrocławiu podlegają bezpośrednio delegaturze w Poznaniu. Dlatego podanie o wydanie poświadczenia, które wpłynęło do oddziału wrocławskiego realizowane jest przez Poznań. Wcześniej, o wydaniu poświadczenia decydował szef delegatury, obecnie szef oddziału zamiejscowego nie jest władny. Dokumenty, np. ankiety są dzisiaj wysyłane… drogą mailową! Ale to niejedne niepokojące rzeczy, dziejące się w tym zakresie w agencji z ulicy Rakowieckiej.

Wojna buldogów: kolejna odsłona

ABW coraz mocniej pogrąża się w wewnętrznym chaosie. W ostatnim tygodniu października, przed świętem Wszystkich Świętych, doszło do sytuacji kuriozalnej, nawet jak na obecny stan służb. Otóż, jak mówi nasz informator, pojawił się rozkaz odwołania szefa Departamentu Ochrony Informacji Niejawnych, płk Dariusza Antosiaka, wraz z jego dwoma zastępcami.

– Spakowali się, pożegnali z ludźmi i wszyscy myśleli, że to ich koniec. Ale jeszcze tego samego dnia przyszła kolejna decyzja: o… odwołaniu poprzedniego rozkazu! To co się tam dzisiaj dzieje to jakaś paranoja – wścieka się nasz rozmówca.

Wciąż mówi się o odwołaniu ze stanowiska szefa płk Piotra Pogonowskiego, na co mają mocno naciskać politycy, związani ze stronnictwem ministra sprawiedliwości. Ludzie znający kulisy funkcjonowania Agencji mówią, że także historia Krzysztofa Krełowskiego opisana kilka dni temu przez Dziennik Gazetę Prawną jest kolejną odsłoną walki o fotel szefa ABW. Krełowski przed pracą w Ministerstwie Finansów był funkcjonariuszem ABW, kierował m.in. Departamentem Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Audytu. Tym samym, którego zwierzchnikiem jest obecnie płk Radosław Żebrowski – jeden z najbardziej zaufanych ludzi Pogonowskiego. Pojawiają się głosy, że informacje o Krełowskim kolportowane są przez ludzi co najmniej niechętnych Pogonowskiemu. Można w ciemno przyjąć, że sytuacja wokół ABW wciąż będzie gorąca.

Tymczasem Pognowski broni się jak umie – kolejnymi realizacjami. Dlatego między innymi w ciągu ostatnich dwóch tygodni ABW zintensyfikowała działania. Stąd informacje o wydaleniach dyplomatów, czy zatrzymanie przed samym świętem niepodległości mężczyzny, oskarżanego o działania o charakterze terrorystycznym. Co jeszcze? Przekonamy się prawdopodobnie niebawem. Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że analizowane są sprawy, które mogą zakończyć się szybkimi realizacjami. Pytanie, czy sprawy te obronią się potem w sądach…

Fot. Pixabay

ZIOBRO CHCE ABW. OCIECZEK SZEFEM SŁUŻBY?

Zbigniew Ziobro walczy o przejęcie kontroli nad ABW. Czy kojarzony z nim Grzegorz Ocieczek zostanie nowym szefem służby? To bardzo prawdopodobne.

„Źle się dzieje w państwie rakowieckim” – tak można byłoby zacząć dramat sceniczny o karatece z pancerną pięścią i kapralu, który najpierw został szefem ABW, a potem pułkownikiem. Polityczna rozgrywka wokół szefa NIK-u, Mariana Banasia, może odpryskiem uderzyć w Piotra Pogonowskiego oraz poważnie zatrząsnąć stolikiem, na którym stoi „szachownica” Zjednoczonej Prawicy.

Potężna afera, koncentrująca się na osobie Mariana Banasia dopiero nabiera rozpędu, ale już teraz, jak w soczewce, skupia kilka wątków. Dotyczą one pracy służb specjalnych i kontroli nad nimi. Skłania to do podjęcia próby oceny sytuacji oraz nakreślenia kilku możliwych scenariuszy. Trwa bowiem przeciągnie politycznej liny. Na jednym jej końcu jest szef NIK i szef ABW (oraz jego zwierzchnik – Mariusz Kamiński), a na drugim – minister sprawiedliwości i – przewrotnie – opozycja.

Sprawa Banasia

Przypomnijmy: 21 września, Superwizjer TVN ujawnił historię, zgodnie z którą w należącej do Mariana Banasia kamienicy w Krakowie funkcjonował „pensjonat na godziny”. Przybytek miał być pod „opieką” mężczyzny, którego reportaż opisał jako osobę kojarzoną powszechnie z prowadzenia agencji towarzyskich.

Dwa dni po publikacji materiału, Banaś zawiesił swoją działalność jako szef Najwyższej Izby Kontroli i poszedł na bezpłatny urlop.

17 października, cztery dni po wygraniu przez PiS wyborów parlamentarnych, wrócił do pracy.

Odwołania Banasia domaga się opozycja. W obozie władzy widać, że staje się on coraz większym problemem wizerunkowym. Tym bardziej, że w ubiegłym tygodniu „Rzeczpospolita” ujawniła kolejne niewygodne dla szefa NIK-u sprawy. Chodzi o jego dwóch najbliższych współpracowników z czasów, gdy kierował on Krajową Administracją Skarbową (KAS). Mieli oni być zamieszanych w…olbrzymie wyłudzenia VAT. Chodzi o Arkadiusza B., byłego dyrektora Krajowej Szkoły Skarbowości (i oficera Wojska Polskiego, absolwenta wrocławskiego „Zmechu”, byłego żołnierza Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych) oraz o Krzysztofa B., byłego zastępcę dyrektora departamentu kontroli celnej, podatkowej i kontroli gier. Obaj siedzą obecnie w areszcie z podejrzeniem udziału w zorganizowanej grupie przestępczej.

Jakby tego było mało, w międzyczasie pojawiły się wątpliwości dotyczące poświadczenia bezpieczeństwa Banasia, czyli dopuszczenia szefa NIK do najtajniejszych informacji państwowych. Według naszych ustaleń, poświadczenie wydała Banasiowi w 2018 r. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, której szefem jest nominat Prawa i Sprawiedliwości – Piotr Pogonowski. Oznacza to, że już wtedy ABW musiała przeprowadzić postępowanie sprawdzające. Sprawdzone musiał być także oświadczenie majątkowe szefa NIK.

Służby nie służą (sprawie)

Tu należy zrobić przystanek i pochylić się nad rolą ABW dowodzonej przez Pogonowskiego właśnie. Kontrolowana przez Pogonowskiego Agencja nie tylko musiała skontrolować Banasia – i jego majątek – ale także winna była zabezpieczyć kontrwywiadowczo szefa NIK. Między innymi na okoliczność takiego skandalu, jaki właśnie rozgrywa się na oczach polityków i opinii publicznej.

Pragmatyką służby powinno być w tym przypadku ostrzeżenie decydentów: „halo, panie ministrze, tu jest sytuacja mogąca doprowadzić do kryzysu”. Wygląda na to, że tak się jednak nie stało. Wielu funkcjonariuszy ABW było (lub nadal jest) oddelegowanych i do resortu finansów, i do KAS, a minister-koordynator służb specjalnych, Mariusz Kamiński uczynił walkę z nadużyciami finansowymi i wyłudzeniami VAT oczkiem w głowie ABW. Możliwości są więc dwie: albo pod nosem funkcjonariuszy „Abwehry”, w samym sercu skarbówki, dochodziło do nadużyć, co świadczy o ich nieudolności, albo… sytuacja została odnotowana, ale, jak to się mawia, „nie nadano jej biegu”. I jedna, i druga opcja nie wystawia dobrego świadectwa ABW oraz Pogonowskiemu.

Tymczasem sytuacja polityczna zmieniła się i to na niekorzyść szefa ABW. Na korytarzach centrali przy ulicy Rakowieckiej znowu pojawiają się plotki o odwołaniu Profesora – jak nazywany jest Pogonowski. Jak zwykle w takich sytuacjach rusza giełda nazwisk. Najnowszym jest Grzegorz Ocieczek. Kim jest Ocieczek? To obecny wiceszef Centralnego Biura Antykorupcyjnego, w latach 2006 – 2007 był wiceszefem ABW, którą kierował ówcześnie Bogdan Święczkowski. Obaj pracowali na Śląsku, w czasach prokuratorskich zajmując się przestępczością zorganizowaną. Ocieczek oskarżał m.in. członków mafii paliwowej. Uchodzi wręcz za prawą rękę Święczkowskiego. Osoby znające kulisy mówią wręcz, że do CBA trafił jako swoisty “nadzorca”.

– Ma tam pilnować interesów ministra sprawiedliwości – twierdzi nasz rozmówca.

Co ciekawe, podobnie jak obecny szef NIK jest on karateką. A ponieważ natura jest systemem deterministycznym, w którym suma musi równać się zeru, tak samo musi się w ekosystemie zgadzać liczba karateków. Tak czy inaczej, Ocieczek wydaje się być osobą bliższą raczej Ziobrze, niż PiS en bloc. A to oznacza kolejny element w układance, czyli…

… Ziobry zakusy na ABW

Po wyborach parlamentarnych z połowy października dotychczasowi koalicjanci PiS, czyli Solidarna Polska i Porozumienie – partie Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina – wprowadziły swoich posłów do Sejmu. Na tyle wyraźnie, że teraz to oni na swój sposób trzymają w szachu Jarosława Kaczyńskiego. Pojawiały się doniesienia o targowaniu się Ziobry o fotel wicepremiera. To się jednak nie na razie nie udało. Czy jednak mógłby dostać jako nagrodę pocieszenia ABW? Nasi rozmówcy znający kulisy funkcjonowania służb mówią, że taka opcja jest realna. Do tego stopnia, że Pogonowski miał wręcz pożegnać się już z najbliższymi współpracownikami. Od dłuższego czasu ma też wysyłać swoich zastępców na rozmowy z politykami.

– Nawet z kierowcą się już pożegnał – śmieje się jeden z naszych rozmówców. Razem z nim miałby odejść jeden z jego najbliższych przybocznych – płk Radosław Żebrowski, odpowiadający za pion bezpieczeństwa w ABW. Potencjalna wymiana Pogonowskiego byłoby także szansą dla Ziobry na utarcie nosa Kamińskiemu, z którym nie jest w najlepszych stosunkach. Gdzie mógłby wylądować sam Pogonowski? Pojawiają się informacje o Trybunale Konstytucyjnym lub Sądzie Najwyższym, jednak wiele wskazuje na to, że jego dalszy los zależy w dużej mierze od tego, jak zakończy się afera Mariana Banasia i co jeszcze odkryją śledczy i dziennikarze w Ministerstwie Finansów.

Co z tego wyniknie?

Mówi się, że kiedy premier wielkiej Brytanii, William Gladstone, usłyszał o śmierci generała Gordona w Chartumie, burknął „mógł sobie wybrać lepszy moment na śmierć”. Kryzys wywołany utratą Chartumu w wyniku powstania Mahdiego kosztował Gladstone’a stanowisko i pokazał dobitnie, że jedyną stałą na świecie jest… zmienność. Polityczny kryzys, który zapoczątkował Marian Banaś może być kosztowny politycznie nie tylko dla samego szefa NIK, ale także dla całego obozu rządzącego. Gdyby afera wymiotła z gabinetów Banasia i Pogonowskiego, mogłoby to oznaczać spore kłopoty dla prezesa PiS i przesunięcie wektora ciężkości na stronę mającego wielki apetyt na władzę Zbigniewa Ziobro. Szczególnie stanowisko szefa ABW obsadzone przez osobę bliską ministrowi sprawiedliwości daje podstawy do mówienia o realnym wzroście pozycji Ziobry po wyborach. Trudno stwierdzić, by była to pozytywna wiadomość dla Jarosława Kaczyńskiego.

Fot. Ministerstwo Sprawiedliwości

„DLA ELIZY” – NIE NUTY, LECZ STANOWISKO (W ABW)

Imponujące kariery w służbach specjalnych to rzecz godna najwyższych pochwał oraz stanowisk. Np. Departamentu VII Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, odpowiadającego m.in. za ochronę interesów ekonomicznych. Gorzej, jeśli takie stanowisko obejmuje osoba, co do doświadczenia której można mieć wątpliwości.

Do roku 2012 za nadzór nad ochroną interesów ekonomicznych państwa odpowiadał dyrektor oddzielnej jednostki, Departamentu Bezpieczeństwa Ekonomicznego Państwa (II A). W roku 2012, ówczesny premier Donald Tusk podpisał zarządzenie, w myśl którego zlikwidowano oddzielną komórkę ekonomiczną i wcielono ją (wraz z Departamentem II B, odpowiedzialnym za zwalczanie terroryzmu) do Departamentu II nazwanego całościowo Departamentem Kontrwywiadu. Miał to być zresztą jeden z powodów konfliktu między ówczesnym szefem ABW, gen. Krzysztofem Bondarykiem, a premierem Tuskiem. Departamentem II kieruje dzisiaj płk Fabiana Fetke, niegdyś pracująca w departamencie postępowań karnych, a kompetencje dawnego IIA zostały rozproszone.

– Duża część podpada pod Departament VII (zagrożenia strategiczne), czyli np. energetyka. Część trafiła do Centrum Analiz, a część do CAT – mówi nasz rozmówca. Dziwi się również, że na czele Departamentu II postawiono właśnie płk Fetke – doświadczoną śledczą, ale niekoniecznie znającą środowisko „twardego” kontrwywiadu.

Teraz, całym Departamentem VII (Zwalczania Terroryzmu i Zagrożeń Stategicznych) kieruje Eliza Wójcik. Warto przyjrzeć się tej postaci, choć informacji o niej trudno odszukać. Ale można odszukać strzępy i próbować z nich składać całkiem interesującą drogę zawodową.

Policyjno-urzędniczy przekładaniec

Wójcik od lat związana jest z resortami siłowymi. W latach 2007 – 2014 była szefową Biura Finansów Komendy Głównej Policji. Już wtedy, 12 lat temu, w Związkowym Przeglądzie Policyjnym, wydawanym przez NSZZP pisano, że „newralgiczne Biuro objęła osoba z zewnątrz”. Była absolwentką studiów podyplomowych z zakresu finansów i rachunkowości budżetowej. Ślady tej działalności można znaleźć m.in. w kwartalniku „Policja”, przeznaczonym dla kadry kierowniczej tej największej polskiej służby. po Co ciekawe – do Komendy Głównej trafiła z resortu sprawiedliwości. Jej nazwisko nie wypływało często do mediów. Aż do lutego 2009 r., kiedy portal TVN 24 opublikował poufne nagranie ówczesnego zastępcy komendanta głównego policji z telekonferencji z podwładnymi. Wypowiada się podczas konferencji – w epizodycznej co prawda roli – właśnie Eliza Wójcik. Artykułowała wtedy obawę, że bieda w policji jest tak duża, iż mogą być problemy nawet z wypłatą uposażeń.

Kiedy do resortu sprawiedliwości trafił w 2013 r. Marek Biernacki, kilka miesięcy później podążyła za nim Eliza Wójcik. Oddajmy głos branżowemu policyjnemu magazynowi „997”.

„1 września 2014 r. minister spraw wewnętrznych odwołał z zajmowanego stanowiska insp. Michała Domaradzkiego, komendanta wojewódzkiego Policji w Lublinie, a następnego dnia powołał go na stanowisko komendanta stołecznego Policji. 2 września na stanowisko komendanta wojewódzkiego Policji w Lublinie został powołany nadinsp. Dariusz Działo, który dotychczas kierował garnizonem stołecznym. 12 września 2014 r. zmieniło się kierownictwo Biura Finansów Komendy Głównej Policji. Eliza Wójcik, dotychczasowa dyrektor, została przeniesiona do pracy w Ministerstwie Sprawiedliwości.”

To dość zaskakujący powrót, szczególnie po siedmiu latach pracy na stanowisku w Komendzie Głównej Policji. Jeszcze pod koniec września 2015 r., piastowała funkcję Dyrektor Generalnej MS.

Wybory parlamentarne w październiku 2015 r. oznaczały dla kobiety kolejną zmianę pracodawcy. Tym razem, z al. Szucha trafiła na ulicę Rakowiecką, gdzie mieści się centrala ABW. Już w lutym 2016 r. wypowiadała się przed Senacką Komisją Praw Człowieka, Praworządności i Petycji. Już jako dyrektor Biura Finansów ABW. Interesującym może być fakt, że w tym czasie wypowiadała się jeszcze jako cywilnym pracownik Agencji. Jeden z naszych rozmówców przekonuje, że Wójcik kończyła kurs wraz z Krzysztofem Wacławkiem – byłym funkcjonariuszem CBA (miał współtworzyć w antykorupcyjnej służbie pion kontroli) i pracownikiem NIK.

Długi marsz po zwycięstwo

Tu znowu musimy wykonać przeskok czasowy. Tym razem do września roku ubiegłego. Eliza Wójcik, już jako major ABW, staje przed sejmową Komisją Finansów Publicznych. Mówiła m.in. o potrzebie zakupu nowych radiotelefonów na rzecz służby, przed organizacją Szczytu Klimatycznego ONZ, który odbył się w Katowicach. Co ciekawe, sygnalizowała także „zdiagnozowanie pewnych braków w zakresie funduszu operacyjnego”, jednak tematu nie rozwinęła, zasłaniając się „formułą funduszu operacyjnego”. Wydaje się, że w tym zakresie Wójcik trudno jest cokolwiek zarzucić. Nasi rozmówcy przekonują, że jest dobrą specjalistką od budżetu, szczególnie w zakresie logistyki. Tymczasem zaledwie kilka miesięcy później, kariera Wójcik nabiera jeszcze większego przyśpieszenia. W końcu objęła nadzór nad interesami ekonomicznymi. Już w stopniu podpułkownika. To zdumiewająco szybki awans, a wyzwanie duże: obejmuje nie tylko nadzór nad walką z wyłudzeniami VAT – aktualnie na topie w ABW – ale także ochronę i osłonę kontrwywiadowczą nad największymi spółkami skarbu państwa: energetycznymi, wydobywczymi i paliwowymi.

Rodzi się więc pytanie: czy mająca doświadczenie – wieloletnie co prawda – ale głównie w kwestiach budżetowych Wójcik ma niezbędne kompetencje do kierowania tak newralgicznym departamentem, jak Departament VII? Czy osoba, która znakomicie rozlicza i projektuje budżet będzie potrafiła odpowiednio odczytać takie intrygi, jak np. próba przejęcia zakładów azotowych w Mościcach przez Rosjan? Czy zagrożenia strategiczne – terroryzm, szpiegostwo, działania w sferze informacyjnej – nie przerosną nowej szefowej tej arcyważnej komórki? Skąd wreszcie tak szybki awans cywila w strukturze ABW? Być może odpowiedzią na pytania, a przynajmniej na ostatnie z nich, są powtarzane na korytarzach ul. Rakowieckiej historie, o rodzinnych koneksjach Elizy Wójcik. Według naszego rozmówcy, kobieta jest związana rodzinnie z jednym z polityków Prawa i Sprawiedliwości. Ale pojawia się także inna sugestia: że obecna funkcja jest dla kobiety tylko przystankiem w długim marszu po kolejną – tym razem już w ścisłym kierownictwie ABW.

– Szykują dla niej fotel wice szefowej. Ale nie miała doświadczenia i dlatego postawili ją na to stanowisko – kończy nasz rozmówca.

Fot. Pixabay

SWW- SŁUŻBA WIECZNIE WALCZĄCYCH

SWW- SŁUŻBA WIECZNIE WALCZĄCYCH

Trzech analityków odeszło w ostatnim czasie ze Służby Wywiadu Wojskowego. Doświadczonych, z co najmniej 20-letnim stażem w służbie.

Dwaj, w okresie 2006 – 2010 pełnili służbę w Kwaterze Głównej NATO w Brukseli. Jeden jeszcze niedawno służył w Serbii. Dwaj to żołnierze, i ci zostali „oddani” do MON, czyli formalnie zwolnieni. Trzeci jest funkcjonariuszem zatrudnionym w SWW. Z tym sprawa jest trudniejsza.

Dominik I Groźny

Ze służby zwalniał ich osobiście szef Departamentu Analiz SWW, Dominik Smyrgała. W dość niegrzecznej, jak słyszymy, formie. To interesująca postać, z wielu powodów. Przez niecałe dwa miesiące (grudzień 2017 – styczeń 2018) był wiceministrem obrony, gdy resortem kierował Antoni Macierewicz. Ich znajomość – oraz znajomość z obecnym szefem SWW, gen. Andrzejem Kowalskim – trwa jednak dłużej i ma kilka interesujących punktów wspólnych. Gdy Macierewicz kierował nowo powstałą Służbą Kontrwywiadu Wojskowego, do służby dołączył także Smyrgała. W ub. roku media opisywały historię pozbawienia go poświadczenia bezpieczeństwa za naruszenie ustawy o ochronie informacji niejawnych. Według przekazów, Smyrgała miał przyznać się wtedy, podczas badania na wariografie, do powielania poufnych dokumentów bez zgody przełożonych.

Co ciekawe, Smyrgała pojawia się także w kontekście pewnej historii, dotyczącej gen. Andrzeja Kowalskiego. Niewielu pamięta, że Kowalski był przez dwa tygodnie 2007 roku pełniącym obowiązki szefa SKW. To on podpisywał także dokumenty finansowe pewnej dość niesmacznej operacji, która była potem obiektem drwin w SKW. Chodziło o tłumaczenie i wydanie książki „Nowe kłamstwa w miejsce starych”, autorstwa jednego z najsłynniejszych uciekinierów z KGB, Anatolija Golicyna.

Generał „kopiuj-wklej”

– Napisali wtedy pismo do pełnomocnika Golicyna, bo nawet nie do niego samego, z zapytaniem o możliwość przetłumaczenia i wydania książki. Odpowiedź była niezwykle grzeczna, wyrażała zainteresowanie, ale pod żadnym pozorem nie było w niej formalnej zgody. Oni wzięli to jednak za dobrą monetę – mówi nasz rozmówca, doświadczony funkcjonariusz wojskowych służb. Kosztowało to Służbę ok. 40 tys. zł, a lwią część z tego pochłonęły tłumaczenia. Jedną z tłumaczek była… żona pracującego wtedy w SKW Dominika Smyrgały. Co było dalej?

– Wydrukowali to. Chcieli rozdawać VIP-om i korzystać z książki jako źródła wiedzy – mówi dalej nasz rozmówca. Ale wtedy zmieniła się władza, a nowy szef SKW, po zapoznaniu się z dokumentami, złapał się za głowę i zakazał rozpowszechniania książki w jakiejkolwiek formie. Przeprowadzono postępowanie kontrolne wobec Kowalskiego, który – jak zaznaczyliśmy już wyżej – podpisywał dokumenty. Również finansowe. Ale ostatecznie sprawę zamieciono.

– Karę orzeczono, ale odstąpiono od jej wykonania. Dzisiaj za o wiele mniejsze przewiny ludzie dostają „231”. Potem pewnie wielu pluło sobie za tę decyzję w brodę – uśmiecha się gorzko nasz rozmówca. Chodzi o par. 231 KK – nadużycie uprawnień przez funkcjonariusza.

Co było dalej?

Losy Kowalskiego są dość enigmatyczne. W 2013 r. napisał od książkę „Rosyjski sztylet”, dotyczącą działalności rosyjskiego wywiadu „nielegalnego”. Wydaje się jednak, że pisarstwo w różnych formach jest słabą stroną Kowalskiego.

– Swego czasu, kilka osób z działu kadr przetłumaczyło pewien skrypt, dotyczący działalności sowieckiego, a potem rosyjskiego wywiadu. Trafił on do szafy i został nieco zapomniany. Jakież było nasze zdziwienie, gdy w 2013 r. Kowalski wydał swoją książkę! Ludzie, którzy ją czytali z niedowierzaniem orientowali się, że już to gdzieś widzieli – tłumaczą nasi rozmówcy. Otworzono więc sejf z przetłumaczonym skryptem… i sprawa stała się jasna. Kowalski posłużył się, eufemistycznie rzecz ujmując, bardzo obszernymi fragmentami tekstu, przetłumaczonego na użytek Służby…

Przechowalnia

Trudno oprzeć się wrażeniu, że formacja, odpowiadająca za wojskowy wywiad jest prawdziwym przystankiem dla Wiecznie Walczących. To w SWW znalazł bowiem zatrudnienie Tomasz Mikołajewski, były już szef Narodowego Centrum Kryptologii, któremu poświadczenia bezpieczeństwa nie chciała wydać SKW nawet pod rządami Piotra Bączka, przyjaciela ówczesnego szefa MON, Macierewicza. Mikołajewski był zagadką nawet dla ludzi z biura kadr SKW. W jego ankiecie, złożonej w procesie postępowania sprawdzającego było tyle luk, że nikt nie chciał się podpisać pod zgodą na wydanie poświadczenia. Mikołajewski przez rok „jechał” więc na osobistej rękojmi ministra. Gdy Macierewicza zabrakło w MON, z NCK z hukiem wyleciał Mikołajewski. Obecnie jest on zatrudniony w ośrodku kształcenia kadr SWW, w Janówku.

Inną ciekawą osobą jest także obecna zastępczyni Kowalskiego, płk Agata Mazur. W czasach swojej służby w SKW znana była głownie z wywieszania kartki „nie przeszkadzać, pora posiłku” na drzwiach swojego gabinetu. Później, już w czasach służby w SWW, jako zastępczyni szefa wydała zarządzenie, które na korytarzach (i w toaletach) gmachu SWW przy ul. Niepodległości długo odbijało się śmiechem podwładnych. Płk Mazur wpadła bowiem na pomysł, że… papier toaletowy, zamawiany do Centrali, ma być obligatoryjnie biały. I było to ściśle nadzorowane! Po co? Nikt nie wie.

– Takie to asy, dobre do zamawiania papieru. Albo toaletowego, albo do książek – wścieka się nasz rozmówca. I przypomina, że w sprawie Mariana Radzajewskiego, zatrzymanego przez rosyjskie FSB pod zarzutem szpiegostwa zapadła cisza. Dziwnie krępująca, jeśli wziąć pod uwagę, że Radzajewski niemal na pewno – co powtarzają jednym głosem funkcjonariusze wojskowych i cywilnych służb – „robił” dla SWW. Ale cisza w gmachu przy Niepodległości 243 ma swoje zalety. W ciszy bowiem można się wygodnie schować. Tak, jak uczynił to były szef tej formacji, Witold Marczuk. Marczuk, choć od lat „nieczynny” wciąż znajduje się w rezerwie kadrowej. I pobiera pensję. Niemałą, jako że z SWW odchodził w stopniu generała brygady tej służby.

Powyższy krótki przegląd nie daje zapewne pełnego przeglądu tego, co dzieje się w wojskowym wywiadzie. Daje jednak asumpt, by skrót SWW rozwinąć jako Służba Wiecznie Walczących. O emerytury, posady lub… papier toaletowy.

Fot. Pixabay

ZŁOTY SPADOCHRON BEZPIECZNIAKA Z SKW

ZŁOTY SPADOCHRON BEZPIECZNIAKA Z SKW

Były szef Biura Pełnomocnika Ochrony Służby Kontrwywiadu Wojskowego czeka na postawienie mu zarzutów? Według naszych informacji, w prokuraturze wojskowej toczą się działania wobec Jacka Ł., który w 2016 r. został szefem BPO, czyli czegoś na kształt „kontrwywiadu w kontrwywiadzie”.

W maju, Jacek Ł. odszedł z SKW. W okolicznościach, co najmniej, dwuznacznych. Odchodził wtedy wraz z wiceszefem Służby, płk Robertem Muchą. Ł. – nazywany w czasie służby „Żelek” – może mieć jednak problem. Według naszych ustaleń, toczy się postępowanie, w wyniku którego „Żelek” może usłyszeć zarzuty mobbingu i molestowania seksualnego. – Kazał jednemu z podwładnych rozbierać się i pokazywać przyrodzenie – mówi nasz informator. I dodaje, że odejście Jacka Ł. było co najmniej zagadkowe. Co ciekawe, po tym, jak został odwołany ze stanowiska szefa BPO, przez pewien czas piastował funkcję najważniejszego doradcy zwierzchnika SKW, Macieja Materki. Wtedy też zmieniono mu grupę zaszeregowania, na najwyższą, 25. Co to oznacza? W praktyce tyle, że odchodząc z SKW w stopniu pułkownika, Jacek Ł. będzie otrzymywał generalską emeryturę. A to powyżej 10 tys. zł.

Ale Jacek Ł. narzekać nie może, bo przygotowano dla niego prawdziwy „złoty spadochron”. Po odejściu z kontrwywiadu, trafił do Polskiego Holdingu Obronnego. Został tam szefem biura bezpieczeństwa, gdzie także może liczyć na comiesięczne wynagrodzenie w wysokości kilkunastu tysięcy złotych. W zatrudnieniu go miał udział inny były funkcjonariusz SKW, obecnie również pełniący ważną funkcję w PHO. Jak tłumaczą nasi rozmówcy, zwierzchnik biura bezpieczeństwa to nie jest funkcja typowego „bezpieczniaka”. Kieruje się bowiem liczącą kilkaset osób agencją ochrony, świadczącą usługi na rzecz spółek z Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Czy w momencie zatrudnienia, zarząd PHO wiedział o problemach, Jacka Ł.? Czy posiada niezbędne do pracy na tym stanowisku kompetencje i doświadczenie? Czy został zatrudniony w transparentnym procesie wyboru najlepszego kandydata? Pytań jest wiele, jednak na te wysłane do PHO – odpowiedzi nie otrzymaliśmy.

– Przez kilka miesięcy jego „pracy” biuro poszło w rozsypkę – mówi nasz rozmówca. Praktycznie zlikwidowano audyt, z komórki odchodzą doświadczeni pracownicy. Pojawiają się także bardziej alarmujące doniesienia: o braku właściwego nadzoru nad chronionymi obiektami oraz o pracownicach PHO, którym Jacek Ł. ma wprost proponować seks. Pracownicy mają być też przez niego zastraszani.

Co sprawia, że Jacek Ł. ma tak mocną pozycję i to pomimo toczącego się postępowania? Dlaczego też mimo tych i innych „problemów” miał w SKW tak wysoką pozycję, że doszedł aż do funkcji szefa BPO? Może mieć na to wpływ fakt, że lata temu, Jacek Ł. prowadził postępowanie w sprawie poświadczenia bezpieczeństwa dla byłego już szefa WSI, gen. Marka Dukaczewskiego.

– Ma dobre relacje w ABW, na pewno znają się z pułkownikiem Radosławem Żebrowskim – mówi nam wysoki rangą funkcjonariusz SKW. Znaczącym jest, że poświadczenie bezpieczeństwa wydało Jackowi Ł. właśnie ABW. To wynika z obowiązku, przewidzianego przez ustawę: szefom służb i pełnomocnikom ochrony, poświadczenia robi się „krzyżowo”: funkcjonariuszy ABW kontroluje SKW i na odwrót. A skąd znajomość funkcjonariuszy wojskowego i cywilnego kontrwywiadu? Warto w tym momencie przypomnieć, że szefem komórki analogicznej, do tej której zwierzchnikiem był w SKW Jacek Ł. jest… właśnie płk Radosław Żebrowski; także oficer z przeszłością w wojskowych spec-służbach.

Fot. Pixabay

SWW- Służba Wiecznie Walczących