Home Articles posted by Redakcja (Page 2)

Otwarto nową siedzibę BND – największy tego typu kompleks szpiegowski na świecie.

W inauguracji wzięła udział Kanclerz Niemiec, Angela Merkel. BND – niemiecka agencja wywiadu zagranicznego zatrudnia 6500 osób. Część z nich pracuje poza granicami Niemiec, w około 300 miejscach rozsianych po całym świecie. Roczny budżet służby wynosi blisko miliard Euro, to jest 966.482 mln €.

Do niedawna siedziba BND znajdowała się w Bawarii, na przedmieściach Monachium, ale uznano to miejsce za wyjątkowo niepraktyczne, stąd przenosiny do centrum Berlina. Masywny, przytłaczający wręcz nowy kompleks budynków znajduje się w zamożnej dzielnicy Mitte, przysłowiowy rzut kamieniem od granicy dzielącej niegdyś miasto na strefę wschodnią i zachodnią.

Budynki nowej siedziby BND zajmują obszar równy 36 boiskom piłkarskim co czyni ją największym tego typu obiektem na świecie, większym od Langley w stanie Wirginia, w którym mieści się CIA.

Budowa rozpoczęła się w 2006 roku i teoretycznie główne prace zostały ukończone w 2011 roku, ale ostatecznie zdecydowano o dodatkowych audytach bezpieczeństwa, unowocześniono także część zabezpieczeń ponieważ technika w ciągu tych pięciu lat poczyniła ogromne postępy. Tak więc ostatecznie inwestycję ukończono po 12 latach kosztem miliarda €. Podczas budowy zużyto 135.000 m3 betonu, 20.000 ton stali, 14.000 okien i 12.000 drzwi. To pokazuje skalę przedsięwzięcia. W budynku na razie pracować będzie 4.000 pracowników i funkcjonariuszy BND. Nie mogą oni wnosić do części biurowej żadnego prywatnego sprzętu elektronicznego. W godzinach pracy obowiązuje zakaz korzystania z social mediów oraz sprawdzania prywatnej poczty elektronicznej. Wszystkie karty dostępowe pozostają oczywiście w budynku, po zakończeniu pracy, zdeponowane w specjalnym sejfie.

Ale nie zawsze było tak bezpiecznie. Otóż jedną z przyczyn opóźnień w budowie, o czym niechętnie wspominają niemieckie służby jest fakt kradzieży instalacji wodno-kanalizacyjnej z części obiektu, do jakiej doszło w 2015 roku. Niby nic poważnego, ale w jej efekcie doszło do zalania dużej części budynków co z kolei spowodowało konieczność wymiany dużej części infrastruktury – np. okablowania.

Ciekawa jest też historia terenu, na którym zbudowano obiekt. Przed wojną mieściły się tam koszary policji, poważne zniszczone podczas walk o Berlin w 1945 roku. W ich miejsce władze NRD zdecydowały się umiejscowić obiekty sportowe – z niewielkim stadionem włącznie. Po zjednoczeniu, Niemcy starały się o organizację letnich igrzysk w 2000 roku i w ramach przygotowań do imprezy zdecydowano o wyburzeniu starych obiektów tak, aby zrobić miejsce dla nowego stadionu. Z planów nic nie wyszło a atrakcyjny teren ostatecznie przejęło BND.

Źródło: BND

Fot. Wikipedia

Istnieje 1000 powodów, dla których Mossad, MI6 i CIA mogły przemycić naukowca z Iranu do Wielkiej Brytanii, powiedział były szef Mossadu, Danny Yatom w “Jerusalem Post”, dzień po doniesieniach o takiej operacji.

Choć ani Mosad, CIA ani MI6 publicznie nie potwierdziły tego faktu to brytyjska Daily Mail napisała, że 47-letni irański technik jądrowy został przerzucony w sylwestra do Anglii wraz z 12 migrantami. Z Francji do Anglii miał podróżować z migrantami pontonem przez kanał z La Manche.

Podobno irański defektor był zaangażowany w opracowanie planu zamachu na Mostafa Ahmadi Roshana, naukowca jądrowego, który zginął podczas wybuchu samochodu w Teheranie w 2012 roku.

Mosad został uznany przez zachodnie wywiady i media za sprawcę szeregu zabójstw irańskich naukowców w ciągu ostatnich dwóch dekad, choć nigdy nie przyznał się do tego.

Najbardziej oczywistym powodem przemycenia irańskiego naukowca jądrowego byłoby uzyskanie informacji o programie nuklearnym Republiki Islamskiej, a także wykorzystanie naukowca jako świadka, aby przekonać inne państwa, że Teheran wciąż pracuje nad bronią jądrową.

Yatom zapytany o to jak cenne mogą być te informacje, powiedział: “To zależy od tego, kim jest, jak był wysoko w hierarchii, co wie”, zauważając, że Izrael oraz Zachód, a także przeciwnicy od czasu do czasu pozyskiwali od siebie defektorów.

Innym powodem może być po prostu ocalenie tajnego agenta przed odkryciem przez Iran.

Wyjaśniając, były szef Mossadu powiedział, że „kiedy odwrócisz obcokrajowca, by szpiegował dla ciebie on polega na tobie. Jeśli go nie uratujesz, a oni go znajdą, trudniej będzie zmusić w przyszłości innych ludzi do szpiegowania dla ciebie”.

Powiedział, że czasami agencje wywiadowcze muszą pomóc zarówno agentowi, jak i jego rodzinie w ucieczce.

Pytany o to, jak inni dowiedzieliby się o tym, że agent izraelski został schwytany, gdy wojny szpiegowskie są zwykle utrzymywane w tajemnicy, powiedział, że Iran i inni wrogowie Izraela często nagłaśniają informacje, gdy rzekomo złapią agenta izraelskiego.

Omawiając doniesienie medialne o samej operacji, Yatom powiedział, że “najbardziej złożoną częścią tego rodzaju operacji jest wyprowadzenie naukowca z Iranu, ponieważ mają oni opiekunów”.

Były szef Mosadu podkreślił także, że pozyskanie naukowca z Iranu może być prawdziwą informacją, ale już sposób jego przerzucenia na Zachód niekoniecznie.

Źródło: The Jerusalem Post

Fot. Pixabay

Prezydent Donald Trump ma podpisać rozporządzenie, które zakaże stosowania sprzętu firmy Huawei, do budowy nowoczesnej sieci internetowej 5G na terytorium USA, uzasadniając swoją decyzję bezpieczeństwem narodowym państwa.

To kolejna odsłona coraz ostrzejszej wojny o kształt światowego internetu, a co za tym idzie dostępu do danych, ale i umysłów użytkowników, w przededniu uruchomienia supernowoczesnej technologii 5G. To także starcie dwóch wizji i próba poszerzenia wpływów własnych oraz poszczególnych firm.

Już dziś można zaryzykować twierdzenie, że mamy do czynienia z dwoma sieciami. Jedna wersja – amerykańska, bardziej otwarta i niezależna od państwa, ale z wyraźną dominacją firm – dostawców popularnych aplikacji. Na tyle popularnych, że dziś na bazie nazwy Google powstał nawet czasownik w języku potocznym – googlować – czyli poszukiwać informacji.

Chińska wersja jest lustrzanym odbiciem internetu w wersji anglosaskiej – z tym, że bez potrzeby pobierania wielu aplikacji – wszystko dzieje się w jednym miejscu, za to pod kontrolą państwa. Zwolennicy wersji chińskiej argumentują, że kłopotliwe jest przeskakiwanie między aplikacjami, sklepami i bankami a niektóre strony wciąż nie są dostosowane do wersji mobilnych.

Starcie dwóch wizji przybiera ponadstandardowe formy, bo w obliczu wprowadzenia superszybkiej, nowej generacji technologii mobilnej 5G, dojdzie do nowego podziału światowego rynku. Amerykanie wyraźnie obawiają się, że dostarczając infrastrukturę do budowy sieci, Chińczycy chcą w naturalny sposób poszerzyć swoją strefę wpływów, co ostatnio udaje się w wielu miejscach na świecie. Oczywiście przy okazji Chiny chcą uzyskać dostęp do wielu niezwykle wrażliwych informacji, w tym tych najbardziej intymnych, dających ogromne pole do wszelkiej manipulacji – w tym politycznej.

Postawa Waszygtonu wydaje się nieprzejednana, a sygnał wysyłany do Pekinu jest bardzo czytelny: nie będzie zgody na wejście chińskiej technologii w amerykańską strefę wpływów. Szczególnie ważna jest w tym kontekście Europa Środkowo-Wschodnia. Stąd ostatnia akcja ABW dotycząca Huawei szeroko opisywana przez nasz serwis. Zresztą dyskusja na temat obecności chińskiej technologii na rynku trwa też w Czechach – gdzie tradycyjnie widać zasadniczą różnicę zdań pomiędzy Premierem i Prezydentem – pozostającym zwolennikiem chińskiej obecności oraz na Węgrzech.

O temperaturze sporu niech świadczy treść wywiadu, jakiego udzielił Ambasador USA przy Unii Europejskiej Gordon Sondland. Zapytany przez Politico o oskarżenia chińskiego giganta telekomunikacyjnego Huawei ws. sprzedaży technologii, której można użyć do szpiegowania, powiedział, że działania tej firmy stanowią strategiczne zagrożenie dla interesów USA.

Ambasador sugerował, że Huawei na tyle blisko współpracuje z komunistyczną partia Chin, że nie tylko możliwe jest podsłuchanie dowolnej rozmowy, ale także zdalne spowodowanie śmierci człowieka prowadzącego samochód przyłączony do sieci 5G. Ambasador podkreślił, że w jego opinii Huawei nie ma dziś żadnej możliwości, aby skutecznie przeciwstawić się żądaniom chińskiego rządu.

Tę bardzo mocną wypowiedź Ambasadora natychmiast skomentował przedstawiciel Huawei w Unii – Abraham Liu twierdząc, że wypowiedź Pana Ambasadora ma się nijak do rzeczywistości, a reprezentowana przez niego firma ma wielkie osiągnięcia w zakresie cyberbezpieczeństwa.

Dodajmy, że dyskusja ta odbywa się w trakcie trudnych rozmów amerykańsko – chińskich, które mają doprowadzić do przełomu we wzajemnych relacjach handlowych, na którym, jak się wydaje, zależy obydwu stronom. Chiny zmagają się ze spowolnieniem gospodarczym, ale są też największym właścicielem amerykańskich obligacji (a więc amerykańskiego długu).

Z kolei Donald Trump obawia się, że globalne spowolnienie dotknie również Stany a wieści o braku porozumienia przyspieszyłyby ten proces. Stąd obustronna presja, ale i skomplikowana gra obliczona na osiągnięcie jakiejś formy porozumienia, którą da się sprzedać jako sukces.

Nie zmienia to jednak faktu, że naszym zdaniem spór wokół sieci 5G będzie miał znacznie większe znaczenie tak z geopolitycznego punktu widzenia, jak i ze względów bezpieczeństwa. Obecny szef amerykańskiej dyplomacji – Mike Pompeo, który wcześniej był szefem CIA, nie ukrywa, że kwestia 5G definiuje kto jest dziś głównym przeciwnikiem USA na światowej scenie. Amerykańskie służby traktują kwestie związane z budową sieci jako sprawę priorytetową i ściśle współpracują w tym obszarze z zachodnimi partnerami, blokując chińskie próby wszędzie tam, gdzie jest to możliwe. Trzeba dodać, że rywalizacja o kształt internetu odbywa się na całym globie (choć nasza uwaga koncentruje się głównie na Europie). Chińczycy przekonują do siebie poszczególne kraje dostępnością i konkurencyjną ceną infrastruktury. W najbliższym czasie będziemy się bliżej przyglądać wojnie o kształt internetu przyszłości, nie tylko przez pryzmat Europy.

Fot. Pixabay

Hamas i inne grupy terrorystyczne w Gazie rozpoczęły ostatnio kampanię mającą na celu pozyskanie darowizn na rzecz organizacji terrorystycznych wypłacanych w Bitcoinach.

Działając pod parasolem Ludowych Komitetów Oporu, organizacje terrorystyczne wezwały swoich zwolenników do przekazywania pieniędzy za pomocą wirtualnej waluty Bitcoin. Według doniesień mediów arabskich po raz pierwszy skrzydło militarne Hamasu wezwało do dokonania darowizn finansowych za pomocą kryptowaluty. Ludowy Komitet Oporu opublikował wirtualny adres portfela, który był aktywny przez ponad trzy lata, a transakcje dokonywane były od października 2015 roku. Bitcoiny są kupowane i sprzedawane niemal codziennie i zostało zrealizowanych ponad 4000 transakcji.

Aktualnie skrzydło wojskowe Hamasu opublikowało nowy adres wirtualnego portfela, na który można przekazywać darowizny. Badanie adresu portfela wskazuje, że został otwarty dopiero niedawno, 31 stycznia br. Od tego czasu był używany w co najmniej 43 transakcjach kupna i sprzedaży.

Centrum Informacyjne ds. Wywiadu i Terroryzmu Meira Amita (ITIC) uważa, że inicjatywy te są obecnie podejmowane na skutek kombinacji trudnej sytuacji finansowej, z jaką borykają się grupy, oraz korzyści wynikających z anonimowości transakcji realizowanych z wykorzystaniem kryptowalut.

ITIC jest jednostką badawczą wywiadu z siedzibą w Tel Awiwie, ściśle powiązaną z izraelską społecznością wywiadowczą, wyjaśniła, że użycie Bitcoinów umożliwia przekazywanie dużych sum pieniędzy bez nadzoru banków, unikając międzynarodowych przepisów przeciwko praniu brudnych pieniędzy.

„Prowadzona przez organizacje palestyńskie w Strefie Gazy kampania na rzecz pozyskiwania funduszy jest kolejnym przykładem wykorzystywania wirtualnych walut przez organizacje terrorystyczne do finansowania swojej działalności” – powiedział przedstawiciel ITIC.

“Anonimowość zapewniona przez handel tymi walutami, ich dostępność i możliwość dokonywania przelewów pieniężnych na całym świecie w szybki i łatwy sposób, bez potrzeby identyfikacji lub ujawnienia, umożliwia tym organizacjom przekazywanie funduszy przeznaczonych na działalność terrorystyczną bez nadzoru ze strony władz lub banków ,jednocześnie omijając międzynarodowe przepisy dotyczące prania pieniędzy”.

Komentarz Redakcji

Nie wiadomo, jak do sprawy finansowania terroryzmu za pomocą kryptowalut odniosą się Izraelczycy, ani kraje, z których mogą pochodzić donatorzy. Jak dotąd nie zdecydowano się na zajęcie portfela, ani nie podjęto działań w stosunku do donatorów, pomimo że Hamas uznawany jest za organizację terrorystyczną przez wiele państw, z wyłączeniem m.in. Szwajcarii, Rosji i Chin.

Z badań przeprowadzonych przez PANews wynika, że 40% chińskich respondentów deklaruje chęć inwestowania w Bitcoina, a prawie 14% faktycznie to robi. Można więc przypuszczać, że wśród inwestorów mamy nadreprezentację Chińczyków.

Kilka lat temu, również na próbie około 40 transakcji, opierających na kwotę ok. 1 miliona dolarów, spekulowano że Bank of China oraz HSBC (w Hong Kongu), wykorzystywane były do finansowania Hamasu.

Już wtedy izraelska służba kontrwywiadu Szin Bet, prześledziła transakcje członków Hamasu — środki były deponowane w Chinach. Kluczowym ustaleniem Szin Bet było zeznanie Amara Mer’i, operatora finansowego, który zajmował się przekazywaniem środków od pracowników ze Strefy Gazy do ich rodzin (zaprzestał prowadzenia działalności pod presją władz palestyńskich) oraz do członków Hamasu przebywających w więzieniach i ich rodzin (tę działalność kontynuował). Większość pieniędzy zostało przekazanych na rachunki Bank of China oraz HSBC w Hong Kongu, pojedyncze transfery do Citibanku w USA oraz na rachunki w Indiach i Turcji.

Rodzina Daniela Wultza – nastoletniego amerykańskiego Żyda, który zginął w zamachu przeprowadzonym przez Hamas w 2006 roku – zdecydowała się pozwać Bank of China. Prawnicza batalia ujawniła istnienie skomplikowanej międzynarodowej sieci finansowania palestyńskiego terroryzmu. Pozew został złożony dzięki zachętom władz Izraela, wskazywano między innymi, że chińskie władze ignorowały ostrzeżenia od władz izraelskich o wykorzystywaniu Bank of China do prania pieniędzy palestyńskich terrorystów. Pod presją Chin, Izrael wycofał się ze wspierania pozwu rodziny ofiary zamachu, a ówczesny premier Benjamin Netanjahu poinstruował podległe mu służby, aby nie zeznawały przeciwko Bank of China.

Które z państw tym razem zdecyduje się walczyć z finansowaniem palestyńskiego terroryzmu?

Źródło: hamodia.com/własne

Fot. Pixabay

Skrajnie prawicowe niemieckie ugrupowanie tzw. „obywatele Rzeszy” stwarzają coraz większe zagrożenie dla integralności i prawidłowego funkcjonowania Niemiec.

Liczba “obywateli Rzeszy” w RFN znacznie wzrasta

Według informacji berlińskiego rządu, w Niemczech jest znanych już 19 tys. tzw. „obywateli Rzeszy” i innych osób nieuznających państwowości Niemiec. 950 z nich klasyfikowanych jest jako „prawicowi ekstremiści” – jak wynika z odpowiedzi federalnego MSW na interpelację Zielonych w Bundestagu. Jest to dość ogólny szacunek, ponieważ wymieniona liczba skrajnie prawicowych „obywateli Rzeszy” odpowiada dokładnie odsetkowi 5 proc. tej grupy.

„Obywatele Rzeszy” negują prawne podstawy istnienia dzisiejszej Republiki Federalnej, uważając ją za twór obcych mocarstw służący „indywidualnemu uciskowi”, odrzucają konstytucję i odmawiają urzędom i sądom kompetencji i prawnej legitymacji.

Federalny Urząd Ochrony Konstytucji w roku 2017 podał liczbę około 16,5 tys. „obywateli Rzeszy”, rok wcześniej 10 tys. Poważny wzrost ich liczby niemiecki kontrwywiad tłumaczy głębszemu rozpoznaniu i wyjaśnieniu tego zjawiska. Oznacza to, że ludzi tych wcale nie przybywa – po prostu władzom znanych jest coraz więcej takich przypadków.

Ekspertka Zielonych ds. polityki wewnętrznej Irene Mihalic jest innego zdania. Twierdzi ona, że liczba „obywateli Rzeszy” knujących plany politycznego przewrotu wciąż rośnie. Krytykuje ona, że rejestracja dokonywanych przez nich czynów karalnych i rozpoznanie potencjału zagrożenia z ich strony jest jeszcze w powijakach, mimo że ugrupowania te bliżej obserwowane są od dwóch lat.

Prokurator generalny Niemiec ostrzega przed “obywatelami Rzeszy”

Tak zwani Obywatele Rzeszy mogą stwarzać zagrożenie terrorystyczne, twierdzi prokurator generalny Niemiec Peter Frank. Ta ocena nie odnosi się do całego ruchu, lecz do jego części, która może okazać się groźniejsza, niż do tej pory uważano. Skrajne skrzydło tego ugrupowania nie tylko nie uznaje Republiki Federalnej Niemiec, ale także “gotowe jest wystąpić zbrojnie przeciwko państwu niemieckiemu i jego organom”, powiedział Frank w wywiadzie dla “Badische Neusten Nachrichten”. „Mamy na oku pewną grupę “obywateli Rzeszy”, z której, jak sądzimy, może wykluć się komórka terrorystyczna” – powiedział Frank.

W odróżnieniu od klasycznych terrorystów tzw. Reichsbürger, “obywatele Rzeszy”, stoją na stanowisku, że Rzesza Niemiecka istnieje nadal w granicach z 1937 roku, a powojenna Republika Federalna Niemiec jest jedynie spółką prawa handlowego założoną przez aliantów.

Przez długi czas traktowano ich jako mniej lub bardziej nieszkodliwych wariatów. Sytuacja zmieniła, kiedy jeden z członków tego ruchu zastrzelił w Georgensmünd pod Norymbergą policjanta i zranił trzech innych. Z tego względu od listopada 2016 roku “obywatele Rzeszy” są obserwowani przez niemiecki kontrwywiad i inne służby.

„Obywatele Rzeszy” chcieli stworzyć oddziały partyzanckie

Niemieckie władze podejrzewają, że grupa tzw. „obywateli Rzeszy” próbowała zaopatrzyć się w broń i stworzyć oddziały partyzanckie. Według ustaleń dziennikarzy stacji radiowo-telewizyjnej MDR grupa “obywateli Rzeszy” planowała utworzenie magazynów broni i żywności. Powodem rewizji w ich domach była informacja, że organizują większe spotkanie w sprawie utworzenia oddziałów partyzanckich – ustalili dziennikarze MDR. Z uzyskanych przez służby specjalne informacji nie wynikało jednak gdzie dokładnie miałoby się odbyć to tajne spotkanie. Stąd też szeroko zakrojone rewizje w trzech krajach związkowych RFN. Prokuratura Federalna poinformowała, że wobec grupy “obywateli Rzeszy” istnieje podejrzenie, że dążą oni do obalenia konstytucyjnego porządku prawnego RFN i zastąpienia go nową państwową strukturą.

„Obywateli Rzeszy” w RFN z dostępem do broni

Najwięcej „obywateli Rzeszy” mieszka w Bawarii (3500), Badenii-Wirtembergii (2500), Nadrenii Płn.- Westfalii (2200), Dolnej Saksonii (1400) i Saksonii (1300). Jak twierdzi „Focus”, grupa posiadających broń „Obywateli Rzeszy” we wschodnich Niemczech ma nawet zamiar utworzyć własną armię. Służby bezpieczeństwa zadają się potwierdzać te doniesienia.

Władze zaniepokojone są tym, że wielu „obywateli Rzeszy” posiada legalną oraz nielegalną broń. Około tysiąca z nich dysponuje pozwoleniami na posiadanie jednej lub kilku sztuk broni. W Saksonii-Anhalt mieszka np. samozwańczy „król Niemiec”, nazywający się w rzeczywistości Peter Fitzek, panujący we własnym królestwie, z własną walutą. Nie uznając organów państwowych „obywatele Rzeszy” dopuszczają się częstokroć ataków z użyciem siły na przedstawicieli instytucji państwowych. Niektórzy z nich swoje nieruchomości i grunty uważają za własne państwo i zabraniają wstępu tam funkcjonariuszom władzy państwowej.

Bawarska policja w żałobie

W Norymberdze odbyło się nabożeństwo żałobne za 32-letniego policjanta zastrzelonego w pobliskim Georgensgmünd przez 49-letniego członka ruchu “obywateli Rzeszy”, któremu policjanci chcieli odebrać posiadaną przez niego legalnie broń, ponieważ jego postawa polityczna stanowiła, zdaniem władz, przesłankę do odebrania mu pozwolenia.

Szef bawarskiego MSW Joachim Herrmann (CSU) przypomniał zasługi zastrzelonego funkcjonariusza, który był członkiem jednostki specjalnej policji (SEK). Jak powiedział: “śmiertelne strzały oddane w jego kierunku są atakiem na nasze wartości, na państwo prawa, na nas wszystkich”. Powinny być one powodem do “wystąpienia z całą surowością przeciwko tzw. “obywatelom Rzeszy”, którym należy odebrać całą posiadaną przez nich broń”.

“Obywatele Rzeszy” w szeregach niemieckiej policji

Niemieckie media donoszą, że także w szeregach policji są członkowie i sympatycy tego skrajnie prawicowego ruchu. Liczba postępowań dyscyplinarnych przeciwko policjantom podejrzewanym o sprzyjanie skrajnie prawicowej organizacji “obywateli Rzeszy” zwiększyła się wielokrotnie w krótkim czasie na obszarze całych Niemiec. Doniosła o tym monachijska gazeta “Süddeutsche Zeitung”. Jej redakcja zwróciła się z tym zapytaniem do ministrów spraw wewnętrznych niemieckich krajów związkowych. Z udzielonych przez nich informacji wynika, że w tej chwili prowadzi się postępowanie wyjaśniające w 15 przypadkach. Najwięcej w Bawarii, gdzie ujawniono właśnie szóstego policjanta związanego, jak się podejrzewa, z ruchem. Z tego samego powodu zwolniono dyscyplinarnie ze służby innego, 26-letniego policjanta w tym samym landzie.

W Saksonii-Anhalt prowadzi się obecnie cztery postępowania dyscyplinarne przeciwko policjantom podejrzewanym o członkostwo w ruchu. Trzech z nich zwolniono już ze służby. W Nadrenii Północnej-Westfalii trwa śledztwo w dwóch nowych przypadkach, obok dwóch innych ujawnionych wcześniej. Jednego policjanta zwolniono ze służby w Berlinie, a policja federalna prowadzi w tej chwili dwa postępowania dyscyplinarne w sprawie o przynależność lub sympatyzowanie jej dwóch funkcjonariuszy z ruchem.

Jak pisze “Süddeutsche Zeitung”, zdaniem niemieckiego kontrwywiadu tylko kilkaset osób z ruchu “Obywateli Rzeszy” ma być aktywna w organizacjach neonazistowskich. Dotyczy to zwłaszcza działaczy tzw. “Emigracyjnego Rządu Rzeszy”. Trudno jest ocenić prawdziwość tych danych. Z ankiety przeprowadzonej przez agencję prasową DPA w landowych ministerstwach spraw wewnętrznych oraz organach bezpieczeństwa wynika, że w ruchu “Obywateli Rzeszy” aktywnie uczestniczy w całych Niemczech przynajmniej 1100 osób. Ale i ta liczba nie jest pewna, bo oparto ją na informacjach pochodzących tylko z dziewięciu landów, a jest ich w RFN szesnaście.

Zaostrzyć procedury zatrudniania w Policji

Pięciu funkcjonariuszom policji we Frankfurcie nad Menem postawiono zarzut podżegania do nienawiści. Dziennik „Frankfurter Rundschau” pisze: „W przeszłości niemiecka policja wywoływała raz po raz podobne skandale, które trafiały na nagłówki gazet. Jak miało to miejsce w przypadku morderstw NSU, kiedy prowadzono śledztwo wyłącznie przeciwko rodzinom ofiar. Albo w Saksonii, kiedy logo specjalnych służb ministerstwa spraw wewnętrznych przypominało symbolikę nazistowską. Nie da się pominąć niewygodnych pytań, jak dalece (…) policja popiera autorytarne postawy, ducha korporacyjnego i rasizm. Dlatego pilnie w kształceniu policjantów trzeba skoncentrować się na umiejętności samorefleksji, krytyki i sprzeciwu. Policja potrzebuje też neutralnych pełnomocników, do których może się zwrócić z pełnym zaufaniem każdy funkcjonariusz, który zauważył sytuacje budzące wątpliwości”.

Dziennik „Hessische Niedersaechsische Allgemeine” z Kassel jest zdania, że „pojawia się teraz pytanie, czy ci funkcjonariusze byli już neonazistami, zanim przyjęto ich do służb policyjnych, czy ulegli radykalizacji w trakcie służby. Obie sytuacje są możliwe i obie fatalne. W ten sposób zajście z Frankfurtu, którego zasięg oraz skutki długo jeszcze trudno będzie oszacować, pokazuje że trzeba zaostrzyć procedury zatrudniania w policji, więcej zainwestować w kształcenie, a ksenofobia, rasizm i prawicowy ekstremizm nie mogą być tematami tabu”.

„Policjanci podczas służby stykają się regularnie z grupami zmarginalizowanymi, wśród których nierzadko znajdują się migranci – pisze „Mitteldeutsche Zeitung” z Halle. „Jeśli doświadczenia te nie zostaną przerobione, mogą zamienić się w ksenofobię. Przy tym stróże porządku publicznego są raczej wrogo postrzegani przez środowiska lewicowe. W konsekwencji tego wielu policjantów czuje się lepiej wśród prawicy. Zastanawiający trend. Co zatem można zrobić? Władze powinny dokładniej przyglądać się kandydatom pod kątem poglądów politycznych. Przełożeni muszą zatroszczyć się o to, by funkcjonariusze mogli odpowiednio uporać się z udziałem w akcjach. A przy niewłaściwym zachowaniu nie może być mowy o duchu korporacyjnym”.

Z kolei „Koelner Stadt-Anzeiger” stwierdza, że „otwartą jest kwestia, dokąd dokładnie prowadzi dochodzenie przeciwko pięciu frankfurckim policjantom. Pewne jest, że nie jest to pierwszy przypadek tego typu. Jeśli służby bezpieczeństwa podatne są na ekstremizm, to na ten prawicowy (…) Demokratyczne państwo prawa potrzebuje stróży, którzy wyznają jego wartości”.

Dziennik „Suedkurier” z Konstancji komentuje: „Szokujące. Akurat ci funkcjonariusze, którzy w przypadku zagrożenia przemocą powinni chronić obywateli, sami stają się sprawcami i schodzą na neonazistowskie manowce. Gwaranci państwa prawa stają się jego przeciwnikami. Problem ten ujawniły już podobne przypadki w Saksonii. Stało się teraz jasne, że nie jest to problem czysto wschodni, lecz może on wystąpić także w wielokulturowym mieście, takim jak Frankfurt. Teraz jest to sprawa pracodawcy – heskiego ministerstwa spraw wewnętrznych prowadzonego przez CDU. A że rządzą z nimi Zieloni, presja jest jeszcze większa”.

„Obywatel Rzeszy” w Bundeswehrze – prawdziwe zagrożenie

W ostatnim czasie wybuchł nowy skandal wokół elitarnej jednostki Bundeswehry. Chodzi o przenikanie armii przez skrajną prawicę. Bundeswehra zawiesiła w obowiązkach podpułkownika elitarnej jednostki KSK. Jest on podejrzany o szerzenie w mediach społecznościowych treści skrajnie prawicowych – powiedziała rzeczniczka armii. Dochodzenie w tej sprawie prowadzi niemiecki kontrwywiad wojskowy MAD. Okazuje się, że kontrwywiad już wcześniej zwrócił uwagę na podejrzanego podpułkownika. – Jego przełożony zdecydował o podjęciu środków dyscyplinarnych – powiedział rzecznik MAD. Podejrzany został zawieszony w obowiązkach służbowych i ma zakaz noszenia munduru.

Jak donosi magazyn „Der Spiegel” podpułkownik zwrócił na siebie uwagę postami, jakie zamieszczał w zamkniętej grupie na Facebooku, a które odzwierciedlały ideologię „Obywateli Rzeszy”. W ubiegłym roku w Bundeswehrze zostało zdemaskowanych czterech prawicowych ekstremistów. Kontrwywiad wojskowy MAD zaklasyfikował ponadto trzech żołnierzy jako islamistów – powiedział rzecznik MAD. We wszystkich przypadkach wszczęto postępowania dyscyplinarne lub personalne, a „znaczna większość” tych osób opuściła już armię – poinformował rzecznik, potwierdzając doniesienia gazet grupy medialnej Funke.

„Obywatele Rzeszy” w Bundeswehrze to prawdziwe zagrożenie – mówi polityk Zielonych i ekspertka ds. obronności Agnieszka Brugger. – Ludzie, którzy zaprzeczają istnieniu Republiki Federalnej, nie mogą mieć dostępu do broni i szkolenia wojskowego – dodała. „Obywatele Rzeszy” nie mogą zasilać szeregów Bundeswehry, a tym bardziej jej elitarnej jednostki – skomentowała polityk Zielonych.

W ubiegłym rok MAD odnotował 270 przypadków podejrzenia o prawicowy ekstremizm. W 2017 roku. tych przypadków było aż 379. Ponadto w 20 z nich podejrzewano żołnierzy o upowszechnianie ideologii „Obywateli Rzeszy” (w 2017 roku – 36 przypadków).

Według danych MAD lekko wzrosła za to liczba przypadków żołnierzy podejrzanych o islamizm – z 46 w 2017 r. do 50 z 2018. Liczba przypadków dotyczących cudzoziemskich organizacji ekstremistycznych wzrosła z 22 do 35, a lewicowego ekstremizmu zmalała z 12 do 2.

Źródło: DW

Fot. Pixabay

Służby specjalne IV RP są dziś bardzo upolitycznione  – pisze w specjalnym komentarzu dla Osluzbach.pl Wojciech Brochwicz. Ekspert zastanawia się również nad tym czy czerpią one z tradycji PRL?

Ostatnia „afera taśmowa” dotykająca szefa partii rządzącej spowodowała siłą rzeczy rozmaite pytania polityków opozycji oraz komentarze świata dziennikarskiego. Wywołała też, gdzieniegdzie oczekiwania wobec służb państwa. Tym bardziej, że jak wyśledzili dziennikarze, niektórzy szefowie tych służb mają za sobą aktywność polityczną w PiS oraz pracę w spółce Srebrna, tonącej dziś w oparach rozmaitych podejrzeń.

Cóż. Zarówno ABW, jak i CBA, wyraziły całkowite desinteressement całą tą sytuacją. ABW, jak twierdzi jej Szef, nie zajmuje się spółkami prywatnymi. A CBA nie stwierdza podstaw do badania oświadczenia majątkowego Prezesa PiS.

Tu, drogi Czytelniku osobista dygresja.

Rozmawiając o instytucjach wywiadowczych nie znoszę, gdy ktoś używa określenia „służby specjalne”. Wyobraźnia podrzuca mi wtedy widok wielkiej, cuchnącej śmieciary, blokującej jednokierunkową ulicę w godzinach szczytu. Jako miłośnik książek Josepha Conrada i Johna LeCarre zdecydowanie wolę „służby tajne”. I takim mianem posługiwałem się zazwyczaj wobec firmy, w której lata temu służyłem. Tajna służba. Przez większość mojego dorosłego życia albo pracuję w służbach, albo „jestem kojarzony” ze służbami, albo komentuję działania służb, albo służby zajmują się mną. Jestem do nich zatem przywiązany. Jak alkoholik do sklepu monopolowego. Do dziś, kiedy mijam na mieście znane sobie adresy mieszkań konspiracyjnych, to wzruszenie ściska mi gardło. Że nie wspomnę o przejażdżce przez ulicę Rakowiecką…

Jednak ta bierność dzisiejszych służb wobec podejrzeń ciążących na osobach rządzących nie pozostawia możliwości użycia innej nazwy niż „specjalne”.

W zamierzchłych czasach PRL-u Służba Bezpieczeństwa nie werbowała partyjnych oficjeli. Dlaczego? Ano dlatego, że to była Służba ich Bezpieczeństwa. Czy służby specjalne IV RP czerpią z tej tradycji ? Bardzo bym tego nie chciał, choć, niestety, wiele na to wskazuje. Czy zatem służby tajne zastąpione zostały przez służby…specjalne?

Jak się ma taką paranoiczną historię, jak ja, to człowiek chciałby, aby służby były i trwały wiecznie. Niech się w ich mroku ogrzewa moja osobista pomroczność… Jednak ostatnie wypadki (jakieś trzy lata) przyprawiają mnie o trwogę. Jako uważny obserwator strefy cienia łapię się na tym, że widzę (już tylko) ciemność. I czuję odór blokującej ulicę śmieciary…

Wojciech Brochwicz

W 1990 współtworzył specjalną jednostkę „Grom”. Był doradcą ministra spraw wewnętrznych, prezesa Rady Ministrów, prezesa Narodowego Banku Polskiego. Pełnił funkcje dyrektora w Urzędzie Ochrony Państwa, zastępcy Komendanta Głównego Straży Granicznej oraz Wiceministra Spraw Wewnętrznych i Administracji w Radzie Ministrów Jerzego Buzka, gdzie odpowiadał za przygotowanie ustawodawstwa antyterrorystycznego. Po 2001 był członkiem komitetu konsultacyjnego przy szefie ABW Andrzeju Barcikowskim. Po odejściu z administracji państwowej został partnerem w firmie prawniczej R. Smoktunowicz & L. Falandysz. Obecnie prowadzi własną kancelarię prawniczą.

Fot. materiały własne autora

Oficerowie GRU, którzy włamali się do Narodowego Komitetu Demokratycznego, a także komitetu kampanii Hillary Clinton wykorzystywali do swoich działań Bitcoina.

Blockchain jest zdecentralizowaną bazą danych w modelu open source służącą do księgowania poszczególnych transakcji jakie kiedykolwiek wykonano dla danej krypto waluty. Bitcoin wciąż dominuje w głównym nurcie użytkowania, a jego transakcje można prześledzić. Chociaż wiele osób wykorzystuje wirtualne waluty do celów zgodnych z prawem, technologia ta jest atrakcyjnym narzędziem dla tych którzy pragną obejść sankcje i przepisy finansowe lub chcą chronić swoją tożsamość podczas przeprowadzania transakcji. Nie są oni jednak całkowicie anonimowi, ponieważ blockchain ogranicza anonimowość w odniesieniu do korzystania z kryptowalut.

W ostatnich latach kryptowaluty, takie jak Bitcoin, były wykorzystywane przez terrorystów do prowadzenia kampanii finansujących rządy autorytarne w celu łamania praw swoich obywateli. Pełniły także ważną rolę w działaniach oficerów GRU, którzy włamali się do Narodowego Komitetu Demokratycznego, a także komitetu kampanii Clinton.

W tym ostatnim przypadku ustalono, że kryptowaluta pozwoliła na sfinansowanie infrastruktury, z której korzystali w swoich działaniach. Akt ich oskarżenia przygotowany przez prokuratora specjalnego Roberta Muellera stwierdza: ”Pozwani spiskowali i wyprali równowartość ponad 95 000 USD za pośrednictwem sieci transakcji, skonstruowanych tak aby czerpać korzyści z anonimowości kryptowalut, takich jak Bitcoin”.

Agenci GRU używali także dolarów amerykańskich i innych walut gotówkowych. Jednakże, jak wskazuje akt oskarżenia: „konspiratorzy używali głównie Bitcoina przy zakupie serwerów, rejestrowaniu domen i innych płatnościach “.

„Wykorzystanie Bitcoina pozwoliło konspiratorom uniknąć bezpośrednich związków z tradycyjnymi instytucjami finansowymi, w tym dokładniejszej kontroli ich tożsamości i źródeł funduszy” – mówi akt oskarżenia.

Rosyjscy oficerowie wykorzystywali te same komputery do działań hakerskich, a także do przeprowadzania transakcji płatności Bitcoin. W efekcie sfinansowali swoje operacje hakerskie za pomocą różnych mechanizmów obejmujących kryptowaluty, w tym „wydobycie” Bitcoin. Akt oskarżenia stwierdza:

„Oprócz wydobywania Bitcoin konspiratorzy nabywali go  również za pomocą różnych środków mających na celu ukrycie źródła funduszy. Obejmowało to kupowanie Bitcoin przez giełdy peer-to-peer, przenoszenie środków za pośrednictwem innych walut cyfrowych i korzystanie z kart przedpłaconych. Zwerbowali także do pomocy jednego lub więcej niezależnych rzeczników, którzy ułatwiali transakcje warstwowe za pośrednictwem platform wymiany walut, zapewniających zwiększoną anonimowość”.

Zgodnie z aktem oskarżenia konspiratorzy wykorzystali Bitcoin generowany z „wydobycia”, aby zapłacić rumuńskiej firmie za zarejestrowanie domeny dcleaks.com za pośrednictwem firmy przetwarzającej płatności z siedzibą w Stanach Zjednoczonych.

Śledczy Bellingcat opublikowali na swoim portalu swoistego rodzaju przewodnik, który pomaga prześledzić transakcję blockchain pod warunkiem, że dysponuje się konkretnym adresem, oraz datą i kwotą transakcji. Do analizy wykorzystane zostało takie narzędzie jak explorer blockchain: Bitcoin Block Explorer Blockchain.com.

Algorytm postępowania zilustrowano na podstawie  aktu oskarżenia 12 rosyjskich oficerów GRU o konspirację oraz ingerencję w wybory prezydenckie w 2016 roku, przygotowanego przez Departament Sprawiedliwości U.S.A.

Więcej o zainteresowaniu Rosji technologią blockchain pisaliśmy tutaj.

Źródło: Bellingcat

Fot. Pixabay

Litewskie agencje wywiadowcze obawiają się, że Rosja w maju będzie ingerować w zbliżające się wybory by zastąpić zagorzałą antyrosyjską prezydent Dalię Grybauskaite.

Państwo bałtyckie, rządzone przez Moskwę przez większość XX wieku, a obecnie będące członkiem zarówno Unii Europejskiej, jak i NATO, było wstrząśnięte aneksją Krymu przez Rosję. Władze w Wilnie prowadzą od tego czasu międzynarodową batalię przeciwko agresywnej polityce Rosji. Na Litwie odbędą się w tym roku wybory samorządowe, prezydenckie, europejskie oraz wybory parlamentarne w 2020 roku.

“Rosyjski wywiad zwiększy swoją aktywność podczas cyklu wyborczego w latach 2019-2020” – twierdzą służby specjalne Litwy we wspólnej corocznej ocenie zagrożeń opublikowanej we wtorek. “Możliwe, że Rosja będzie starała się wpłynąć na przebieg wyborów środkami informacyjnymi i cybernetycznymi” – dodały. Moskwa będzie “rozpowszechniać propagandę i dezinformację w litewskich mediach społecznościowych” – twierdzi upubliczniony raport litewskich służb.

Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow powiedział, że taka sugestia jest “absolutnym nonsensem”, dodając: “Rosja nie ingeruje w wybory w innych krajach”.

Rosja jest również podejrzewana o przeprowadzenie szeregu znaczących cyberataków, w tym zorganizowanego na systemy informacyjne innego państwa bałtyckiego – Estonii, w 2007 roku oraz ataku na ukraińską w 2016 roku. Ponadto prokurator specjalny Robert Mueller prowadzi dochodzenie w sprawie zmowy między Kremlem, a Donaldem Trumpem mającej na celu pomoc dla tego kandydata w wygraniu wyborów prezydenckich w USA w 2016 roku.

W raporcie litewskim czytamy, że Rosja gromadzi coraz więcej czołgów i bombowców w enklawie kaliningradzkiej, która graniczy z Litwą i Polską oraz modernizuje tam swoje bazy, aby móc rozmieścić w nich dodatkowe wyrzutnie pocisków balistycznych.

W raporcie napisano również, że istnieje rosnące ryzyko “niezamierzonych incydentów” wynikających ze zwiększonej aktywności wojskowej po stronie rosyjskiej granicy z Litwą.

Służby twierdzą, że obserwują aktywność rosyjskiego wywiadu ukierunkowaną na pracowników litewskiego sektora energetycznego i próby włamań do systemów kontroli, aby uzyskać możliwość zakłócenia dostaw energii elektrycznej na Litwę.

“Jest to dalekie od naszego priorytetu” – powiedział Kreml. Niedawno w Kaliningradzie Putin otworzył pływający terminal LNG, który gwarantuje samowystarczalność obwodu w zakresie dostaw gazu.

Źródło: The Jerusalem Post

Fot. Własne

Irańskie siły bezpieczeństwa oskarżają niewinnych pracowników naukowych o to, że są szpiegami. Oskarżenia mają na celu ukrycie własnych porażek i niepewności.

W ubiegłym roku irańskie siły bezpieczeństwa aresztowały irańsko-australijskiego naukowca Meimanata Hosseini-Chavoshiego szanowanego socjologa na Uniwersytecie w Melbourne, podczas jego próby opuszczenia Iranu. Na przesłuchanie został wezwany kolega zatrzymanego Mohammed Dżalala Abbasi-Shavazi, profesor na teherańskim Uniwersytecie, a także dyrektor Narodowego Instytutu Badań Ludności.

Irańska państwowa agencja informacyjna IRNA powiedziała, że Hosseini-Chavoshi i Abbasi-Shavazi, którzy wcześniej prowadzili badania socjologiczne w Iranie, zostali oskarżeni o “szpiegostwo” i naruszenia w „obszarze kontroli populacji”. Irańskie media podały, że naukowcy rzekomo fałszują statystyki dotyczące wskaźnika płodności w Iranie, próbując ukryć “kryzys demograficzny”.

Kontrola ludności stała się drażliwą kwestią w Iranie od czasu, gdy najwyższy przywódca Ajatollah Ali Chamenei wezwał do zwiększenia populacji w swoim kluczowym wystąpieniu w 2012 roku, uznając irańską politykę antykoncepcyjną za pomyłkę. Pod jego przywództwem państwo stara się zachęcić Irańczyków do posiadania jak największej liczby dzieci w celu zwiększenia populacji kraju z około 81 do 150-200 milionów w najbliższej przyszłości.

Wspólna książka Abbasi-Shavaziego i Hosseiniego-Chavoshi dotycząca wyzwań demograficznych w kraju pod tytułem “The Fertility Transition in Iran” zdobyła nagrodę International Book of the Year, przyznaną przez Ministerstwo Kultury i Islamskiego Przewodnictwa, w 2010 roku. W kolejnych latach obaj naukowcy utracili zaufanie władz z powodu rozbieżności między ich zaleceniami politycznymi dotyczącymi zarządzania płodnością, a oficjalną decyzją o podwojeniu populacji Iranu.

Kiedyś uznawani za cenionych ekspertów, teraz nazywani przez państwo “szpiegami” i określani jako “zagrożenie” bezpieczeństwa narodowego, tylko dlatego, że ich naukowe odkrycia i opinie wydają się nie zgadzać z rządowymi planami politycznymi.

Manufaktura szpiegów

Irański aparat bezpieczeństwa i wywiadu ciężko pracuje, aby zapobiec zagranicznemu szpiegostwu. Kradzież na początku 2018 roku ogromnego archiwum irańskich planów nuklearnych przez powiązanych z Izraelem agentów nie byłaby możliwa bez zagranicznej infiltracji.

Jednak kampania Islamskiej Republiki przeciwko infiltracji i szpiegostwu, która rozpoczęła się po ostrzeżeniu Ajatollaha Chameneiego w listopadzie 2015 roku, osiągnęła nadzwyczajne rozmiary, prowadząc do czegoś, co można by nazwać produkcją szpiegów do celów politycznych.

Oskarżenie naukowców i ekspertów, takich jak Hosseini-Chavoshi i Abbasi-Shavazi o bycie “szpiegami”, ponieważ mają poglądy sprzeczne z ideologią państwa i oficjalną polityką, nie jest niczym niezwykłym w dzisiejszym Iranie.

Na przykład Kaveh Madani, wysoce utalentowany pracownik naukowy Imperial College London i były zastępca szefa irańskiego Departamentu Środowiska, został zmuszony do opuszczenia Iranu w kwietniu ubiegłego roku, z obawy, że zostanie nazwany przez Iran “infiltratorem” lub „szpiegiem” i trafi do więzienia. “Ludzie z wywiadu w Iranie … są bardzo wyczuleni na zagranicznych ekspertów, którzy zbytnio zbliżają się do decydentów i zdobywają ich zaufanie”, powiedział Madani. “Staje się to problematyczne, zwłaszcza, gdy odkrycia lub opinie badacza z zagranicy są w konflikcie z narracyjnymi i ideologicznymi przekonaniami Islamskiej Republiki”. Dodał, że członkowie irańskiej konserwatywnej wspólnoty bezpieczeństwa i wywiadu obawiają się, że irańscy eksperci z zagranicznymi powiązaniami mogą próbować przekonać decydentów najwyższego szczebla w Iranie do przeprowadzenia poważnych reform.

W styczniu 2018 roku Kavous Seyed-Emami, irańsko-kanadyjski profesor socjologii politycznej na Uniwersytecie imama Sadiqa, który był doradcą na Uniwersytecie w Teheranie, został zatrzymany pod zarzutem szpiegowania pod płaszczykiem aktywizmu ekologicznego. Pasjonował się ekologią i był w zarządzie Persian Wildlife Heritage Foundation, organizacji pozarządowej zajmującej się ochroną środowiska, którą pomógł uruchomić.

Seyed-Emami niespodziewanie zmarł w więzieniu Evin w Teheranie wkrótce po zatrzymaniu. Abbas Jafari-Dolatabadi, prokurator generalny Teheranu, powiedział, że naukowiec “popełnił samobójstwo po przyznaniu się do zbrodni podczas pobytu w więzieniu”. Oskarżenia o szpiegostwo i twierdzenie, że popełnił samobójstwo, zostały odrzucone przez jego rodzinę i kolegów. “Mój tata głosował w każdym cyklu wyborczym, promował aktywne uczestnictwo, stanowczo przeciwstawiał się wojnie i sankcjom, troszczył się autentycznie o Iran, jego środowisko i ludzi”, powiedział jego syn Mehran.

Zmarły w więzieniu profesor w rozmowach sądził, że sankcje USA i UE przeciwko Teheranowi, są “nieprzydatne i nieuzasadnione”. Co więcej, publicznie mówił o zagranicznych zagrożeniach przeciwko Iranowi już w marcu 2017 roku. Podkreślał także potrzebę wzmocnienia irańskich “zdolności obronnych”, aby powstrzymać ewentualne działania wojskowe.

Kiedy jednak siły bezpieczeństwa zdecydowały, że jest “szpiegiem”, patriotyzm Seyeda-Emami okazał się niewystarczający, by uratować mu życie.

Kozły ofiarne”

W niektórych przypadkach określenie wybranych irańskich naukowców jako “szpiegów” nie jest oparte nawet na różnicach ideologicznych, w stosunku do władz tego kraju. Czasami irański aparat bezpieczeństwa wydaje się używać niewinnych naukowców jako „kozłów ofiarnych”, aby ukryć własne potknięcia. Wiadomo też, że oskarżają naukowców, którzy nie chcą szpiegować dla Teheranu.

Przypadek Ahmada Reza Jalali, irańsko-szwedzkiego lekarza medycyny i wykładowcy z Instytutu Karolinska w Sztokholmie, który został aresztowany w kwietniu 2016 roku, a następnie skazany na śmierć za szpiegostwo na rzecz Izraela, może być tego przykładem.

W grudniu 2017 roku Irańska telewizja państwowa wyemitowała program, w którym Jalali, wcześniej pracujący nad projektem dla irańskiego Ministerstwa Obrony, przyznał się do przekazania informacji zagranicznemu wywiadowi na temat irańskich naukowców pracujących przy projekcie nuklearnym.

Jego rodzina, zwolennicy i kilka międzynarodowych organizacji pozarządowych sądzi, że Jalali został zmuszony do przeczytania tego oświadczenia. Później sam Jalali wysłał nagranie dźwiękowe z więzienia Evin, twierdząc że zeznania na nim wymuszono.

Jego żona, Vida Mehrannia, sądzi, że państwo wykorzystało męża jako kozła ofiarnego, po to by ukryć incydenty bezpieczeństwa, które pozwoliły Mossadowi w latach 2010-2012 zamordować kilku ważnych naukowców z dziedziny jądrowej.

“Państwo prześladuje niewinną osobę i nazywa ją przestępcą usprawiedliwiając incydenty bezpieczeństwa i potknięcia wywiadu, które doprowadziły do zamachu na naukowców nuklearnych” – powiedziała – “czas rzekomych działań szpiegowskich Ahmada Rezy nawet nie pasuje logicznie do tych zabójstw”. Dodała, że skazując męża na śmierć, państwo „terroryzuje naukowców współpracujących z organizacjami państwowymi w celu osiągnięcia ich pełnego posłuszeństwa”. Pod koniec 2017 roku Jalali stwierdził w liście, który napisał w więzieniu Evin, że został uwięziony po tym, jak odmówił szpiegowania dla irańskich służb wywiadowczych.

Jalali nie jest jedynym naukowcem, który twierdził, że był celem ataku za odmowę pracy dla irańskiego wywiadu. Hamid Babaei, irański doktorant finansów na Uniwersytecie w Liege w Belgii, twierdził również, że został osadzony w więzieniu za odmowę działania jako informator dla irańskiego Ministerstwa Wywiadu. Babaei został skazany na 6 lat więzienia w grudniu 2013 roku za rzekome “działanie przeciwko bezpieczeństwu narodowemu poprzez komunikowanie się z wrogim rządem”.

Inni irańscy eksperci i zagraniczni specjaliści posiadający podwójne obywatelstwo, których w ostatnich latach podejrzewano o “szpiegostwo”, “infiltrację” lub “miękką dywersję” to; Abbasa Edalata, profesor matematyki w Imperial College London; Omid Kokabee, fizyk laserowy z University of Texas; Kamiar i Arash Alaei, lekarze oraz znani na całym świecie specjaliści od AIDS; Haleh Esfandiari, były dyrektor programu na Bliskim Wschodzie w Woodrow Wilson Center; Homa Hoodfar, irańsko-kanadyjski antropolog; Kian Tajbakhsh, irańsko-amerykański badacz urbanistyki; i Ramin Jahanbegloo, irańsko-kanadyjski filozof.

Ciągła kampania irańskiego establishmentu przeciwko naukowcom z zagranicznymi afiliacjami jest odbiciem stale rosnącej percepcji zagrożeń i ciągłej niepewności. W obliczu zwiększającej się presji zagranicznej i pogłębiania się podziałów wewnątrz państwa irańskie siły bezpieczeństwa produkują “szpiegów” nie tylko po to, by usprawiedliwić własne niepowodzenia, ale także by uspokoić obawy związane z poglądami naukowymi, które mogą potencjalnie podważyć polityczne i ideologiczne filary Islamskiej Republiki.

Źródło: Aljazeera

Fot. Pixabay

W 2014 roku, dwa tygodnie po odejściu ze stanowiska analityka wywiadu amerykańskiej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego Lori Stroud była na Bliskim Wschodzie pracując jako haker dla Arabii Saudyjskiej. Dołączyła do projektu „Raven” i tajnego zespołu, w skład którego weszło ponad tuzin byłych amerykańskich agentów wywiadu, zatrudnionych by pomagać Zjednoczonym Emiratom w inwigilacji innych rządów, bojowników i działaczy praw człowieka krytycznych wobec monarchii.

Stroud i jej zespół, działający w przekształconej rezydencji w Abu Zabi, nazywanej wewnętrznie jako “Willa”, używali metod wypracowanych w społeczności wywiadowczej USA, aby pomóc ZAE włamać się do telefonów i komputerów swoich wrogów.Stroud została zwerbowana przez niewielką firmę zajmującą się cyberbezpieczeństwem z Maryland, by pomóc Emiratom w programie cyber operacji szpiegowskich „Raven”. W 2016 roku przeniesiono projekt do firmy o nazwie DarkMatter w ZEA. Wkrótce Stroud i inni Amerykanie zaangażowani w niego stwierdzili, że misja przekroczyła czerwoną linię: bo jej celem jest obserwowanie Amerykanów.

Historia projektu „Raven” pokazuje, w jaki sposób byli pracownicy amerykańskiej instytucji rządowej wykorzystują najnowocześniejsze narzędzia hackerskie w imieniu zagranicznego wywiadu, który szpieguje działaczy na rzecz praw człowieka, dziennikarzy i rywali politycznych.

Techniki inwigilacyjne wykorzystywane przez NSA były kluczowe dla ZEA w zakresie monitorowania przeciwników. Celem wywiadu nie byli obywatele Emiratów. Wykorzystano arsenał narzędzi cybernetycznych, w tym najnowocześniejsze  szpiegowskie znane jako „Karma”. Uczestnicy programu „Raven” twierdzili, że włamali się za pomocą tego oprogramowania do iPhone’ów setek działaczy, przywódców politycznych i podejrzanych o terroryzm.

“Karma” jest narzędziem, które może zdalnie przyznać dostęp do iPhone’ów, po prostu przesyłając numery telefonów lub konta e-mail do automatycznego systemu kierowania. Narzędzie ma ograniczenia – nie działa na urządzeniach z Androidem i nie przechwytuje połączeń telefonicznych. Jest to jednak niezwykle silne narzędzie, ponieważ, w odróżnieniu od wielu exploitów, “Karma” nie wymaga od celu kliknięcia łącza przesłanego do iPhone’a.

W latach 2016 i 2017 “Karma” była używana do uzyskiwania zdjęć, wiadomości e-mail, wiadomości tekstowych i informacji o lokalizacji z iPhone’ów .  Technika ta pomogła również hakerom zbierać zapisane hasła, które można wykorzystać do innych włamań.

Nie jest jasne, czy hak “Karmy” pozostaje w użyciu. Byli operatorzy powiedzieli, że do końca 2017 roku aktualizacje zabezpieczeń oprogramowania iPhone’a firmy Apple spowodowały, że Karma była znacznie mniej skuteczna. 

Jednak uważa się, że tylko około 10 krajów, takich jak Rosja, Chiny i Stany Zjednoczone oraz ich najbliżsi sojusznicy, są w stanie rozwinąć taką broń – powiedział Michael Daniel, odpowiedzialny w przeszłości za bezpieczeństwo w Białym Domu za prezydentury Obamy.

“Karma” i podobne narzędzia sprawiają, że urządzenia osobiste, takie jak iPhone’y, są najbardziej pożądanymi celami , powiedział Patrick Wardle, były pracownik Agencji Bezpieczeństwa Narodowego i ekspert od bezpieczeństwa Apple.

Rząd ZEA zakupił Karmę od dostawcy spoza kraju. Karma opiera się, przynajmniej częściowo, na lukach systemu komunikacyjnego Apple, iMessage. Luka pozwalała na wszczepienie złośliwego oprogramowania w telefonie przez iMessage umożliwiając hakerom nawiązanie połączenia z urządzeniem. Nawet jeśli właściciel telefonu nie użył programu iMessage.

Różne doniesienia podkreślają trwający wyścig zbrojeń cybernetycznych na Bliskim Wschodzie, ponieważ Emiraty i inne kraje próbują zgarnąć broń i personel szybciej niż ich rywale. Historia „Raven” pokazuje w nowym świetle rolę dawnych amerykańskich funkcjonariuszy w zagranicznych operacjach hackerskich. W amerykańskiej społeczności wywiadowczej, podjęcie pracy w innym kraju w charakterze funkcjonariusza jest postrzegane przez niektórych jak zdrada. “Istnieje obowiązek moralny, jeśli jesteś byłym oficerem wywiadu, który staje się faktycznie najemnikiem dla obcego rządu” – powiedział Bob Anderson, który pełnił funkcję asystenta dyrektora Federalnego Biura Śledczego do 2015 roku.

Chociaż udostępnianie informacji niejawnych jest nielegalne, nie ma konkretnych przepisów, które umożliwiałyby zatrudnionym na kontraktach dzielenia się bardziej ogólną wiedzą o sposobach, na przykład o tym, jak zwabić cel za pomocą zainfekowanego e-maila.

Zasady są jednak oczywiste w przypadku hakowania sieci w Stanach Zjednoczonych lub kradzieży korespondencji Amerykanów “Byłoby to bardzo nielegalne” – powiedziała Rhea Siers, była zastępczyni dyrektora ds. Polityki w NSA. Hackowanie Amerykanów było ściśle utrzymywane w tajemnicy, nawet w „Raven”.

FBI aktualnie bada, czy amerykańscy pracownicy „Ravena” ujawnili amerykańskie techniki inwigilacji i czy nielegalnie atakowali amerykańskie sieci komputerowe – twierdzą byli pracownicy „Raven”, z którymi rozmawiały federalne organy ścigania. Stroud powiedziała, że współpracuje w tym zakresie ze śledczymi. Żadne zarzuty nie zostały postawione i możliwe, że nie zostaną. Rzeczniczka FBI odmówiła komentarza w tej sprawie.

Źródło: Reuters

Fot. Pixabay