Home Archive by category Komentarze

Komentarze

Litwa jest dziś jednym z liderów walki z dezinformacją a jej specyficzne doświadczenia są analizowane nie tylko w ramach Unii Europejskiej, ale i NATO.

W maju Litwę czekają bardzo ważne wybory parlamentarne. Tamtejsze służby nie mają wątpliwości, że przy okazji zbliżającej się kampanii uaktywnią się przede wszystkim liczne ośrodki prorosyjskie.

Trzeba jednak zauważyć, że Litwa w ostatnich latach wykonała ogromną pracę w obszarze walki z dezinformacją. Zastosowano przy tym bardzo ciekawy model opierający się w dużej mierze na bliskiej współpracy mediów, organów państwa (w tym służb specjalnych oraz armii) i społeczeństwa. Dlatego dziś obawy związane z wrogimi działaniami Moskwy, są oczywiście traktowane z należytą powagą, ale nie budzą paniki.

Jeszcze dekadę temu Bruksela utożsamiała dezinformację z wolnością słowa a problem wydawał się marginalny i dotyczył raczej wschodniej części kontynentu. Działania Rosji tłumaczono naturalnym resentymentem do utraconej strefy wpływów. Natomiast z biegiem czasu ingerowanie wschodnich sił w wewnętrzne sprawy poszczególnych państw zaczęło wyraźnie przesuwać się na zachód. Rosjanie doskonale wykorzystali okres resetu w relacjach ze swoim państwem, z jakim mieliśmy do czynienia w okresie pierwszej kadencji prezydenta Baracka Obamy. Specjaliści podkreślają, że lata 2008 – 2012 to szczyt rosyjskiej aktywności w sferze budowania fundamentów pod działania, które obserwujemy obecnie. Chodziło przede wszystkim o pozyskiwanie agentów wpływu, plasowanie własnej miękkiej agentury (zorientowanej na dystrybucję a nie pozyskiwanie informacji) w środowiskach opiniotwórczych czy wreszcie zaangażowanie kapitałowe umożliwiające nawiązanie bliskiej współpracy z mediami. Dezinformacja staje się bowiem znacznie bardziej skutecznym narzędziem, jeżeli w danym państwie istnieją ośrodki, które powielają i odpowiednio modyfikują przekaz. Tak by informacja zaczęła żyć własnym życiem.

Początkowo Zachód nie zdawał sobie sprawy z potencjalnej siły rażenia tzw. fake newsów. Nawet jeżeli przekaz wydawał się, delikatnie rzecz ujmując, zniekształcony, powoływano się na konieczność obrony wolności wypowiedzi. Dziś, po bardziej lub mniej oczywistych próbach wpływania na rzeczywistość wielu zachodnich państw, problem dezinformacji stał się jak najbardziej realny. Większość państw UE doświadczyła już konsekwencji zewnętrznej ingerencji i próby wpływu na kształtowanie opinii w sferze społeczno – politycznej.

W Hiszpanii było to umiejętne podsycanie nastrojów separatystycznych w odniesieniu do Katalonii, we Francji podtrzymywanie tlącego się od kilkunastu tygodni protestu żółtych kamizelek, przy jednoczesnym wspieraniu skrajnej prawicy. W Niemczech – fałszywe informacje o gwałtach na nieletnich Rosjankach, incydentach z udziałem żołnierzy US Army czy wreszcie próba wzniecenia niepokojów związanych z imigrantami (zamieszki w Chemnitz). Najbardziej jednak spektakularnym i namacalnym jednocześnie przykładem skuteczności takich działań okazało się brytyjskie referendum ws. opuszczenia struktur Unii Europejskiej. Wydarzenie to, w dużej mierze finansowane przez ośrodki związane z Rosją (o czym pisaliśmy wielokrotnie) udowodniło, że przy pomocy m.in. mediów oraz mediów społecznościowych da się skutecznie destabilizować sytuację nie tylko w danym państwie, ale szerzej, w regionie. Niewykluczone, że w najbliższym czasie będziemy świadkami wzrostu napięcia związanego z koniecznością restytucji granicy pomiędzy Irlandią a Irlandią Północną (w następstwie Brexit), co znowu da pole do popisu siewcom dezinformacji.

Tymczasem kłamstwo nie ma się nijak do wolności słowa – tak można określić w skrócie dewizę, którą kieruje się Litwa.

Litwie udało się zbudować coś w rodzaju platformy wojskowo – medialno – społecznej. Ale właśnie udział wojska i litewskich służb budzi w tej sprawie największe emocje. Wojsko na bieżąco śledzi to, w jaki sposób rozprzestrzeniane są w mediach (społecznościowych i tradycyjnych) poszczególne informacje oraz to, gdzie mają swoje źródła. Nagminnie zgłaszane i eliminowane są fałszywe konta tzw. farm trolli zlokalizowane czy to na Faceebooku czy na Twitterze.

Internet to jedno, a stacje telewizyjne promujące politykę Kremla to drugie. Zresztą problem wydaje się ogólnoeuropejski. Ostatni przykład? Russia TV, teraz promująca się pod nazwą RT, w zasadzie nieustannie transmitowała przebieg zamieszek w Paryżu, zdecydowanie podgrzewając atmosferę poprzez podawanie zawyżonych danych dotyczących liczby demonstrujących, ale też upowszechniając niesprawdzone (czy wręcz nieprawdziwe) informacje, dotyczące szczegółów starć z policją. Próbowano budować atmosferę rewolucji.

Litwini zauważyli, że tradycyjne media, w poszukiwaniu oszczędności, często kupują niemalże gotowy do emisji produkt, znacznie poniżej kosztów własnej produkcji. Na Litwie tego typu produkcje można dziś oglądać aż w 10 stacjach telewizyjnych – informuje The Financial Times, który zgłębiał to zagadnienie. Często niewinne, wydawałoby się codzienne problemy, wykorzystywane są do umiejętnej promocji Rosji i polityki Kremla, ukazując jednocześnie Zachód jako źródło wszelkiego zła – czy to w ujęciu kulturowym, społecznym czy politycznym.

Dlatego Litwa jako pierwsza, starała się dostosować przepisy prawne do nowej rzeczywistości. Rząd podkreśla, że chodzi o umożliwienie realnej walki z rażącymi przypadkami dezinformacji, a nie o ograniczanie debaty publicznej. Jednym z takich narzędzi jest przepis, który pozwala władzom zamknąć na 48 godzin, bez nakazu sądowego, serwery podmiotów wykorzystywanych do szerzenia lub rozpowszechniania dezinformacji. Dotyczy to także udziału w prowadzeniu cyberataków. Litewski MON przyznaje, że to drastyczne przepisy, ale wskazuje również, że zwykle ataki dezinformacyjne są mocno zintegrowane z atakami cybernetycznymi. Dobrym przykładem jest akcja z ubiegłego roku, kiedy to hakerzy wykorzystali naruszenie infrastruktury cyfrowej stacji telewizyjnej, aby umieścić w jej zasobach fałszywą historię dotyczącą jednego z ministrów. Materiał, opracowany na pierwszy rzut oka przy pomocy zwykłego dokumentu typu Word, sam wysłał się do sieci a także trafił na fora dyskusyjne. Tego typu przypadków będzie coraz więcej.

Ale służby i armia nie dysponują odpowiednimi środkami, aby samodzielnie walczyć z dezinformacją. I tu z pomocą przychodzi ruch tzw. Elfów. To wolontariusze, którzy sami starają się identyfikować i zwalczać rosyjskie trolle, pojawiające się w litewskiej sieci. Ich liczba stale rośnie, możemy mówić o tysiącach osób, wśród których są i dziennikarze, i specjaliści IT, ludzie biznesu, studenci czy naukowcy. Ich celem jest z jednej strony jak najszybsza identyfikacja fałszywych informacji, zanim zaczną żyć własnym życiem w sieci, z drugiej próba ustalenia źródła dezinformacji.

To trudne zadanie, tym bardziej, że przeciwnicy też się uczą i coraz lepiej rozumieją litewską specyfikę. Dlatego koncentrują swoją uwagę tam, gdzie najłatwiej jest znaleźć słabe punkty w społeczeństwie litewskim. Innymi słowy, analizują sytuację na bieżąco i docierają do najbardziej sfrustrowanych grup.

Bardzo ciekawym rozwiązaniem jest strona Demaskuok.lt – platforma stworzona do walki z dezinformacją przez instytucje państwowe, dziennikarzy i przedstawicieli organizacji pozarządowych. Dzięki Demaskuok.lt możliwe jest skanowanie nawet 20.000 artykułów dziennie z ponad 1000 źródeł, a dzięki zaawansowanym narzędziom informatycznym udaje się wyłapać te fałszywe – zarówno brzmiące irracjonalnie jak i te wyglądające na prawdziwe. Zresztą większość badań pokazuje, że ludzie mają coraz większy problem z oceną wiarygodności informacji a margines tolerancji dla absurdu znacznie się przesunął. Mówiąc wprost im większy zalew informacji tym łatwiej jest nas nabrać. Do tego dochodzi jeszcze jedna kwestia – rośnie liczba odbiorców informacji, którzy korzystają już tylko z jednego źródła jakim jest internet. A tu dezinformacji było bez liku. W ubiegłym roku zalew fake newsów był rekordowy. W sieci można było przeczytać m.in. i o wypadku drogowym, w wyniku którego śmierć poniósł chłopiec zmiażdżony przez pojazd wojskowy NATO i o testach broni biologicznej w krajach bałtyckich prowadzonych przez Sojusz Północnoatlantycki, ale i o UFO zestrzelonym nad Litwą. Jednej z grup hakerskich udało się także przemycić fałszywą informację o planach NATO inwazji na Białoruś.

Przeciwnicy ścisłej współpracy mediów i służb oraz armii obawiają się o konflikt interesów i tu upatrują zagrożenia. Czy zbyt bliska relacja z organami państwa nie zacznie działać w drugą stronę, to jest czy nie doprowadzi do prób recenzowania informacji?

Litwini twierdzą, że nie ma podstaw do obaw, tym bardziej, że w projekt zaangażowane są często konkurujące ze sobą na co dzień, prywatne redakcje, dla których cytowalność i walka o news pozostają kluczową kwestią biznesową.

Ale są w UE kraje takie jak np. Holandia, gdzie litewskie rozwiązania budzą poważne wątpliwości. Zresztą nie tylko tam. Cytowany przez The Financial Times dyplomata unijny podkreśla, że sprawa jest bardzo delikatna. Trzeba zachować szczególną ostrożność, bo nie da się wprost przenieść rozwiązania litewskiego do innych państw UE. Każdy ma nieco inną wrażliwość i inne doświadczenia historyczne. Dlatego nie można jedną miarą traktować wszystkich.

Tylko, że UE sprawia wrażenie dość nieporęcznej w walce z dezinformacją. Unia nie ma własnej służby wywiadowczej a współpraca pomiędzy poszczególnymi służbami zawsze nacechowana będzie jakimś promilem nieufności. Z drugiej strony grupa zadaniowa East Stratcom, działająca w ramach EU ma wciąż bardzo organiczne zasoby ludzkie – to ledwie kilkanaście osób współpracujących z około 500 wolontariuszami.

Unijni dyplomaci twierdzą, że grupa otrzymała wprawdzie dodatkowe środki na „dalszą profesjonalizację” ale podkreślają, że w ubiegłym roku East Stratcom musiała wycofać trzy nieprawdziwe oskarżenia o dezinformację przeciwko holenderskim mediom. W jednym przypadku z powodu złego przetłumaczenia fragmentu tekstu, innym zaś razem tekst satyryczny potraktowano jako informacyjny.

Wpadki zdarzają się wszystkim, ale warto pamiętać, że żyjemy w czasach konfliktu, więc nie powinniśmy udawać, że go nie ma. Zresztą wybory europejskie i związane z nimi wydarzenia będą doskonałym materiałem analitycznym, pozwalającym na dokładniejsze określenie skali zagrożenia.

Fot. Pixabay

Narodowe Centrum Cyberbezpieczeństwa uznało, że przy podjęciu odpowiednich środków ostrożności możliwe jest wykorzystanie technologii firmy Huawei w strukturze sieci 5G bez ryzyka dla bezpieczeństwa narodowego – poinformował “Financial Times”.

Według dziennikarzy w NCSC przeprowadzono specjalistyczną analizę, z której wynika, że całkowite wykluczenie Huawei z budowy sieci 5G byłoby zbyt drastyczną decyzją. Co ciekawe, Brytyjczycy podtrzymali swoją opinię pomimo zintensyfikowanych wysiłków ze strony Stanów Zjednoczonych, aby całkowicie wykluczyć Huawei z sieci swoich sojuszników. W tle pojawiały się bowiem podejrzenia, że firma mogłaby pomóc chińskim służbom w prowadzeniu działań szpiegowskich na niespotykaną dotychczas skalę. Wskazywano także na zagrożenia związane z ryzykiem cyberataków.

Zdaniem dziennika Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) podkreślając ryzyka związane z obecnością Huawei na zachodnich rynkach, udostępniła sojusznikom dodatkowe informacje. Jednak mimo to, wiele europejskich państw – ku niezadowoleniu Waszyngtonu – prowadzi własną politykę bezpieczeństwa, nie uwzględniając amerykańskich obaw. Szczególnie Wielka Brytania i Niemcy podkreślają, że całkowity zakaz współpracy z Huawei wydaje się nieuzasadniony.

Informatorzy FT twierdzą, że brytyjska decyzja może mieć bardzo poważne konsekwencje dla innych europejskich państw. Specjaliści śledczy z NCSC, prowadzący rozległe analizy, korzystali prawdopodobnie także z amerykańskich informacji wywiadowczych. Konkluzja z raportu NCSC musi być o tyle niepokojąca z punktu widzenia interesów Waszyngtonu, że Brytyjczycy są członkiem ekskluzywnego porozumienia służb wywiadowczych pięciu państw anglosaskich tzw. Sojuszu Pięciorga Oczu.

Inne kraje mogą zatem argumentować, że skoro Brytyjczycy uznali, że nie ma zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa to znaczy, że można pozwolić dostawcom usług telekomunikacyjnych na używanie chińskich komponentów – przy zachowaniu odpowiednich środków ostrożności.

Decyzja Brytyjczyków jest jak na razie osamotniona. Zarówno Australia jak i Nowa Zelandia, które również wchodzą w skład Sojuszu Pięciorga Oczu, podjęły decyzję blokującą możliwość wykorzystania produktów Huawei w swoich sieciach 5G.

Dlatego można się spodziewać, że NCSC będzie jednak rekomendowało wykorzystywanie wielu różnych dostawców części do nowej infrastruktury telekomunikacyjnej, potencjalnie rekomendując wykluczenie chińskich komponentów w niektórych (ale nie wszystkich) jej elementach.

W ostatnich dniach w sprawie współpracy z Huawei wypowiedział się także szef brytyjskiego wywiadu (MI6) Alex Younger, który stwierdził, że nie da się jednoznacznie ocenić, czy technologia i sprzęt dostarczane przez Huawei stanowią realne zagrożenie dla brytyjskiej infrastruktury krytycznej. Szef brytyjskiego wywiadu podkreślił przy tym, że potrzebna jest w tej kwestii dalsza, poważna dyskusja. Younger przyznał jednocześnie, że nie byłoby dobrze, gdyby element znaczącej infrastruktury komunikacyjnej realizowany był przez dostawcę, który jest de facto monopolistą.

Fot. Pixabay

„Jestem taki, jak mnie Pan Bóg stworzył
No – trochem świństwa od siebie dołożył.“
Jan Sztaudynger

Wiele lat temu byłem w Moskwie, w tajnej rezydencji KGB. Dodam, KGB Rosji, bo właśnie skończył się ZSRR.

Dom musiał powstać w XIX wieku. Był wypełniony starymi meblami, kominkami, bibliotecznymi regałami. W sali bilardowej, nad pięknym, wielkim stołem, wisiała stylowa lampa. Obiekt ten należał nieprzerwanie do rosyjskich służb tajnych od czasów carskiej Ochrany, aż do współczesności. Mimo krwawej rewolucji, politycznych czystek, zmian, przewrotów, egzekucji, wojen.

Ten budynek to dla mnie symbol stabilności służby. Zmieniały się nazwy i polityczne reżimy, a tajna trwała. Trwała też i przechodziła z pokolenia na pokolenie wiedza o przeciwnikach Imperium. O nas.

Nikt niczego nie ujawniał, ani nie odtajniał. Wiedza o agentach rosyjskich, czy sowieckich służb, jest do dzisiaj pilnie strzeżona. Mimo upływu ponad stu lat. Stąd respekt, jakim się te służby cieszą w świecie.

Recepta na sukces w branży szpiegowskiej to zatem: wiedza plus doświadczenie pokoleń plus trzeźwość w ocenie sytuacji.

Tak samo postępują Brytyjczycy, Chińczycy, Francuzi, Izraelczycy. Odtajnianie nie istnieje w ich słowniku.

Zmiany kadrowe odbywają się w tajemnicy, a w skrajnych przypadkach dowiadujemy się o nich przy okazji….pogrzebów osób odwołanych, raz a dobrze, ze stanowisk.

Opublikowanie przez kogoś tajnego zbioru danych o oficerach służb wywiadowczych własnego kraju, z podaniem ich nazwisk legalizacyjnych, pod którymi kilka czy kilkanaście lat wcześniej działali za granicą, nie mogłoby się zdarzyć. Zdekonspirowanie agentury cudzoziemskiej tych oficerów byłoby ocenione jako akt zdrady. A pozbawienie ludzi uczciwie wypracowanych w służbach tajnych oraz policyjnych emerytur, oceniono by, w cywilizowanych krajach, jako łamanie praw obywatelskich.

Nikomu też nie przyszłoby do głowy bezpodstawnie i publicznie oskarżać o zdradę oraz o współpracę z przeciwnikiem, własnych oficerów, generałów, którzy całym swoim życiem wiernie służyli Ojczyźnie.

Trochę ponarzekałem. Abstrakcyjnie. Nikt przecież na świecie takich rzeczy nie robi samemu sobie. To się nie może zdarzyć, zwłaszcza w kraju należącym do NATO, będącym członkiem międzynarodowej wspólnoty wywiadowczej.

W kraju, którego służby nie tak dawno temu, z sukcesem, przeprowadziły operacje MOST, Sammum, które śmiało stawiły czoła rozpanoszonym na jego terytorium obcym wywiadom. Które okiełznały rządzące na ulicach i granicach gangi, które umożliwiły budowanie demokracji.

Nie, to się nigdzie nie mogło zdarzyć….

Wojciech Brochwicz: W 1990 współtworzył specjalną jednostkę „Grom”. Był doradcą ministra spraw wewnętrznych, prezesa Rady Ministrów, prezesa Narodowego Banku Polskiego. Pełnił funkcje dyrektora w Urzędzie Ochrony Państwa, zastępcy Komendanta Głównego Straży Granicznej oraz Wiceministra Spraw Wewnętrznych i Administracji w Radzie Ministrów Jerzego Buzka, gdzie odpowiadał za przygotowanie ustawodawstwa antyterrorystycznego. Po 2001 był członkiem komitetu konsultacyjnego przy szefie ABW Andrzeju Barcikowskim. Po odejściu z administracji państwowej został partnerem w firmie prawniczej R. Smoktunowicz & L. Falandysz. Obecnie prowadzi własną kancelarię prawniczą.

Trudno jest uwierzyć, że fakt współpracy pana Kazimierza Kujdy z SB był zaskoczeniem dla środowiska PiS – pisze w komentarzu dla portalu Osluzbach.pl płk Paweł Białek.

Na kanwie publicznej dyskusji o lustracji pana Kazimierza Kujdy w związku z jego ewentualną współpracą ze Służbą Bezpieczeństwa PRL, warto zwrócić uwagę na formalno-prawny aspekt tej sytuacji. W pierwszej kolejności należy ustalić jaka była pozycja formalna pana Kazimierza Kujdy, jako Prezesa Zarządu Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

Funkcję Prezesa NFOŚiGW Kazimierz Kujda pełnił w latach 2000-2002, 2006-2007 i 2015-2019. Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej jest państwową osobą prawną w rozumieniu art. 9 pkt 14 ustawy z dnia 27 sierpnia 2009 r. o finansach publicznych. Podstawy funkcjonowania działalności NFOŚiGW są określone w ustawie z dnia 27 kwietnia 2001 r. – Prawo ochrony środowiska. Wobec powyższego, pan Kazimierz Kujda był funkcjonariuszem publicznym oraz osobą pełniącą funkcje publiczne w rozumieniu przepisów kodeksu karnego. Natomiast osobami pełniącymi funkcje publiczne i podlegające lustracji w rozumieniu ustawy z dnia 18 października 2006 r. o ujawnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa z lat 1944–1990 oraz treści tych dokumentów, są osoby wymienione w art. 4 tej ustawy. Interpretacja tych przepisów może być skomplikowana, jednak wydaje się, że wśród nich nie znajduje się Prezes NFOŚiGW. Potwierdził to rzecznik IPN, w odpowiedzi na zapytanie mediów, który stwierdził, że Prezes NFOŚiGW nie podlega obowiązkowi złożenia oświadczenia lustracyjnego. Warto jednak zwrócić uwagę, że w pierwotnym brzmieniu tej ustawy, uchwalonej w okresie pierwszego rządu PiS, Prezes NFOŚ był wymieniony w katalogu osób znajdujących się w tzw. państwowym zasobie kadrowym, który podlegał lustracji z wyłączeniem niektórych osób. Dziwnym zbiegiem okoliczności wyłączenie to dotyczyło m.in. Prezesa NFOŚiGW.

Trudno jest uwierzyć, że fakt współpracy pana Kazimierza Kujdy z SB był zaskoczeniem dla środowiska PiS.

Płk Paweł Białek

Z drugiej strony Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej jest jednostką organizacyjną, w której przetwarza się informacje niejawne, a stojący na jej czele Prezes Zarządu jest jej kierownikiem i powinien był poddać się poszerzonemu postępowaniu sprawdzającemu, które prowadzi Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. W części IV ankiety bezpieczeństwa osobowego, którą osoba sprawdzana musi wypełnić, ustawodawca zamieścił pytanie dotyczące pracy lub współpracy osoby sprawdzanej z organami bezpieczeństwa PRL. Prawdziwość odpowiedzi udzielonej przez osobę sprawdzaną ABW powinna zweryfikować. Udzielenie odpowiedzi potwierdzającej fakt współpracy nie wyklucza uzyskania poświadczenia bezpieczeństwa osobowego. Poświadczenia nie może uzyskać osoba, która fakt współpracy z organami bezpieczeństwa PRL starałaby się zataić.

W żadnym przypadku takiej weryfikacji nie mógł ograniczać fakt, że dokumenty dotyczące Kazimierza Kujdy znajdowały się w tzw. zbiorze zastrzeżonym IPN, który funkcjonował do połowy 2016r. Do zbioru tego mieli pełny dostęp prokuratorzy IPN, w ramach prowadzonych śledztw dotyczących zbrodni bądź postępowań lustracyjnych oraz Służby Specjalne, w tym ABW m.in. w ramach prowadzonych postępowań sprawdzających. Wobec powyższego jeśli pan Kazimierz Kujda otrzymał poświadczenie bezpieczeństwa osobowego, na co wskazuje fakt pełnienia przez niego funkcji Prezesa NFOŚiGW, to w ankiecie musiał przyznać się do współpracy z SB. W innej sytuacji ABW nie mogła by wydać takiego poświadczenia. W kontekście faktu, że materiały dotyczące Pana Kazimierza Kujdy znajdowały się w tzw. zbiorze zastrzeżonym, pewnym zaskoczeniem jest informacja medialna, ze posiadał on kserokopie tych materiałów. W korespondencji z dziennikarzami pan Kazimierz Kujda napisał cyt.: ”że jest w posiadaniu dokumentacji skopiowanej z zasobów archiwalnych IPN, którą otrzymał kilka lat temu, po złożeniu stosownego wniosku o udostępnienie”.

W świetle powyższych rozważań, kierując się doświadczeniem życiowym, trudno jest uwierzyć, że fakt współpracy pana Kazimierza Kujdy z SB był zaskoczeniem dla środowiska PiS.

Niezależnie od powyższego, osoby które w okresie PRL potrafiły „wyplątać się” ze współpracy z SB, nie zasługują na potępienie, szczególnie ze strony osób, które nigdy w życiu nie musiały stanąć w obliczu werbunku SB. Odrębną kwestia jest natomiast fakt ukrywania obecnie przez te osoby okoliczności takiej współpracy.

Paweł Białek: Oficer Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w randze pułkownika, w latach 2007-2012 zastępca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Od 1991 roku pełnił służbę w Urzędzie Ochrony Państwa, a następnie w ABW. 4 grudnia 2007 roku został mianowany na stanowisko zastępcy szefa ABW. Po odejściu z ABW na początku kwietnia 2012 został wysokim urzędnikiem w Ministerstwie Skarbu i zasiada w radach nadzorczych spółek skarbu państwa: KGHM-ie i Orlenie. W latach 2013-2016 był dyrektorem Biura Inwestycji w PERN SA, odpowiedzialnym min. za budowę Terminalu Naftowego w Gdańsku.

Według litewskiego kontrwywiadu Rosja znalazła sposób na spenetrowanie rynków energetycznych Polski i krajów bałtyckich.

Nowy raport litewskiej kontry

Litewski kontrwywiad VSD (Lietuvos Respublikos Valstybės Saugumo Departamentas) opublikował nowy raport dotyczący zagrożeń dla bezpieczeństwa państwa w 2019 r. Wśród zagrożeń energetycznych i ekonomicznych służba wymienia budowaną przez rosyjski Rosatom elektrownię atomową w białoruskim Ostrowcu. Sprawa ma istotne znaczenie dla Polski.

Jak podkreśla VSD: siłownia w Ostrowcu powstaje z pogwałceniem wszelkich norm bezpieczeństwa. Budowę wspiera Białoruś i Rosja koncentrując się na kształtowaniu pozytywnego wizerunku inwestycji zagranicą.

Według raportu: nowa elektrownia atomowa wzmocni wpływ Kremla na reżim Aleksandra Łukaszenki. Powiązany z rosyjskimi władzami koncern Rosatom będzie miał wpływ na eksploatację obiektu, dostawy paliwa jądrowego, a w końcu także likwidację siłowni po przekroczeniu przez nią resursu.

Równie istotny jest według VSD aspekt regionalny. Rosja za pomocą Ostrowca chce mocniej zaznaczyć swoją obecność na lokalnych rynkach energetycznych i uzależnić je od siebie. Nieprzypadkowo lokalizacja nowej elektrowni to tereny przygraniczne, a elektrownia ma produkować energię na eksport (jest celowo przewymiarowana). Białorusini chcieliby dostarczać prąd z Ostrowca m.in. do krajów bałtyckich i Polski.

Rosjanie i Białorusini ominą litewską blokadę energetyczną?

Litwa nie przejawia póki co zainteresowania importem energii z Białorusi. Władze w Wilnie aktywnie zwalczają ten pomysł i legislacyjnie zablokowały możliwość kupna energii z nowej elektrowni atomowej budowanej przez Rosatom. Takie samo stanowisko prezentuje Polska. Jednak jak podkreśla VSD: te działania mogą być niewystarczające. Zdaniem służby Białoruś i Rosja będą próbowały ominąć litewskie ustawodawstwo i eksportować energię z Ostrowca na giełdę.

Chodzi o Nord Pool – największą na świecie giełdę energii elektrycznej. Prowadzi ona działalność na rynkach w krajach skandynawskich, bałtyckich, Niemczech i Wielkiej Brytanii.

Rozliczanie energii z elektrowni w Ostrowcu w taki sposób spowodowałoby, że nie miałaby ona konkretnej „etykiety pochodzenia”, mimo że fizycznie pochodziłaby z Białorusi. W efekcie cele Rosatomu zostałyby osiągnięte stopniowo uzależniając od energii z jego nowego projektu kraje bałtyckie i Polskę (jest z nimi połączona mostem energetycznym LitPol Link).

W dłuższej perspektywie mogłoby to osłabić chęć wspomnianych państw do budowy własnych źródeł energii, a także umożliwić polityczne naciski np. poprzez ograniczanie eksportu prądu w kluczowych momentach. Warto w tym kontekście podkreślić, że według polskiego operatora PSE najbliższe lata będą charakteryzować się wyjątkowo kruchą równowagą systemu elektroenergetycznego i rosnącym ryzykiem blackoutu (wielkoobszarowej awarii). Jest to związane z rosnącym zapotrzebowaniem na energię w szczytach letnich, wycofywaniem starych elektrowni węglowych etc.

Z powodu dużego zagrożenia napływem taniego prądu z państw autorytarnych, które wykorzystują politycznie energetykę, Polska od dłuższego czasu w nieoficjalnych rozmowach domagała się od Litwy fizycznej likwidacji połączeń energetycznych z Białorusią. Władze w Wilnie zobowiązały się 10 maja 2017 r. zdemontować linię elektroenergetyczną łączącą Ignalinę i Mińsk (750 kW) do 2020 r. Czy dotrzymają słowa? Po drodze wiele może się jeszcze zmienić na litewskiej scenie politycznej.

Szerzej o sprawie pisałem w swojej książce pt. „Stawka większa niż gaz” wydanej nakładem Arbitrora.

Fot. Litgrid

Hamas i inne grupy terrorystyczne w Gazie rozpoczęły ostatnio kampanię mającą na celu pozyskanie darowizn na rzecz organizacji terrorystycznych wypłacanych w Bitcoinach.

Działając pod parasolem Ludowych Komitetów Oporu, organizacje terrorystyczne wezwały swoich zwolenników do przekazywania pieniędzy za pomocą wirtualnej waluty Bitcoin. Według doniesień mediów arabskich po raz pierwszy skrzydło militarne Hamasu wezwało do dokonania darowizn finansowych za pomocą kryptowaluty. Ludowy Komitet Oporu opublikował wirtualny adres portfela, który był aktywny przez ponad trzy lata, a transakcje dokonywane były od października 2015 roku. Bitcoiny są kupowane i sprzedawane niemal codziennie i zostało zrealizowanych ponad 4000 transakcji.

Aktualnie skrzydło wojskowe Hamasu opublikowało nowy adres wirtualnego portfela, na który można przekazywać darowizny. Badanie adresu portfela wskazuje, że został otwarty dopiero niedawno, 31 stycznia br. Od tego czasu był używany w co najmniej 43 transakcjach kupna i sprzedaży.

Centrum Informacyjne ds. Wywiadu i Terroryzmu Meira Amita (ITIC) uważa, że inicjatywy te są obecnie podejmowane na skutek kombinacji trudnej sytuacji finansowej, z jaką borykają się grupy, oraz korzyści wynikających z anonimowości transakcji realizowanych z wykorzystaniem kryptowalut.

ITIC jest jednostką badawczą wywiadu z siedzibą w Tel Awiwie, ściśle powiązaną z izraelską społecznością wywiadowczą, wyjaśniła, że użycie Bitcoinów umożliwia przekazywanie dużych sum pieniędzy bez nadzoru banków, unikając międzynarodowych przepisów przeciwko praniu brudnych pieniędzy.

„Prowadzona przez organizacje palestyńskie w Strefie Gazy kampania na rzecz pozyskiwania funduszy jest kolejnym przykładem wykorzystywania wirtualnych walut przez organizacje terrorystyczne do finansowania swojej działalności” – powiedział przedstawiciel ITIC.

“Anonimowość zapewniona przez handel tymi walutami, ich dostępność i możliwość dokonywania przelewów pieniężnych na całym świecie w szybki i łatwy sposób, bez potrzeby identyfikacji lub ujawnienia, umożliwia tym organizacjom przekazywanie funduszy przeznaczonych na działalność terrorystyczną bez nadzoru ze strony władz lub banków ,jednocześnie omijając międzynarodowe przepisy dotyczące prania pieniędzy”.

Komentarz Redakcji

Nie wiadomo, jak do sprawy finansowania terroryzmu za pomocą kryptowalut odniosą się Izraelczycy, ani kraje, z których mogą pochodzić donatorzy. Jak dotąd nie zdecydowano się na zajęcie portfela, ani nie podjęto działań w stosunku do donatorów, pomimo że Hamas uznawany jest za organizację terrorystyczną przez wiele państw, z wyłączeniem m.in. Szwajcarii, Rosji i Chin.

Z badań przeprowadzonych przez PANews wynika, że 40% chińskich respondentów deklaruje chęć inwestowania w Bitcoina, a prawie 14% faktycznie to robi. Można więc przypuszczać, że wśród inwestorów mamy nadreprezentację Chińczyków.

Kilka lat temu, również na próbie około 40 transakcji, opierających na kwotę ok. 1 miliona dolarów, spekulowano że Bank of China oraz HSBC (w Hong Kongu), wykorzystywane były do finansowania Hamasu.

Już wtedy izraelska służba kontrwywiadu Szin Bet, prześledziła transakcje członków Hamasu — środki były deponowane w Chinach. Kluczowym ustaleniem Szin Bet było zeznanie Amara Mer’i, operatora finansowego, który zajmował się przekazywaniem środków od pracowników ze Strefy Gazy do ich rodzin (zaprzestał prowadzenia działalności pod presją władz palestyńskich) oraz do członków Hamasu przebywających w więzieniach i ich rodzin (tę działalność kontynuował). Większość pieniędzy zostało przekazanych na rachunki Bank of China oraz HSBC w Hong Kongu, pojedyncze transfery do Citibanku w USA oraz na rachunki w Indiach i Turcji.

Rodzina Daniela Wultza – nastoletniego amerykańskiego Żyda, który zginął w zamachu przeprowadzonym przez Hamas w 2006 roku – zdecydowała się pozwać Bank of China. Prawnicza batalia ujawniła istnienie skomplikowanej międzynarodowej sieci finansowania palestyńskiego terroryzmu. Pozew został złożony dzięki zachętom władz Izraela, wskazywano między innymi, że chińskie władze ignorowały ostrzeżenia od władz izraelskich o wykorzystywaniu Bank of China do prania pieniędzy palestyńskich terrorystów. Pod presją Chin, Izrael wycofał się ze wspierania pozwu rodziny ofiary zamachu, a ówczesny premier Benjamin Netanjahu poinstruował podległe mu służby, aby nie zeznawały przeciwko Bank of China.

Które z państw tym razem zdecyduje się walczyć z finansowaniem palestyńskiego terroryzmu?

Źródło: hamodia.com/własne

Fot. Pixabay

Służby specjalne IV RP są dziś bardzo upolitycznione  – pisze w specjalnym komentarzu dla Osluzbach.pl Wojciech Brochwicz. Ekspert zastanawia się również nad tym czy czerpią one z tradycji PRL?

Ostatnia „afera taśmowa” dotykająca szefa partii rządzącej spowodowała siłą rzeczy rozmaite pytania polityków opozycji oraz komentarze świata dziennikarskiego. Wywołała też, gdzieniegdzie oczekiwania wobec służb państwa. Tym bardziej, że jak wyśledzili dziennikarze, niektórzy szefowie tych służb mają za sobą aktywność polityczną w PiS oraz pracę w spółce Srebrna, tonącej dziś w oparach rozmaitych podejrzeń.

Cóż. Zarówno ABW, jak i CBA, wyraziły całkowite desinteressement całą tą sytuacją. ABW, jak twierdzi jej Szef, nie zajmuje się spółkami prywatnymi. A CBA nie stwierdza podstaw do badania oświadczenia majątkowego Prezesa PiS.

Tu, drogi Czytelniku osobista dygresja.

Rozmawiając o instytucjach wywiadowczych nie znoszę, gdy ktoś używa określenia „służby specjalne”. Wyobraźnia podrzuca mi wtedy widok wielkiej, cuchnącej śmieciary, blokującej jednokierunkową ulicę w godzinach szczytu. Jako miłośnik książek Josepha Conrada i Johna LeCarre zdecydowanie wolę „służby tajne”. I takim mianem posługiwałem się zazwyczaj wobec firmy, w której lata temu służyłem. Tajna służba. Przez większość mojego dorosłego życia albo pracuję w służbach, albo „jestem kojarzony” ze służbami, albo komentuję działania służb, albo służby zajmują się mną. Jestem do nich zatem przywiązany. Jak alkoholik do sklepu monopolowego. Do dziś, kiedy mijam na mieście znane sobie adresy mieszkań konspiracyjnych, to wzruszenie ściska mi gardło. Że nie wspomnę o przejażdżce przez ulicę Rakowiecką…

Jednak ta bierność dzisiejszych służb wobec podejrzeń ciążących na osobach rządzących nie pozostawia możliwości użycia innej nazwy niż „specjalne”.

W zamierzchłych czasach PRL-u Służba Bezpieczeństwa nie werbowała partyjnych oficjeli. Dlaczego? Ano dlatego, że to była Służba ich Bezpieczeństwa. Czy służby specjalne IV RP czerpią z tej tradycji ? Bardzo bym tego nie chciał, choć, niestety, wiele na to wskazuje. Czy zatem służby tajne zastąpione zostały przez służby…specjalne?

Jak się ma taką paranoiczną historię, jak ja, to człowiek chciałby, aby służby były i trwały wiecznie. Niech się w ich mroku ogrzewa moja osobista pomroczność… Jednak ostatnie wypadki (jakieś trzy lata) przyprawiają mnie o trwogę. Jako uważny obserwator strefy cienia łapię się na tym, że widzę (już tylko) ciemność. I czuję odór blokującej ulicę śmieciary…

Wojciech Brochwicz

W 1990 współtworzył specjalną jednostkę „Grom”. Był doradcą ministra spraw wewnętrznych, prezesa Rady Ministrów, prezesa Narodowego Banku Polskiego. Pełnił funkcje dyrektora w Urzędzie Ochrony Państwa, zastępcy Komendanta Głównego Straży Granicznej oraz Wiceministra Spraw Wewnętrznych i Administracji w Radzie Ministrów Jerzego Buzka, gdzie odpowiadał za przygotowanie ustawodawstwa antyterrorystycznego. Po 2001 był członkiem komitetu konsultacyjnego przy szefie ABW Andrzeju Barcikowskim. Po odejściu z administracji państwowej został partnerem w firmie prawniczej R. Smoktunowicz & L. Falandysz. Obecnie prowadzi własną kancelarię prawniczą.

Fot. materiały własne autora

Irańskie siły bezpieczeństwa oskarżają niewinnych pracowników naukowych o to, że są szpiegami. Oskarżenia mają na celu ukrycie własnych porażek i niepewności.

W ubiegłym roku irańskie siły bezpieczeństwa aresztowały irańsko-australijskiego naukowca Meimanata Hosseini-Chavoshiego szanowanego socjologa na Uniwersytecie w Melbourne, podczas jego próby opuszczenia Iranu. Na przesłuchanie został wezwany kolega zatrzymanego Mohammed Dżalala Abbasi-Shavazi, profesor na teherańskim Uniwersytecie, a także dyrektor Narodowego Instytutu Badań Ludności.

Irańska państwowa agencja informacyjna IRNA powiedziała, że Hosseini-Chavoshi i Abbasi-Shavazi, którzy wcześniej prowadzili badania socjologiczne w Iranie, zostali oskarżeni o “szpiegostwo” i naruszenia w „obszarze kontroli populacji”. Irańskie media podały, że naukowcy rzekomo fałszują statystyki dotyczące wskaźnika płodności w Iranie, próbując ukryć “kryzys demograficzny”.

Kontrola ludności stała się drażliwą kwestią w Iranie od czasu, gdy najwyższy przywódca Ajatollah Ali Chamenei wezwał do zwiększenia populacji w swoim kluczowym wystąpieniu w 2012 roku, uznając irańską politykę antykoncepcyjną za pomyłkę. Pod jego przywództwem państwo stara się zachęcić Irańczyków do posiadania jak największej liczby dzieci w celu zwiększenia populacji kraju z około 81 do 150-200 milionów w najbliższej przyszłości.

Wspólna książka Abbasi-Shavaziego i Hosseiniego-Chavoshi dotycząca wyzwań demograficznych w kraju pod tytułem “The Fertility Transition in Iran” zdobyła nagrodę International Book of the Year, przyznaną przez Ministerstwo Kultury i Islamskiego Przewodnictwa, w 2010 roku. W kolejnych latach obaj naukowcy utracili zaufanie władz z powodu rozbieżności między ich zaleceniami politycznymi dotyczącymi zarządzania płodnością, a oficjalną decyzją o podwojeniu populacji Iranu.

Kiedyś uznawani za cenionych ekspertów, teraz nazywani przez państwo “szpiegami” i określani jako “zagrożenie” bezpieczeństwa narodowego, tylko dlatego, że ich naukowe odkrycia i opinie wydają się nie zgadzać z rządowymi planami politycznymi.

Manufaktura szpiegów

Irański aparat bezpieczeństwa i wywiadu ciężko pracuje, aby zapobiec zagranicznemu szpiegostwu. Kradzież na początku 2018 roku ogromnego archiwum irańskich planów nuklearnych przez powiązanych z Izraelem agentów nie byłaby możliwa bez zagranicznej infiltracji.

Jednak kampania Islamskiej Republiki przeciwko infiltracji i szpiegostwu, która rozpoczęła się po ostrzeżeniu Ajatollaha Chameneiego w listopadzie 2015 roku, osiągnęła nadzwyczajne rozmiary, prowadząc do czegoś, co można by nazwać produkcją szpiegów do celów politycznych.

Oskarżenie naukowców i ekspertów, takich jak Hosseini-Chavoshi i Abbasi-Shavazi o bycie “szpiegami”, ponieważ mają poglądy sprzeczne z ideologią państwa i oficjalną polityką, nie jest niczym niezwykłym w dzisiejszym Iranie.

Na przykład Kaveh Madani, wysoce utalentowany pracownik naukowy Imperial College London i były zastępca szefa irańskiego Departamentu Środowiska, został zmuszony do opuszczenia Iranu w kwietniu ubiegłego roku, z obawy, że zostanie nazwany przez Iran “infiltratorem” lub „szpiegiem” i trafi do więzienia. “Ludzie z wywiadu w Iranie … są bardzo wyczuleni na zagranicznych ekspertów, którzy zbytnio zbliżają się do decydentów i zdobywają ich zaufanie”, powiedział Madani. “Staje się to problematyczne, zwłaszcza, gdy odkrycia lub opinie badacza z zagranicy są w konflikcie z narracyjnymi i ideologicznymi przekonaniami Islamskiej Republiki”. Dodał, że członkowie irańskiej konserwatywnej wspólnoty bezpieczeństwa i wywiadu obawiają się, że irańscy eksperci z zagranicznymi powiązaniami mogą próbować przekonać decydentów najwyższego szczebla w Iranie do przeprowadzenia poważnych reform.

W styczniu 2018 roku Kavous Seyed-Emami, irańsko-kanadyjski profesor socjologii politycznej na Uniwersytecie imama Sadiqa, który był doradcą na Uniwersytecie w Teheranie, został zatrzymany pod zarzutem szpiegowania pod płaszczykiem aktywizmu ekologicznego. Pasjonował się ekologią i był w zarządzie Persian Wildlife Heritage Foundation, organizacji pozarządowej zajmującej się ochroną środowiska, którą pomógł uruchomić.

Seyed-Emami niespodziewanie zmarł w więzieniu Evin w Teheranie wkrótce po zatrzymaniu. Abbas Jafari-Dolatabadi, prokurator generalny Teheranu, powiedział, że naukowiec “popełnił samobójstwo po przyznaniu się do zbrodni podczas pobytu w więzieniu”. Oskarżenia o szpiegostwo i twierdzenie, że popełnił samobójstwo, zostały odrzucone przez jego rodzinę i kolegów. “Mój tata głosował w każdym cyklu wyborczym, promował aktywne uczestnictwo, stanowczo przeciwstawiał się wojnie i sankcjom, troszczył się autentycznie o Iran, jego środowisko i ludzi”, powiedział jego syn Mehran.

Zmarły w więzieniu profesor w rozmowach sądził, że sankcje USA i UE przeciwko Teheranowi, są “nieprzydatne i nieuzasadnione”. Co więcej, publicznie mówił o zagranicznych zagrożeniach przeciwko Iranowi już w marcu 2017 roku. Podkreślał także potrzebę wzmocnienia irańskich “zdolności obronnych”, aby powstrzymać ewentualne działania wojskowe.

Kiedy jednak siły bezpieczeństwa zdecydowały, że jest “szpiegiem”, patriotyzm Seyeda-Emami okazał się niewystarczający, by uratować mu życie.

Kozły ofiarne”

W niektórych przypadkach określenie wybranych irańskich naukowców jako “szpiegów” nie jest oparte nawet na różnicach ideologicznych, w stosunku do władz tego kraju. Czasami irański aparat bezpieczeństwa wydaje się używać niewinnych naukowców jako „kozłów ofiarnych”, aby ukryć własne potknięcia. Wiadomo też, że oskarżają naukowców, którzy nie chcą szpiegować dla Teheranu.

Przypadek Ahmada Reza Jalali, irańsko-szwedzkiego lekarza medycyny i wykładowcy z Instytutu Karolinska w Sztokholmie, który został aresztowany w kwietniu 2016 roku, a następnie skazany na śmierć za szpiegostwo na rzecz Izraela, może być tego przykładem.

W grudniu 2017 roku Irańska telewizja państwowa wyemitowała program, w którym Jalali, wcześniej pracujący nad projektem dla irańskiego Ministerstwa Obrony, przyznał się do przekazania informacji zagranicznemu wywiadowi na temat irańskich naukowców pracujących przy projekcie nuklearnym.

Jego rodzina, zwolennicy i kilka międzynarodowych organizacji pozarządowych sądzi, że Jalali został zmuszony do przeczytania tego oświadczenia. Później sam Jalali wysłał nagranie dźwiękowe z więzienia Evin, twierdząc że zeznania na nim wymuszono.

Jego żona, Vida Mehrannia, sądzi, że państwo wykorzystało męża jako kozła ofiarnego, po to by ukryć incydenty bezpieczeństwa, które pozwoliły Mossadowi w latach 2010-2012 zamordować kilku ważnych naukowców z dziedziny jądrowej.

“Państwo prześladuje niewinną osobę i nazywa ją przestępcą usprawiedliwiając incydenty bezpieczeństwa i potknięcia wywiadu, które doprowadziły do zamachu na naukowców nuklearnych” – powiedziała – “czas rzekomych działań szpiegowskich Ahmada Rezy nawet nie pasuje logicznie do tych zabójstw”. Dodała, że skazując męża na śmierć, państwo „terroryzuje naukowców współpracujących z organizacjami państwowymi w celu osiągnięcia ich pełnego posłuszeństwa”. Pod koniec 2017 roku Jalali stwierdził w liście, który napisał w więzieniu Evin, że został uwięziony po tym, jak odmówił szpiegowania dla irańskich służb wywiadowczych.

Jalali nie jest jedynym naukowcem, który twierdził, że był celem ataku za odmowę pracy dla irańskiego wywiadu. Hamid Babaei, irański doktorant finansów na Uniwersytecie w Liege w Belgii, twierdził również, że został osadzony w więzieniu za odmowę działania jako informator dla irańskiego Ministerstwa Wywiadu. Babaei został skazany na 6 lat więzienia w grudniu 2013 roku za rzekome “działanie przeciwko bezpieczeństwu narodowemu poprzez komunikowanie się z wrogim rządem”.

Inni irańscy eksperci i zagraniczni specjaliści posiadający podwójne obywatelstwo, których w ostatnich latach podejrzewano o “szpiegostwo”, “infiltrację” lub “miękką dywersję” to; Abbasa Edalata, profesor matematyki w Imperial College London; Omid Kokabee, fizyk laserowy z University of Texas; Kamiar i Arash Alaei, lekarze oraz znani na całym świecie specjaliści od AIDS; Haleh Esfandiari, były dyrektor programu na Bliskim Wschodzie w Woodrow Wilson Center; Homa Hoodfar, irańsko-kanadyjski antropolog; Kian Tajbakhsh, irańsko-amerykański badacz urbanistyki; i Ramin Jahanbegloo, irańsko-kanadyjski filozof.

Ciągła kampania irańskiego establishmentu przeciwko naukowcom z zagranicznymi afiliacjami jest odbiciem stale rosnącej percepcji zagrożeń i ciągłej niepewności. W obliczu zwiększającej się presji zagranicznej i pogłębiania się podziałów wewnątrz państwa irańskie siły bezpieczeństwa produkują “szpiegów” nie tylko po to, by usprawiedliwić własne niepowodzenia, ale także by uspokoić obawy związane z poglądami naukowymi, które mogą potencjalnie podważyć polityczne i ideologiczne filary Islamskiej Republiki.

Źródło: Aljazeera

Fot. Pixabay

Nadpisanie nagrań z Pałacu Prezydenckiego, które mogły być dowodem w sprawie Stefana W. po zaledwie miesiącu świadczy o nie najlepszej analizie ryzyka i dopasowaniu do niej urządzeń rejestracyjnych we wspomnianym obiekcie.

Gazeta Wyborcza w dniu 24 stycznia 2019 roku w artykule pt. „Nie ma zapisów z kamer Pałacu Prezydenckiego, które miały nagrać Stefana W. Dane zostały nadpisane”, donosi, że śledczy próbują zweryfikować, czy zabójca prezydenta Gdańska, Stefan W., próbował wedrzeć się na teren Pałacu Prezydenckiego w Warszawie. Materiał z kamer został jednak nadpisany, bo jest przechowywany jedynie przez miesiąc” – stwierdzono w artykule. Cała sytuacja została poprzedzona informacjami podanymi przez PAP z których wynikało, że Stefan W. miał zamiar pozbawienia życia Prezydenta RP. Była to informacja tyleż ciekawa co niesprawdzona. Jak się okazuje prokuratura dopiero teraz próbuje ją zweryfikować m.in. w oparciu o monitoring wizyjny miejski i Pałacu Prezydenckiego. Bo jak się wydaje nie dała wiary wyjaśnieniom SOP, że żadnego incydentu bezpieczeństwa nie odnotowano. SOP nie wyjaśnił również opinii publicznej dlaczego dane rejestrowane przez kamery są przechowywane jedynie przez miesiąc. Nawet Kodeks pracy umożliwia każdemu pracodawcy przechowywanie utrwalonych w ten sposób danych przez trzy miesiące. Miesiąc to stanowczo za krótko dla tego typu obiektu. Świadczy to o nie najlepszej analizie ryzyka i dopasowaniu do niej urządzeń rejestracyjnych. To nieprofesjonalne. Powstaje też naturalnie pytanie dlaczego nie były tworzone kopie zapasowe z rejestratorów, co stanowi rudyment ochrony informacji?

Nagrania z kamer nie są jednak jedynym źródłem informacji, po które powinna sięgnąć prokuratura w celu sprawdzenia czy Stefan W. mówi prawdę. Przypominamy o tym prokuraturze, bo nie chcemy aby utrwaliło się przekonanie, że skoro brak jest nagrań wideo, to tym gorzej dla faktów, bo coś mogło być na rzeczy.

System ochrony obiektu powinien być dostosowany do wszystkich typów zidentyfikowanych zagrożeń́, tak naturalnych, jak i intencjonalnych oraz technicznych. Mamy nadzieję, że właśnie tak zorganizowana została ochrona Pałacu Prezydenckiego.

Na tym obiekcie powinno funkcjonować centrum dowodzenia i koordynacji ochrony fizycznej, wyposażone w zintegrowany system informowania (telewizja przemysłowa, System Sygnalizacji Włamania i Napadu, System Kontroli Dostępu) o wszelkich stanach anormalnych zaistniałych w strefach ochrony. SSWiN stosuje się̨ w celu wykrycia i rejestracji prób nielegalnego wejścia do stref ochrony, wybranych obszarów. Oparte są na urządzeniach: wykrywających ruch w strefie objętej ich działaniem, sygnalizujących otwarcie drzwi, sygnalizujących wypełnienie otworów budowlanych, sygnalizujących uszkodzenie powierzchni szklanych, ostrzegających o zagrożeniach (przyciski alarmowe). Na obiekcie chronionym ogrodzenia powinny współpracować nie tylko z systemami telewizji przemysłowej, pozwalającymi na obserwację ogrodzenia zewnętrznego oraz wszystkich wejść i wyjść ze stref ochrony, ale również z systemami wykrywania i sygnalizacji włamania, pozwalającymi na jak najwcześniejsze wykrycie prób sforsowania ogrodzenia zewnętrznego obiektu oraz z oświetleniem.

Zintegrowany system ochrony, który niewątpliwie powinien istnieć w tak ważnym obiekcie pozwala nie tylko na podejmowanie szybkich decyzji i działań́ zmierzających do neutralizacji ewentualnych zagrożeń, ale także na rejestrację oraz magazynowanie – dla celów dowodowych i analitycznych, negatywnych zdarzeń z wymienionych systemów, niezależnie od materiału wideo utrwalonego przy pomocy telewizji przemysłowej.

Fot. Wikipedia

Brytyjska służba odpowiadająca za bezpieczeństwo wewnętrzne (MI5) obawia się skutków Brexit w kontekście konfliktu północnoirlandzkiego. Zdaniem ekspertów MI5, wyjście Wielkiej Brytanii z UE może przyczynić się do wzrostu napięcia. Potwierdzają to informacje zebrane podczas czynności operacyjno – rozpoznawczych.

W 1922 roku irlandzkim nacjonalistom udało się wyzwolić wyspę spod kurateli Imperium Brytyjskiego. Jednak sześć hrabstw Irlandii Północnej pozostało pod panowaniem brytyjskim, i tworzą dziś Brytyjskie Terytorium Irlandii Północnej. Przez lata Irlandię Północną trawił krwawy konflikt. Dopiero w ramach tzw. porozumienia wielkopiątkowego z 1998 roku, irlandzcy nacjonaliści i brytyjskie grupy lojalistów w Irlandii Północnej zakończyły swoje operacje zbrojne. Obydwa środowiska wkroczyły na scenę polityczną, dzieląc się władzą na terytorium brytyjskim. Integracja Irlandii i Wielkiej Brytanii w ramach Unii Europejskiej bardzo pomogła w procesie pokojowym, poprzez zanik fizycznych granic a co za tym idzie końca kontroli granicznych między obydwoma krajami. Innymi słowy probrytyjscy lojaliści nadal żyli pod panowaniem brytyjskim, a nacjonaliści irlandzcy byli w stanie przejechać z Irlandii Północnej do Republiki Irlandii bez żadnych ograniczeń. Wrażenie wysokiego stopnia zunifikowania obydwu państw znacznie osłabiło postawy konfliktogenne.

Ale wszystko zmieni się po opuszczeniu przez Wielką Brytanię struktur unijnych. Temat granicy pomiędzy obydwoma krajami to jeden z kluczowych elementów gorącego sporu w brytyjskim parlamencie. Szczerze mówiąc to właśnie problem granicy znacznie bardziej ciąży politykom niż kwestie handlowe. Dlaczego?

Wielu ekspertów, reprezentujących obydwie strony sporu przestrzega, że przywrócenie twardej granicy będzie sprzyjać skrajnym nastrojom, w tym może wywołać resentyment do akcji terrorystycznych.

Dlatego MI5 już dziś traktuje sytuację jako priorytetową, skupiając swoją uwagę przede wszystkim na monitoringu aktywności grup republikańskich. Sen z powiek brytyjskich funkcjonariuszy spędza reaktywowana w 2012 roku Nowa Irlandzka Armia Republikańska (IRA). Brytyjskie służby odnotowały szczególny wzrost aktywności nowej formacji w znanej ze skrajnych nastrojów, północno-zachodniej części Irlandii Północnej z miastem Derry na czele. MI5 uważa, że Nowa IRA to dziś co najmniej 40 członków, którzy są zwolennikami zbrojnej kampanii przeciwko brytyjskim rządom na północy wyspy. Jednak wzrost członków organizacji jest na tyle duży, że przybędzie również zainteresowanych najbardziej skrajnymi metodami walki.

Dlatego Londyn podchodzi do tych meldunków niezwykle poważnie o czym świadczy fakt, iż wedle nieoficjalnych informacji, aż 140 funkcjonariuszy MI5 oddelegowano do działań w sprawie Irlandii Północnej. Większość z nich stacjonuje w Belfaście. Głównym celem pozostaje nie tylko werbunek źródeł wewnątrz i wokół organizacji, ale także kontrola głównych szlaków przemytniczych na wyspie.

Istnieje bowiem obawa, że Nowa IRA spróbuje dokonać transakcji zakupu broni i jej przerzutu jeszcze przed ostatecznym opuszczeniem Unii przez Wielką Brytanię. Wszystko to z powodów czysto logistycznych. Dziś stosunkowo łatwo jest przeprowadzić tego typu operację.

Fot. Pixabay