Home Archive by category Komentarze

Komentarze

RESZKA: O POCZUCIU HUMORU PIOTRA WOŹNIAKA

„Prezes Piotr Woźniak z plecakiem, walizką, reklamówką ? I taką gotówką (…) Jak było z tymi innymi 100 tys. zł? Też przekazano je w gotówce? Bardzo jestem ciekaw szczegółów” – zastanawia się na łamach Osluzbach.pl Grzegorz Reszka. Były dyrektor Departamentu Bezpieczeństwa PGNiG wraca pamięcią do kwestii słynnych „nagród EuRoPol Gazu”.

Można znaleźć w sferze publicznej wydarzenia szczególne, jasne, niebanalne, w porównaniu do tego, co dominuje w Polsce po ostatnich wyborach parlamentarnych, zwłaszcza wobec niszczenia przez rządzących instytucji państwa i zaufania obywateli do państwa właśnie. I znalazłem. Oblicze władzy jest lepiej widoczne w zdarzeniach zaskakujących, często zabawnych.

Żart i poczucie humoru to sprawy każdemu jakoś dane. Dobre żarty, coś co nas śmieszy, jakieś zabawne historie, powinny być oparte na wywołanym przez nie wrażeniu zaskoczenia, kontraście skojarzeń, lekkości, niespodziewanej puencie. Jednocześnie taki humor powinien szanować u słuchaczy, czytelników te wartości i uczucia, które oni sami wyłączają spod działania żartu. Dobry żart powinien być taktowny.

Poczucie humoru to właściwość osobowości, postawa wobec życia, świata. Osoby o dużym poczuciu humoru są bardziej życzliwe i wyrozumiałe wobec innych. Z poczuciem humoru wiążą się kompetencje intelektualne, rozwinięte myślenie analityczne. Według niektórych badań istnieje związek poczucia humoru z poziomem inteligencji. Im wyższe jedno – tym wyższe drugie. Ta relacja szczególnie nasila się u tych, którzy wykazują się dystansem wobec siebie i potrafią śmiać się z własnych słabości. Z takimi ludźmi łatwiej żyć.

Dwa wydarzenia: jedno z jesieni 2016 roku, drugie z lutego 2019 roku, wydają się spełniać kryteria sytuacji zadziwiającej i zabawnej, a ich dwaj główni aktorzy przedstawili się nam jako ludzie mocni i zdecydowani, posiadający ewentualne poczucie humoru. A takich powinno się lubić, wspierać i podziwiać.

We wrześniu 2016 roku media informowały o wysokich nagrodach finansowych wypłaconych m.in. trzem członkom zarządu Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa S.A.: Piotrowi Grzegorzowi Woźniakowi, Bogusławowi Marcowi i Januszowi Kowalskiemu (z tytułu pełnienia funkcji w organach EuRoPol Gaz S.A.) oraz dwóm polskim członkom zarządu spółki EuRoPol Gaz S.A.: Piotrowi Tutakowi i Krzysztofowi Rogali. Od razu dodajmy – nagrody wypłacono zgodnie z przepisami korporacyjnymi, budziły one jednak zasadnicze kontrowersje moralne i estetyczne. Były bowiem nagrodami z zysku wypracowanego przez EuRoPol Gaz w roku 2015, podczas gdy większość menedżerów z tego grona nie przepracowała w tej spółce ani jednego dnia w tymże roku. Rozpoczął się medialno – polityczny korowód: czy te nagrody wymienionym się należały, co z nagrodami zrobić, zwrócić, przekazać, a jeśli tak to komu?

Rozwiązaniem tych dylematów wyróżnił się jeden nagrodzony: prezes PGNiG Piotr G. Woźniak. Jak wynika z oświadczeń prezesa P. Woźniaka (vide strona internetowa PGNiG), bez czekania na medialną burzę, wyprzedzająco, bo w lipcu 2016 roku przekazał on kwotę nagrody 145 tys. zł w formie darowizny „(…) na ręce (uwaga, to ważne: „na ręce”) pełnomocnika Archidiecezji Warszawskiej Marcina Adamczewskiego (…).” Ten ostatni w swoim oświadczeniu dodał, że kwota została przekazana „(…) w gotówce na cele rewitalizacji Domu Rekolekcyjnego w Skolimowie (…).” Prezes P. Woźniak poinformował nas także w swoim oświadczeniu, że darowiznę uczynił jako „osoba prywatna”, i „(…) że niezależnie od wspomnianej wyżej kwoty nagrody – tylko w 2016 roku – wspólnie z małżonką (…)” przekazał ponad 100 tys. zł na inne cele charytatywne. Oświadczenia prezesa P. Woźniaka opublikowano jednak nie w lipcu, a we wrześniu 2016 roku. P. Woźniak wykazał się szczodrością licząc na naszą cierpliwość, zrozumienie i być może poczucie humoru.

Ja wierzę w prawdziwość powyższych oświadczeń. Precyzyjnie: na dzisiaj ich treść przyjmuję do wiadomości wobec braku dowodów, że było inaczej. Nie o wiarę, prawdę czy kłamstwo tu jednak idzie. Wstrząsnęło mną wysoce uprawdopodobnione historią darowizny, zamiłowanie prezesa P. G. Woźniaka do podejmowania działań ryzykownych. To z kolei może wynikać z tego, że P. Woźniak chyba lubi tzw. „fun”. A fun to fun: radość, dobry humor i pewnie śmiech. Tylko to mogło uzasadniać fakt unikania przelewu, ryzykowanie zguby pieniędzy, napadu. Adrenalina? No bo przecież nie wygoda darczyńcy i obdarowanego była tu przesłanką zasadniczą.

Pamiętacie? Połowa 2016 roku, niedługo po upadku rządu koalicji PO-PSL, jeszcze przed podźwignięciem się z kolan, ale już w trakcie radosnego dźwigania się suwerena. Państwo w ruinie, ale banki działają i to nieźle. A tu prezes P. Woźniak z plecakiem, walizką, reklamówką ?! I taką gotówką. Wyobraźnia sprzyja dowcipowi sytuacyjnemu. Ze zwyczajnej ciekawości rodzą się pytania. Ile miejsca w reklamówce zajmuje taka kasa? Jak on się nie bał wyjść z banku? A może cała kwota spoczywała przed jej przekazaniem wśród ręczników i wykrochmalonych prześcieradeł? A może był konwój i ochrona? A jak było z tymi innymi 100 tys. zł? Też przekazano je w gotówce? Bardzo jestem ciekaw szczegółów. Nie znam ich, ale spodziewam się, że dobry humor był wśród nich. Prezes P. Woźniak przyjął nagrodę jako osoba publiczna, a darowiznę wręczał jako osoba prywatna i to kończy sprawę. Jednak dręczące pytania pozostają. Notabene: skąd u ważnych prezesów związanych z PiS – em taka niechęć do przelewów? Czy koncentracja na gotówce nie świadczy o tym, że Weltschmerz został zastąpiony przez Geldschmerz ? Pytania, pytania.

Należy z łagodną stanowczością, pełną troski o los partii i suwerena, zwrócić uwagę, że ryzyko i brawura prezesów w ogóle, powinny być wzięte w karby. Ze swoimi talentami i dorobkiem są dla nas zbyt cenni. Nie powinni narażać się na napady, ani zbędnie ryzykować. Pan prezes P. Woźniak ma na głowie poważną spółkę. Ropę naftową, gaz, energię elektryczną, cieplną, rury, przedszkole. Mało? To dodajcie do tego m.in.: USA, Danię, Algierię, Norwegię, Niemcy, Izrael, Turcję, Kanadę, Ukrainę, Libię, Pakistan, no i ekscytujące Włochy. To jest bez mała całe ONZ. Rosji na głowie już nie ma. To państwo będzie miał na swojej głowie jego następca. Tę potyczkę prezes P. Woźniak kończy heroicznie i zwycięsko. Przetrwał. Gaz podobno będzie. Gdzie, ile i za ile, to się zobaczy i zapłaci. Jest jeszcze jeden powód by miarkować dobry humor, żarty i śmiech . W początkach kwietnia br., w Rzeszowie, minister Piotr Naimski poinformował ze szwajcarską precyzją, że inwestycja Baltic Pipe jest realizowana z dokładnością do jednego tygodnia. Obawiam się, że oznacza to, iż ktoś będzie musiał odpowiedzieć za ten sukces. Będzie okazja do świętowania i żartów.

O uczynionej prywatnie, gotówkowej darowiźnie prezesa P. Woźniaka przypomniałem sobie w początkach lutego tego roku, po wysłuchaniu telewizyjnej wypowiedzi Szefa ABW, prof. dr hab. P. Pogonowskiego. W kontekście afery Srebrna, Szef ABW udostępnił nam swoje poglądy i poinformował, że ABW nie zajmuje się prywatnymi spółkami. Mówił serio? Czy deklaracja Szefa ABW to był brawurowy żart? Nie wiem. Szef ABW jest prawnikiem, profesorem, być może przyszłym sędzią Sądu Najwyższego lub ministrem spraw wewnętrznych. Mówił to z taką poważną miną. Z drugiej strony wiem, że żartować można z najpoważniejszą miną, a Buster Keaton?

Prywatne osoby, prywatne spółki. Z tych dwóch sytuacji można wnioskować, że Polska to szpica elity wśród państw doceniających i odważnie chroniących prywatność, a Polacy umieją ją stosować i z niej korzystać. Jeśli jednak to były żarty? To pośmialiśmy się, dotleniliśmy organizmy, rozruszaliśmy przepony. I wszyscy powinniśmy pamiętać, że żarty mają swoje konsekwencje.

Grzegorz Reszka – socjolog, emerytowany pułkownik ABW. Od 1992 roku w UOP. Pełnił m.in. funkcje: zastępcy Dyrektora Zarządu Kontrwywiadu UOP, zastępcy Szefa UOP, doradcy Szefa ABW. Od listopada 2007 roku do lutego 2008 roku pełnił obowiązki Szefa SKW. W latach 2011 – 2015 był członkiem Rady Konsultacyjnej w CBA. W latach 2008 – 2010 prowadził autorskie konwersatorium „Kłamstwo, skandal, manipulacja. Elementy teorii bezpieczeństwa narodowego i władzy” w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. W latach 2013 – 2015 Dyrektor i zastępca Dyrektora Departamentu Bezpieczeństwa PGNiG.

Fot. Wikipedia/Ministerstwo Energii

MACIĄŻEK: KONFLIKT O ROPĘ W EUROPIE WSCHODNIEJ

Zaostrza się sytuacja na rynkach naftowych w Europie Wschodniej. Rośnie presja na rynki: białoruski i ukraiński. Czy Polska otrzyma uderzenie rykoszetem?

Kwiecień br. obfituje w doniesienia medialne świadczące o nasilającym się konflikcie naftowym pomiędzy Rosją i Białorusią:

• Władze białoruskie poinformowały o tym, że kluczowy ropociąg tranzytowy „Przyjaźń” wymaga konserwacji. Zapowiadany remont miałby wiązać się z wyłączeniem infrastruktury przesyłowej z eksploatacji. Tymczasem jest to główne źródło dostaw ropy dla rafinerii w Płocku należącej do PKN Orlen. Co ciekawe zapowiedzi dotyczące konieczności konserwacji „Przyjaźni” zbiegły się w czasie z zapowiedziami zwiększenia dostaw saudyjskiej ropy przez terminal naftowy w Gdańsku i Ropociąg Pomorski do płockiego zakładu petrochemicznego. Niewykluczone, że PKN Orlen bierze na poważnie ryzyko utrudnień w dostawach ropy z terenu Białorusi.
• Zwiększenie ryzyka eskalacji pomiędzy Mińskiem i Moskwą może sugerować także zapowiedź podniesienia taryf na przesył rosyjskiej ropy przez infrastrukturę białoruską o 23%.

Motywacje Białorusi są uwarunkowane wprowadzeniem przez Rosję tzw. manewru podatkowego – zastąpiono cła eksportowe podatkiem od wydobycia. Bardzo mocno uderzyło to w białoruski budżet centralny, w którym sektor naftowy jest odpowiedzialny za ponad 20% wpływów (chodzi o zyski z rafinerii w Nowopołocku i Mozyrzu). Są jednak i inne powody: napływ tanich paliw z Rosji na rynki, na których sprzedają swoje produkty zakłady petrochemiczne z Białorusi.

OPISYWANE NAPIĘCIA BIAŁORUSKO-ROSYJSKIE PROGNOZOWAŁEM W SWOJEJ KSIĄŻCE:

Napięcia w relacjach białorusko-rosyjskich będą eskalować w najbliższym czasie. Świadczy o tym przynajmniej kilka informacji:

• Ukraina zapowiedziała, że udostępni swoją infrastrukturę kolejową Białorusi. Władze w Kijowie są gotowe udzielić w ramach tej współpracy istotnego rabatu swoim partnerom z Mińska. Skąd miałby pochodzić surowiec? Najprawdopodobniej z Azerbejdżanu lub Kazachstanu. Jednak ze względu na charakter transakcji typu SWAP możliwe są najróżniejsze konstelacje w zakresie zorganizowania takich dostaw. Swego czasu pojawiały się informacje, według których Białoruś współdzieliła z polskim PKN Orlen tankowce dostarczające do Europy irańską ropę.
• Najwyraźniej perspektywa wdrożenia przez Białoruś działań dywersyfikujących import ropy jest brana w Rosji pod uwagę. Premier Dmitrij Miedwiediew poinformował, że jego kraj wprowadzi zakaz eksportu ropy i produktów naftowych na Ukrainę. Zasadnym w tym kontekście wydaje się pytanie czy Flota Czarnomorska nie będzie próbowała, podobnie jak miało to miejsce w Cieśninie Kerczeńskiej, zablokować ewentualne dostawy ropy do Odessy przeznaczone dla Białorusi.

Oczywiście kiedy konflikt rosyjsko-białoruski osiągnie swoje apogeum strony powinny osiągnąć jakiś konsensus. Tak bywało do tej pory przez całe lata gdy w branży naftowo-paliwowej Mińsk i Moskwa regularnie aranżowały spory uderzające w odbiorców ropy w Polsce i Niemczech. Jedno z takich napięć doprowadziło nawet do dostaw wenezuelskiej ropy na Białoruś przez Ukrainę. Jednak pomysł szybko zarzucono ze względu na jego nierentowność. Dziś z powodu zmian na światowych rynkach naftowych (dominacja odbiorców surowca, ekspansja dostawców saudyjskich w Europie Wschodniej) wdrożenie takich działań byłoby dużo tańsze, a nawet być może pod pewnymi warunkami rentowne.

Fot. Kremlin.ru

BROCHWICZ: WERBUNEK NA PODKARPACKI BURDELIK?

Wojciech Brochwicz, ekspert portalu Osłużbach, zastanawia się jaką rolę pełnią obecnie w polskim życiu politycznym kolejne afery taśmowe. Czy służby trzymają rękę na pulsie? – zastanawia się współtwórca jednostki GROM.

„Rybie trzeba dać to, co ona lubi – dżdżownicę. Jeżeli chcesz się z kimś zaprzyjaźnić, nie rozmawiaj z nim o truskawkach, które ty lubisz. Rozmawiaj o dżdżownicach, które on lubi”.

Wiktor Suworow

Ostatnio zaroiło się od sensacyjnych doniesień na temat pewnej niestosownej niespodzianki jaka miała spotkać wielu luminarzy naszego życia publicznego. Otóż owi mężowie stanu, ojcowie rodzin, pasterze bożej trzody oraz stróże prawa korzystali z usług młodych cichodajek zza wschodniej granicy, gdzieś w przytulnym burdeliku na Podkarpaciu. Nie tu jednak dopatrywałbym się niestosowności (bo przecież pochędożyć męska rzecz, uznawana zwłaszcza w ich kręgu kulturowym za coś fajnego), ale w okolicznościach towarzyszących tej zdrowej aktywności. Otóż w burdelu były kamery (czy kogoś to jeszcze dziwi?) i wszystkie wzniosłe akty znalazły się na przysłowiowych taśmach. A taśmy, jak wieść gminna niesie, pojechały na Ukrainę.

I tu jesteśmy, pardon, w domu.

Kiedy trząsł się w konwulsjach afery ośmiorniczkowej rząd PO, zadawałem sobie pytanie, kogo nie ujawnią? Bo ci bohaterowie tamtej historii taśmowej, których ujawniono i publicznie zlinczowano, nie wydawali się już szczególnie atrakcyjni z wywiadowczego punktu widzenia.

Można założyć, że opublikowano te nagrania tylko po to, aby wyłączyć ich na jakiś czas z bieżącej polityki.

I nastraszyć pozostałych…

Ciekawsze jest bowiem, czy powstały nagrania polityków, których nie ujawniono. Którym dysponent taśm złożył propozycję typu: albo publikacja nagrań, albo współpraca. I czy podobnych rozmów pozyskaniowych jak wówczas, nie przeprowadzili teraz z „gwiazdorami” studia nagrań na Podkarpaciu ci sami, obcy oficerowie?

Nie lubię takiego „gdybania” i „byćmożenia”. Może nikt nikogo nie werbował. Może nagrania były tylko po to, aby były. Jak tak dłużej nad tym myślę, to nawet podoba mi się ta koncepcja, że to wszystko czysty seks…

Nie śmiem też mieć wątpliwości, iż właściwe służby państwowe przeprowadziły w tym zakresie stosowne czynności sprawdzające (lub na odwrót).

A teraz na chwilę, i czysto teoretycznie: są trzy główne podstawy werbunku: podstawa patriotyczna (na Wallenroda), podstawa materialna (za kasę) oraz materiały kompromitujące (np. film z burdelu).

Złośliwie dodam, że co się tyczy polskich służb, to po rozlicznych publikacjach, od białej księgi Olina, poprzez raport w sprawie WSI aż do odtajnienia Zbioru Zastrzeżonego IPN, nie ma już czego zbierać. W tych szacownych publikacjach pokazano światu nie tylko metody i formy pracy operacyjnej, ale też nazwiska, daty urodzenia i dane legalizacyjne naszych oficerów oraz ich cudzoziemskiej agentury.

I tu pozostaje już tylko, młodym adeptom szpiegostwa, ostatnia, nieopisana dotąd w żadnej literaturze gatunku, czysto nasza, polska podstawa werbowania: na litość…

Wracając to materiałów kompromitujących osoby publiczne w domu publicznym. Może przydałby się jakiś jasny komunikat ze strony służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa? Na przykład, że badają, zbadali, że mamy problem bądź wręcz przeciwnie, nie mamy. Milczenie jest najgorszym rozwiązaniem. Milczenie jest wyzwaniem dla takich jak ja, by snuć domysły i paranoiczne koncepcje. I by o nich pamiętając, kiedyś powiedzieć: sprawdzam!

Wojciech Brochwicz: w 1990 współtworzył specjalną jednostkę „Grom”. Był doradcą ministra spraw wewnętrznych, prezesa Rady Ministrów, prezesa Narodowego Banku Polskiego. Pełnił funkcje dyrektora w Urzędzie Ochrony Państwa, zastępcy Komendanta Głównego Straży Granicznej oraz Wiceministra Spraw Wewnętrznych i Administracji w Radzie Ministrów Jerzego Buzka, gdzie odpowiadał za przygotowanie ustawodawstwa antyterrorystycznego. Po 2001 był członkiem komitetu konsultacyjnego przy szefie ABW Andrzeju Barcikowskim. Po odejściu z administracji państwowej został partnerem w firmie prawniczej R. Smoktunowicz & L. Falandysz. Obecnie prowadzi własną kancelarię prawniczą.

EKSPANSJA NAFTOWA CHIN W AFRYCE PRZYBIERA NA SILE

Rząd Sudanu Południowego zawarł porozumienie z China Civil Engineering Construction Corporation (CCECC) w zakresie budowy min. 26 szpitali w całym kraju. Współpraca między Sudanem Południowym oraz Chinami ma być finansowana z eksploatacji przez chińskie przedsiębiorstwa sudańskiej ropy.

W poniedziałek 25 marca, południowo-sudański Minister Zdrowia Riek Gai Kok, poinformował chińską rządową agencję informacyjną Xinhua, że budowa szpitali jest efektem deklaracji prezydenta Sudanu dotyczącej poprawy dostępu do opieki zdrowotnej w kraju złożonej w 2010 r. Podkreślił także, że CCECC obecnie mobilizuje środki finansowe w celu wsparcia budowy i wyposażenia tychże szpitali. Korporacja zamierza nadzorować także opracowanie propozycji technicznej i studium wykonalności całego projektu.

Obecnie Sudan Południowy korzysta z dotacji w wysokości około 33 milionów dolarów otrzymanych od chińskiego rządu w 2013 r. Dotacja ta ma służyć modernizacji i rozbudowie placówek służby zdrowia w kraju. Kluczowym projektem finansowanym ze środków pochodzących z dotacji jest główny szpital w kraju—Juba Teaching Hospital, obecnie podlegający rozbudowie i modernizacji.

Chińczycy w Sudanie Południowym zamierzają rozwijać nie tylko sieć szpitali, ale również sieć dróg. W ramach partnerstwa pomiędzy Sudanem Południowym a Chinami, chińskie firmy, w zamian za ropę, mają rozwinąć w Sudanie infrastrukturę drogową. Tu należy zwrócić uwagę, że CNPC, chińskie przedsiębiorstwo z branży naftowej jest właścicielem około 40 proc. przedsiębiorstw posiadających koncesje na wydobycie ropy w tym kraju, a tamtejszy minister ds. ropy zaapelował do CNPC o zwiększenie wydobycia tego surowca.

KODY RABATOWE NA KONFERENCJĘ DLA CZYTELNIKÓW:

Co istotne, rząd Sudanu Południowego, w tym tygodniu zgodził się, aby zysk pochodzący z 40 000 baryłek z 170 000 wydobywanych w Sudanie Południowym każdego dnia, był przekazywany na rzecz Chińskiego Exim Banku. Bank ten został założony 25 lat temu przez Radę Państwa Chińskiej Republiki Ludowej, a jego nadrzędnym celem jest promocja i finansowanie chińskich inwestycji na terenie m. in. Afryki. Za wartość tychże baryłek (ok. 2,5 miliona dolarów po kursie z dnia ogłoszenia komunikatu), Chińczycy mają wybudować w Sudanie Południowym setki kilometrów nowych dróg w ciągu najbliższych 3 lat.

Sudan Południowy, który stał się niepodległy w 2011 r. i obecnie odbudowuje gospodarkę zniszczoną przez pięć lat wojny domowej, w której zginęło prawie 400 000 osób. Proces odbudowy obejmuje także ożywienie produkcji ropy naftowej, której wydobycie z powodu konfliktu spadło o dwie trzecie. „Przyjęliśmy politykę ‘ropa na rzecz rozwoju’”, powiedział Lueth, południowo-sudański minister ds. propagandy.

Zyski pochodzące z tego tytułu będą finansować projekty, w tym 392-kilometrową drogę z Dżuby do Rumbka w regionie centralnym – prace nad realizacją tego projektu rozpoczną się w połowie kwietnia. Inne trasy są planowane od południa do regionu Bahr el-Ghazal i od Dżuby do Nadapal na granicy z Kenią. Budową dróg, która potrwa 36 miesięcy, zajmie się China Shandong Hi-speed Co.

Komentarz redakcji:

Największy projekt humanitarny związany z przeznaczaniem zysków z handlu ropą—iracki program „Ropa za żywność” – związany jest z ujawnieniem największego skandalu korupcyjnego w historii ONZ. Pieniądze z handlu iracką ropą miały podnieść kraj z zapaści, spowodowanej między innymi przez sankcje ekonomiczne. Ropa miała być wymieniana na jedzenie, środki medyczne oraz pozostałe środki w celu zaspokojenia codziennych potrzeby Irakijczyków. Jedynym bankiem, który mógł handlować iracką ropą był nowojorski oddział francuskiego BNP (później pod nazwą BNP Paribas). Bank był jedynym administratorem środków—w sumie ponad 64 miliardów dolarów i zarobił na tym co najmniej 700 milionów dolarów z samych tylko prowizji.

Jednak amerykańska administracja ustaliła, że pieniądze zamiast na pomoc humanitarną, przeznaczane były m.in. na łapówki—okazało się, że bank BNP Paribas dokonywał wypłat zysków z handlu ropą na rzecz osób nieuprawnionych. Według raportu Paula Volckera, nieprawidłowości o charakterze de facto korupcyjnym dotyczyły prawie 140 firm oraz ponad 2 tys. kontraktów. Co więcej, iracka ropa miała być sprzedawana poniżej wartości rynkowej, natomiast ceny żywności i środków medycznych miały być znacznie zawyżana. W pozwie złożonym w nowojorskim sądzie przeciwko m.in. BNP Paribas oraz szwajcarskiej firmie ABB, iraccy oskarżyciele oszacowali, że ludność Iraku w wyniku tych praktyk straciła około 10 miliardów dolarów. Pozew upadł, a prawnik BNP Paribas skwitował oddalenie pozwu słowami „To przykre, że ludzie cierpieli, ale to jest niesprawiedliwe aby wymagać od banku, żeby wyleczył ten problem”. Jak więc zakończy się południowo-sudański projekt „ropa na rzecz rozwoju”?

Źródła: xinhuanet.com, bloomberg.com

Fot. Pixabay

MACIĄŻEK: AMERYKANIE NACISKAJĄ NA DRUGI GAZOPORT W POLSCE

Pierwszy kwartał 2019 r. to okres wyraźnej aktywizacji traktowanego dotąd po macoszemu projektu budowy drugiego terminalu LNG w Polsce. Są trzy główne powody tłumaczące „nowe życie” tej inwestycji.

Podczas senackiej debaty towarzyszącej rozpatrzeniu ustawy o ratyfikacji umowy między Polską a Danią ws. projektu Baltic Pipe padły bardzo ciekawe słowa:

“Ponieważ budujemy interkonektory z sąsiadami (…) by umożliwić naszym sąsiadom ewentualnie dostęp do gazu poprzez polską sieć przesyłową, no to w zasadzie prowadzi nas to do decyzji, która już jest podjęta, że w dalszej perspektywie będziemy budowali pływający terminal do odbioru skroplonego gazu w Gdańsku” – powiedział pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej Piotr Naimski.

To interesująca wypowiedź ponieważ ws. projektu budowy drugiego „gazoportu” w Polsce nie prowadzono od kilku lat w zasadzie żadnych działań komunikacyjnych. Jedyny przekaz, który pojawiał się na branżowych konferencjach, dotyczył tego, że pływający terminal LNG w Zatoce Gdańskiej to „plan B” na wypadek gdyby pojawiły się problemy z budową gazociągu Baltic Pipe. Ta rura ma pomóc uniezależnić Polskę od rosyjskiego gazu łącząc nasz kraj ze złożami norweskimi. Razem z rozbudowanym „gazoportem” w Świnoujściu, Baltic Pipe miałby umożliwić wypowiedzenie kontraktu jamalskiego z Gazpromem, który zaspokaja większość naszego zapotrzebowania krajowego na gaz ziemny.

Wypowiedź Naimskiego na temat budowy pływającego terminalu LNG w Gdańsku jest nieprzypadkowa. Pod koniec lutego wiceprezes ds. handlowych PGNiG Maciej Woźniak powiedział, że decyzja o realizacji drugiego „gazoportu” może być podjęta jeszcze w tym roku. Widać więc w przypadku tej inwestycji wyraźne wzmożenie informacyjne. Z czego ono może wynikać?

Jedną z możliwości mogą być problemy z dotrzymaniem harmonogramu Baltic Pipe. Pływający terminal LNG miał być w końcu „planem B” na wypadek opóźnienia gazociągu. Co prawda w tym kontekście mowa o budowie i zakupie własnej jednostki, ale nie wykluczałbym pod presją czasu także działań prowizorycznych np. jej wynajęcia np. od firmy Hoegh LNG. Terminy są tu zresztą bardzo ważne bo jeśli w tym roku Polska zdecyduje o zakończeniu współpracy z rosyjskim Gazpromem to w styczniu 2023 r. przestanie on wysyłać do naszego kraju gaz. Jeśli nie uzupełnimy go wolumenami z Norwegii „na stole” pozostaną jedynie połączenia transgraniczne. Ze względu na ich niewielką ilość i niską przepustowość w zasadzie tylko z Niemiec będzie można w takim scenariuszu zakupić odpowiednią ilość surowca na potrzeby polskiego przemysłu. Tyle tylko, że Baltic Pipe jest budowany z powodu braku zaufania do dostaw świadczonych przez system naszego zachodniego sąsiada, który posiada przecież połączenie infrastrukturalne ze złożami norweskimi, po które chce sięgnąć Polska…

Druga możliwość nagłego przyśpieszenia projektu budowy drugiego terminala LNG to gwałtowny wzrost konsumpcji gazu ziemnego w Polsce, który przewidywałem w licznych tekstach w ostatnich latach. Zespół Piotra Naimskiego jest jednak wyraźnie zaskoczony skalą tego zjawiska. Tylko w 2018 r. w stosunku do 2017 r. nasz kraj zużył o około 1 mld m3 „błękitnego paliwa” więcej. To bardzo dużo. W wystąpieniu senackim pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej skorygował już zdezaktualizowane prognozy operatora sieci, spółki Gaz System, i poinformował, że w latach 20. Polska będzie zużywała grubo powyżej 20 mld m3 surowca (w 2017 r. było to nieco ponad 16 mld m3)!

Trzecia możliwość dość nagłej zapowiedzi budowy drugiego „gazoportu” może dotyczyć coraz ściślejszych związków gospodarczych naszego kraju ze Stanami Zjednoczonymi. W ubiegłym roku zawarto z Amerykanami gigantyczne umowy na odbiór LNG z powstających w USA terminali. Niewykluczone, że PGNiG będzie zawierać kolejne, a by je odebrać potrzebna jest nowa infrastruktura. W takich działaniach nie chodzi jedynie o zapewnienie Polsce bezpieczeństwa energetycznego, ale być może jest to po prostu tzw. transakcja wiązana. Władze w Warszawie walczą o zwiększenie obecności amerykańskiej armii nad Wisłą, pozyskanie nowoczesnego uzbrojenia z USA etc. Jednym z warunków Waszyngtonu na takie ruchy może być maksymalizacja korzyści gospodarczych. Stany Zjednoczone powoli urastają w ostatnich latach do roli kluczowego eksportera węglowodorów. Prezydent Donald Trump wielokrotnie zapowiadał, że uzyskanie rynków zbytu dla gazu i ropy, które są pozyskiwane dzięki rewolucji łupkowej w USA, jest dla niego priorytetem. Uważnym obserwatorom znana jest również jego żyłka biznesowa. Tymczasem zacofane dotąd infrastrukturalnie obszary Europy Środkowej, zdominowanej przez rosyjski Gazprom, nadają się idealnie do jego wizji polityki zagranicznej łącząc duży zysk z hasłem „Make America Great Again.

Fot. Hoegh LNG

SIUDA: PRYWATNOŚĆ CZY BEZPIECZEŃSTWO? SŁUŻBY W ERZE BIG-DATA

Podpułkownik rezerwy ABW, Marcin Siuda, na łamach portalu O służbach przedstawia swoje przemyślenia dotyczące raportu pt. „Inwigilacja, prywatność i bezpieczeństwo: odpowiedź UE na doniesienia Snowdena”.

Europejskie doświadczenia historyczne ostatniego stulecia, różnego typu rodzime lub narzucone przez okupantów dyktatury sprawiły, że jako Europejczycy jesteśmy szczególnie wrażliwi na punkcie ochrony własnej prywatności. Prywatność ta jest nadrzędnym prawem europejskim, zapisanym w Karcie Praw Podstawowych. Przeprowadzone badania wykazały, że Europejczycy, są bardziej wrażliwi na punkcie wykorzystywania ich danych osobowych przez podmioty gospodarcze niż Amerykanie („The Economist” z dnia 23.03.2019). Nas, Polaków, nie trzeba przekonywać co do słuszności tej opinii. Nowe prawo ochrony danych osobowych uchwalone przez Komisję i Parlament Europejski nie obejmuje kontrolą działań służb specjalnych krajów członkowskich, które w imię ochrony bezpieczeństwa narodowego mają prawo ingerować w naszą prywatność. Do jakiego stopnia powinny móc to robić? Dlaczego to robią? Czy można wprowadzić skuteczne mechanizmy demokratycznej kontroli takich działań? Te i inne pytania pojawiają się w toku dyskusji na marginesie wprowadzania nowych przepisów mających chronić dane obywatela w cyberprzestrzeni.

Sześć lat temu Edward Snowden, analityk NSA, sygnalista, upublicznił informacje, które unaoczniły światu skalę i ogrom globalnej inwigilacji stosowanej przez rząd USA Sprawa Snowdena doczekała się wielu publikacji, a w 2016 r. powstał film fabularny oparty na jego historii. Reakcje Europy na rewelacje Snowdena opisał m. in. Anthony Dworkin, analityk European Council on Foreign Relations (ECRF) w bardzo ciekawym raporcie pt. „Inwigilacja, prywatność i bezpieczeństwo: odpowiedź UE na doniesienia Snowdena” („Surveillance, Privacy and Security: Europe’s Confused Response to Snowden”, 2015 rok) (https://www.ecfr.eu/warsaw/publi/inwigilacja_prywatno_i_bezpieczestwo_chaotyczna_odpowied_europy_na_doniesie).

W swojej analizie Dworkin zarzuca Unii Europejskiej, że jej odpowiedź na doniesienia Snowdena nie odnosiła się do najbardziej istotnej kwestii – stopnia ingerencji służb specjalnych w sferę prywatności obywateli. Komisja Europejska zareagowała poprzez wprowadzenie nowych zasad dotyczących działalności komercyjnej, bez większego wpływu na sposób realizacji polityki bezpieczeństwa przez USA, czy kraje członkowskie UE. Oburzenie wyrażone przez władze poszczególnych państw, członków UE nie mogło być szczere, skoro, jak pisze A. Dworkin, niektóre z nich współpracowały z USA w dziedzinie masowej inwigilacji, nie były więc zainteresowane ograniczeniem uprawnień własnych służb w tym zakresie. Reakcje poszczególnych rządów skoncentrowały się głównie na informacjach dotyczących działań wywiadowczych prowadzonych przeciwko nim przez rząd USA.

W swojej analizie A. Dworkin postuluje rozpoczęcie dyskusji o roli, ograniczeniach i kontroli działań inwigilacyjnych w dobie „big data”. Nie kwestionuje konieczności stosowania różnorodnych metod wywiadowczych w obliczu takich zagrożeń jak międzynarodowy terroryzm (tekst odwołuje się do ataku na redakcję „Charlie Hebdo” w Paryżu 7 stycznia 2015r.) w tym wykorzystywania przez terrorystów Internetu, który tak znacząco odmienił sposoby komunikacji. Fakt ten postawił służby bezpieczeństwa przed zupełnie nowymi wyzwaniami.

We wnioskach do swojej analizy A. Dworkin stwierdza, że pomimo unikania przez rządy europejskie wyraźnego stanowiska w kwestii podstawowych praw do prywatności i bezpieczeństwa jednostki, debata na ten temat zaczyna coraz wyraźniej przebijać się do opinii publicznej. Powinna ona jednak być prowadzona w sposób bardziej otwarty i na odpowiednio wysokim szczeblu. Autor dziwi się, że kraje europejskie nie opracowały dotąd jednolitego stanowiska odnośnie pryncypialnych standardów równowagi pomiędzy bezpieczeństwem i prawem do prywatności w erze cyfrowej komunikacji globalnej. Dodaje, że dopóki taki zbiór praw nie zostanie wypracowany a poszczególne państwa nie wykażą determinacji w jego implementacji i przestrzeganiu, nie należy się spodziewać, by skargi na masową inwigilację prowadzoną przez USA przyniosły jakikolwiek wymierny efekt.

Proponowane w opracowaniu działania to przede wszystkim konieczność wypracowania kierunków reform służb zarówno w USA jak i Europie w oparciu o rozwiązanie następujących kwestii: Czy retencja danych na tak dużą skalę jest konieczna i kto w służbach powinien ją realizować? W jaki sposób regulować kwestie firm amerykańskich operujących na rynku europejskim i kontrolujących globalny przepływ danych? Jakie ograniczenia powinny dotyczyć inwigilacji prowadzonej przez poszczególne rządy poza terytorium własnego państwa lub wobec obywateli innych krajów? Jakimi metodami egzekwować te ograniczenia?

A. Dworkin twierdzi, że Internet jak i inne, nowe technologie zrewolucjonizowały możliwości uzyskiwania danych na temat poszczególnych osób, a jedną z form zarabiania w sieci stał się handel tymi informacjami. Dotychczasowe rozwiązania prawne nie nadążają za rozwojem globalnych środków komunikacji, a służby specjalne wypracowały własne procedury, nie zawsze odpowiadające regułom demokracji.

Według Dworkina w celu znalezienia właściwego sposobu na pogodzenie zasad prywatności, bezpieczeństwa i demokratycznej legitymizacji określonych działań wywiadowczych, Europa powinna zaangażować się w otwartą i konstruktywną dyskusję na poziomie wewnętrznym i transatlantyckim, z udziałem przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego, biznesu i agend rządowych. Twierdzi on, że w wyniku takiej debaty mogą powstać idee, które przełożą się na konkretne rozwiązania prawne stosowane przez poszczególne kraje członkowskie. Rozwiązania ta powinny koncentrować się przede wszystkim na kwestii masowej inwigilacji, jako alternatywy dla tradycyjnych działań wywiadowczych, a w szczególności drażliwej kwestii standardów dotyczących sposobu uzyskiwania informacji na temat obywateli innych państw na terytorium państw trzecich. Istotnym zagadnieniem mogłoby być opracowanie modelu postępowania w sprawach dostępu przez służby specjalne do danych komercyjnych, jak również unormowanie nieprzejrzystych i przenikających się wzajemnie przepisów krajowych i zagranicznych dotyczących działalności na terenie Europy globalnych gigantów technologicznych.

Niedługo minie sześć lat od publikacji pierwszej informacji Edwarda Snowdena na temat skali i metod masowej inwigilacji stosowanych przez Narodową Agencję Bezpieczeństwa USA. W okresie tym, w obrębie krajów członkowskich Unii Europejskiej podjęto konkretne działania mające na celu ograniczenie możliwości ingerencji w prywatność obywateli i lepszą ochronę ich danych. Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 (słynne RODO) i jej „brzydsza siostra” – (UE) 2016/680 (tzw. „policyjna”), opisują sposób i zakres w jakim dane obywateli mogą być gromadzone, przetwarzane i wykorzystywane, zarówno przez podmioty komercyjne jak też agencje rządowe. Żadna z tych dyrektyw nie normuje jednak metody uzyskiwania i wykorzystania danych osobowych przez służby odpowiedzialne za ochronę bezpieczeństwa narodowego. Kwestie te, zgodnie z zapisami Traktatu o Unii Europejskiej są pozostawione w gestii państw członkowskich. Dlatego też wydaje się, że postulowane przez A. Dworkina tematy do dyskusji nt. uprawnieniń służb wobec ochrony wolności jednostki w epoce „big data” pozostają ciągle aktualne.

Próby debaty na ten temat podejmowane są również w Polsce, głównie przez organizacje obrony praw człowieka, Rzecznika Praw Obywatelskich, media. Niestety strona rządowa nie przejawia zainteresowania uwzględnieniem postulatów tych środowisk w nowotworzonym w tym zakresie prawie. W dyskusji brakuje również jednolitej, klarownej opinii środowisk eksperckich służb specjalnych.

Być może zbliżamy się do momentu w którym rozwiązania wypracowane w toku takich dyskusji będą mogły znaleźć praktyczne zastosowanie w procesie odbudowywania służb specjalnych tak jak i innych instytucji państwa. Dlatego też debatę należy kontynuować na najwyższym możliwym poziomie eksperckim z udziałem wspomnianych wyżej środowisk i przedstawicieli partii opozycyjnych, a wypracowane rozwiązania powinny być uwzględnione w prawie krajowym oraz wykorzystane do promocji Polski w obszarze europejskim.

Planuję kolejny artykuł na łamach portalu „O służbach” poświęcony tej tematyce. Będzie to mój głos w postulowanej dyskusji – garść spostrzeżeń opartych na doświadczeniach z niemal 20 letniej służby w UOP/ABW, podczas której przyszło mi brać udział w realizacji ustawowych zadań Agencji z zastosowaniem metod dozwolonych przez ustawę.

Marcin Siuda: podpułkownik rezerwy ABW: Absolwent Arabistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego (1991). Od 1991 do 2016 oficer Urzędu Ochrony Państwa i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Od 2007 roku zastępca Dyrektora Centrum Analiz ABW. Od 2011 Doradca Szefa Agencji. W latach 2011 – 2014 analityk w Kwaterze Głównej NATO w Brukseli. Od 2014 – 2016 oficer łącznikowy ABW przy NATO. W roku akademickim 2017/2018 wykładowca na kierunku Bezpieczeństwo Narodowe w Akademii WSB w Dąbrowie Górniczej. Ekspert Fundacji Polskie Centrum Analityczne.

Fot. Materiały własne

BROCHWICZ: O SĄDZENIU KOMBATANTA PRZEZ MON

Wojciech Brochwicz w swoim felietonie dla portalu O służbach odnosi się do głośnej sprawy, w której weteran Wojska Polskiego poszkodowany w Afganistanie domagał się od państwa środków na rehabilitację. MON postanowił walczyć z nim w sądzie.

„Wszystko przecież należy do sądu“.
Franz Kafka, Proces

Twórca jednostki wojskowej GROM, generał Sławomir Petelicki, był nazywany przez swoich żołnierzy Ojcem. Tę ksywkę nadali mu podkomendni za to, jak ich traktował.

Uczył życia przed walką, w jej trakcie i po walce. Doradzał w sprawach życiowych. Troszczył się o nich i o ich rodziny. W pełni zasługiwał na miano Ojca. A kiedy kończyli służbę wojskową, szukał dla nich pracy, pomagał zdobywać wykształcenie cywilne, organizował leczenie, pomagał, jak własnym synom.

Pamiętacie tę słynną przed laty operację przeszczepu obu dłoni poszarpanego przez materiał wybuchowy żołnierza? To Sławek za nią stał. Zdobył środki i znalazł lekarzy. Udało się, przeszczep pozwolił poszkodowanemu na powrót do normalnego życia. Pisano: pionierska operacja! Taki powinien być dowódca.

A teraz czytam: „Mariusz Mańczak pełnił służbę w Afganistanie (…) pod Rosomakiem, którym jechali żołnierze eksplodował ładunek wybuchowy (…) Złamanie kręgosłupa, otwarte złamania rąk i nóg w wielu miejscach, uszkodzenia wiązadeł i ścięgien, rozległe ubytki mięśni ud i łydek, uraz głowy, termiczne uszkodzenie dróg oddechowych oraz poparzenia twarzy i powiek“- cytuję za portalem Onet. Uszczerbek na zdrowiu na ponad sto procent (tak, przy tego rodzaju obliczeniach może być ponad sto procent).

Weteran występuje do Sądu. Domaga się od Ministerstwa Obrony Narodowej przyznania świadczeń na rehabilitację i leczenie.

Teraz następuje coś, co się normalnemu człowiekowi w głowie nie może zmieścić. Przed warszawskim Sądem Okręgowym staje wynajęty przez MON prawnik. Ma za zadanie…. nie dopuścić do uznania roszczeń żołnierza. Jeszcze raz: polskie Ministerstwo Obrony Narodowej procesuje się z ciężko poszkodowanym podczas służby wojskowej kombatantem o potrzebne mu leki i rehabilitację!

Prawnik z MON podnosi zarzut przedawnienia. Zgodnie z prawem, na dochodzenie roszczeń żołnierz miał trzy lata. Nie wiedział, nikt go nie pouczył, nie zmieścił się w tym terminie. Leczył się z ran, dochodził do siebie, nie miał pojęcia, że Państwo, któremu oddał zdrowie, szuka pretekstu aby się uwolnić od odpowiedzialności.

To nie koniec tej odrażającej historii. Sąd Okręgowy bez zbędnej zwłoki oraz refleksji uznał zarzut przedawnienia i oddalił powództwo żołnierza.

Czy nie było innego wyjścia? Uważam że było. Artykuł piąty Kodeksu Cywilnego stanowi: “Nie można czynić ze swojego prawa użytku, który by był sprzeczny ze społeczno-gospodarczym przeznaczeniem tego prawa lub z zasadami współżycia społecznego. Takie działanie lub zaniechanie uprawnionego nie jest uważane za wykonywanie prawa i nie korzysta z ochrony“.

W moim rozumieniu Ministerstwo Obrony Narodowej stając przeciwko wojskowemu inwalidzie przekroczyło wszelkie zasady współżycia społecznego. Myślę, że widzi to gołym okiem nie tylko adwokat, ale i każdy inny czytelnik. Tylko Sąd Okręgowy nie zauważył, że Państwo nie powinno tu korzystać z ochrony.

W doktrynie prawa cywilnego różnie się ocenia zakres stosowania przez sądy art.5 k.c. Są poglądy traktujące ten przepis jako swego rodzaju ozdobnik, bez większego znaczenia dla orzecznictwa. Są też takie, i im przyznaję rację, według których przywilejem i obowiązkiem sądu jest zawsze ważyć, czy bezduszne stosowanie ustaw nie prowadzi do pogwałcenia ducha prawa. Tak jak w omawianym przypadku.

Tyle o prawie. Jak wspomniałem na wstępie, Generała Sławomira Petelickiego żołnierze nazywali Ojcem. Nasuwa się pytanie, jakie miano nadaliby osobom, które odmówiły okaleczonemu na służbie żołnierzowi prawa do godnego życia?

Wojciech Brochwicz: w 1990 współtworzył specjalną jednostkę „Grom”. Był doradcą ministra spraw wewnętrznych, prezesa Rady Ministrów, prezesa Narodowego Banku Polskiego. Pełnił funkcje dyrektora w Urzędzie Ochrony Państwa, zastępcy Komendanta Głównego Straży Granicznej oraz Wiceministra Spraw Wewnętrznych i Administracji w Radzie Ministrów Jerzego Buzka, gdzie odpowiadał za przygotowanie ustawodawstwa antyterrorystycznego. Po 2001 był członkiem komitetu konsultacyjnego przy szefie ABW Andrzeju Barcikowskim. Po odejściu z administracji państwowej został partnerem w firmie prawniczej R. Smoktunowicz & L. Falandysz. Obecnie prowadzi własną kancelarię prawniczą.

Fot. Wikipedia/na podstawie licencji isaf.wp.mil.pl

PISARZ POWIEŚCI SZPIEGOWSKICH ZAMORDOWANY. BYŁ OFICEREM DGSE

Ciało byłego oficera francuskiego wywiadu, znaleziono z pięcioma ranami postrzałowymi nieopodal alpejskiej miejscowości, w której mieszkał.

Zwłoki Daniela Forestiera zostały znalezione na parkingu, obok rzadko używanej drogi, w Górnej Sabaudii, niedaleko Jeziora Genewskiego. Policja twierdzi, że zabójstwo nie miało charakteru rabunkowego i było bezpośrednio związane z zawodową przeszłością ofiary.

57. letni Forestier, znany szerszej publiczności przede wszystkim jako autor kilku powieści szpiegowskich, pracował wcześniej dla francuskiego wywiadu DGSE. Czym się tam zajmował? Szczegółów oczywiście nie znamy, ale w środowisku francuskich służb mówi się, że z DGSE związany był 14 lat, z czego lwią część czasu służył w specjalnym oddziale, realizującym ściśle tajne, „najwrażliwsze” działania poza terytorium Francji.

Po rozstaniu z wywiadem Foreistier zaszył się wraz z żoną i dziećmi w Lucinges – niewielkiej, liczącej 1640 mieszkańców, alpejskiej miejscowości. Choć może słowo „zaszył” nie jest najwłaściwsze, bo zawodowa przeszłość ofiary nie była żadną tajemnicą dla społeczności lokalnej. Tym bardziej, że były oficer zaczął pisać powieści szpiegowskie. Ba, był nawet lokalnym radnym i prowadził niewielki sklep z wyrobami tytoniowymi.

O co więc może chodzić? Daniel Foreister pół roku temu został objęty śledztwem dotyczącym spisku na życie generała Ferdinanda Mbahou, który w latach 1992-1997 był niezwykle istotną i wpływową figurą na politycznej mapie Konga, odpowiadał między innymi za bezpieczeństwo ówczesnego Prezydenta Pascala Lissouba. Jednak po obaleniu Lissouba w 1997 roku, Foreister zmuszony był do ucieczki z Konga i osiadł we Francji, w Val d’Oise, na północ od Paryża.

Tymczasem dziennik Le Monde, powołując się na tajne szczegóły śledztwa poinformował, że Forestier był członkiem specjalnej grupy utworzonej przez DGSE, której celem miało być zabójstwo Mbahou. Co więcej, z dokumentów zgromadzonych przez Prokuraturę wynika, że Foreister w pierwszej fazie przesłuchań przyznał się nie tylko do tego, że spec grupa istniała, ale także potwierdził, że rzeczywiście otrzymał polecenie opracowania planów zamachu na Mbahou. Dlaczego do zabójstwa nie doszło? Bo sprawcy mieli uznać, po dokonaniu rozpoznania, że przyjęte założenia taktyczne są „niepraktyczne”.

Komu zależało na pozbyciu się Mbahou? Przede wszystkim władzom Konga. Nie trzeba dodawać, że francuskim służbom zależało na zachowaniu tam strategicznej pozycji. Szczególnie po zainstalowaniu się nowego reżimu. Być może stąd przysługa polegająca na pomyśle pozbycia się zajadłego krytyka Prezydenta Konga, jakim był Mbahou.

Komu w takim razie zależało na pozbyciu się Daniela Foreistera? Nasze źródła jednomyślnie wskazują na DGSE. Już samo przyznanie – do protokołu, potwierdzające istnienie grupy było trochę jak wyrok śmierci. Po tych zeznaniach w agencji wzrosła nerwowość. Kierownictwo było zaskoczone postępowaniem Foreistera. Obawiano się, czy nie będzie on chciał wykorzystać sprawy Mbahou do jakichś swoich gier medialnych, co mogłoby doprowadzić do poważnego kryzysu w samym DGSE.

Poza tym grupa, w której działał Foreister w ramach DGSE, operowała przede wszystkim poza terytorium Francji. Gdyby upubliczniona została wiedza na temat tego typu operacji specjalnych, realizowanych na terenie kraju, wybuchłby zapewne spory skandal. Czy zatem byłego agenta postanowili uciszyć byli koledzy. Niewykluczone. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na losy innego członka tej grupy, który również składał zeznania w sprawie. To Bruno Susini – miał być odpowiedzialny za prowadzenie rozpoznania i logistyczne przygotowanie zamachu. Według naszych informacji to jedyny świadek, jaki został prokuraturze, który może mieć bezpośrednią wiedzę w tej kwestii…

Fot. Pixabay

SZWEDZKI KONCERN OSKARŻONY O ZBRODNIE WOJENNE. CARL BILDT NA CELOWNIKU MEDIÓW

Szwedzki Lundin jest oskarżony o zbrodnie wojenne na terenie Sudanu Południowego. Na celowniku mediów znalazł się m.in. były szef MSZ Szwecji Carl Bildt, który był członkiem zarządu tego koncernu.

Szwedzki koncern Lundin Petroleum AB, zaprasza swoich udziałowców na coroczne spotkanie, które odbędzie się 29 marca 2019 roku w Sztokholmie. Od wielu lat ta sama grupa akcjonariuszy spółki Lundin podnosi żądanie ustąpienia prezesa zarządu wraz z całym zarządem, dyrektora generalnego oraz menadżerów wyższego szczebla, w związku z działalnością Lundin w Sudanie. Zarzuty są poważne: prezes zarządu oraz dyrektor generalny są podejrzewani o podżeganie do popełniania poważnych przestępstw w świetle prawa międzynarodowego, a wspólnie z pozostałymi członkami organów spółki mają odpowiadać za zbrodnie wojenne w Sudanie i zbrodnie przeciwko ludzkości. Dodatkowo spółce grozi prawie 320 milionów euro kary. Lundin Petroleum AB stoi jednak na stanowisku, że odwołanie tych osób nie leży w jej interesie.

Jak twierdzi Europejska koalicja ds. ropy w Sudanie (ang. the European Coalition on Oil in Sudan -ECOS): w wyniku działalności sponsorowanej m.in. przez Lundin, w bloku 5A (blok, obszar koncesyjny), który przed rozpoczęciem wydobycia zamieszkiwało ok. 240 tys. osób, co najmniej 12 tys. osób poniosło śmierć, a 160 tys. zostało przymusowo przesiedlonych z bloku 5A. Według Edberta Wesselinka, jednego ze współautorów raportu, jest to pierwszy przypadek od czasów procesów norymberskich, kiedy multimilionowa korporacja jest pociągana do odpowiedzialności za zbrodnie wojenne.

Jest to pierwszy przypadek od czasów procesów Norymberskich, kiedy multi-milionowa korporacja jest pociągana do odpowiedzialności za zbrodnie wojenne.

Edbert Wesselink, PAX

Raport, który był przyczynkiem do wszczęcia śledztwa ws. działalności Lundin w rejonie bloku 5A, jest wynikiem pracy ponad 50 organizacji zajmujących się prawami człowieka. Europejska koalicja ds. ropy w Sudanie skoncentrowała się na bloku 5A, w którym działalność do 2003 roku prowadziły europejskie przedsiębiorstwa przemysłu naftowego, w tym – szwedzki Lundin Petroleum AB oraz austriacki OMV AG.

W 1997 roku przedsiębiorstwa: szwedzki Lundin, malezyjski Petronas, austriacki OMV oraz należący do Sudanu Sudapet, zawiązały konsorcjum na wydobycie ropy w bloku 5A (obecnie teren Sudanu Południowego), który podówczas nie był pod pełną kontrolą rządu sudańskiego (Chartum).

Jak przedstawiono w raporcie, w przeciwieństwie do pozostałych pól naftowych w Sudanie, ludność z bloku 5A nie była przymusowo wysiedlana do roku 1998. Dopiero po związaniu konsorcjum dla bloku 5A, w celu zapewnienia realizacji celu konsorcjum, rząd sudański podejmował szereg inicjatyw na terenie bloku w celu oczyszczenia terenu z ludności cywilnej. Inicjatywy te obejmowały masowe i celowe ataki na ludność cywilną, palenie domów i niszczenie dobytku, zabijanie ludności cywilnej, gwałty, porwania dzieci, tortury i przymusowe wysiedlenia. I chociaż działania podejmowane były przez armię sudańską oraz sudańskie szwadrony śmierci, środki finansowe na wyposażenie i działalność tych grup miały pochodzić m.in. od spółki Lundin, która miała znaczną część udziałów w konsorcjum posiadającym koncesję na wydobycie w bloku 5A.

W raporcie z lutego 2019 roku, Rada Praw Człowieka ONZ jednoznacznie stwierdziła, że “powszechne i poważne naruszenia praw człowieka zostały popełnione przeciwko miejscowej ludności, w ramach operacji wojskowych mających na celu przymusowe przemieszczenie setek tysięcy mieszkańców w celu poszukiwania ropy”.

W czerwcu 2010 roku szwedzkie ministerstwo sprawiedliwości poinformowało o wszczęciu formalnego śledztwa związanego z raportem ECOS, w którym jednoznacznie wskazano na możliwość popełnienia zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości przez Lundin oraz udziału w tym procederze szwedzkiego ministra spraw zagranicznych, Carla Bildta, który w latach 2000-2006 był członkiem zarządu Lundin. Jak wyjaśniono, w szwedzkim prawie śledztwa przeciwko podmiotom zbiorowym zaczyna się od góry – od osób zarządzających.

W szwedzkim prawie śledztwa przeciwko podmiotom zbiorowym zaczyna się od góry – od osób zarządzających.

Precy Bratt, ECOS

W październiku 2018 roku, szwedzki minister sprawiedliwości Morgan Johansson, przekazał opinii publicznej, że Alex Schneiter – prezes Lundin oraz Ian Lundin – przewodniczący rady dyrektorów, są podejrzewani o zbrodnie przeciwko ludzkości, do których doszło w Sudanie w latach 1997—2003. Schneiter, formalnie podejrzany od 2016 oraz Lundin, mogą otrzymać wyrok dożywocia. Obaj oskarżeni twierdzą, że nie mieli świadomości przestępstw popełnianych w Sudanie oraz dodają, że obecność Lundin w Sudanie pomogła Sudańczykom wyzwolić się od zbrojnych bojówek obecnych w regionie od lat.

Do 15 marca br., podejrzani – Alex Schneiter oraz Ian Lundin, mieli możliwość zapoznania się z materiałem zgromadzonym przez szwedzkich śledczych. Zarzuty dotyczą przekazania środków finansowych przez spółkę Lundin na rzecz sudańskich sił zbrojnych oraz szwadronów śmierci, odpowiedzialnych za „oczyszczenie” terenu z ludności sudańskiej na terenach wydobycia ropy.

Pojawiły się również oskarżenia w kierunku Lundin o przekupstwo oraz zastraszanie świadków. Reprezentant ofiar, pastor James Ninerw twierdzi, że osoby związane ze szwedzkim koncernem Lundin wywierały presję na świadkach. Doniesienia te potwierdza Egbert Wesselink z holenderskiej organizacji działającej na rzecz praw człowieka i jednocześnie jeden z autorów raportu ECOS, dodając, że jeżeli doniesienia o zastraszaniu świadków w sprawie zbrodni wojennych popełnionych przez Lundin w Sudanie zostaną potwierdzone, będzie to stanowić wyzwanie dla integralności szwedzkiego wymiaru sprawiedliwości. Szwedzcy śledczy odmówili oficjalnych komentarzy na ten temat. Osoby związane ze spółką Lundin miały nakłaniać świadków, którzy kontaktowali się ze szwedzkimi śledczymi, do odmowy lub zmiany zeznań, w zamian obiecywano im polepszenie warunków bytowych – pieniądze, zmianę miejsca zamieszkania oraz edukację dla dzieci. Niektórzy ze świadków mieli być wprost zastraszani oraz doświadczać przemocy fizycznej.

Prowadzone od 2010 roku śledztwo, jest największym tego rodzaju śledztwem w Szwecji, gdzie podmiot zbiorowy z dużym prawdopodobieństwem zostanie pociągnięty do odpowiedzialności karnej. Jest to również kolejny przypadek, po pozwach Sudańczyków przeciwko kanadyjskiemu Talisman oraz francuskiemu BNP Paribas, kiedy wskazuje się na związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy wydobyciem ropy w Sudanie i zbrodniami przeciwko ludzkości. I prawdopodobnie pierwszy, kiedy przedsiębiorstwo przemysłu naftowego zostanie pociągnięte do odpowiedzialności za wydobycie ropy kosztem poważnych naruszeń praw człowieka w Sudanie.

W 1978 roku, amerykańskie przedsiębiorstwo wydobywcze Chevron, odkryło złoża ropy w Sudanie, w okolicach regionu Bentiu, który leży na granicy obecnych bloków 1, 4 i 5A. W bloku 5A, ropę odkryto w roku 1982. Po śmierci trzech pracowników, Chevron ostatecznie wycofał się z Sudanu. Pomimo odkrycia znacznych złóż i przyznania licencji wydobywczych dla zagranicznych przedsiębiorstw, wydobycie ropy w Sudanie było znacznie utrudnione przez trwającą wojnę domową.

W 1995 roku, z powodu braku krajowej technologii, rząd sudański zdecydował się skorzystać z chińskich doświadczeń w zakresie wydobycia ropy. Próbom wydobycia ropy towarzyszyła przemoc przeciwko ludności cywilnej zamieszkującej tereny bogate w ropę. Od tamtego czasu, wydobycie ropy w Sudanie odbywało się w ramach konsorcjów pomiędzy państwowym przedsiębiorstwem Sudapet oraz konsorcjantami, głównie chińskim CNPC oraz malezyjskim Petronas.

Osama kto?
Och… ten Osama.
On inwestował znacznie i zrobił wiele dobrego do kraju. Był po prostu kolejnym saudyjskim inwestorem. Uśmiechał się często. Nigdy nie uważałem, żeby był groźny.

Mahdi Ibrahim Mohamed, sudański Minister Propagandy

Żadnemu z obecnych w Sudanie przez lata przedsiębiorstw branży naftowej nie przeszkadzało, że rząd Sudanu w 1991 roku zaprosił do kraju Osamę Bin Ladena, który spędził w Sudanie pięć lat – rozwijając znaczną część sudańskiego przemysłu oraz prawdopodobnie globalną działalność terrorystyczną. Nie wadził również fakt, że Stany Zjednoczone w 1993 roku, nadały Sudanowi status państwa wspierającego terroryzm – tytuł ten Sudan nosi do dziś.

W 1997 roku, decyzją prezydenta Billa Clintona na Sudan zostały nałożone sankcje ekonomiczne i gospodarcze – przede wszystkim w celu odcięcia rządu sudańskiego od rynku dolarowego oraz w dalszej perspektywie – od rynku i zysków z handlu ropą. Rząd Sudanu nie odczuł jednak sankcji, z powodu znacznego udziału w wydobyciu zagranicznych konsorcjantów, a także decyzji francuskiego BNP (obecnie BNP Paribas), który pomimo sankcji, oferował spółkom naftowym i rządowi sudańskiemu kompleksowe usługi finansowe – od akredytyw i dostępu do handlu ropą, aż do zapewniania obsługi transakcji dolarowych osobom znajdującym się na listach sankcyjnych. Dzięki temu pomimo sankcji amerykańskich, rząd Sudanu mógł czerpać zyski z handlu ropą w dolarach, a za petrodolary kupować broń, żeby „oczyścić” z ludzi więcej terenów bogatych w ropę, zwiększyć wydobycie i zapewnić dalszy dopływ petrodolarów.

Kiedy w 2002 roku w amerykańskim kongresie trwała debata o sytuacji w Sudanie, kongresmen David Adam Smith powiedział: Rząd Sudanu zwiększył wydobycie ropy naftowej na obszarach zajmowanych przez południowych Sudańczyków, przymusowo wysiedlając ludzi, aby finansować bardziej morderczą i ofensywną wojnę. Chciałbym wskazać moim kolegom, że ropa służy tej wojnie i musimy jasno powiedzieć, że w każdy sposób, w jaki pomagamy lub umożliwiamy wydobycie ropy w Sudanie, przyczynia się do tego, że więcej niewinnych ludzi poniesie śmierć.

Chciałbym wskazać moim kolegom, że ropa służy tej wojnie i musimy jasno powiedzieć, że w każdy sposób, w jaki pomagamy lub umożliwiamy wydobycie ropy w Sudanie, przyczynia się do tego, że więcej niewinnych ludzi poniesie śmierć.

Kongresmen David Adam Smith

Według organizacji humanitarnych, napędzany petrodolarami kryzys humanitarny w Sudanie kosztował życie ponad 2,5 miliona osób oraz spowodował przymusowe wysiedlenia około 4 milionów ludzi.

Ofiarami wydobycia ropy w Sudanie padły też instytucje finansowe – za procesowanie transakcji sudańskich pomimo sankcji, w Stanach Zjednoczonych zostały ukarane przede wszystkim banki.

Jedną z pierwszych kar w wysokości 500 milionów dolarów wymierzono bankowi ABN Amro, za pomijanie nazw podmiotów objętych sankcjami na przelewach. Po tej karze, dyrektor ds. compliance i etyki BNP Paribas stwierdził, że mała cuchnąca tajemnica nie jest już tak sekretna. Ostatecznie, największą karę zapłacił francuski BNP Paribas – prawie 9 miliardów dolarów oraz czasowy zakaz świadczenia usług bankowości korespondenckiej w Nowym Jorku. Francuski minister spraw zagranicznych stwierdził, że BNP nie naruszyło żadnych praw europejskich, a kara jest zbyt dotkliwa. Kiedy Amerykanie prowadzili kolejne śledztwo przeciwko kolejnej francuskiej instytucji kredytowej, Société Générale, Francuzi stwierdzili, że współpraca z Amerykanami w tej sprawie nie leży w interesie Francji i przestali odpowiadać na wnioski o pomoc prawną w tej sprawie.

Niewątpliwie, jedną z ofiar obecnej sytuacji pomiędzy rządami w Chartumie w Sudanie i Jubie w Sudanie Południowym jest chińskie przedsiębiorstwo branży naftowej CNPC, które poniosło straty ekonomiczne, w związku z konfliktem pomiędzy Sudanem i Sudanem Południowym, w tle którego jest ropociąg. Aby transportować ropę z miejsc wydobycia, które znajdują się głównie w Sudanie Południowym, konieczne było korzystanie z ropociągu do Portu Sudan, który leży na terenie Sudanu.

25 lutego 2019 roku, na sesji Rady Bezpieczeństwa ONZ – tym samym, gdzie zaprezentowano raport Rady Praw Człowieka ONZ dotyczący praw człowieka w Sudanie Południowym, reprezentant Chin nawoływał do ich zniesienia. Kilka dni później, Ezekiel Lol Gatkuoth południowo-sudański minister ds. ropy, wizytując Pekin wezwał chińskie CNPC do wznowienia i zwiększenia produkcji ropy w Sudanie Południowym, jednocześnie zapewniając ochronę interesów CNPC w Sudanie Południowym – oferując wsparcie działalności i pełną ochronę pracowników CNPC.

Chociaż sankcje amerykańskie zostały zniesione po 20 latach od ich wprowadzenia, na Sudan i Sudan Południowy ciągle nałożone są sankcje ONZ. Obejmują one zakaz podróży i zamrożenia aktywów dla osób znajdujących się na liście ONZ oraz embargo na handel bronią i przeszkolenie w zakresie obsługi tej broni. Do końca 2019 roku, tym komitetom sankcyjnym przewodniczy Polska.

W ostatnich tygodniach w Sudanie gościły dwie delegacje – amerykańskiego i rosyjska. Amerykanie dyskutowali o wolności słowa, Rosjanie o wzmocnieniu więzi gospodarczych i handlowych. Hassan al-Saouri, profesor nauk politycznych z Uniwersytetu Al Neelain w Chartum ocenia, że Sudan zmierza w kierunku Rosji oraz, że na terenie Sudanu mogą być obecni żołnierze rosyjscy. Ich obecność ma przyczynić się do ochrony interesów Kremla w rejonie Morza Czerwonego – przyczółkiem, do transportu ropy i gazu, ma być właśnie Sudan.

Mohamed Al-Nayer, ekonomista z kenijskiego uniwersytetu African International University twierdzi, że nie ma powiązań gospodarczych pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Sudanem, wymiana gospodarcza nie przekracza 30 milionów dolarów, a zniesienie sankcji amerykańskich w żaden sposób na to nie wpłynęło. Pomimo ich zniesienia, sudańskie banki nadal nie mogą współpracować z międzynarodowymi bankami, a pretekstem do tego jest obecność Sudanu na liście krajów sponsorujących terroryzm. Obecnie, 17 miesięcy po zniesieniu sankcji amerykańskich, żaden z banków sudańskich nadal nie ma rachunku dolarowego i banki te są de facto odcięte od międzynarodowego systemu bankowego.

Fot. Pixabay

MACIĄŻEK: RZĄD POZOSTAWIŁ STRATEGICZNY GAZOCIĄG POD ZARZĄDEM ROSJI

Rząd Zjednoczonej Prawicy mimo deklaracji walki o niezależność gazową nie wdrożył decyzji URE z 2015 r. o przejęciu kontroli przez Polskę nad strategicznym dla bezpieczeństwa energetycznego gazociągiem.

W 2015 r. Urząd Regulacji Energetyki (URE) wydało decyzję w oparciu o opinię Komisji Europejskiej (KE) i Ministerstwa Spraw Zagranicznych (MSZ) dotyczącą „certyfikacji niezależności w związku z pełnieniem funkcji operatora systemu przesyłowego na polskim odcinku gazociągu Jamał-Europa Zachodnia, który stanowi własność spółki EuroPol Gaz”. Jej wdrożenie de facto oznaczałoby przejęcie kontroli nad tą strategiczną z perspektywy bezpieczeństwa energetycznego magistralą. Gaz-System uzyskałby np. klucze informatyczne od EuroPol Gazu i roztoczył nadzór nad pracownikami tej firmy.

Miałoby to wielkie znaczenie w kontekście polsko-rosyjskich relacji energetycznych. Europol Gaz jest bowiem spółką typu joint venture PGNiG i Gazpromu – oba koncerny mają po 48% udziałów we wspomnianym podmiocie (4% posiada także Gas-Trading). Taka struktura zapewnia duży wpływ Rosjan na infrastrukturę przesyłową na terenie Polski, co jest sprzeczne z prawodawstwem europejskim i stanowi niekorzystną dla władz w Warszawie zaszłość historyczną.

Równie istotna jest także inna kwestia. Struktura EuroPol Gaz powoduje, że zyski tranzytowe jakie czerpie nasz kraj z przesyłu rosyjskiego surowca wynoszą maksymalnie 21 mln zł (na Ukrainie są to ponad 2 mld dolarów). Nadwyżka trafia na specjalny fundusz, z którego nie można skorzystać bez zgody obu udziałowców – dziś znajdują się tam olbrzymie środki, które są w ostatnich latach przedmiotem kolejnych negocjacji gazowych.

Sama decyzja o nieprzedłużeniu kontraktu z Gazpromem, która musi zostać podjęta w 2019 r. (a weszłaby w życie w 2022 r.) nie rozwiąże problemu EuroPol Gazu. Tym bardziej dziwi więc stanowisko pełnomocnika rządu ds. strategicznej infrastruktury krytycznej, Piotra Naimskiego, który ani razu nie odniósł się publicznie do kwestii wdrożenia decyzji URE z 2015 r. I to mimo, że jako polityk wielokrotnie zapowiadał wyrwanie Polski z wieloletnich zależności od Gazpromu.

Być może wynika to z obaw przed ostrą reakcją strony rosyjskiej, która w przypadku naruszenia status quo trwającego od 2010 r. zdecydowałaby się na batalię sądową? To zaostrzyłoby relacje dwustronne, a przecież mimo buńczucznych zapowiedzi polityków takich jak Naimski, nadal nie można wykluczyć wynegocjowania jakiejś formy kontynuacji współpracy z Gazpromem. Tym bardziej, że postępująca liberalizacja rynku gazowego w Polsce wkrótce doprowadzi do sytuacji, w której niezależne od państwa prywatne firmy będą mogły kupować surowiec od Rosjan i sprzedawać go nad Wisłą z pominięciem PGNiG.

Oczywiście nawet bez decyzji polskiego rządu sprawą może w końcu zająć się KE, która wiele razy stała już na straży polskich interesów gazowych (np. w 2010 r.). Jednak w przededniu zmian w instytucjach brukselskich związanych z cyklem wyborczym, jest to jednak mało prawdopodobne. Ponieważ sprawa jest delikatna Bruksela wolałaby aby Polska wzięła sprawy w swoje ręce.

Fot. Naimski.pl