Home Archive by category Komentarze (Page 2)

Komentarze

Były wiceminister spraw wewnętrznych odpowiedzialny m.in. za ochronę granic, Antoni Podolski, przedstawia swoje refleksje dot. idei utworzenia europejskiego kontrwywiadu.

Zachęcony przez Pawła Białka i jego tekst w sprawie ewentualności utworzenia europejskiego kontrwywiadu, powstałego na tle propozycji francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona, chciałbym podzielić się z czytelnikami portalu kilkoma refleksjami.

Po pierwsze chciałbym wskazać skąd moim zdaniem wywodzi się pomysł utworzenia Europejskiej Agencji Ochrony Demokracji, zawarty w liście francuskiego prezydenta do Obywateli Europy. Aby uniknąć nieporozumień warto zacytować fragment, do którego się odnosimy:

„Obrona naszej wolności: Model europejski opiera się na wolności człowieka, różnorodności opinii i tworzeniu. Naszą fundamentalną wolnością jest demokratyczna wolność wyboru naszych przywódców i to wtedy, podczas każdego głosowania, obce mocarstwa próbują wpływać na nasze głosy. Proponuję utworzenie Europejskiej Agencji Ochrony Demokracji, która zapewni każdemu Państwu członkowskiemu europejskich ekspertów dla ochrony procesu wyborczego przed cyberprzestępczością i manipulacjami. W tym duchu niezależności, musimy również zabronić finansowania europejskich partii politycznych przez obce mocarstwa. Musimy usunąć z Internetu, zgodnie z przepisami europejskimi, wszelkie przejawy mowy nienawiści i przemocy, ponieważ poszanowanie jednostki jest podstawą naszej cywilizacji godności.”

Jak widać proponowana Agencja unijna ma służyć pomocą ekspercką ściśle w zakresie ochrony procesu wyborczego przed cyber i zwykłą manipulacją. Co więcej, propozycja francuska wypływa z innych inicjatyw francuskich w tej dziedzinie, tak na forum europejskim jak i przede wszystkim wewnątrzkrajowym.

Przypomnijmy, że w ubiegłym roku francuski, rządowy think-tank IRSEM opublikował raport na temat manipulacji i fake newsów, a wcześniej Macron osobiście wskazał rosyjskie Russia Today i Sputnik jako „organy kłamliwej propagandy”. Prezydent próbował nawet wprowadzić ustawowo dość drakońskie penalizowanie dezinformacji i manipulacji informacją, ale został zablokowany przez Senat i skrytykowany przez lewicowe media. Wspomniany raport IRSEM zawiera liczne rekomendacje, które miały by zostać realizowane przez Francję i jej partnerów w następnych latach. Szczególnie Paryż może tu liczyć na poparcie Berlina. Warto zresztą, aby portal Osluzbach, zapoznał polskiego czytelnika z tym raportem.

W skrócie jego najciekawsze rekomendacje to m.in. wskazanie czterech trendów w zakresie dezinformacji i manipulacji: kinetyzacji (ataki fizyczne na infrastrukturę), personalizacji (z wykorzystaniem mediów społecznościowych w dotarciu do indywidualnego odbiorcy, co zastosowano m.in. w kampanii za Brexitem), mainstrymizacji (z wykorzystaniem głównych mediów, nie związanych oficjalnie np. z Rosją) i proxymityzacji (wykorzystania pośredników z państw trzecich do zaatakowania właściwego celu).

Dodam, że choć moim zdaniem francuskiemu prezydentowi jeszcze nie o europejski kontrwywiad chodzi, a raczej o działania eksperckie i prawne, to jeśli projekt „Odbudowy” Europy ma się udać, to zgadzam się z płk Białkiem, iż nie da się takiego kierunku uniknąć, zwłaszcza w kontekście innej propozycji Macrona z tego samego listu, powołania Europejskiej Rady Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Co więcej nie będzie to propozycja nowa, bowiem już w 2004 roku, po szoku bezbronności Europy wobec fali islamskiego terroryzmu, pojawiła się propozycja powołania europejskiej „CIA”, czyli wspólnotowej Agencji Wywiadu. Wtedy pomysł wspierały małe państwa, duże były przeciwko, głównie ze względu na ryzyko utraty dwustronnych mechanizmów wymiany informacji z USA. Teraz, gdy z UE wypada Wielka Brytania, a relacje Paryża i Berlina z Waszyngtonem przypominają zimną wojnę temat zapewne może powrócić. I akurat polskie zdanie w tej sprawie będzie najmniej ważne z dwóch powodów.

Po pierwsze Polska tradycyjnie, od lat, niezależnie od ekip rządzących jest przeciwna tego typu inicjatywom. Byliśmy przeciwko Europejskiej Straży Granicznej, Europejskiej Agencji Informacyjnej (Wywiadowczej), wyłączyliśmy się z mechanizmu Prokuratury Europejskiej, wycofaliśmy z Eurokorpusu. Przyczynami są zawsze ignorancja i arogancja doradzających politykom środowisk służb „tajnych, jawnych i dwupłciowych”, cytując poetę.

Ignorancja, bo jak słusznie zauważył płk Białek, polska niechęć do tego typu inicjatyw wynika z błędnego poglądu o elitarności i ekskluzywności naszych służb, które deklarują, że jakoby mogłyby na tej europejskiej wymianie informacji wywiadu i kontrwywiadu tylko stracić. Tymczasem raczej okazałoby się że król jest nagi i nie ma nie tylko nic do ukrycia ale i do pokazania.

Arogancja, bo od lat nasze służby i eksperci są przekonani o wielkiej kompetencji, wiedzy i doświadczeniu na tematy b. ZSRR. Rzeczywiście, tak było jeszcze kilkanaście lat temu, zwłaszcza gdy był to temat zapomniany przez państwa „starego” Zachodu. Zresztą kolejne Białe Księgi oraz raporty rozmaitych komisji śledczych i weryfikacyjnych skutecznie skompromitowały polskie służby jako atrakcyjnego i wiarygodnego partnera czy operatora na Wschodzie.

I tutaj przechodzimy do drugiej przyczyny braku znaczenia polskiego stanowiska w tej sprawie. Polskie służby w ciągu ostatnich czterech lat zatraciły jakiekolwiek zaufanie, wiarygodność i zdolności kooperacyjne. Dość wspomnieć dosłownie siłowe, rozwalenie przez MON wspólnego, polsko-słowackiego Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO i zastąpienie w nim oficera politykiem. Dość wspomnieć sprawę wpisania przez Szefa ABW Ludmiły Kozłowskiej do Systemu Informacyjnego Schengen jako osoby niepożądanej w UE i swoiste, bezprecedensowe „olanie” tegoż zapisu przez kluczowe państwa unijne (a więc i ich wywiady i kontrwywiady), ukoronowane ostatnim przyznaniem tej osobie prawa pobytu w Belgii.

Można jeszcze przypomnieć dialog polskiego wysokiego urzędnika z martwym kontem na Twitterze w sprawie polsko-brytyjskiej współpracy wywiadowczej dotyczącej zamachu na rodzinę Skripalów, czy też pomysł zaproponowania na kierownicze stanowisko w wywiadzie NATO prawicowego publicysty. I tę negatywną opinię nie będzie możliwe ani łatwo, ani szybko zmienić. Tak więc możemy co najwyżej kibicować europejskiej ofensywie francusko-niemieckiej i czekać, aż pomyślniejsze warunki polityczne w Polsce pozwolą nam do nich dołączyć, także w dziedzinie bezpieczeństwa i wywiadu.

Antoni Podolski: Mgr historii Uniwersytetu Warszawskiego, były oficer UOP, stypendysta NATO, od ponad 25 lat zajmuje się praktycznie i analitycznie problematyką bezpieczeństwa narodowego ze szczególnym uwzględnieniem problematyki wschodniej, europejskiej i energetycznej. Były urzędnik państwowy, m.in. dwukrotny wiceminister spraw wewnętrznych i administracji odpowiedzialny za zarządzanie kryzysowe, migrację i ochronę granic i przygotowania do SIS UE; twórca i pierwszy dyrektor Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Były Sekretarz Programu dla Zagranicy Polskiego Radia; były Dyrektor Programowy i członek Zarządu Centrum Stosunków Międzynarodowych; były wiceprezes zarządu Polskiego LNG SA. W latach 2010-2015 członek Rady Konsultacyjnej COS ABW i redakcji Przeglądu Bezpieczeństwa Wewnętrznego ABW.

Fot. Pixabay

Fundacja Panoptykon przeanalizowała doniesienia medialne o potencjalnej inwigilacji opozycji przez ABW.

Z wnioskiem o udostępnienie informacji publicznej fundacja Panoptykon zwróciła się do Ministerstwa Cyfryzacji w sierpniu 2017 roku. Celem Panoptykonu było zweryfikowanie doniesień Gazety Wyborczej, która twierdziła, że uczestnicy lipcowych protestów w obronie niezawisłości sądów mogli być inwigilowani przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Miała ona porównywać przekazywane przez Policję nagrania z manifestacji ze zdjęciami zgromadzonymi w centralnej ewidencji dokumentów paszportowych, którą prowadzi Ministerstwo Cyfryzacji. Dzięki wykorzystaniu systemu rozpoznawania twarzy ABW miała tworzyć listy uczestników protestów.

Analiza Panoptykonu wykazała, że prawo nie stoi takim działaniom na drodze.

Uprawnienie to wynika z ogólnych postanowień ustawy o Policji – art. 15 ust. 1 pkt 5a ustawy zezwala funkcjonariuszom na obserwowanie i rejestrowanie przy użyciu środków technicznych obrazu zdarzeń w miejscach publicznych. Według Policji nagrywanie manifestacji to standardowe, zgodne z procedurami działanie, które ma na celu zapewnienie bezpieczeństwa i zgromadzenie potencjalnego materiału dowodowego w razie nieprawidłowości lub naruszenia przepisów porządkowych. Jeśli nie zostaną stwierdzone żadne naruszenia, zgromadzone materiały są archiwizowane, a następnie niszczone zgodnie z przepisami o archiwizacji.

Minister cyfryzacji prowadzi w systemie teleinformatycznym centralną ewidencję wydanych i unieważnionych dokumentów paszportowych, do której poszczególne organy paszportowe – wojewodowie oraz minister spraw wewnętrznych i administracji – przekazują m.in. takie dane, jak imię i nazwisko, PESEL, seria i numer paszportu oraz wizerunek twarzy jego właściciela lub właścicielki. Zgodnie z art. 52 ustawy o dokumentach paszportowych „dane przetwarzane w centralnej ewidencji udostępnia się, w zakresie niezbędnym do wykonywania ustawowych zadań” m.in. Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Ponieważ wymiana informacji między służbami owiana jest gęstniejącą mgłą tajemnicy, Panoptykon przyjrzał się bliżej, jak działa dostęp do rejestru zdjęć paszportowych. Zapytał Minister Cyfryzacji, jak funkcjonuje centralna ewidencja oraz kto ma do niej dostęp – zwłaszcza w jakim trybie może do niej sięgać ABW i ile razy w 2017 roku skorzystała z tego uprawnienia.

Okazało się, że „ABW ma dostęp do bazy dokumentów paszportowych, w tym do zdjęć posiadaczy paszportów, w trybie teletransmisji, który umożliwia skierowanie zapytania online do rejestru i zwrotne uzyskanie odpowiedzi zawierające dane poszukiwanej osoby”. Co więcej, ABW nie wskazuje zasadności dostępu do danych. Panoptykon ustalił, że nagrania z manifestacji i zdjęcia paszportowe mogły trafić do ABW. Zgodnie z doniesieniami medialnymi Centrum Antyterrorystyczne ABW dysponuje informatycznym systemem rozpoznawania twarzy. Tego rodzaju systemy pozwalają na identyfikację osób poprzez porównanie zarejestrowanych wizerunków (np. w postaci zdjęć lub nagrań wykonanych w miejscu publicznym) ze zdjęciami twarzy zawartymi w bazie danych, np. w centralnej ewidencji dokumentów paszportowych. Typowe systemy w pierwszej kolejności dokonują detekcji twarzy na obrazie wejściowym – zdjęciu lub nagraniu. System następnie wyodrębnia cechy charakterystyczne wizerunku danej osoby – najczęściej poprzez wyznaczenie geometrycznych współrzędnych cech twarzy (położenie nosa, ust, oczu), kształtu owalu twarzy oraz geometrycznych zależności między poszczególnymi elementami (np. odległość między centrami oczu, odległość pomiędzy linią oczu a linią nosa, podbródka itd.). Wyodrębnione informacje są w dalszej kolejności automatycznie porównywane z wizerunkami zawartymi w referencyjnej bazie danych.

Panoptykon postanowił dalej drążyć ten temat, zapytał Ministra Cyfryzacji o to, czy przeprowadziła postępowanie sprawdzające spełnienie przez ABW technicznych i prawnych warunków do sięgania po dane online oraz ile razy w ciągu ostatnich dwóch lat w systemie, w którym prowadzona jest centralna ewidencja, zarejestrowano zapytania o dane skierowane przez ABW.

Ministerstwo Cyfryzacji stwierdziło, że logi, w których przechowywane są zapytania ABW, mają charakter techniczny i nie są informacją publiczną. Po bezowocnej próbie przekonania ministerstwa do interpretacji Panoptykonu w marcu 2018 roku. złożył on skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie.

Odpowiedź na temat dostępu ABW do centralnej ewidencji paszportowej utwierdziła niepokój Panoptykonu, że realna kontrola nad działaniami służb specjalnych i ich dostępem do danych o obywatelach i cudzoziemcach to mrzonka. Ustawy inwigilacyjna i antyterrorystyczna przyznały ABW daleko idące uprawnienia w tym dostęp funkcjonariuszy ABW do publicznych rejestrów i ewidencji bez jakiejkolwiek kontroli sądu. Przetwarzania danych osobowych przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie kontroluje też Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych, którego uprawnienia w obszarze służb specjalnych są drastycznie ograniczone.

W grudniowym wyroku sąd przyznał rację Panoptykonowi i nakazał Ministerstwu Cyfryzacji ponownie rozpatrzyć jego wniosek. W uzasadnieniu sąd podkreślił, że prośba Panoptykonu dotyczyła nie czysto technicznego wykazu logowań do systemu, ale zbiorczej liczby zapytań, poprzez które ABW realizuje swoje ustawowe zadania, a więc informacji publicznej. Ministerstwo Cyfryzacji udostępniło dane, o które wnioskował Panoptykon. Fundacja od jakiegoś czasu obserwuje tendencję, którą ochrzciła mianem „kultury najwyższej tajności”. Dotychczas sądy w sprawach dotyczących statystyk wykorzystywania uprawnień służb stawały po stronie jawności, teraz coraz powszechniejsza staje się retoryka strachu przed „wojną terroryzmu z całym światem demokratycznym”, niepoparta merytorycznymi argumentami. Nawet dane, które kiedyś były w oczywisty sposób jawne (chociażby statystyki dostępu do billingów), są dziś zasnute mgłą tajemnicy. Dużym problemem jest też brak realnej weryfikacji nakładania klauzul tajności przez służby. A konsekwencje nie są błahe – w praktyce wszystkie dane osobowe uznane przez służby za informacje niejawne będą wyłączone spod reżimu przepisów o ochronie danych osobowych objęte pozbawioną realnych gwarancji i niezgodną z prawem unijnym ustawą DODO.

Przy okazji warto przytoczyć wyrok NSA z 2012 roku który pisał, że w demokratycznym państwie prawnym niezwykle istotne jest to, by działalność służb specjalnych „podlegała społecznej kontroli w obszarach, które nie ograniczają możliwości ich skutecznego działania i nie dotyczą konkretnych prowadzonych postępowań czy też stosowanych metod operacyjnych”.

Źródło: Fundacja Panoptykon

Fot. Pixabay

Trwa przeciąganie liny pomiędzy Pekinem a Waszyngtonem. Zamiast porozumienia kończącego wojnę handlową mamy nową odsłonę wojny o Huawei. W ramach odwetu za zatrzymanie w Kanadzie wiceprezes koncernu, Pekin oskarżył dwóch jej obywateli o szpiegostwo. A wszystko to w cieniu obrad Komunistycznej Partii Chin.

Śledztwa, w których podejrzanymi są Michael Kovrig i Michael Spavor zostały połączone w jedno postępowanie a chiński kontrwywiad twierdzi, że dysponuje twardymi dowodami na współpracę obydwu mężczyzn z obcym wywiadem. Informacje o zarzutach pojawiły się w szczególnym z politycznego punktu widzenia momencie, a więc podczas obradującego właśnie kongresu Komunistycznej Partii Chin.

Co to oznacza?

Zdaniem ekspertów obydwaj Kanadyjczycy, zagrożeni karą wieloletniego, ciężkiego więzienia, staną się zakładnikami sprawy Huawei. Przypomnijmy, władze kanadyjskie, odpowiadając na amerykański wniosek, dokonały zatrzymania Pani Meng Wanzhou, która w Huawei pełni funkcję wiceprezesa a prywatnie jest córką założyciela koncernu.

SPRAWA CÓRKI ZAŁOŻYCIELA HUAWEI NABIERA TEMPA

To oczywista forma presji na kanadyjski rząd, aby ten interweniował ws. wniosku o ekstradycję Pani Meng do USA. Innymi słowy – zgoda na ekstradycję oznaczać będzie skazanie Kanadyjczyków za szpiegostwo.

O powadze sytuacji świadczy fakt, że pierwsze informacje na temat rzekomej szpiegowskiej aktywności Kovriga i Spavora opublikował serwis prasowy KPCh. Eksperci twierdzą, że część delegatów na kongres partii domagało się zdecydowanych działań w obronie chińskiego koncernu. W związku z trwającymi negocjacjami dotyczącymi prób zakończenia wojny handlowej, bezpośrednie działania przeciwko aktywom wywiadowczym USA nie wchodziły w grę. Pekinowi szczególnie zależy na zakończeniu wojny ekonomicznej wobec słabnącej gospodarki. Chiński PKB spadł najbardziej od blisko 30 lat a władze poszukują nowych impulsów prowzrostowych. Dlatego uderzenie w Kanadyjczyków było zdecydowanie bardziej racjonalne. Dodajmy, że mężczyźni zostali aresztowani 10 grudnia, w dwóch różnych miastach, niedługo po zatrzymaniu Pani Meng (1 grudnia). Pekin nawet nie próbował ukryć, że sprawy te są ze sobą związane. To zresztą nie pierwsza tego typu historia.

W 2016 roku Chińczycy oskarżyli o działalność szpiegowską innego obywatela Kanady – Kevina Garratta. Po kilku miesiącach mężczyzna został zwolniony z aresztu i wrócił do Kanady. Co ciekawe do zatrzymania doszło niedługo po tym, jak kanadyjski kontrwywiad aresztował Pana Su Bin, który wykradał tajemnice koncernu Boeing.

Czy Kanadyjczycy rzeczywiście są szpiegami?

Zacznijmy od tego, że obydwaj panowie znają się i łączy ich wspólne, bardzo oryginalne zainteresowanie Koreą Północną.

Kovrig, pracuje jako analityk Międzynarodowej Grupy Kryzysowej (ICG), której siedziba znajduje się w Hong Kongu. Często podróżował do Chin, także w celach badawczych dotyczących Korei Północnej. Zawsze jednak posługiwał się zwykłym paszportem (nie dyplomatycznym). Był zresztą w trakcie sporządzania kolejnego raportu na ten temat. International Crisis Group określił chińskie zarzuty mianem absurdalnych i bezpodstawnych podkreślając, że cała dotychczasowa aktywność Kovriga była nacechowana maksymalnym stopniem transparentności.

Z koli Spavor jest założycielem pozarządowej organizacji Paektu Cultural Exchange, która zajmuje się między innymi ograniczaniem izolacjonizmu poprzez realizację wspólnych z Koreą Północną projektów w dziedzinie kultury, sportu, turystyki, ale i biznesu. Spavor zna biegle koreański, organizował jeden z wyjazdów Dennisa Rodmana, znanego amerykańskiego koszykarza, do Pjongjangu. Udało mu się nawet uczestniczyć w spotkaniu z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem.
Obydwaj prowadzili dotychczas swoje działania w sposób bardzo przejrzysty. Zdobywali wprawdzie informacje, ale przede wszystkim te oficjalne, nie objęte klauzulami tajności. Współpracujący z nimi dyplomaci podkreślają, że nie powinno być zatem mowy o szpiegostwie.

Eksperci podkreślają, że to co się wydarzyło, jest absolutnie charakterystyczne dla chińskich służb. Trzeba też zauważyć jeszcze jedną koincydencję. Otóż najpierw chiński MSZ (ustami rzecznika prasowego) w ostrych słowach zaprotestował przeciwko wnioskowi ekstradycyjnemu ws. Pani Meng, a już kilka godzin potem organ prasowy KPCh informował
o rzekomym szpiegostwie Kanadyjczyków.

Również koncern Huawei przeszedł do bardziej ofensywnych działań. Prawnicy reprezentujący firmę złożyli pozew w Teksasie przeciwko rządowi USA i siedmiu urzędnikom administracji. Huawei twierdzi, że, Kongres naruszył konstytucję amerykańską, przyjmując ustawę zakazującą agencjom federalnym zakupu sprzętu marki Huawei oraz zakazującą relacji gospodarczych z kontrahentami, którzy używają sprzętu produkcji chińskiej firmy. Z kolei prezes Huawei, podczas spotkania kadry kierowniczej koncernu oświadczył, że jego firma „jest w stanie wojny” z rządem USA. To zupełnie odmienny, bardziej konfrontacyjny ton, który musi wynikać z konsultacji z władzami w Pekinie.

Fot. Pixabay

Ciekawy obraz wyłania się z raportu Apple na temat zagranicznych żądań dotyczących informacji o klientach amerykańskiej firmy technologicznej. Dokument odnosi się do pierwszej połowy 2018 r. i pokazuje w jaki sposób koncern z Cupertino przekazuje dane krajom takim jak Polska.

Produkty Apple stanowią w Polsce pierwszy wybór dla wielu polityków, dziennikarzy czy biznesmenów w odniesieniu do bezpieczeństwa w sieci. Zwraca się uwagę na częste aktualizacje oprogramowania komputerów czy smartfonów amerykańskiej firmy, zamknięty charakter ekosystemu i restrykcyjną politykę prywatności. Czy tak jest w istocie?

Raport firmy dotyczący pierwszej połowy 2018 r. prezentuje bardzo ciekawe dane. Chodzi np. o zestawienie wniosków zewnętrznych (a więc potencjalnie ze strony polskich służb specjalnych choć nie tylko) skierowanych do Apple w związku z żądaniami dotyczącymi udostępnienia informacji dotyczących kont klientów.

Ze strony Polski wnioski dotyczyły w omawianym okresie 15 kont. Tylko w przypadku jednego Apple przekazało wszystkie dane takie jak nazwa i adres klienta, treści z iCloud w tym zdjęcia, e-maile, szczegóły kalendarza, kontakty czy kopie zapasowe. W przypadku 6 kont przekazano stronie polskiej dane nie będące treścią takie jak powiązania konta z innymi usługami czy informacje transakcyjne.

Raport prezentuje również w jaki sposób koncern z Cupertino reaguje na żądania dostępu do danych dotyczących urządzeń (a więc np. numerów IMEI) wystosowywanych przy okazji ich zgubienia czy kradzieży oraz wniosków prawnych (spory dotyczące majątku etc.). Są one generalnie akceptowane przez amerykańską firmę. W pierwszej połowie 2018 r. zapytania dotyczyły 14060 przypadków z czego w 81% zostały one przekazane stronie polskiej.

Fot. Pixabay

Płk Paweł Białek zastanawia się na łamach Osluzbach.pl czy idea europejskiego kontrwywiadu ma sens.

W przededniu wyborów do Parlamentu Europejskiego w mediach szeroko kolportowany był list Prezydenta Francji Emmanuela Macrona, w którym wezwał on obywateli UE do zaangażowania na rzecz odnowy wartości, które legły u podstaw wspólnoty oraz do działań na rzecz ich umocnienia i ochrony. List, pomimo iż porusza wiele kwestii społecznych (np. minimalne wynagrodzenie w UE) nie spotkał się z szeroką debatą publiczną w Polsce. Zapewne jest to związane z niechęcią środowiska PiS do samego E. Macrona, a z drugiej strony obawą opozycji do angażowania się w dyskusję inicjowaną przez kontrowersyjną (po protestach we Francji) osobę Prezydenta Francji.

List a właściwie manifest zawiera kilka ciekawych propozycji, które dotyczą wspólnej polityki bezpieczeństwa i zasługują na szerszą debatę. Emmanuel Macron proponuje utworzenie Europejskiej Agencji Ochrony Demokracji, która zapewni każdemu Państwu członkowskiemu europejskich ekspertów dla ochrony procesu wyborczego przed cyberprzestępczością i manipulacjami oraz uniemożliwi finansowanie europejskich partii politycznych przez obce mocarstwa. W ten sposób Emmanuel Macron proponuje de facto powołanie europejskiego kontrwywiadu.

O wspólnej polityce bezpieczeństwa w UE dyskutuje się od dłuższego czasu i dotychczas udało się wdrożyć wiele projektów i rozwiązań instytucjonalnych, które w pewnym zakresie już dobrze działają. Wszyscy mają jednak świadomość, że to niewystarczające w obliczu zagrożeń dla jedności UE. W moim przekonaniu nie uda się stworzyć faktycznej ochrony dla kluczowych interesów UE bez instytucjonalnego udziału w tym przedsięwzięciu służb specjalnych krajów członkowskich. W tym zakresie, kluczowym elementem wspólnej polityki bezpieczeństwa UE, musi być współpraca cywilnych służb specjalnych poszczególnych państw członkowskich. Unijne regulacje, w odróżnieniu od zagadnień dotyczących ścigania przestępczości kryminalnej, kwestie działalności służb specjalnych pozostają w gestii krajów członkowskich. Współpraca i współdziałanie służb specjalnych w UE oparte są na multi i bilateralnych porozumieniach zawieranych pomiędzy poszczególnymi służbami. Porozumienia te nie mają jednak rangi wiążących dokumentów wspólnotowych (poza kwestiami ochrony informacji niejawnych). Głównym obszarem współpracy służb specjalnych krajów UE są kwestie działań antyterrorystycznych i nieproliferacji. Niestety inne, kluczowe dla bezpieczeństwa UE kwestie, o których w swoim liście pisze Emmanuel Macron (np. manipulacje wyborcze) są przedmiotem sporadycznej i kurtuazyjnej współpracy. Dobrym przykładem, na konieczność takiej współpracy, może być kwestia potencjalnej ingerencji Rosji w procesy wyborcze w poszczególnych krajach członkowskich. Media wielokrotnie już zwracały na to uwagę i publikowały informacje, które z całą pewnością powinny być przedmiotem zainteresowania i współpracy służb specjalnych UE. Trudno jednak obecnie sobie wyobrazić sytuację, w której np. polskie służby dzielą się wiedzą na temat rosyjskiej ingerencji w wybory w Polsce z innymi krajami UE i współpracują w celu jej wyjaśnienia. Wynika to z głęboko zakorzenionego wśród polityków, a często i wśród funkcjonariuszy błędnego przekonania o pewnej elitarności i ekskluzywności pracy służb, a ponadto kraje członkowskie niechętnie dzielą się wiedzą, która z ich perspektywy (lub perspektywy partii sprawujących władzę) może zaszkodzić ich partykularnym interesom. Właśnie ta krajowa perspektywa, ten swoisty narodowy egoizm uniemożliwia dzisiaj stworzenie efektywnej Europejskiej Agencji Ochrony Demokracji, a w zasadzie Służby Europejskiego Kontrwywiadu.

Czy w świetle przytoczonych powyżej argumentów pomysł Prezydenta Emmanuela Macrona jest nierealny? Już sam przegląd potencjalnych interesariuszy tego projektu może przyprawić o ból głowy i zniechęcić do jego realizacji. Jednak fakt, iż dzisiaj ten projekt jest trudny do zrealizowania nie oznacza, że należy go pozostawić bez dyskusji. Jeżeli UE ma przetrwać, to musi w jakiejś perspektywie stworzyć europejską strukturę kontrwywiadowczą, która będzie mieć stosowne prawne umocowanie i będzie mieć możliwości takiego działania, aby skutecznie chronić nasze wspólne interesy i wartości przed zagrożeniami, które często z perspektywy pojedynczego kraju są nieistotne lub niezauważalne. Warunkiem do efektywnej pracy tej europejskiej służby (Agencji) jest dostęp do informacji służb krajów członkowskich, prawo do wnioskowania o wszczęcie postepowań karnych lub administracyjnych przez odpowiednie urzędy w danym państwie, oraz prawo a w zasadzie obowiązek do przekazywania analiz i informacji dla określonych odbiorców. Stworzenie tylko instytucji biurokratycznej, która będzie kolekcjonować dokumenty, to strata czasu i tworzenie niepotrzebnych kosztów. Z drugiej strony, poprzez odpowiednie instrumenty kontroli, należy zadbać o to, aby sama Agencja nie stała się obiektem manipulacji i nie była wykorzystywana do realizacji innych celów.

W tym miejscu pragnę zachęcić wszystkich ekspertów, którzy posiadają odpowiednie doświadczenia lub przemyślenia w tym zakresie do publicznej dyskusji na ten temat.

Paweł Białek: Oficer Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w randze pułkownika, w latach 2007-2012 zastępca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Od 1991 roku pełnił służbę w Urzędzie Ochrony Państwa, a następnie w ABW. 4 grudnia 2007 roku został mianowany na stanowisko zastępcy szefa ABW. Po odejściu z ABW na początku kwietnia 2012 został wysokim urzędnikiem w Ministerstwie Skarbu i zasiada w radach nadzorczych spółek skarbu państwa: KGHM-ie i Orlenie. W latach 2013-2016 był dyrektorem Biura Inwestycji w PERN SA, odpowiedzialnym min. za budowę Terminalu Naftowego w Gdańsku.

Fot. Materiały własne

Perspektywa złagodzenia konfliktu handlowego narastającego pomiędzy Waszyngtonem i Pekinem może mieć ciekawe implikacje energetyczne dla Polski.

Sinopec, chińska państwowa korporacja naftowo-chemiczna, zamierza podpisać 20-letnią umowę na dostawy skroplonego gazu ziemnego (LNG) z amerykańskim koncernem Cheniere Energy – informuje Reuters powołując się na własne źródła.

Obie firmy uzgodniły umowę pod koniec 2018 roku po kilku miesiącach negocjacji, ale jej podpisanie zostało przełożone z powodu narastającego sporu handlowego między Stanami Zjednoczonymi a Chinami.

Sinopec planuje kupić od Cheniere około 2 milionów ton LNG rocznie, począwszy od 2023 roku.

Po ostatnich negocjacjach między Stanami Zjednoczonymi i Chinami pod koniec lutego prezydent Donald Trump przesunął kolejną podwyżkę ceł na chińskie towary zaplanowaną na 1 marca. Według doniesień medialnych strony są na ostatniej prostej w ramach konsultacji dotyczących kwestii handlowych i mogą osiągnąć ostateczne porozumienie już pod koniec marca podczas spotkania dwóch szefów państw. Są to jednak informacje nieoficjalne.

Perspektywa złagodzenia konfliktu handlowego, który pozostaje zmorą kluczowych ekonomistów na świecie może mieć ciekawe implikacje energetyczne dla Polski:

Amerykańskie LNG systematycznie wdziera się na rynki będące centrum zainteresowania rosyjskiego Gazpromu. Chiny miały dać tej firmie możliwość zrekompensowania strat (tzw. pivotu) jakie ponosi ona ostatnio w Europie (Polska, Ukraina). Tymczasem również Państwo Środka zaczyna interesować się gazem skroplonym z USA. Nie chodzi tu bynajmniej o niewielki jak na razie kontrakt Sinopec-u, ale o szerszy trend. Gazprom musi brać pod uwagę konieczność ostrzejszej walki o swoich klientów w niedalekiej przyszłości. Być może jest to duża szansa dla Polski, która musi zdecydować w tym roku czy kontynuować współpracę z rosyjskim dostawcą w ramach kontraktu jamalskiego?

Złagodzenie konfliktu handlowego Stanów Zjednoczonych i Chin powinno przełożyć się na większy import węgla przez Państwo Środka, a w efekcie cena tego surowca pozostanie wysoka. To istotna informacja pod kątem szacowania cen energii na naszym rynku.

W tym kontekście warto wspomnieć również o szansie na mniejsze turbulencje dla światowej gospodarki jeśli Waszyngton i Pekin wynegocjują zawieszenie broni. W efekcie mogłoby to utrzymać duży popyt na uprawnienia do emisji CO2. To natomiast jeden z najbardziej cenotwórczych czynników na rynku energii w Polsce ze względu na dużą liczbę starych bloków węglowych.

Fot. Pixabay

Wojciech Brochwicz w felietonie dla portalu O służbach porusza kwestię tzw. ustawy deubekizacyjnej. Zdaniem eksperta łamie ona podstawowe prawa obywatelskie ponieważ dotyka zbyt szeroki wachlarz ludzi.

Sprawiedliwość to kolanem w brzuch z ziemi w zęby w nocy skrycie nożem z góry w dół na magazyn okrętu przez worki z piaskiem wobec przeważającej siły w ciemnościach bez słowa ostrzeżenia.

Joseph Heller, Paragraf 22

Parafrazując stary dowcip o demokracji i demokracji socjalistycznej można powiedzieć, że sprawiedliwość od sprawiedliwości historycznej różni się tym, czym krzesło od krzesła elektrycznego – pisze Wojciech Brochwicz w swoim nowym felietonie dla Osluzbach.pl.

Podam kilka przykładów tak rozumianej i dość powszechnie u nas wymierzanej sprawiedliwości. Uprzedzam, dzisiaj nie będzie zabawnie.

Podoficer

Zaczynał służbę w Wojskach Ochrony Pogranicza. Pracował jako kontroler na wielkiej, międzynarodowej, kolejowej stacji przeładunkowej.

Jego zadaniem było sprawdzanie, czy plomby na wagonach towarowych są nienaruszone. Pełnił tę służbę sumiennie przez piętnaście lat, aż przyszedł moment, gdy PRL został zastąpiony przez RP, a w miejscu WOPu pojawiła się Straż Graniczna.

Podoficer służył dalej, na tym samym stanowisku. Następnych piętnaście lat. Potem poszedł na emeryturę. Potem mu ją odebrano, pozostawiając niedużą część. Za lata służby dla totalitarnego państwa…

Programistka w MSW

Wraz z zespołem informatyków stworzyła system PESEL. Uznana za wielbicielkę totalitaryzmu i zdezubekizowana.

Oficer kontrwywiadu

Zaczynał w PRL. Przeszedł weryfikację, złożył przysięgę i podjął służbę na nowo. Bardzo ryzykowną. Po wielu latach wydalony z Rosji z zarzutem szpiegostwa na rzecz Polski i NATO. A u nas? Wróg i złóg. Zdezubekizowany.

Oficer wywiadu

Szkolenie rozpoczynał jako młody człowiek po studiach. Był kwiecień 1989 roku. Właściwą służbę podjął ponad rok później, już w UOP. Pracował na Bliskim Wschodzie, przeciwko terrorystom. I na wschodzie. Przez prawie ćwierć wieku. Zrujnowane zdrowie, zszargane nerwy. Domyślacie się puenty? Tak. Zdezubekizowany.

Generał

W czasie pierwszej wojny w Zatoce Perskiej z narażeniem życia wywiózł z Iraku grupę agentów CIA. Legenda służb polskich i amerykańskich.

Jako że zaczynał swoją pracę w wywiadzie za PRLu, jego zasługi dla Polski poszły w niepamięć, a przeszłość dogoniła mu emeryturę.

Przykłady można mnożyć. Każdy jest inny. Około osiemdziesięciu tysięcy przykładów. Z wywiadu, kontrwywiadu, Biura Ochrony Rządu, Policji, Straży Granicznej. Do tego pozostające na ich utrzymaniu rodziny. Do tego gorycz i żal wobec Państwa.

Dzisiaj bez komentarza….

Wojciech Brochwicz: W 1990 współtworzył specjalną jednostkę „Grom”. Był doradcą ministra spraw wewnętrznych, prezesa Rady Ministrów, prezesa Narodowego Banku Polskiego. Pełnił funkcje dyrektora w Urzędzie Ochrony Państwa, zastępcy Komendanta Głównego Straży Granicznej oraz Wiceministra Spraw Wewnętrznych i Administracji w Radzie Ministrów Jerzego Buzka, gdzie odpowiadał za przygotowanie ustawodawstwa antyterrorystycznego. Po 2001 był członkiem komitetu konsultacyjnego przy szefie ABW Andrzeju Barcikowskim. Po odejściu z administracji państwowej został partnerem w firmie prawniczej R. Smoktunowicz & L. Falandysz. Obecnie prowadzi własną kancelarię prawniczą.

Tytuł pochodzi od redakcji.

Fot. Materiały własne

Agencja Associated Press oraz źródła irackie informują, że spore grupy bojowników Państwa Islamskiego szykują się do przekroczenia granicy syryjsko – irackiej, szukając schronienia w sunnickich enklawach Iraku. Około tysiąca bojowników ISIS zmuszonych zostało do opuszczenia Syrii – Irak wydaje się dla nich jedynym bezpiecznym kierunkiem ewakuacji.

Aby temu zapobiec armia iracka przerzuciła w kierunku granicy z Syrią dodatkowe 20 tysięcy żołnierzy, ale trzeba wziąć pod uwagę, że to niezwykle rozległy i trudny do monitorowania teren. Według najnowszych informacji zgromadzonych przez służby wywiadowcze Iraku i USA setki bojowników prześlizgnęły się w ostatnich tygodniach przez granicę – część pod osłoną nocy, część udając uchodźców lub rolników, inni natomiast z wykorzystaniem sieci tuneli, które zostały zbudowane przez ISIS w latach 2013 – 2014. Amerykańskie źródła wywiadowcze twierdza także, że na terytorium Iraku wciąż funkcjonują tajne, podziemne składy broni, amunicji i pieniędzy – zabezpieczone przez Państwo Islamskie w poprzednich latach.

Iracki wywiad szacuje, że obecnie w Iraku przebywa między 5000 a 7000 uzbrojonych bojowników ISIS. Większość z nich pozostaje w ukryciu, ale liderzy podejmują systematyczne wysiłki w celu „ożywienia” społeczności sunnickiej i ponownego osadzenia bojowników w trudnej, irackiej rzeczywistości, co nie jest wcale takie proste. Północne prowincje obawiają się, że dając schronienie islamistom, pozbawią się pomocy Bagdadu w procesie modernizacji kraju.

Dlatego ISIS próbuje wracać do sprawdzonych metod – to jest wymuszania posłuszeństwa na lokalnej społeczności przy pomocy terroru. W styczniu doszło do dziewięciu ataków przeprowadzonych przez ISIS, w lutym do kolejnych pięciu. Wszystkie miały charakter lokalny a ich celem było „dyscyplinowanie” Irakijczyków. Jednak na przestrzeni ostatnich lat wiele się zmieniło. Ludzie są zmęczeni wojną i coraz chętniej współpracują z irackimi służbami bezpieczeństwa.

Bagdad naciska też na Amerykanów, aby ci rozważyli czasowe zwiększenie zaangażowania w regionie, zanim ISIS zdoła odbudować potencjał, zagrażający w przyszłości stabilności sytuacji w Iraku. Nieoficjalnie wiadomo, że Waszyngton rozważa jedynie „chirurgiczne” akcje sił specjalnych przeciwko lokalnym liderom ugrupowania.

Fot. Pixabay

Alarmujący raport ONZ: Rekordowa liczba cywilów zginęła w Afganistanie w ubiegłym roku w wyniku zamachów terrorystycznych, ale i nalotów prowadzonych przez siły koalicji.

W swoim raporcie rocznym, misja pomocy ONZ w Afganistanie (UNAMA) poinformowała, że w wyniku działań zbrojnych w 2018 roku śmierć poniosło aż 3,804 cywilów a 7,189 osób zostało rannych.

Wysłannik ONZ, Tadamichi Yamamoto, wyraźnie poruszony prezentowanymi danymi liczbowymi dodał, że w konsekwencji siedemnastoletniego już konfliktu, setki tysięcy Afgańczyków zostały zmuszone do opuszczenia swoich domów i szukania pomocy także poza granicami kraju.

Raport ONZ wskazuje, że za 63% zgonów odpowiadają talibowie, ISIS oraz inne, mniejsze grupy zbrojne. Przy czym widać wyraźny spadek aktywności Państwa Islamskiego, przede wszystkim kosztem talibów, którzy starają się oddziaływać z nową siłą na sytuację w kraju. Dziś działania ISIS to w zasadzie tylko wschodni Afganistan i to w coraz bardziej ograniczonym stopniu. Wyraźnie islamscy fundamentaliści cierpią na brak środków finansowych oraz na brak nowych rekrutów.

Z kolei talibowie starają się utrzymywać dialog z siłami koalicji i w mniejszym wymiarze z rządem w Kabulu. Właśnie dziś rozpoczyna się kolejna runda rozmów (pod auspicjami ONZ) z talibami w Katarze (gdzie utrzymują oni swoje przedstawicielstwo polityczne) poświęcona ocenie sytuacji w Afganistanie. Znamienne, że Talibowie starają się rozmawiać przede wszystkim z dyplomatami reprezentującymi państwa koalicji.

Rząd w Kabulu czuje, przez takie działanie, że jego rola oraz wpływ na bieg wydarzeń zostają istotnie pomniejszone. Co oczywiście wykorzystują talibowie budując swoją pozycję nie tylko w oczach lepiej zorientowanych Afgańczyków, ale także świata arabskiego.

Wracając jednak do danych okazuje się, że siły koalicji odpowiadają za 24% zgonów – to znaczny wzrost w porównaniu z 2017 rokiem. Siły koalicji tłumaczą ten stan rzeczy nie tylko zwiększoną liczbą nalotów, ale i bardziej przebiegłymi działaniami terrorystów, którzy na spotkania strategiczne – będące celem ataków – wybierali miejsca często uczęszczane przez Afgańczyków lub po prostu zlokalizowane w centrach miast. W ubiegłym roku doszło aż do 6823 nalotów (w tym, z użyciem dronów), w których śmierć poniosło ponad 1200 cywili. Taka skala „postronnych ofiar” musi budzić pytania o proces podejmowania decyzji ws. ataków. Wygląda na to, że jednak znacznie obniżono standardy bezpieczeństwa dla cywili, które jak się wydaje, w poprzednich latach były znacznie ostrzejsze lub po prostu ściślej przestrzegane.

W ciągu ostatniej dekady, odkąd ONZ rozpoczął dokładne monitorowanie liczby ofiar cywilnych konfliktu w Afganistanie śmierć poniosło ponad 32.000 cywilów a ponad 60.000 osób zostało rannych. Niestety, analiza danych nie pozwala na wyciągnięcie optymistycznych wniosków. Czeka nas prawdopodobnie kolejny krwawy rok, coraz dalej od zainteresowania światowych mediów.

Fot. Wikipedia

Litwa jest dziś jednym z liderów walki z dezinformacją a jej specyficzne doświadczenia są analizowane nie tylko w ramach Unii Europejskiej, ale i NATO.

W maju Litwę czekają bardzo ważne wybory parlamentarne. Tamtejsze służby nie mają wątpliwości, że przy okazji zbliżającej się kampanii uaktywnią się przede wszystkim liczne ośrodki prorosyjskie.

Trzeba jednak zauważyć, że Litwa w ostatnich latach wykonała ogromną pracę w obszarze walki z dezinformacją. Zastosowano przy tym bardzo ciekawy model opierający się w dużej mierze na bliskiej współpracy mediów, organów państwa (w tym służb specjalnych oraz armii) i społeczeństwa. Dlatego dziś obawy związane z wrogimi działaniami Moskwy, są oczywiście traktowane z należytą powagą, ale nie budzą paniki.

Jeszcze dekadę temu Bruksela utożsamiała dezinformację z wolnością słowa a problem wydawał się marginalny i dotyczył raczej wschodniej części kontynentu. Działania Rosji tłumaczono naturalnym resentymentem do utraconej strefy wpływów. Natomiast z biegiem czasu ingerowanie wschodnich sił w wewnętrzne sprawy poszczególnych państw zaczęło wyraźnie przesuwać się na zachód. Rosjanie doskonale wykorzystali okres resetu w relacjach ze swoim państwem, z jakim mieliśmy do czynienia w okresie pierwszej kadencji prezydenta Baracka Obamy. Specjaliści podkreślają, że lata 2008 – 2012 to szczyt rosyjskiej aktywności w sferze budowania fundamentów pod działania, które obserwujemy obecnie. Chodziło przede wszystkim o pozyskiwanie agentów wpływu, plasowanie własnej miękkiej agentury (zorientowanej na dystrybucję a nie pozyskiwanie informacji) w środowiskach opiniotwórczych czy wreszcie zaangażowanie kapitałowe umożliwiające nawiązanie bliskiej współpracy z mediami. Dezinformacja staje się bowiem znacznie bardziej skutecznym narzędziem, jeżeli w danym państwie istnieją ośrodki, które powielają i odpowiednio modyfikują przekaz. Tak by informacja zaczęła żyć własnym życiem.

Początkowo Zachód nie zdawał sobie sprawy z potencjalnej siły rażenia tzw. fake newsów. Nawet jeżeli przekaz wydawał się, delikatnie rzecz ujmując, zniekształcony, powoływano się na konieczność obrony wolności wypowiedzi. Dziś, po bardziej lub mniej oczywistych próbach wpływania na rzeczywistość wielu zachodnich państw, problem dezinformacji stał się jak najbardziej realny. Większość państw UE doświadczyła już konsekwencji zewnętrznej ingerencji i próby wpływu na kształtowanie opinii w sferze społeczno – politycznej.

W Hiszpanii było to umiejętne podsycanie nastrojów separatystycznych w odniesieniu do Katalonii, we Francji podtrzymywanie tlącego się od kilkunastu tygodni protestu żółtych kamizelek, przy jednoczesnym wspieraniu skrajnej prawicy. W Niemczech – fałszywe informacje o gwałtach na nieletnich Rosjankach, incydentach z udziałem żołnierzy US Army czy wreszcie próba wzniecenia niepokojów związanych z imigrantami (zamieszki w Chemnitz). Najbardziej jednak spektakularnym i namacalnym jednocześnie przykładem skuteczności takich działań okazało się brytyjskie referendum ws. opuszczenia struktur Unii Europejskiej. Wydarzenie to, w dużej mierze finansowane przez ośrodki związane z Rosją (o czym pisaliśmy wielokrotnie) udowodniło, że przy pomocy m.in. mediów oraz mediów społecznościowych da się skutecznie destabilizować sytuację nie tylko w danym państwie, ale szerzej, w regionie. Niewykluczone, że w najbliższym czasie będziemy świadkami wzrostu napięcia związanego z koniecznością restytucji granicy pomiędzy Irlandią a Irlandią Północną (w następstwie Brexit), co znowu da pole do popisu siewcom dezinformacji.

Tymczasem kłamstwo nie ma się nijak do wolności słowa – tak można określić w skrócie dewizę, którą kieruje się Litwa.

Litwie udało się zbudować coś w rodzaju platformy wojskowo – medialno – społecznej. Ale właśnie udział wojska i litewskich służb budzi w tej sprawie największe emocje. Wojsko na bieżąco śledzi to, w jaki sposób rozprzestrzeniane są w mediach (społecznościowych i tradycyjnych) poszczególne informacje oraz to, gdzie mają swoje źródła. Nagminnie zgłaszane i eliminowane są fałszywe konta tzw. farm trolli zlokalizowane czy to na Faceebooku czy na Twitterze.

Internet to jedno, a stacje telewizyjne promujące politykę Kremla to drugie. Zresztą problem wydaje się ogólnoeuropejski. Ostatni przykład? Russia TV, teraz promująca się pod nazwą RT, w zasadzie nieustannie transmitowała przebieg zamieszek w Paryżu, zdecydowanie podgrzewając atmosferę poprzez podawanie zawyżonych danych dotyczących liczby demonstrujących, ale też upowszechniając niesprawdzone (czy wręcz nieprawdziwe) informacje, dotyczące szczegółów starć z policją. Próbowano budować atmosferę rewolucji.

Litwini zauważyli, że tradycyjne media, w poszukiwaniu oszczędności, często kupują niemalże gotowy do emisji produkt, znacznie poniżej kosztów własnej produkcji. Na Litwie tego typu produkcje można dziś oglądać aż w 10 stacjach telewizyjnych – informuje The Financial Times, który zgłębiał to zagadnienie. Często niewinne, wydawałoby się codzienne problemy, wykorzystywane są do umiejętnej promocji Rosji i polityki Kremla, ukazując jednocześnie Zachód jako źródło wszelkiego zła – czy to w ujęciu kulturowym, społecznym czy politycznym.

Dlatego Litwa jako pierwsza, starała się dostosować przepisy prawne do nowej rzeczywistości. Rząd podkreśla, że chodzi o umożliwienie realnej walki z rażącymi przypadkami dezinformacji, a nie o ograniczanie debaty publicznej. Jednym z takich narzędzi jest przepis, który pozwala władzom zamknąć na 48 godzin, bez nakazu sądowego, serwery podmiotów wykorzystywanych do szerzenia lub rozpowszechniania dezinformacji. Dotyczy to także udziału w prowadzeniu cyberataków. Litewski MON przyznaje, że to drastyczne przepisy, ale wskazuje również, że zwykle ataki dezinformacyjne są mocno zintegrowane z atakami cybernetycznymi. Dobrym przykładem jest akcja z ubiegłego roku, kiedy to hakerzy wykorzystali naruszenie infrastruktury cyfrowej stacji telewizyjnej, aby umieścić w jej zasobach fałszywą historię dotyczącą jednego z ministrów. Materiał, opracowany na pierwszy rzut oka przy pomocy zwykłego dokumentu typu Word, sam wysłał się do sieci a także trafił na fora dyskusyjne. Tego typu przypadków będzie coraz więcej.

Ale służby i armia nie dysponują odpowiednimi środkami, aby samodzielnie walczyć z dezinformacją. I tu z pomocą przychodzi ruch tzw. Elfów. To wolontariusze, którzy sami starają się identyfikować i zwalczać rosyjskie trolle, pojawiające się w litewskiej sieci. Ich liczba stale rośnie, możemy mówić o tysiącach osób, wśród których są i dziennikarze, i specjaliści IT, ludzie biznesu, studenci czy naukowcy. Ich celem jest z jednej strony jak najszybsza identyfikacja fałszywych informacji, zanim zaczną żyć własnym życiem w sieci, z drugiej próba ustalenia źródła dezinformacji.

To trudne zadanie, tym bardziej, że przeciwnicy też się uczą i coraz lepiej rozumieją litewską specyfikę. Dlatego koncentrują swoją uwagę tam, gdzie najłatwiej jest znaleźć słabe punkty w społeczeństwie litewskim. Innymi słowy, analizują sytuację na bieżąco i docierają do najbardziej sfrustrowanych grup.

Bardzo ciekawym rozwiązaniem jest strona Demaskuok.lt – platforma stworzona do walki z dezinformacją przez instytucje państwowe, dziennikarzy i przedstawicieli organizacji pozarządowych. Dzięki Demaskuok.lt możliwe jest skanowanie nawet 20.000 artykułów dziennie z ponad 1000 źródeł, a dzięki zaawansowanym narzędziom informatycznym udaje się wyłapać te fałszywe – zarówno brzmiące irracjonalnie jak i te wyglądające na prawdziwe. Zresztą większość badań pokazuje, że ludzie mają coraz większy problem z oceną wiarygodności informacji a margines tolerancji dla absurdu znacznie się przesunął. Mówiąc wprost im większy zalew informacji tym łatwiej jest nas nabrać. Do tego dochodzi jeszcze jedna kwestia – rośnie liczba odbiorców informacji, którzy korzystają już tylko z jednego źródła jakim jest internet. A tu dezinformacji było bez liku. W ubiegłym roku zalew fake newsów był rekordowy. W sieci można było przeczytać m.in. i o wypadku drogowym, w wyniku którego śmierć poniósł chłopiec zmiażdżony przez pojazd wojskowy NATO i o testach broni biologicznej w krajach bałtyckich prowadzonych przez Sojusz Północnoatlantycki, ale i o UFO zestrzelonym nad Litwą. Jednej z grup hakerskich udało się także przemycić fałszywą informację o planach NATO inwazji na Białoruś.

Przeciwnicy ścisłej współpracy mediów i służb oraz armii obawiają się o konflikt interesów i tu upatrują zagrożenia. Czy zbyt bliska relacja z organami państwa nie zacznie działać w drugą stronę, to jest czy nie doprowadzi do prób recenzowania informacji?

Litwini twierdzą, że nie ma podstaw do obaw, tym bardziej, że w projekt zaangażowane są często konkurujące ze sobą na co dzień, prywatne redakcje, dla których cytowalność i walka o news pozostają kluczową kwestią biznesową.

Ale są w UE kraje takie jak np. Holandia, gdzie litewskie rozwiązania budzą poważne wątpliwości. Zresztą nie tylko tam. Cytowany przez The Financial Times dyplomata unijny podkreśla, że sprawa jest bardzo delikatna. Trzeba zachować szczególną ostrożność, bo nie da się wprost przenieść rozwiązania litewskiego do innych państw UE. Każdy ma nieco inną wrażliwość i inne doświadczenia historyczne. Dlatego nie można jedną miarą traktować wszystkich.

Tylko, że UE sprawia wrażenie dość nieporęcznej w walce z dezinformacją. Unia nie ma własnej służby wywiadowczej a współpraca pomiędzy poszczególnymi służbami zawsze nacechowana będzie jakimś promilem nieufności. Z drugiej strony grupa zadaniowa East Stratcom, działająca w ramach EU ma wciąż bardzo organiczne zasoby ludzkie – to ledwie kilkanaście osób współpracujących z około 500 wolontariuszami.

Unijni dyplomaci twierdzą, że grupa otrzymała wprawdzie dodatkowe środki na „dalszą profesjonalizację” ale podkreślają, że w ubiegłym roku East Stratcom musiała wycofać trzy nieprawdziwe oskarżenia o dezinformację przeciwko holenderskim mediom. W jednym przypadku z powodu złego przetłumaczenia fragmentu tekstu, innym zaś razem tekst satyryczny potraktowano jako informacyjny.

Wpadki zdarzają się wszystkim, ale warto pamiętać, że żyjemy w czasach konfliktu, więc nie powinniśmy udawać, że go nie ma. Zresztą wybory europejskie i związane z nimi wydarzenia będą doskonałym materiałem analitycznym, pozwalającym na dokładniejsze określenie skali zagrożenia.

Fot. Pixabay