Home Archive by category Loża ekspertów

Loża ekspertów

W najnowszym felietonie dla portalu O służbach Wojciech Brochwicz stawia pytania o przyszłość ABW, które jest dziś traktowane „jak śmietnik, do którego wrzuca się sprawy, z którymi nikt nie wie co robić”. Ekspert podkreśla, że dopóki nie zreformujemy tej instytucji nie ma mowy o partycypacji Polski w projektach takich jak kontrwywiad UE.

„Kukliński: Czołem, Majorze! Jak kontrwywiad ocenia nastrój szefa?
Putek: Kontrwywiad operacyjnie nie rozpracowuje Ministra Obrony Narodowej.
Kukliński: To był żart.
Putek: Żarty kontrwywiadu kończą się na podpułkownikach.”

„Jack Strong”

Z dużym entuzjazmem śledzę dyskusję dotyczącą ewentualnego powołania kontrwywiadu Unii Europejskiej. Też dostrzegam taką potrzebę, zwłaszcza jak popatrzę przez pryzmat mojego rachunku bankowego. Powiem więcej: wizja powstania takiej organizacji, a zwłaszcza wyobrażenie mojego w niej udziału, pobudza we mnie niezwykle pozytywne uczucia. Marzenia o wysokich zarobkach wolnych od podatków. I o prestiżu lepszym niż w kancelarii adwokackiej.

Zaraz potem jednak daje o sobie znać ta cholerna paranoja, którą zaraziłem się w Zarządzie II UOP, nieuleczalna na resztę życia. Wracam na ziemię. No i są pytania…

Na przykład, jak mamy dzielić się wiedzą operacyjną z partnerami z UE skoro nie potrafimy bez bólu oddać podstawowych informacji innej, własnej, krajowej służbie, z którą powinniśmy współdziałać w sposób najbardziej naturalny? Pamiętacie jaki jazgot wywołała próba odtworzenia koordynacji w 1998 roku? Kto nie pamięta, nie ma czego żałować.

Największy problem jest na naszym podwórku. No bo z czym mielibyśmy wmaszerować do tej unijnej służby kontrwywiadu? Z tym molochem pod nazwą ABW, który przez lata upychał w swoich kompetencjach absolutnie wszystko, co tylko się dało, nie bacząc na dublowanie się z innymi służbami, na niewydolność organizacyjną i na braki w merytorycznym przygotowaniu ludzi? I nie wynikało to bynajmniej z ambicji kolejnych szefów tej instytucji, a z przyzwyczajenia polityków. Agencję traktowano jak śmietnik, do którego wrzucano sprawy, z którymi nikt nie wiedział co robić. Dziś kontrwywiad tonie w morzu innych tematów. Jest częścią ogromnej służby odpowiedzialnej i za operacje, i za realizacje. Za narkotyki, za terroryzm, za ekonomię państwa, za mafie i za ekstremizmy polityczne. Za zatrzymania, przesłuchania, podsłuchiwania. Za ochronę informacji niejawnych i za proliferację . I tak dalej…

A powinien odpowiadać wyłącznie za informacje. Za zdobywanie najbardziej wartościowych danych. Tylko wtedy będzie wolny od medialnych i politycznych obciążeń kiedy przestanie istnieć politycznie. Nie do tego powinien służyć kontrwywiad, jeśli chcemy jeszcze marzyć o stawianiu czoła najsilniejszym agencjom wywiadowczym świata. I jeśli chcemy być partnerem w jakichś międzynarodowych strukturach dla profesjonalistów.

No tak, ale tak jak w PRL dążyli do komunizmu, tak my dążymy dzisiaj do profesjonalizmu. Tylko ważne, aby dążeń nie pomylić z rojeniami…

Fot. Materiały własne

MSW przedstawiło projekt regulujący zasady ochrony danych obywateli w sektorze bezpieczeństwa. Ochrona prywatności stanie się tam wyjątkiem, a nie regułą.

Reforma ochrony danych osobowych to także dyrektywa policyjna, czyli tzw. brzydsza siostra RODO. Podczas gdy firmy i organizacje gorączkowo przygotowują się do wdrożenia nowego rozporządzenia, te organy państwa, które gromadzą dane o obywatelach w niejawny sposób, nierzadko posługując się kontrowersyjnymi metodami, mogą spać spokojnie. W ich świecie niewiele się zmieni, a jeśli się zmieni – to w kierunku jeszcze większej swobody działania i jeszcze mniejszej przejrzystości. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych przedstawiło wreszcie projekt regulujący zasady ochrony naszych danych w sektorze bezpieczeństwa. Niestety, jest on tak dziurawy, że ochrona prywatności stanie się tam wyjątkiem, a nie regułą. Jak do tego doszło i czym to grozi? – zadaje pytanie Panoptykon na swoim portalu.

Wyjęci spod prawa

Na podstawie dyrektywy państwa członkowskie zobowiązane są przyjąć przepisy, zgodnie z którymi policja i inne podmioty zajmujące się przeciwdziałaniem przestępczości mogą pobierać tylko te dane, które są niezbędne do realizacji ich zadań. Żadnych danych na zapas, dla wygody i na wszelki wypadek. Prawo unijne pozostawia jednak furtkę w postaci „bezpieczeństwa narodowego” – ci, którzy się nim zajmują, nie podlegają ograniczeniom wynikającym z dyrektywy. Zgodnie z definicją bezpieczeństwa narodowego jest nim nie tylko praca kontrwywiadowcza prowadzona przez kontrwywiad wojskowy czy zapobieganie terroryzmowi przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, ale nawet przeciwdziałanie korupcji w sporcie.

Efekt: pięć służb specjalnych jest wyjętych spod zakresu obowiązywania nowych przepisów i w konsekwencji nie będzie miało żadnych ograniczeń związanych z pozyskiwaniem danych osobowych.

Przykład: Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego może pozyskiwać od Policji nagrania uczestników antyrządowych demonstracji, mimo że nie jest to niezbędne do realizacji jej ustawowych działań. Żadna ustawa tego nie zabroni, a Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych nie skontroluje.

Dyrektywa minus

Nawet po wyłączeniu spod ustawy służb specjalnych zobowiązane do jej przestrzegania będą m.in. Policja i Straż Graniczna. Mogłoby się więc wydawać, że będziemy mieli – jako osoby, których dane te formacje wykorzystują – pewne uprawnienia. Fundamentalnym z nich jest prawo do uzyskania informacji, czy i jakie dane na nasz temat są przetwarzane i co się z nimi dzieje. Dyrektywa dopuszcza oczywiście wyjątki (np. związane z dobrem prowadzonego śledztwa), jednak autorzy ministerialnego projektu zdecydowanie wykroczyli poza inwencję twórców dyrektywy i dodali nowe ograniczenia. Jednym z nich jest propozycja, by nie można było ujawniać informacji pochodzących z tzw. czynności operacyjno-rozpoznawczych. Problem w tym, że takie czynności to worek bez dna obejmujący lwią część działań podejmowanych przez służby mundurowe: od podsłuchów, przez pobieranie danych telekomunikacyjnych, po obserwacje. A autorzy nie dodają, że ograniczenie to dotyczy wyłącznie sytuacji, w której cały czas prowadzone są działania, a ujawnienie informacji wywoła jakąś szkodę. Nawet jeśli śledztwo dawno jest zamknięte, bo np. Policja stwierdzi, że nie doszło do przestępstwa, to dostęp do tego, czy pobierano nasze informacje, będzie zamknięty raz na zawsze. Innym przykładem inwencji twórców projektu jest konieczność wykazania „żywotnego interesu”.

Przykład: Chcesz się dowiedzieć, czy przy okazji kradzieży roweru, którą zgłosiłeś na Policji wiele lat temu, funkcjonariusze nie pobierali twoich billingów – tak się bowiem składa, że jesteś adwokatem i nie życzysz sobie, by Policja miała informacje na temat tego, z kim rozmawiasz. Nie wiesz, czy Policja ma te dane, ale pytając o to, musisz wykazać, że uzyskanie tej informacji jest niezbędne do ochrony Twoich żywotnych interesów. Trudne? Właśnie takie ma być!

Artykuł ukazał się pierwotnie na panoptykon.org.

Fot. Pixabay

Ministerstwo Cyfryzacji udostępniło Fundacji Panoptykon statystyki, które pokazują, ile razy w latach 2016–2017 ABW pobierała zdjęcia paszportowe z bazy prowadzonej przez resort.

To efekt naszej grudniowej wygranej przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym w Warszawie. Okazuje się, że nie wszystko, co dotyczy służb, musi być tajne!

Perypetie sukcesu

Początek sprawy sięga sierpnia 2017 r. – to wtedy wysłaliśmy do Ministerstwa Cyfryzacji wniosek o udostępnienie informacji publicznej dotyczącej tego, ile razy w latach 2016–2017 ABW pobierała zdjęcia paszportowe zgromadzone w prowadzonej przez MC centralnej ewidencji dokumentów paszportowych. Nasze pytanie zainspirował opublikowany w lipcu 2017 r. materiał Gazety Wyborczej, która twierdziła, że ABW tworzyła listy uczestników protestów w obronie niezawisłości sądów poprzez porównywanie policyjnych nagrań z manifestacji ze zdjęciami zgromadzonymi w centralnej ewidencji.

Przypomnijmy: ABW może uzyskiwać dostęp do wszystkich państwowych rejestrów, w tym do centralnej ewidencji dokumentów paszportowych, w drodze tzw. teletransmisji, czyli bez konieczności każdorazowego występowania z wnioskiem o dostęp do danych konkretnej osoby. Nad tym, jak ABW wykorzystuje stałe łącze, nie ma żadnej kontroli, a sama Agencja wielokrotnie odmawiała nam dostępu do informacji o tym, jak często korzysta ze swoich uprawnień. To dlatego tym razem zwróciliśmy się do resortu cyfryzacji, którego system rejestruje zapytania Agencji.

Zapytania przechowywane w logach systemu dotyczą realizacji ustawowych zadać ABW.

Ministerstwo Cyfryzacji stwierdziło jednak, że logi, w których przechowywane są zapytania ABW, mają charakter techniczny i nie są informacją publiczną. Po bezowocnej próbie przekonania Ministerstwa do naszej interpretacji w marcu 2018 r. złożyliśmy skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie.

W grudniowym wyroku sąd przyznał nam rację i nakazał Ministerstwu ponownie rozpatrzyć nasz wniosek. W uzasadnieniu sąd podkreślił, że nasza prośba dotyczy nie czysto technicznego wykazu logowań do systemu, ale zbiorczej liczby zapytań, poprzez które ABW realizuje swoje ustawowe zadania, a więc informacji publicznej. Przez ponad miesiąc w napięciu czekaliśmy na uprawomocnienie się wyroku – gdyby MC złożyło skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego, na ewentualne statystyki poczekalibyśmy kolejne kilka lat. Na szczęście MC nie poszło tą drogą, tylko udostępniło nam dane, o które wnioskowaliśmy. Co dostaliśmy i dlaczego to ważne?

Wiedza kontra bezpieczeństwo

Zbiorcze dane, które udostępniło nam Ministerstwo Cyfryzacji, pokazują duże wahania częstotliwości zapytań: od zera w grudniu 2016 r. do 557 zapytań w październiku 2017 r., bez wyraźnego trendu malejącego lub rosnącego. Na przestrzeni dwóch lat (2016–2017) ABW skierowała do centralnej ewidencji dokumentów paszportowych łącznie 3732 zapytania, co daje średnio 155,5 zapytań na miesiąc. Trudno jednak wyciągnąć z tego daleko idące wnioski, ponieważ „zapytanie” nie jest zdefiniowane – nie wiadomo nawet, ilu osób jednorazowo dotyczy.

Zestawienie liczby zapytań, które w latach 2016–2017 ABW skierowała do centralnej ewidencji dokumentów paszportowych

Mimo trudności z wyciąganiem kategorycznych wniosków dostęp do statystyk jest przydatny i stanowi choć szczątkową kontrolę nad służbami. Statystyki pokazują tendencje i umożliwiają zadawanie pytań, np. co oznacza gwałtowny wzrost liczby zapytań w październiku i listopadzie 2017 r.?

Służby, w tym ABW, wielokrotnie odmawiały nam dostępu do statystyk, nawet tych archiwalnych, twierdząc, że ich ujawnienie spowoduje zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. Coraz częściej wtórują im w tym niestety sądy. Teraz, ze świeżymi statystykami przed oczami, możemy zadać sobie pytanie: czy naprawdę ujawnienie tych danych tak bardzo zagroziło bezpieczeństwu naszego kraju?

Teraz, ze świeżymi statystykami przed oczami, możemy zadać sobie pytanie: czy naprawdę ujawnienie tych danych tak bardzo zagroziło bezpieczeństwu naszego kraju?

W wyroku z 2012 r. NSA pisał, że w demokratycznym państwie prawnym niezwykle istotne jest to, by działalność służb specjalnych „podlegała społecznej kontroli w obszarach, które nie ograniczają możliwości ich skutecznego działania i nie dotyczą konkretnych prowadzonych postępowań czy też stosowanych metod operacyjnych”. Dane, jakie uzyskaliśmy od MC, w naszej opinii w żaden sposób nie wykraczają poza zakreślone przez NSA granice społecznej kontroli.

Od statystyk do realnej kontroli nad służbami jeszcze kawałek drogi. Docelowo każda osoba powinna móc dowiedzieć się, czy służby miały dostęp do jej danych, i poprzez Urząd Ochrony Danych Osobowych zweryfikować, czy było to zasadne.Taką możliwość przewidywała unijna dyrektywa policyjna, jednak w Polsce nie będzie to miało miejsca – nasz ustawodawca w implementującej dyrektywę ustawie (tzw. DODO) wyłączył z zakresu jej obowiązywania wszystkie służby specjalne.

Nie wszystko musi być tajne

Od jakiegoś czasu obserwujemy tendencję, którą ochrzciliśmy mianem „kultury najwyższej tajności”. Dotychczas sądy w sprawach dotyczących statystyk wykorzystywania uprawnień służb stawały po stronie jawności, teraz coraz powszechniejsza staje się retoryka strachu przed „wojną terroryzmu z całym światem demokratycznym”, niepoparta merytorycznymi argumentami. Nawet dane, które kiedyś były w oczywisty sposób jawne (chociażby statystyki dostępu do billingów), są dziś zasnute mgłą tajemnicy. Dużym problemem jest też brak realnej weryfikacji nakładania klauzul tajności przez służby. A konsekwencje nie są błahe – w praktyce wszystkie dane osobowe uznane przez służby za informacje niejawne będą wyłączone spod reżimu przepisów o ochronie danych osobowych i objęte pozbawioną realnych gwarancji i niezgodną z prawem unijnym ustawą DODO.

W tym kontekście udostępnienie statystyk przez Ministerstwo Cyfryzacji, niewpisujące się w ten negatywny trend, szczególnie nas cieszy. Pokazuje, że nie wszystko, co dotyczy służb, musi być z automatu „tajne, bo tak”. Zmotywowani tym sukcesem będziemy dalej walczyć o kontrolę nad działaniami służb.

Karolina Iwańska

Współpraca: Wojciech Klicki

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie Fundacji Panoptykon.

Fot. Pixabay

Marcin Siuda, podpułkownik rezerwy ABW, przedstawia na łamach portalu O służbach swoje przemyślenia na temat idei kontrwywiadu UE. To kolejny głos w dyskusji jaką zapoczątkował swoim tekstem płk Paweł Białek.

W czasie mojej ponad 20 letniej służby w UOP i ABW niejednokrotnie brałem udział w przedsięwzięciach realizowanych w ramach współpracy z zagranicznymi służbami partnerskimi. Tego typu działania są zawsze okazją do dyskusji na temat roli i wagi współpracy pomiędzy służbami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo państwa. Po przystąpieniu Polski do UE współpraca ta nabrała głębszego wymiaru. Staliśmy się pełnoprawnym członkiem wspólnoty europejskiej. Służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo państwa i jego porządek konstytucyjny musiały przygotować się na przeciwdziałanie nowym zagrożeniom, jak wspomniany w artykule przez płk. Pawła Białka międzynarodowy terroryzm, czy rozprzestrzenianie broni masowego rażenia.

Czytając jawne raporty publikowane przez większość europejskich służb kontrwywiadowczych (w latach 2008-2014 ABW również publikowała raporty roczne ze swojej działalności. W 2016 r. wszystkie zniknęły ze stron internetowych Agencji) dowiadujemy się, że obok terroryzmu i proliferacji broni masowego rażenia służby te rozpoznają także wymierzone przeciw własnym państwom UE wrogie działania służb rosyjskich.

W zgodnej opinii decydentów i podległych im służb nie sposób skutecznie zwalczać powyższych zjawisk bez współpracy ze służbami partnerskimi. Czy zatem w świetle nowych zagrożeń bezpieczeństwa Unii, wspomnianych w liście Prezydenta Macrona, kolejnym etapem zacieśniania tej współpracy mogłoby być powołanie nowej paneuropejskiej służby kontrwywiadu?

Moje dotychczasowe doświadczenie każe pozostać sceptycznym wobec wszelkich prób nadmiernej instytucjonalizacji współdziałania służb w obrębie danej organizacji/grupy państw. Państwa członkowskie UE zawsze zastrzegały sobie prawo do samodzielności w zakresie zapewniania bezpieczeństwa i ochrony swoich własnych interesów. Do dziś pamiętam gorączkowe zabiegi jednej ze służb, usiłującej na wszelkie sposoby przekonać swoich partnerów, a za ich pośrednictwem decydentów politycznych, do utrzymania tego status quo w Traktacie Lizbońskim. Dlatego też zgadzam się w płk. Białkiem, który pisze o swoistym egoizmie narodowym, który uniemożliwia skuteczne tworzenie struktur pogłębiających unijną integrację.

Na podstawie własnych doświadczeń mogę natomiast stwierdzić, że rozwiązania formalne nie zawsze są skutecznym lekarstwem na dobrą, czyli efektywną współpracę służb.

Podstawowym elementem takiej współpracy jest przede wszystkim interes służby rozumiany jako właściwa realizacja zadań ustawowych prowadząca do pozytywnej oceny służby przez decydentów, a co za tym idzie wzrostu nakładów budżetowych na jej działania, wzrost prestiżu etc. W tym kontekście, w odniesieniu do zwalczania niektórych zagrożeń, interes służb wymaga współpracy. I tak, identyfikacja i aresztowanie w 2008r. jednego z najgroźniejszych rosyjskich szpiegów działających na szkodę NATO była możliwa jedynie dzięki współpracy kontrwywiadów kilku krajów, z których każdy załatwiał de facto własny interes – likwidował zagrożenie rosyjskie na własnym terenie.

Innym czynnikiem warunkującym efektywną współpracę służb jest zaufanie, które w przypadku tak delikatnej materii jak kontrwywiad buduje się latami. Czynnik o tyle ważny, co niewymierny a tym bardziej niemożliwy do ujęcia w ramy przepisów.

Kolejny element to wzajemność. Niewiele służb na świecie, w tym kilka w Europie stać na dzielenie się własnymi informacjami nie oczekując nic w zamian (mam na myśli wymianę informacji).

W mojej opinii zorganizowane przeciwdziałanie nowym zagrożeniom dla państw UE jest możliwe przy wykorzystaniu istniejących mechanizmów współpracy służb, które wymagają jedynie rewizji i dostosowania do zmieniającego się horyzontu bezpieczeństwa (security landscape).

W proces ten należy również, a może przede wszystkim, włączyć decydentów, a więc uzmysłowić politykom, że służby są po to żeby służyć państwu, czyli wspomagać tych którzy posiadając demokratyczny mandat wyborców sprawują władzę.

Najistotniejszym elementem tego procesu powinno być opracowanie wspólnej i uzgodnionej oceny zagrożeń, która byłaby przedmiotem akceptacji np. Rady Europejskiej, czyli najwyższego ciała politycznego Unii. Dokument taki stanowić może punkt wyjściowy do dalszych prac realizowanych przez służby przy wykorzystaniu istniejących platform współpracy np. rozszerzenie mandatu Unijnego Koordynatora ds. Terroryzmu uplasowanego w Sekretariacie Generalnym Rady poprzez utworzenie jednostki produkującej uzgodnione i nieuzgodnione (agreed/non-agreed) analizy i informacje. Innym rozwiązaniem mogłoby być dostosowanie do nowych wyzwań mandatu Counter Terrorism Group.
Można również rozważyć sformułowanie nowych zadań dla innych działających platform współpracy służb europejskich, tak aby po Brexicie, można było nadal korzystać z doświadczeń służb brytyjskich.

Biorąc pod uwagę procesy decyzyjne Unii postulaty prezydenta Macrona raczej nie doczekają się realizacji przed nadchodzącymi wyborami do PE. Pozostanie tylko liczyć na wolę i możliwość doraźnej współpracy eksperckiej kontrwywiadów w zakresie rozpoznawania i przeciwdziałania próbom wrogich ingerencji w procesy wyborcze.

W dalszej perspektywie zacieśniania współpracy w zakresie bezpieczeństwa i obrony UE dyskusja na temat zasygnalizowanego przez płk. Pawła Białka problemu wydaje się nieunikniona. Pozostaje mieć nadzieję, że narodowe partykularyzmy nie przeważą na rzecz wzmacniania kolektywnych zdolności obronnych w tym przed działaniem wrogich wywiadów.

Marcin Siuda: podpułkownik rezerwy ABW: Absolwent Arabistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego (1991). Od 1991 do 2016 oficer Urzędu Ochrony Państwa i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Od 2007 roku zastępca Dyrektora Centrum Analiz ABW. Od 2011 Doradca Szefa Agencji. W latach 2011 – 2014 analityk w Kwaterze Głównej NATO w Brukseli. Od 2014 – 2016 oficer łącznikowy ABW przy NATO. W roku akademickim 2017/2018 wykładowca na kierunku Bezpieczeństwo Narodowe w Akademii WSB w Dąbrowie Górniczej. Ekspert Fundacji Polskie Centrum Analityczne.

Publikacje:
− „Proliferacja towarów i technologii podwójnego zastosowania. Rola ABW w zakresie przeciwdziałania tego typu zagrożeniom” (wspólnie z Michałem Stężyckim i Pauliną Dudzik): Przegląd Bezpieczeństwa Wewnętrznego (1)2009.
− „Belgijska Służba Bezpieczeństwa Państwa” – wybrane aspekty działań w ramach profilaktyki kontrwywiadowczej: Przegląd Bezpieczeństwa Wewnętrznego 9(5)2013.

Fot. Materiały własne.

Wojciech Brochwicz w swoim felietonie dla portalu O służbach pisze o obecnej kondycji SOP. Zdaniem eksperta dalece odbiega ona od poziomu prezentowanego niegdyś przez BOR.

„Po >Bodyguardzie< zaczęłam brać narkotyki”

Whitney Huston

Dawno, dawno temu, za czasów premiera Jerzego Buzka, miałem zaszczyt nadzorować pewną formację. Była ona znakomicie dowodzona. Jej Szef , choć generał (wiem, trudno w to dzisiaj uwierzyć), znał się na tym, co robił, bo całą swoją karierę zawodową, wieloletnią, przebył w tej służbie.

Oficerowie należeli do światowej elity i wzbudzali podziw wszędzie, gdzie się pojawiali.

Operacje przygotowywano z pedanterią, czasami przez wiele miesięcy. Najtrudniejsze z trudnych: pielgrzymki papieskie, wizyty prezydentów i monarchów, opieka nad szczególnie zagrożonymi przez obce mocarstwa lub wrogie organizacje osobami. I nigdy nie rozbijano samochodów!

Znałem Biuro Ochrony Rządu i z podziwem obserwowałem jego pracę. Świetni ludzie. Ogromny, latami gromadzony dorobek. Przekazywany z pokolenia na pokolenie. Służba w tej formacji, to było ogromne wyróżnienie, tylko dla najlepszych. No ale jak to mówią, zły pieniądz wypiera dobry pieniądz.

Nie ma Biura Ochrony Rządu. Jest SOP i nie muszę już nic więcej pisać. Nie śmieszą mnie już kolejne rozbijane, rządowe limuzyny. Raczej chce mi się płakać. Po wspaniale działającej, przynoszącej Polsce splendor, instytucji. Generalnie z wiekiem robię się coraz bardziej płaczliwy. Płaczę i płaczę. Po (…..), i po (….), jeszcze po(….) oraz po(…).

No i po koniach arabskich.

Wojciech Brochwicz: W 1990 współtworzył specjalną jednostkę „Grom”. Był doradcą ministra spraw wewnętrznych, prezesa Rady Ministrów, prezesa Narodowego Banku Polskiego. Pełnił funkcje dyrektora w Urzędzie Ochrony Państwa, zastępcy Komendanta Głównego Straży Granicznej oraz Wiceministra Spraw Wewnętrznych i Administracji w Radzie Ministrów Jerzego Buzka, gdzie odpowiadał za przygotowanie ustawodawstwa antyterrorystycznego. Po 2001 był członkiem komitetu konsultacyjnego przy szefie ABW Andrzeju Barcikowskim. Po odejściu z administracji państwowej został partnerem w firmie prawniczej R. Smoktunowicz & L. Falandysz. Obecnie prowadzi własną kancelarię prawniczą.

Fot. Materiały własne

Były wiceminister spraw wewnętrznych odpowiedzialny m.in. za ochronę granic, Antoni Podolski, przedstawia swoje refleksje dot. idei utworzenia europejskiego kontrwywiadu.

Zachęcony przez Pawła Białka i jego tekst w sprawie ewentualności utworzenia europejskiego kontrwywiadu, powstałego na tle propozycji francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona, chciałbym podzielić się z czytelnikami portalu kilkoma refleksjami.

Po pierwsze chciałbym wskazać skąd moim zdaniem wywodzi się pomysł utworzenia Europejskiej Agencji Ochrony Demokracji, zawarty w liście francuskiego prezydenta do Obywateli Europy. Aby uniknąć nieporozumień warto zacytować fragment, do którego się odnosimy:

„Obrona naszej wolności: Model europejski opiera się na wolności człowieka, różnorodności opinii i tworzeniu. Naszą fundamentalną wolnością jest demokratyczna wolność wyboru naszych przywódców i to wtedy, podczas każdego głosowania, obce mocarstwa próbują wpływać na nasze głosy. Proponuję utworzenie Europejskiej Agencji Ochrony Demokracji, która zapewni każdemu Państwu członkowskiemu europejskich ekspertów dla ochrony procesu wyborczego przed cyberprzestępczością i manipulacjami. W tym duchu niezależności, musimy również zabronić finansowania europejskich partii politycznych przez obce mocarstwa. Musimy usunąć z Internetu, zgodnie z przepisami europejskimi, wszelkie przejawy mowy nienawiści i przemocy, ponieważ poszanowanie jednostki jest podstawą naszej cywilizacji godności.”

Jak widać proponowana Agencja unijna ma służyć pomocą ekspercką ściśle w zakresie ochrony procesu wyborczego przed cyber i zwykłą manipulacją. Co więcej, propozycja francuska wypływa z innych inicjatyw francuskich w tej dziedzinie, tak na forum europejskim jak i przede wszystkim wewnątrzkrajowym.

Przypomnijmy, że w ubiegłym roku francuski, rządowy think-tank IRSEM opublikował raport na temat manipulacji i fake newsów, a wcześniej Macron osobiście wskazał rosyjskie Russia Today i Sputnik jako „organy kłamliwej propagandy”. Prezydent próbował nawet wprowadzić ustawowo dość drakońskie penalizowanie dezinformacji i manipulacji informacją, ale został zablokowany przez Senat i skrytykowany przez lewicowe media. Wspomniany raport IRSEM zawiera liczne rekomendacje, które miały by zostać realizowane przez Francję i jej partnerów w następnych latach. Szczególnie Paryż może tu liczyć na poparcie Berlina. Warto zresztą, aby portal Osluzbach, zapoznał polskiego czytelnika z tym raportem.

W skrócie jego najciekawsze rekomendacje to m.in. wskazanie czterech trendów w zakresie dezinformacji i manipulacji: kinetyzacji (ataki fizyczne na infrastrukturę), personalizacji (z wykorzystaniem mediów społecznościowych w dotarciu do indywidualnego odbiorcy, co zastosowano m.in. w kampanii za Brexitem), mainstrymizacji (z wykorzystaniem głównych mediów, nie związanych oficjalnie np. z Rosją) i proxymityzacji (wykorzystania pośredników z państw trzecich do zaatakowania właściwego celu).

Dodam, że choć moim zdaniem francuskiemu prezydentowi jeszcze nie o europejski kontrwywiad chodzi, a raczej o działania eksperckie i prawne, to jeśli projekt „Odbudowy” Europy ma się udać, to zgadzam się z płk Białkiem, iż nie da się takiego kierunku uniknąć, zwłaszcza w kontekście innej propozycji Macrona z tego samego listu, powołania Europejskiej Rady Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Co więcej nie będzie to propozycja nowa, bowiem już w 2004 roku, po szoku bezbronności Europy wobec fali islamskiego terroryzmu, pojawiła się propozycja powołania europejskiej „CIA”, czyli wspólnotowej Agencji Wywiadu. Wtedy pomysł wspierały małe państwa, duże były przeciwko, głównie ze względu na ryzyko utraty dwustronnych mechanizmów wymiany informacji z USA. Teraz, gdy z UE wypada Wielka Brytania, a relacje Paryża i Berlina z Waszyngtonem przypominają zimną wojnę temat zapewne może powrócić. I akurat polskie zdanie w tej sprawie będzie najmniej ważne z dwóch powodów.

Po pierwsze Polska tradycyjnie, od lat, niezależnie od ekip rządzących jest przeciwna tego typu inicjatywom. Byliśmy przeciwko Europejskiej Straży Granicznej, Europejskiej Agencji Informacyjnej (Wywiadowczej), wyłączyliśmy się z mechanizmu Prokuratury Europejskiej, wycofaliśmy z Eurokorpusu. Przyczynami są zawsze ignorancja i arogancja doradzających politykom środowisk służb „tajnych, jawnych i dwupłciowych”, cytując poetę.

Ignorancja, bo jak słusznie zauważył płk Białek, polska niechęć do tego typu inicjatyw wynika z błędnego poglądu o elitarności i ekskluzywności naszych służb, które deklarują, że jakoby mogłyby na tej europejskiej wymianie informacji wywiadu i kontrwywiadu tylko stracić. Tymczasem raczej okazałoby się że król jest nagi i nie ma nie tylko nic do ukrycia ale i do pokazania.

Arogancja, bo od lat nasze służby i eksperci są przekonani o wielkiej kompetencji, wiedzy i doświadczeniu na tematy b. ZSRR. Rzeczywiście, tak było jeszcze kilkanaście lat temu, zwłaszcza gdy był to temat zapomniany przez państwa „starego” Zachodu. Zresztą kolejne Białe Księgi oraz raporty rozmaitych komisji śledczych i weryfikacyjnych skutecznie skompromitowały polskie służby jako atrakcyjnego i wiarygodnego partnera czy operatora na Wschodzie.

I tutaj przechodzimy do drugiej przyczyny braku znaczenia polskiego stanowiska w tej sprawie. Polskie służby w ciągu ostatnich czterech lat zatraciły jakiekolwiek zaufanie, wiarygodność i zdolności kooperacyjne. Dość wspomnieć dosłownie siłowe, rozwalenie przez MON wspólnego, polsko-słowackiego Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO i zastąpienie w nim oficera politykiem. Dość wspomnieć sprawę wpisania przez Szefa ABW Ludmiły Kozłowskiej do Systemu Informacyjnego Schengen jako osoby niepożądanej w UE i swoiste, bezprecedensowe „olanie” tegoż zapisu przez kluczowe państwa unijne (a więc i ich wywiady i kontrwywiady), ukoronowane ostatnim przyznaniem tej osobie prawa pobytu w Belgii.

Można jeszcze przypomnieć dialog polskiego wysokiego urzędnika z martwym kontem na Twitterze w sprawie polsko-brytyjskiej współpracy wywiadowczej dotyczącej zamachu na rodzinę Skripalów, czy też pomysł zaproponowania na kierownicze stanowisko w wywiadzie NATO prawicowego publicysty. I tę negatywną opinię nie będzie możliwe ani łatwo, ani szybko zmienić. Tak więc możemy co najwyżej kibicować europejskiej ofensywie francusko-niemieckiej i czekać, aż pomyślniejsze warunki polityczne w Polsce pozwolą nam do nich dołączyć, także w dziedzinie bezpieczeństwa i wywiadu.

Antoni Podolski: Mgr historii Uniwersytetu Warszawskiego, były oficer UOP, stypendysta NATO, od ponad 25 lat zajmuje się praktycznie i analitycznie problematyką bezpieczeństwa narodowego ze szczególnym uwzględnieniem problematyki wschodniej, europejskiej i energetycznej. Były urzędnik państwowy, m.in. dwukrotny wiceminister spraw wewnętrznych i administracji odpowiedzialny za zarządzanie kryzysowe, migrację i ochronę granic i przygotowania do SIS UE; twórca i pierwszy dyrektor Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Były Sekretarz Programu dla Zagranicy Polskiego Radia; były Dyrektor Programowy i członek Zarządu Centrum Stosunków Międzynarodowych; były wiceprezes zarządu Polskiego LNG SA. W latach 2010-2015 członek Rady Konsultacyjnej COS ABW i redakcji Przeglądu Bezpieczeństwa Wewnętrznego ABW.

Fot. Pixabay

Fundacja Panoptykon przeanalizowała doniesienia medialne o potencjalnej inwigilacji opozycji przez ABW.

Z wnioskiem o udostępnienie informacji publicznej fundacja Panoptykon zwróciła się do Ministerstwa Cyfryzacji w sierpniu 2017 roku. Celem Panoptykonu było zweryfikowanie doniesień Gazety Wyborczej, która twierdziła, że uczestnicy lipcowych protestów w obronie niezawisłości sądów mogli być inwigilowani przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Miała ona porównywać przekazywane przez Policję nagrania z manifestacji ze zdjęciami zgromadzonymi w centralnej ewidencji dokumentów paszportowych, którą prowadzi Ministerstwo Cyfryzacji. Dzięki wykorzystaniu systemu rozpoznawania twarzy ABW miała tworzyć listy uczestników protestów.

Analiza Panoptykonu wykazała, że prawo nie stoi takim działaniom na drodze.

Uprawnienie to wynika z ogólnych postanowień ustawy o Policji – art. 15 ust. 1 pkt 5a ustawy zezwala funkcjonariuszom na obserwowanie i rejestrowanie przy użyciu środków technicznych obrazu zdarzeń w miejscach publicznych. Według Policji nagrywanie manifestacji to standardowe, zgodne z procedurami działanie, które ma na celu zapewnienie bezpieczeństwa i zgromadzenie potencjalnego materiału dowodowego w razie nieprawidłowości lub naruszenia przepisów porządkowych. Jeśli nie zostaną stwierdzone żadne naruszenia, zgromadzone materiały są archiwizowane, a następnie niszczone zgodnie z przepisami o archiwizacji.

Minister cyfryzacji prowadzi w systemie teleinformatycznym centralną ewidencję wydanych i unieważnionych dokumentów paszportowych, do której poszczególne organy paszportowe – wojewodowie oraz minister spraw wewnętrznych i administracji – przekazują m.in. takie dane, jak imię i nazwisko, PESEL, seria i numer paszportu oraz wizerunek twarzy jego właściciela lub właścicielki. Zgodnie z art. 52 ustawy o dokumentach paszportowych „dane przetwarzane w centralnej ewidencji udostępnia się, w zakresie niezbędnym do wykonywania ustawowych zadań” m.in. Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Ponieważ wymiana informacji między służbami owiana jest gęstniejącą mgłą tajemnicy, Panoptykon przyjrzał się bliżej, jak działa dostęp do rejestru zdjęć paszportowych. Zapytał Minister Cyfryzacji, jak funkcjonuje centralna ewidencja oraz kto ma do niej dostęp – zwłaszcza w jakim trybie może do niej sięgać ABW i ile razy w 2017 roku skorzystała z tego uprawnienia.

Okazało się, że „ABW ma dostęp do bazy dokumentów paszportowych, w tym do zdjęć posiadaczy paszportów, w trybie teletransmisji, który umożliwia skierowanie zapytania online do rejestru i zwrotne uzyskanie odpowiedzi zawierające dane poszukiwanej osoby”. Co więcej, ABW nie wskazuje zasadności dostępu do danych. Panoptykon ustalił, że nagrania z manifestacji i zdjęcia paszportowe mogły trafić do ABW. Zgodnie z doniesieniami medialnymi Centrum Antyterrorystyczne ABW dysponuje informatycznym systemem rozpoznawania twarzy. Tego rodzaju systemy pozwalają na identyfikację osób poprzez porównanie zarejestrowanych wizerunków (np. w postaci zdjęć lub nagrań wykonanych w miejscu publicznym) ze zdjęciami twarzy zawartymi w bazie danych, np. w centralnej ewidencji dokumentów paszportowych. Typowe systemy w pierwszej kolejności dokonują detekcji twarzy na obrazie wejściowym – zdjęciu lub nagraniu. System następnie wyodrębnia cechy charakterystyczne wizerunku danej osoby – najczęściej poprzez wyznaczenie geometrycznych współrzędnych cech twarzy (położenie nosa, ust, oczu), kształtu owalu twarzy oraz geometrycznych zależności między poszczególnymi elementami (np. odległość między centrami oczu, odległość pomiędzy linią oczu a linią nosa, podbródka itd.). Wyodrębnione informacje są w dalszej kolejności automatycznie porównywane z wizerunkami zawartymi w referencyjnej bazie danych.

Panoptykon postanowił dalej drążyć ten temat, zapytał Ministra Cyfryzacji o to, czy przeprowadziła postępowanie sprawdzające spełnienie przez ABW technicznych i prawnych warunków do sięgania po dane online oraz ile razy w ciągu ostatnich dwóch lat w systemie, w którym prowadzona jest centralna ewidencja, zarejestrowano zapytania o dane skierowane przez ABW.

Ministerstwo Cyfryzacji stwierdziło, że logi, w których przechowywane są zapytania ABW, mają charakter techniczny i nie są informacją publiczną. Po bezowocnej próbie przekonania ministerstwa do interpretacji Panoptykonu w marcu 2018 roku. złożył on skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie.

Odpowiedź na temat dostępu ABW do centralnej ewidencji paszportowej utwierdziła niepokój Panoptykonu, że realna kontrola nad działaniami służb specjalnych i ich dostępem do danych o obywatelach i cudzoziemcach to mrzonka. Ustawy inwigilacyjna i antyterrorystyczna przyznały ABW daleko idące uprawnienia w tym dostęp funkcjonariuszy ABW do publicznych rejestrów i ewidencji bez jakiejkolwiek kontroli sądu. Przetwarzania danych osobowych przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie kontroluje też Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych, którego uprawnienia w obszarze służb specjalnych są drastycznie ograniczone.

W grudniowym wyroku sąd przyznał rację Panoptykonowi i nakazał Ministerstwu Cyfryzacji ponownie rozpatrzyć jego wniosek. W uzasadnieniu sąd podkreślił, że prośba Panoptykonu dotyczyła nie czysto technicznego wykazu logowań do systemu, ale zbiorczej liczby zapytań, poprzez które ABW realizuje swoje ustawowe zadania, a więc informacji publicznej. Ministerstwo Cyfryzacji udostępniło dane, o które wnioskował Panoptykon. Fundacja od jakiegoś czasu obserwuje tendencję, którą ochrzciła mianem „kultury najwyższej tajności”. Dotychczas sądy w sprawach dotyczących statystyk wykorzystywania uprawnień służb stawały po stronie jawności, teraz coraz powszechniejsza staje się retoryka strachu przed „wojną terroryzmu z całym światem demokratycznym”, niepoparta merytorycznymi argumentami. Nawet dane, które kiedyś były w oczywisty sposób jawne (chociażby statystyki dostępu do billingów), są dziś zasnute mgłą tajemnicy. Dużym problemem jest też brak realnej weryfikacji nakładania klauzul tajności przez służby. A konsekwencje nie są błahe – w praktyce wszystkie dane osobowe uznane przez służby za informacje niejawne będą wyłączone spod reżimu przepisów o ochronie danych osobowych objęte pozbawioną realnych gwarancji i niezgodną z prawem unijnym ustawą DODO.

Przy okazji warto przytoczyć wyrok NSA z 2012 roku który pisał, że w demokratycznym państwie prawnym niezwykle istotne jest to, by działalność służb specjalnych „podlegała społecznej kontroli w obszarach, które nie ograniczają możliwości ich skutecznego działania i nie dotyczą konkretnych prowadzonych postępowań czy też stosowanych metod operacyjnych”.

Źródło: Fundacja Panoptykon

Fot. Pixabay

Płk Paweł Białek zastanawia się na łamach Osluzbach.pl czy idea europejskiego kontrwywiadu ma sens.

W przededniu wyborów do Parlamentu Europejskiego w mediach szeroko kolportowany był list Prezydenta Francji Emmanuela Macrona, w którym wezwał on obywateli UE do zaangażowania na rzecz odnowy wartości, które legły u podstaw wspólnoty oraz do działań na rzecz ich umocnienia i ochrony. List, pomimo iż porusza wiele kwestii społecznych (np. minimalne wynagrodzenie w UE) nie spotkał się z szeroką debatą publiczną w Polsce. Zapewne jest to związane z niechęcią środowiska PiS do samego E. Macrona, a z drugiej strony obawą opozycji do angażowania się w dyskusję inicjowaną przez kontrowersyjną (po protestach we Francji) osobę Prezydenta Francji.

List a właściwie manifest zawiera kilka ciekawych propozycji, które dotyczą wspólnej polityki bezpieczeństwa i zasługują na szerszą debatę. Emmanuel Macron proponuje utworzenie Europejskiej Agencji Ochrony Demokracji, która zapewni każdemu Państwu członkowskiemu europejskich ekspertów dla ochrony procesu wyborczego przed cyberprzestępczością i manipulacjami oraz uniemożliwi finansowanie europejskich partii politycznych przez obce mocarstwa. W ten sposób Emmanuel Macron proponuje de facto powołanie europejskiego kontrwywiadu.

O wspólnej polityce bezpieczeństwa w UE dyskutuje się od dłuższego czasu i dotychczas udało się wdrożyć wiele projektów i rozwiązań instytucjonalnych, które w pewnym zakresie już dobrze działają. Wszyscy mają jednak świadomość, że to niewystarczające w obliczu zagrożeń dla jedności UE. W moim przekonaniu nie uda się stworzyć faktycznej ochrony dla kluczowych interesów UE bez instytucjonalnego udziału w tym przedsięwzięciu służb specjalnych krajów członkowskich. W tym zakresie, kluczowym elementem wspólnej polityki bezpieczeństwa UE, musi być współpraca cywilnych służb specjalnych poszczególnych państw członkowskich. Unijne regulacje, w odróżnieniu od zagadnień dotyczących ścigania przestępczości kryminalnej, kwestie działalności służb specjalnych pozostają w gestii krajów członkowskich. Współpraca i współdziałanie służb specjalnych w UE oparte są na multi i bilateralnych porozumieniach zawieranych pomiędzy poszczególnymi służbami. Porozumienia te nie mają jednak rangi wiążących dokumentów wspólnotowych (poza kwestiami ochrony informacji niejawnych). Głównym obszarem współpracy służb specjalnych krajów UE są kwestie działań antyterrorystycznych i nieproliferacji. Niestety inne, kluczowe dla bezpieczeństwa UE kwestie, o których w swoim liście pisze Emmanuel Macron (np. manipulacje wyborcze) są przedmiotem sporadycznej i kurtuazyjnej współpracy. Dobrym przykładem, na konieczność takiej współpracy, może być kwestia potencjalnej ingerencji Rosji w procesy wyborcze w poszczególnych krajach członkowskich. Media wielokrotnie już zwracały na to uwagę i publikowały informacje, które z całą pewnością powinny być przedmiotem zainteresowania i współpracy służb specjalnych UE. Trudno jednak obecnie sobie wyobrazić sytuację, w której np. polskie służby dzielą się wiedzą na temat rosyjskiej ingerencji w wybory w Polsce z innymi krajami UE i współpracują w celu jej wyjaśnienia. Wynika to z głęboko zakorzenionego wśród polityków, a często i wśród funkcjonariuszy błędnego przekonania o pewnej elitarności i ekskluzywności pracy służb, a ponadto kraje członkowskie niechętnie dzielą się wiedzą, która z ich perspektywy (lub perspektywy partii sprawujących władzę) może zaszkodzić ich partykularnym interesom. Właśnie ta krajowa perspektywa, ten swoisty narodowy egoizm uniemożliwia dzisiaj stworzenie efektywnej Europejskiej Agencji Ochrony Demokracji, a w zasadzie Służby Europejskiego Kontrwywiadu.

Czy w świetle przytoczonych powyżej argumentów pomysł Prezydenta Emmanuela Macrona jest nierealny? Już sam przegląd potencjalnych interesariuszy tego projektu może przyprawić o ból głowy i zniechęcić do jego realizacji. Jednak fakt, iż dzisiaj ten projekt jest trudny do zrealizowania nie oznacza, że należy go pozostawić bez dyskusji. Jeżeli UE ma przetrwać, to musi w jakiejś perspektywie stworzyć europejską strukturę kontrwywiadowczą, która będzie mieć stosowne prawne umocowanie i będzie mieć możliwości takiego działania, aby skutecznie chronić nasze wspólne interesy i wartości przed zagrożeniami, które często z perspektywy pojedynczego kraju są nieistotne lub niezauważalne. Warunkiem do efektywnej pracy tej europejskiej służby (Agencji) jest dostęp do informacji służb krajów członkowskich, prawo do wnioskowania o wszczęcie postepowań karnych lub administracyjnych przez odpowiednie urzędy w danym państwie, oraz prawo a w zasadzie obowiązek do przekazywania analiz i informacji dla określonych odbiorców. Stworzenie tylko instytucji biurokratycznej, która będzie kolekcjonować dokumenty, to strata czasu i tworzenie niepotrzebnych kosztów. Z drugiej strony, poprzez odpowiednie instrumenty kontroli, należy zadbać o to, aby sama Agencja nie stała się obiektem manipulacji i nie była wykorzystywana do realizacji innych celów.

W tym miejscu pragnę zachęcić wszystkich ekspertów, którzy posiadają odpowiednie doświadczenia lub przemyślenia w tym zakresie do publicznej dyskusji na ten temat.

Paweł Białek: Oficer Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w randze pułkownika, w latach 2007-2012 zastępca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Od 1991 roku pełnił służbę w Urzędzie Ochrony Państwa, a następnie w ABW. 4 grudnia 2007 roku został mianowany na stanowisko zastępcy szefa ABW. Po odejściu z ABW na początku kwietnia 2012 został wysokim urzędnikiem w Ministerstwie Skarbu i zasiada w radach nadzorczych spółek skarbu państwa: KGHM-ie i Orlenie. W latach 2013-2016 był dyrektorem Biura Inwestycji w PERN SA, odpowiedzialnym min. za budowę Terminalu Naftowego w Gdańsku.

Fot. Materiały własne

Wojciech Brochwicz w felietonie dla portalu O służbach porusza kwestię tzw. ustawy deubekizacyjnej. Zdaniem eksperta łamie ona podstawowe prawa obywatelskie ponieważ dotyka zbyt szeroki wachlarz ludzi.

Sprawiedliwość to kolanem w brzuch z ziemi w zęby w nocy skrycie nożem z góry w dół na magazyn okrętu przez worki z piaskiem wobec przeważającej siły w ciemnościach bez słowa ostrzeżenia.

Joseph Heller, Paragraf 22

Parafrazując stary dowcip o demokracji i demokracji socjalistycznej można powiedzieć, że sprawiedliwość od sprawiedliwości historycznej różni się tym, czym krzesło od krzesła elektrycznego – pisze Wojciech Brochwicz w swoim nowym felietonie dla Osluzbach.pl.

Podam kilka przykładów tak rozumianej i dość powszechnie u nas wymierzanej sprawiedliwości. Uprzedzam, dzisiaj nie będzie zabawnie.

Podoficer

Zaczynał służbę w Wojskach Ochrony Pogranicza. Pracował jako kontroler na wielkiej, międzynarodowej, kolejowej stacji przeładunkowej.

Jego zadaniem było sprawdzanie, czy plomby na wagonach towarowych są nienaruszone. Pełnił tę służbę sumiennie przez piętnaście lat, aż przyszedł moment, gdy PRL został zastąpiony przez RP, a w miejscu WOPu pojawiła się Straż Graniczna.

Podoficer służył dalej, na tym samym stanowisku. Następnych piętnaście lat. Potem poszedł na emeryturę. Potem mu ją odebrano, pozostawiając niedużą część. Za lata służby dla totalitarnego państwa…

Programistka w MSW

Wraz z zespołem informatyków stworzyła system PESEL. Uznana za wielbicielkę totalitaryzmu i zdezubekizowana.

Oficer kontrwywiadu

Zaczynał w PRL. Przeszedł weryfikację, złożył przysięgę i podjął służbę na nowo. Bardzo ryzykowną. Po wielu latach wydalony z Rosji z zarzutem szpiegostwa na rzecz Polski i NATO. A u nas? Wróg i złóg. Zdezubekizowany.

Oficer wywiadu

Szkolenie rozpoczynał jako młody człowiek po studiach. Był kwiecień 1989 roku. Właściwą służbę podjął ponad rok później, już w UOP. Pracował na Bliskim Wschodzie, przeciwko terrorystom. I na wschodzie. Przez prawie ćwierć wieku. Zrujnowane zdrowie, zszargane nerwy. Domyślacie się puenty? Tak. Zdezubekizowany.

Generał

W czasie pierwszej wojny w Zatoce Perskiej z narażeniem życia wywiózł z Iraku grupę agentów CIA. Legenda służb polskich i amerykańskich.

Jako że zaczynał swoją pracę w wywiadzie za PRLu, jego zasługi dla Polski poszły w niepamięć, a przeszłość dogoniła mu emeryturę.

Przykłady można mnożyć. Każdy jest inny. Około osiemdziesięciu tysięcy przykładów. Z wywiadu, kontrwywiadu, Biura Ochrony Rządu, Policji, Straży Granicznej. Do tego pozostające na ich utrzymaniu rodziny. Do tego gorycz i żal wobec Państwa.

Dzisiaj bez komentarza….

Wojciech Brochwicz: W 1990 współtworzył specjalną jednostkę „Grom”. Był doradcą ministra spraw wewnętrznych, prezesa Rady Ministrów, prezesa Narodowego Banku Polskiego. Pełnił funkcje dyrektora w Urzędzie Ochrony Państwa, zastępcy Komendanta Głównego Straży Granicznej oraz Wiceministra Spraw Wewnętrznych i Administracji w Radzie Ministrów Jerzego Buzka, gdzie odpowiadał za przygotowanie ustawodawstwa antyterrorystycznego. Po 2001 był członkiem komitetu konsultacyjnego przy szefie ABW Andrzeju Barcikowskim. Po odejściu z administracji państwowej został partnerem w firmie prawniczej R. Smoktunowicz & L. Falandysz. Obecnie prowadzi własną kancelarię prawniczą.

Tytuł pochodzi od redakcji.

Fot. Materiały własne

Piotr Niemczyk na łamach portalu O służbach porusza kwestię zabójstwa prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza.

Morderstwo Pawła Adamowicza pokazuje jak błędna była dotychczasowa polityka zapobiegania terroryzmowi w Polsce. Wyznaczone były fałszywe priorytety, które zamiast identyfikować zagrożenie ze strony grup skrajnie ksenofobicznych i zradykalizowanych mową nienawiści przestępców, kazały szukać terrorystów wśród uchodźców z Syrii. I chociaż rządowa propaganda chciałaby zrobić ze Stefana W. zwykłego wariata, porównanie jego charakterystyki i zachowania z przypadkami terroryzmu w Europie i na świecie, przekonuje że to jednak terrorysta.

Cofnijmy się o 3-4 lata. Walid Salihi w styczniu 2016 zaatakował z nożem rzeźnickim komisariat policji w Paryżu. Omar Mateen, pięć miesięcy później, ostrzelał uczestników imprezy, zabijając 49 osób w gejowskim klubie w Orlando. Dzień później, 13 czerwca 2016 roku, Larossi Abdalla zamordował nożem francuskiego policjanta i jego partnerkę na oczach 3 letniego dziecka. Omar Abdel Hamid El-Hussein rok wcześniej, w lutym 2015 roku, w Kopenhadze ostrzelał z karabinu kawiarnię w której odbywała się konferencja z udziałem autora karykatur Mahometa.

Ani media, ani żaden poważny ośrodek zajmujący się terroryzmem, nie miały wątpliwości, że sprawcy tych zamachów i napadów to ewidentni terroryści. W wersji, której wówczas świat najbardziej się obawiał: „samotnych wilków” – bo tak, obrażając trochę wilki, nazywano samotnie działających terrorystów. Wszyscy byli podejrzewani o kontakty z ISIS (Państwo Islamskie przypisywało sobie zresztą ich zbrodnie), lub podobne wspierające terrorystów organizacje, ale podejrzenia te nie potwierdziły się. Swój fanatyzm i radykalizm budowali w samotności. Podobnie jak samodzielnie dokonywali zamachów i przygotowywali się do nich.

Wszyscy oni, podobnie jak Amedy Coulibaly, który wziął zakładników w koszernym sklepie w Paryżu po tym jak jego wspólnicy, bracia Kouachi mordercy pracowników redakcji „Charlie Hebdo”, mieli także przeszłość kryminalną. Siedzieli w więzieniach i aresztach, albo co najmniej byli objęci śledztwem związanym z używaniem przemocy. Coulibali, bracia Kouachi, a także członkowie grupy Salaha Abdelslama (który w listopadzie 2015 roku współorganizował zamachy na paryską dyskotekę klub Bataclan, okoliczne restauracje i stadion, na którym odbywał się mecz Francja-Niemcy) byli wielokrotnie karani za rozboje i handel narkotykami.

Podobnie Anis Amri, który ciągnikiem siodłowym taranował 19 grudnia 2016 roku, jarmark świąteczny w Berlinie zabijając 12 osób, był wcześniej ścigany i skazany na 4 lata więzienia, za napady, kradzieże i podpalenia.

Co więcej, specjaliści od więziennictwa, a za nimi media, od ok. 2015 roku zaczęły ostrzegać, że coś bardzo niedobrego dzieje się we francuskich i innych europejskich więzieniach. Skazani za przestępstwa pospolite, młodzi mężczyźni, najczęściej pochodzenia bliskowschodniego, lub z Afryki Północnej, przechodzili na Islam w jego najbardziej radykalnej, fanatycznej wręcz formie. Zaniedbania w programach resocjalizacji powodowały, że aby oprzeć się presji otoczenia, osoby te szukały „odnowy” w argumentacji, która pozwalała im uwierzyć, że za ich nieudane życie odpowiadają wszyscy, w szczególności system w którym żyją, a nie oni sami.

I chociaż skuteczne formy przeciwdziałania podjęto zdecydowanie za późno, po efektach widać (w latach 2017-2018, oprócz jednego zamachu w Strasbourgu 11 grudnia 2018, którego sprawca był wcześniej 27 razy skazywany za przestępstwa pospolite), że programy zapobiegania radykalizacji więźniów i typowania tych najbardziej niebezpiecznych, zaczęły działać.

Czy wszyscy wymieni wcześniej mężczyźni różnili się bardzo od Stefana W., mordercy Prezydenta Gdańska? Niewątpliwie religią. Byli wyznawcami najbardziej radykalnych odłamów islamu. Ale już to, że byli fanatykami i nie mieli żadnych problemów z użyciem śmiercionośnej broni przeciwko innym osobom, raczej ich ze Stefanem W. łączy nie dzieli. Te same cechy mieli także Anders Breivik, zabójca z Norwegii, który zamordował jednego dnia, 22 lipca 2011 roku, 77 osób i „trójka z Zwickau”, która sama siebie nazywała „narodowosocjalistycznym podziemiem”, a w latach 1998-2007 zamordowała dziewięciu tureckich i greckich imigrantów, i przeprowadziła dwa zamachy bombowe.

Morderców z Zwickau łączy zresztą ze Stefanem W. coś jeszcze: upodobanie do napadów na banki. Tyle że oni mieli ich na sumieniu 15, podczas gdy 27 letni pasjonat sztuk walki „tylko” cztery.

Z kolei z Andersem Breivikiem łączy go podejrzenie o chorobę psychiczną. U Norwega też początkowo zdiagnozowano schizofrenię paranoidalną. Jak się później okazało – niesłusznie. Ale warto sobie przypomnieć, że wielu zamachowców, wykorzystywanych na Bliskim Wschodzie do zamachów samobójczych, to były osoby niepełnosprawne, najczęściej opóźnione umysłowo.

We współczesnym terroryzmie, granica pomiędzy tą formą przestępstw z nienawiści, a zwykłym bandytyzmem, prawie się zatarła. Jedno i drugie łączy pogarda wobec znienawidzonych polityków, urzędników, policjantów, duchownych, a nawet – i to szczególnie często – zwykłych ludzi. Łączy też brak zahamowania przed użyciem przemocy i nierzadko kompleks Herostratesa (czyli przymus zdobycia sławy za wszelką cenę).

Niestety polskie służby tego w porę nie dostrzegły. Przyjęta w czerwcu 2016 roku ustawa antyterrorystyczna widzi zagrożenie właściwie tylko w cudzoziemcach. Według niej przekraczanie granicy ma być głównym sitem do wyszukiwania terrorystów. To kolor skóry lub sposób ubierania się może być przyczyną podjęcia działań przewidzianych przez ustawę: pobrania odcisków palców, danych biometrycznych, a nawet wymazu ze śluzówki do identyfikacji kodu DNA. W przypadku poważniejszych podejrzeń dopuszczalna jest czasowa kontrola operacyjna cudzoziemca bez zgody sądu. Także rozpoznawanie radykalizacji i indoktrynacji dotyczy przede wszystkim propagandy islamskiej.

A to, że mowa nienawiści na polskich portalach społecznościowych coraz bardziej przypomina przekaz związanej z ISIS agencji propagandowej Amaq, i to że aby przeprowadzić najbardziej zaawansowany zamach trzeba najpierw zdobyć na czarnym rynku broń lub materiały wybuchowe, tak jakby umknęło uwagi ustawodawcy. Zresztą statystyki CBŚP potwierdzają, że pomimo rozszerzenia uprawnień policji, przypadków terroru kryminalnego w Polsce wcale nie zaczęło ubywać. A nawet wręcz przeciwnie.

Nazywanie przeciwników politycznych „zdrajcami” czy „Targowicą”, „komunistami i złodziejami” może wywoływać u osób mniej stabilnych emocjonalnie podobny efekt, jak oskarżanie Europejczyków o zbrodnie w czasie wypraw krzyżowych (w propagandzie dżihadu ofiary zamachów nazywa się „crusaders” czyli „krzyżowcami”) i twierdzenie, że człowiek może się prawidłowo rozwijać wyłącznie pod rządami prawa szariatu. Dlatego jeden z najważniejszych punktów programu walki z terroryzmem w Niemczech, ogłoszonego w lipcu 2016 roku przez Angelę Merkel, dotyczy uruchomienia programów mających na celu powstrzymywanie radykalizacji.

Niestety zbyt mało zostało wyciągniętych w Polsce wniosków z zabójstwa Marka Rosiaka, pracownika biura poselskiego PiS w Łodzi. Jego sprawca, taksówkarz z Częstochowy deklarował nienawiść wobec całej klasy politycznej. Już wtedy należało założyć, że cechą identyfikacyjną zagrożenia terrorystycznego nie musi być potrzeba manifestowania własnych poglądów na wielkiej imprezie. Wystarczy fanatyzm, pogarda i skłonność do stosowania przemocy.

Piotr Niemczyk: były działacz opozycyjny i więzień polityczny. Od 1990 do 1994 r. Dyrektor Biura Analiz i Informacji i Zastępca Dyrektora Zarządu Wywiadu UOP. W latach 2000-2001 doradca Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji – organizator Krajowego Centrum Informacji Kryminalnej. Wieloletni ekspert Sejmowej Komisji do Spraw Służb Specjalnych. Obecnie wykładowca w Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas w Warszawie. Autor książki o reformie służb policyjnych i specjalnych w Polsce po 2015 roku: „Szósta rano kto puka? O tym jak ojczyzna Solidarności zmienia się w państwo policyjne”.