Home Archive by category Polska (Page 2)

Polska

Płk Paweł Białek zastanawia się na łamach Osluzbach.pl czy idea europejskiego kontrwywiadu ma sens.

W przededniu wyborów do Parlamentu Europejskiego w mediach szeroko kolportowany był list Prezydenta Francji Emmanuela Macrona, w którym wezwał on obywateli UE do zaangażowania na rzecz odnowy wartości, które legły u podstaw wspólnoty oraz do działań na rzecz ich umocnienia i ochrony. List, pomimo iż porusza wiele kwestii społecznych (np. minimalne wynagrodzenie w UE) nie spotkał się z szeroką debatą publiczną w Polsce. Zapewne jest to związane z niechęcią środowiska PiS do samego E. Macrona, a z drugiej strony obawą opozycji do angażowania się w dyskusję inicjowaną przez kontrowersyjną (po protestach we Francji) osobę Prezydenta Francji.

List a właściwie manifest zawiera kilka ciekawych propozycji, które dotyczą wspólnej polityki bezpieczeństwa i zasługują na szerszą debatę. Emmanuel Macron proponuje utworzenie Europejskiej Agencji Ochrony Demokracji, która zapewni każdemu Państwu członkowskiemu europejskich ekspertów dla ochrony procesu wyborczego przed cyberprzestępczością i manipulacjami oraz uniemożliwi finansowanie europejskich partii politycznych przez obce mocarstwa. W ten sposób Emmanuel Macron proponuje de facto powołanie europejskiego kontrwywiadu.

O wspólnej polityce bezpieczeństwa w UE dyskutuje się od dłuższego czasu i dotychczas udało się wdrożyć wiele projektów i rozwiązań instytucjonalnych, które w pewnym zakresie już dobrze działają. Wszyscy mają jednak świadomość, że to niewystarczające w obliczu zagrożeń dla jedności UE. W moim przekonaniu nie uda się stworzyć faktycznej ochrony dla kluczowych interesów UE bez instytucjonalnego udziału w tym przedsięwzięciu służb specjalnych krajów członkowskich. W tym zakresie, kluczowym elementem wspólnej polityki bezpieczeństwa UE, musi być współpraca cywilnych służb specjalnych poszczególnych państw członkowskich. Unijne regulacje, w odróżnieniu od zagadnień dotyczących ścigania przestępczości kryminalnej, kwestie działalności służb specjalnych pozostają w gestii krajów członkowskich. Współpraca i współdziałanie służb specjalnych w UE oparte są na multi i bilateralnych porozumieniach zawieranych pomiędzy poszczególnymi służbami. Porozumienia te nie mają jednak rangi wiążących dokumentów wspólnotowych (poza kwestiami ochrony informacji niejawnych). Głównym obszarem współpracy służb specjalnych krajów UE są kwestie działań antyterrorystycznych i nieproliferacji. Niestety inne, kluczowe dla bezpieczeństwa UE kwestie, o których w swoim liście pisze Emmanuel Macron (np. manipulacje wyborcze) są przedmiotem sporadycznej i kurtuazyjnej współpracy. Dobrym przykładem, na konieczność takiej współpracy, może być kwestia potencjalnej ingerencji Rosji w procesy wyborcze w poszczególnych krajach członkowskich. Media wielokrotnie już zwracały na to uwagę i publikowały informacje, które z całą pewnością powinny być przedmiotem zainteresowania i współpracy służb specjalnych UE. Trudno jednak obecnie sobie wyobrazić sytuację, w której np. polskie służby dzielą się wiedzą na temat rosyjskiej ingerencji w wybory w Polsce z innymi krajami UE i współpracują w celu jej wyjaśnienia. Wynika to z głęboko zakorzenionego wśród polityków, a często i wśród funkcjonariuszy błędnego przekonania o pewnej elitarności i ekskluzywności pracy służb, a ponadto kraje członkowskie niechętnie dzielą się wiedzą, która z ich perspektywy (lub perspektywy partii sprawujących władzę) może zaszkodzić ich partykularnym interesom. Właśnie ta krajowa perspektywa, ten swoisty narodowy egoizm uniemożliwia dzisiaj stworzenie efektywnej Europejskiej Agencji Ochrony Demokracji, a w zasadzie Służby Europejskiego Kontrwywiadu.

Czy w świetle przytoczonych powyżej argumentów pomysł Prezydenta Emmanuela Macrona jest nierealny? Już sam przegląd potencjalnych interesariuszy tego projektu może przyprawić o ból głowy i zniechęcić do jego realizacji. Jednak fakt, iż dzisiaj ten projekt jest trudny do zrealizowania nie oznacza, że należy go pozostawić bez dyskusji. Jeżeli UE ma przetrwać, to musi w jakiejś perspektywie stworzyć europejską strukturę kontrwywiadowczą, która będzie mieć stosowne prawne umocowanie i będzie mieć możliwości takiego działania, aby skutecznie chronić nasze wspólne interesy i wartości przed zagrożeniami, które często z perspektywy pojedynczego kraju są nieistotne lub niezauważalne. Warunkiem do efektywnej pracy tej europejskiej służby (Agencji) jest dostęp do informacji służb krajów członkowskich, prawo do wnioskowania o wszczęcie postepowań karnych lub administracyjnych przez odpowiednie urzędy w danym państwie, oraz prawo a w zasadzie obowiązek do przekazywania analiz i informacji dla określonych odbiorców. Stworzenie tylko instytucji biurokratycznej, która będzie kolekcjonować dokumenty, to strata czasu i tworzenie niepotrzebnych kosztów. Z drugiej strony, poprzez odpowiednie instrumenty kontroli, należy zadbać o to, aby sama Agencja nie stała się obiektem manipulacji i nie była wykorzystywana do realizacji innych celów.

W tym miejscu pragnę zachęcić wszystkich ekspertów, którzy posiadają odpowiednie doświadczenia lub przemyślenia w tym zakresie do publicznej dyskusji na ten temat.

Paweł Białek: Oficer Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w randze pułkownika, w latach 2007-2012 zastępca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Od 1991 roku pełnił służbę w Urzędzie Ochrony Państwa, a następnie w ABW. 4 grudnia 2007 roku został mianowany na stanowisko zastępcy szefa ABW. Po odejściu z ABW na początku kwietnia 2012 został wysokim urzędnikiem w Ministerstwie Skarbu i zasiada w radach nadzorczych spółek skarbu państwa: KGHM-ie i Orlenie. W latach 2013-2016 był dyrektorem Biura Inwestycji w PERN SA, odpowiedzialnym min. za budowę Terminalu Naftowego w Gdańsku.

Fot. Materiały własne

Perspektywa złagodzenia konfliktu handlowego narastającego pomiędzy Waszyngtonem i Pekinem może mieć ciekawe implikacje energetyczne dla Polski.

Sinopec, chińska państwowa korporacja naftowo-chemiczna, zamierza podpisać 20-letnią umowę na dostawy skroplonego gazu ziemnego (LNG) z amerykańskim koncernem Cheniere Energy – informuje Reuters powołując się na własne źródła.

Obie firmy uzgodniły umowę pod koniec 2018 roku po kilku miesiącach negocjacji, ale jej podpisanie zostało przełożone z powodu narastającego sporu handlowego między Stanami Zjednoczonymi a Chinami.

Sinopec planuje kupić od Cheniere około 2 milionów ton LNG rocznie, począwszy od 2023 roku.

Po ostatnich negocjacjach między Stanami Zjednoczonymi i Chinami pod koniec lutego prezydent Donald Trump przesunął kolejną podwyżkę ceł na chińskie towary zaplanowaną na 1 marca. Według doniesień medialnych strony są na ostatniej prostej w ramach konsultacji dotyczących kwestii handlowych i mogą osiągnąć ostateczne porozumienie już pod koniec marca podczas spotkania dwóch szefów państw. Są to jednak informacje nieoficjalne.

Perspektywa złagodzenia konfliktu handlowego, który pozostaje zmorą kluczowych ekonomistów na świecie może mieć ciekawe implikacje energetyczne dla Polski:

Amerykańskie LNG systematycznie wdziera się na rynki będące centrum zainteresowania rosyjskiego Gazpromu. Chiny miały dać tej firmie możliwość zrekompensowania strat (tzw. pivotu) jakie ponosi ona ostatnio w Europie (Polska, Ukraina). Tymczasem również Państwo Środka zaczyna interesować się gazem skroplonym z USA. Nie chodzi tu bynajmniej o niewielki jak na razie kontrakt Sinopec-u, ale o szerszy trend. Gazprom musi brać pod uwagę konieczność ostrzejszej walki o swoich klientów w niedalekiej przyszłości. Być może jest to duża szansa dla Polski, która musi zdecydować w tym roku czy kontynuować współpracę z rosyjskim dostawcą w ramach kontraktu jamalskiego?

Złagodzenie konfliktu handlowego Stanów Zjednoczonych i Chin powinno przełożyć się na większy import węgla przez Państwo Środka, a w efekcie cena tego surowca pozostanie wysoka. To istotna informacja pod kątem szacowania cen energii na naszym rynku.

W tym kontekście warto wspomnieć również o szansie na mniejsze turbulencje dla światowej gospodarki jeśli Waszyngton i Pekin wynegocjują zawieszenie broni. W efekcie mogłoby to utrzymać duży popyt na uprawnienia do emisji CO2. To natomiast jeden z najbardziej cenotwórczych czynników na rynku energii w Polsce ze względu na dużą liczbę starych bloków węglowych.

Fot. Pixabay

Wojciech Brochwicz w felietonie dla portalu O służbach porusza kwestię tzw. ustawy deubekizacyjnej. Zdaniem eksperta łamie ona podstawowe prawa obywatelskie ponieważ dotyka zbyt szeroki wachlarz ludzi.

Sprawiedliwość to kolanem w brzuch z ziemi w zęby w nocy skrycie nożem z góry w dół na magazyn okrętu przez worki z piaskiem wobec przeważającej siły w ciemnościach bez słowa ostrzeżenia.

Joseph Heller, Paragraf 22

Parafrazując stary dowcip o demokracji i demokracji socjalistycznej można powiedzieć, że sprawiedliwość od sprawiedliwości historycznej różni się tym, czym krzesło od krzesła elektrycznego – pisze Wojciech Brochwicz w swoim nowym felietonie dla Osluzbach.pl.

Podam kilka przykładów tak rozumianej i dość powszechnie u nas wymierzanej sprawiedliwości. Uprzedzam, dzisiaj nie będzie zabawnie.

Podoficer

Zaczynał służbę w Wojskach Ochrony Pogranicza. Pracował jako kontroler na wielkiej, międzynarodowej, kolejowej stacji przeładunkowej.

Jego zadaniem było sprawdzanie, czy plomby na wagonach towarowych są nienaruszone. Pełnił tę służbę sumiennie przez piętnaście lat, aż przyszedł moment, gdy PRL został zastąpiony przez RP, a w miejscu WOPu pojawiła się Straż Graniczna.

Podoficer służył dalej, na tym samym stanowisku. Następnych piętnaście lat. Potem poszedł na emeryturę. Potem mu ją odebrano, pozostawiając niedużą część. Za lata służby dla totalitarnego państwa…

Programistka w MSW

Wraz z zespołem informatyków stworzyła system PESEL. Uznana za wielbicielkę totalitaryzmu i zdezubekizowana.

Oficer kontrwywiadu

Zaczynał w PRL. Przeszedł weryfikację, złożył przysięgę i podjął służbę na nowo. Bardzo ryzykowną. Po wielu latach wydalony z Rosji z zarzutem szpiegostwa na rzecz Polski i NATO. A u nas? Wróg i złóg. Zdezubekizowany.

Oficer wywiadu

Szkolenie rozpoczynał jako młody człowiek po studiach. Był kwiecień 1989 roku. Właściwą służbę podjął ponad rok później, już w UOP. Pracował na Bliskim Wschodzie, przeciwko terrorystom. I na wschodzie. Przez prawie ćwierć wieku. Zrujnowane zdrowie, zszargane nerwy. Domyślacie się puenty? Tak. Zdezubekizowany.

Generał

W czasie pierwszej wojny w Zatoce Perskiej z narażeniem życia wywiózł z Iraku grupę agentów CIA. Legenda służb polskich i amerykańskich.

Jako że zaczynał swoją pracę w wywiadzie za PRLu, jego zasługi dla Polski poszły w niepamięć, a przeszłość dogoniła mu emeryturę.

Przykłady można mnożyć. Każdy jest inny. Około osiemdziesięciu tysięcy przykładów. Z wywiadu, kontrwywiadu, Biura Ochrony Rządu, Policji, Straży Granicznej. Do tego pozostające na ich utrzymaniu rodziny. Do tego gorycz i żal wobec Państwa.

Dzisiaj bez komentarza….

Wojciech Brochwicz: W 1990 współtworzył specjalną jednostkę „Grom”. Był doradcą ministra spraw wewnętrznych, prezesa Rady Ministrów, prezesa Narodowego Banku Polskiego. Pełnił funkcje dyrektora w Urzędzie Ochrony Państwa, zastępcy Komendanta Głównego Straży Granicznej oraz Wiceministra Spraw Wewnętrznych i Administracji w Radzie Ministrów Jerzego Buzka, gdzie odpowiadał za przygotowanie ustawodawstwa antyterrorystycznego. Po 2001 był członkiem komitetu konsultacyjnego przy szefie ABW Andrzeju Barcikowskim. Po odejściu z administracji państwowej został partnerem w firmie prawniczej R. Smoktunowicz & L. Falandysz. Obecnie prowadzi własną kancelarię prawniczą.

Tytuł pochodzi od redakcji.

Fot. Materiały własne

Według litewskiego kontrwywiadu Rosja znalazła sposób na spenetrowanie rynków energetycznych Polski i krajów bałtyckich.

Nowy raport litewskiej kontry

Litewski kontrwywiad VSD (Lietuvos Respublikos Valstybės Saugumo Departamentas) opublikował nowy raport dotyczący zagrożeń dla bezpieczeństwa państwa w 2019 r. Wśród zagrożeń energetycznych i ekonomicznych służba wymienia budowaną przez rosyjski Rosatom elektrownię atomową w białoruskim Ostrowcu. Sprawa ma istotne znaczenie dla Polski.

Jak podkreśla VSD: siłownia w Ostrowcu powstaje z pogwałceniem wszelkich norm bezpieczeństwa. Budowę wspiera Białoruś i Rosja koncentrując się na kształtowaniu pozytywnego wizerunku inwestycji zagranicą.

Według raportu: nowa elektrownia atomowa wzmocni wpływ Kremla na reżim Aleksandra Łukaszenki. Powiązany z rosyjskimi władzami koncern Rosatom będzie miał wpływ na eksploatację obiektu, dostawy paliwa jądrowego, a w końcu także likwidację siłowni po przekroczeniu przez nią resursu.

Równie istotny jest według VSD aspekt regionalny. Rosja za pomocą Ostrowca chce mocniej zaznaczyć swoją obecność na lokalnych rynkach energetycznych i uzależnić je od siebie. Nieprzypadkowo lokalizacja nowej elektrowni to tereny przygraniczne, a elektrownia ma produkować energię na eksport (jest celowo przewymiarowana). Białorusini chcieliby dostarczać prąd z Ostrowca m.in. do krajów bałtyckich i Polski.

Rosjanie i Białorusini ominą litewską blokadę energetyczną?

Litwa nie przejawia póki co zainteresowania importem energii z Białorusi. Władze w Wilnie aktywnie zwalczają ten pomysł i legislacyjnie zablokowały możliwość kupna energii z nowej elektrowni atomowej budowanej przez Rosatom. Takie samo stanowisko prezentuje Polska. Jednak jak podkreśla VSD: te działania mogą być niewystarczające. Zdaniem służby Białoruś i Rosja będą próbowały ominąć litewskie ustawodawstwo i eksportować energię z Ostrowca na giełdę.

Chodzi o Nord Pool – największą na świecie giełdę energii elektrycznej. Prowadzi ona działalność na rynkach w krajach skandynawskich, bałtyckich, Niemczech i Wielkiej Brytanii.

Rozliczanie energii z elektrowni w Ostrowcu w taki sposób spowodowałoby, że nie miałaby ona konkretnej „etykiety pochodzenia”, mimo że fizycznie pochodziłaby z Białorusi. W efekcie cele Rosatomu zostałyby osiągnięte stopniowo uzależniając od energii z jego nowego projektu kraje bałtyckie i Polskę (jest z nimi połączona mostem energetycznym LitPol Link).

W dłuższej perspektywie mogłoby to osłabić chęć wspomnianych państw do budowy własnych źródeł energii, a także umożliwić polityczne naciski np. poprzez ograniczanie eksportu prądu w kluczowych momentach. Warto w tym kontekście podkreślić, że według polskiego operatora PSE najbliższe lata będą charakteryzować się wyjątkowo kruchą równowagą systemu elektroenergetycznego i rosnącym ryzykiem blackoutu (wielkoobszarowej awarii). Jest to związane z rosnącym zapotrzebowaniem na energię w szczytach letnich, wycofywaniem starych elektrowni węglowych etc.

Z powodu dużego zagrożenia napływem taniego prądu z państw autorytarnych, które wykorzystują politycznie energetykę, Polska od dłuższego czasu w nieoficjalnych rozmowach domagała się od Litwy fizycznej likwidacji połączeń energetycznych z Białorusią. Władze w Wilnie zobowiązały się 10 maja 2017 r. zdemontować linię elektroenergetyczną łączącą Ignalinę i Mińsk (750 kW) do 2020 r. Czy dotrzymają słowa? Po drodze wiele może się jeszcze zmienić na litewskiej scenie politycznej.

Szerzej o sprawie pisałem w swojej książce pt. „Stawka większa niż gaz” wydanej nakładem Arbitrora.

Fot. Litgrid

Nadpisanie nagrań z Pałacu Prezydenckiego, które mogły być dowodem w sprawie Stefana W. po zaledwie miesiącu świadczy o nie najlepszej analizie ryzyka i dopasowaniu do niej urządzeń rejestracyjnych we wspomnianym obiekcie.

Gazeta Wyborcza w dniu 24 stycznia 2019 roku w artykule pt. „Nie ma zapisów z kamer Pałacu Prezydenckiego, które miały nagrać Stefana W. Dane zostały nadpisane”, donosi, że śledczy próbują zweryfikować, czy zabójca prezydenta Gdańska, Stefan W., próbował wedrzeć się na teren Pałacu Prezydenckiego w Warszawie. Materiał z kamer został jednak nadpisany, bo jest przechowywany jedynie przez miesiąc” – stwierdzono w artykule. Cała sytuacja została poprzedzona informacjami podanymi przez PAP z których wynikało, że Stefan W. miał zamiar pozbawienia życia Prezydenta RP. Była to informacja tyleż ciekawa co niesprawdzona. Jak się okazuje prokuratura dopiero teraz próbuje ją zweryfikować m.in. w oparciu o monitoring wizyjny miejski i Pałacu Prezydenckiego. Bo jak się wydaje nie dała wiary wyjaśnieniom SOP, że żadnego incydentu bezpieczeństwa nie odnotowano. SOP nie wyjaśnił również opinii publicznej dlaczego dane rejestrowane przez kamery są przechowywane jedynie przez miesiąc. Nawet Kodeks pracy umożliwia każdemu pracodawcy przechowywanie utrwalonych w ten sposób danych przez trzy miesiące. Miesiąc to stanowczo za krótko dla tego typu obiektu. Świadczy to o nie najlepszej analizie ryzyka i dopasowaniu do niej urządzeń rejestracyjnych. To nieprofesjonalne. Powstaje też naturalnie pytanie dlaczego nie były tworzone kopie zapasowe z rejestratorów, co stanowi rudyment ochrony informacji?

Nagrania z kamer nie są jednak jedynym źródłem informacji, po które powinna sięgnąć prokuratura w celu sprawdzenia czy Stefan W. mówi prawdę. Przypominamy o tym prokuraturze, bo nie chcemy aby utrwaliło się przekonanie, że skoro brak jest nagrań wideo, to tym gorzej dla faktów, bo coś mogło być na rzeczy.

System ochrony obiektu powinien być dostosowany do wszystkich typów zidentyfikowanych zagrożeń́, tak naturalnych, jak i intencjonalnych oraz technicznych. Mamy nadzieję, że właśnie tak zorganizowana została ochrona Pałacu Prezydenckiego.

Na tym obiekcie powinno funkcjonować centrum dowodzenia i koordynacji ochrony fizycznej, wyposażone w zintegrowany system informowania (telewizja przemysłowa, System Sygnalizacji Włamania i Napadu, System Kontroli Dostępu) o wszelkich stanach anormalnych zaistniałych w strefach ochrony. SSWiN stosuje się̨ w celu wykrycia i rejestracji prób nielegalnego wejścia do stref ochrony, wybranych obszarów. Oparte są na urządzeniach: wykrywających ruch w strefie objętej ich działaniem, sygnalizujących otwarcie drzwi, sygnalizujących wypełnienie otworów budowlanych, sygnalizujących uszkodzenie powierzchni szklanych, ostrzegających o zagrożeniach (przyciski alarmowe). Na obiekcie chronionym ogrodzenia powinny współpracować nie tylko z systemami telewizji przemysłowej, pozwalającymi na obserwację ogrodzenia zewnętrznego oraz wszystkich wejść i wyjść ze stref ochrony, ale również z systemami wykrywania i sygnalizacji włamania, pozwalającymi na jak najwcześniejsze wykrycie prób sforsowania ogrodzenia zewnętrznego obiektu oraz z oświetleniem.

Zintegrowany system ochrony, który niewątpliwie powinien istnieć w tak ważnym obiekcie pozwala nie tylko na podejmowanie szybkich decyzji i działań́ zmierzających do neutralizacji ewentualnych zagrożeń, ale także na rejestrację oraz magazynowanie – dla celów dowodowych i analitycznych, negatywnych zdarzeń z wymienionych systemów, niezależnie od materiału wideo utrwalonego przy pomocy telewizji przemysłowej.

Fot. Wikipedia

Bez wątpienia nagranie, a być może niebawem nagrania, Jarosława Kaczyńskiego staną się cennym materiałem dla obcych służb specjalnych.

Przede wszystkim nowa taśma dostarcza nam informacji z pierwszej ręki na temat stanu zdrowia osoby, która nieformalnie rządzi dziś Polską. „Jestem w złej formie, trzeci miesiąc, już dwa i pół miesiąca (…) byłem, taki wiesz, trochę się jąkałem” – twierdzi Kaczyński komentując swoje wystąpienie publiczne. Takim sformułowaniom daleko jednak do pojawiających się plotek o leczeniu onkologicznym prezesa PiS. To cenna informacja w kontekście planowania dynamiki politycznej w Polsce w 2019 r. i później.

Z rozmowy wynika również, że Kaczyński jest bardzo dobrze zorientowany w większości spraw politycznych, ale także biznesowych i prawnych. Dyskusja dotyczy przecież skomplikowanej gry wokół spółki Srebrna, kwestii roszczeń finansowych austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera, który został dopuszczony do najbliższego kręgu prezesa PiS dzięki małżeństwu z córką jego kuzyna, a także działań Jana Śpiewaka czy biznesów ojca Tadeusza Rydzyka. I znów – nagranie weryfikuje doniesienia medialne i plotkarskie jakoby Kaczyński powoli tracił kontrolę nad partią w związku z coraz słabszymi możliwościami intelektualnymi związanymi z jego wiekiem.

Cenne wydaje się także stwierdzenie prezesa PiS o tym, że „w Warszawie wygrać będzie bardzo trudno. W Polsce łatwiej, ale też niełatwo”. To prywatna opinia głównego stratega partii rządzącej, którą można uwzględnić w prognozach politycznych jakie przygotowuje większość służb. Wynik wyborczy ma jak wiadomo wpływ nie tylko na ogólny kurs państwa, ale także poszczególne plany biznesowe dużych korporacji.

No i wreszcie rzecz najważniejsza – nie ma już w Polsce osób, których nie można by nagrać. Nie wiemy czy nie zarejestrowano więcej rozmów i co w nich było?

Kaczyński z perspektywy prawa jest zwykłym posłem, a nie najważniejszą osobą w państwie (choć stan faktyczny jest inny) więc polskie służby nie mają obowiązku prześwietlać jego zagranicznych rozmówców. Dlatego z całą pewnością można stwierdzić, że Austriak Gerald Birgfellner nie został sprawdzony przez nasz kontrwywiad (chyba, że złamano prawo).

Fot. Pixabay

Piotr Niemczyk na łamach portalu O służbach porusza kwestię zabójstwa prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza.

Morderstwo Pawła Adamowicza pokazuje jak błędna była dotychczasowa polityka zapobiegania terroryzmowi w Polsce. Wyznaczone były fałszywe priorytety, które zamiast identyfikować zagrożenie ze strony grup skrajnie ksenofobicznych i zradykalizowanych mową nienawiści przestępców, kazały szukać terrorystów wśród uchodźców z Syrii. I chociaż rządowa propaganda chciałaby zrobić ze Stefana W. zwykłego wariata, porównanie jego charakterystyki i zachowania z przypadkami terroryzmu w Europie i na świecie, przekonuje że to jednak terrorysta.

Cofnijmy się o 3-4 lata. Walid Salihi w styczniu 2016 zaatakował z nożem rzeźnickim komisariat policji w Paryżu. Omar Mateen, pięć miesięcy później, ostrzelał uczestników imprezy, zabijając 49 osób w gejowskim klubie w Orlando. Dzień później, 13 czerwca 2016 roku, Larossi Abdalla zamordował nożem francuskiego policjanta i jego partnerkę na oczach 3 letniego dziecka. Omar Abdel Hamid El-Hussein rok wcześniej, w lutym 2015 roku, w Kopenhadze ostrzelał z karabinu kawiarnię w której odbywała się konferencja z udziałem autora karykatur Mahometa.

Ani media, ani żaden poważny ośrodek zajmujący się terroryzmem, nie miały wątpliwości, że sprawcy tych zamachów i napadów to ewidentni terroryści. W wersji, której wówczas świat najbardziej się obawiał: „samotnych wilków” – bo tak, obrażając trochę wilki, nazywano samotnie działających terrorystów. Wszyscy byli podejrzewani o kontakty z ISIS (Państwo Islamskie przypisywało sobie zresztą ich zbrodnie), lub podobne wspierające terrorystów organizacje, ale podejrzenia te nie potwierdziły się. Swój fanatyzm i radykalizm budowali w samotności. Podobnie jak samodzielnie dokonywali zamachów i przygotowywali się do nich.

Wszyscy oni, podobnie jak Amedy Coulibaly, który wziął zakładników w koszernym sklepie w Paryżu po tym jak jego wspólnicy, bracia Kouachi mordercy pracowników redakcji „Charlie Hebdo”, mieli także przeszłość kryminalną. Siedzieli w więzieniach i aresztach, albo co najmniej byli objęci śledztwem związanym z używaniem przemocy. Coulibali, bracia Kouachi, a także członkowie grupy Salaha Abdelslama (który w listopadzie 2015 roku współorganizował zamachy na paryską dyskotekę klub Bataclan, okoliczne restauracje i stadion, na którym odbywał się mecz Francja-Niemcy) byli wielokrotnie karani za rozboje i handel narkotykami.

Podobnie Anis Amri, który ciągnikiem siodłowym taranował 19 grudnia 2016 roku, jarmark świąteczny w Berlinie zabijając 12 osób, był wcześniej ścigany i skazany na 4 lata więzienia, za napady, kradzieże i podpalenia.

Co więcej, specjaliści od więziennictwa, a za nimi media, od ok. 2015 roku zaczęły ostrzegać, że coś bardzo niedobrego dzieje się we francuskich i innych europejskich więzieniach. Skazani za przestępstwa pospolite, młodzi mężczyźni, najczęściej pochodzenia bliskowschodniego, lub z Afryki Północnej, przechodzili na Islam w jego najbardziej radykalnej, fanatycznej wręcz formie. Zaniedbania w programach resocjalizacji powodowały, że aby oprzeć się presji otoczenia, osoby te szukały „odnowy” w argumentacji, która pozwalała im uwierzyć, że za ich nieudane życie odpowiadają wszyscy, w szczególności system w którym żyją, a nie oni sami.

I chociaż skuteczne formy przeciwdziałania podjęto zdecydowanie za późno, po efektach widać (w latach 2017-2018, oprócz jednego zamachu w Strasbourgu 11 grudnia 2018, którego sprawca był wcześniej 27 razy skazywany za przestępstwa pospolite), że programy zapobiegania radykalizacji więźniów i typowania tych najbardziej niebezpiecznych, zaczęły działać.

Czy wszyscy wymieni wcześniej mężczyźni różnili się bardzo od Stefana W., mordercy Prezydenta Gdańska? Niewątpliwie religią. Byli wyznawcami najbardziej radykalnych odłamów islamu. Ale już to, że byli fanatykami i nie mieli żadnych problemów z użyciem śmiercionośnej broni przeciwko innym osobom, raczej ich ze Stefanem W. łączy nie dzieli. Te same cechy mieli także Anders Breivik, zabójca z Norwegii, który zamordował jednego dnia, 22 lipca 2011 roku, 77 osób i „trójka z Zwickau”, która sama siebie nazywała „narodowosocjalistycznym podziemiem”, a w latach 1998-2007 zamordowała dziewięciu tureckich i greckich imigrantów, i przeprowadziła dwa zamachy bombowe.

Morderców z Zwickau łączy zresztą ze Stefanem W. coś jeszcze: upodobanie do napadów na banki. Tyle że oni mieli ich na sumieniu 15, podczas gdy 27 letni pasjonat sztuk walki „tylko” cztery.

Z kolei z Andersem Breivikiem łączy go podejrzenie o chorobę psychiczną. U Norwega też początkowo zdiagnozowano schizofrenię paranoidalną. Jak się później okazało – niesłusznie. Ale warto sobie przypomnieć, że wielu zamachowców, wykorzystywanych na Bliskim Wschodzie do zamachów samobójczych, to były osoby niepełnosprawne, najczęściej opóźnione umysłowo.

We współczesnym terroryzmie, granica pomiędzy tą formą przestępstw z nienawiści, a zwykłym bandytyzmem, prawie się zatarła. Jedno i drugie łączy pogarda wobec znienawidzonych polityków, urzędników, policjantów, duchownych, a nawet – i to szczególnie często – zwykłych ludzi. Łączy też brak zahamowania przed użyciem przemocy i nierzadko kompleks Herostratesa (czyli przymus zdobycia sławy za wszelką cenę).

Niestety polskie służby tego w porę nie dostrzegły. Przyjęta w czerwcu 2016 roku ustawa antyterrorystyczna widzi zagrożenie właściwie tylko w cudzoziemcach. Według niej przekraczanie granicy ma być głównym sitem do wyszukiwania terrorystów. To kolor skóry lub sposób ubierania się może być przyczyną podjęcia działań przewidzianych przez ustawę: pobrania odcisków palców, danych biometrycznych, a nawet wymazu ze śluzówki do identyfikacji kodu DNA. W przypadku poważniejszych podejrzeń dopuszczalna jest czasowa kontrola operacyjna cudzoziemca bez zgody sądu. Także rozpoznawanie radykalizacji i indoktrynacji dotyczy przede wszystkim propagandy islamskiej.

A to, że mowa nienawiści na polskich portalach społecznościowych coraz bardziej przypomina przekaz związanej z ISIS agencji propagandowej Amaq, i to że aby przeprowadzić najbardziej zaawansowany zamach trzeba najpierw zdobyć na czarnym rynku broń lub materiały wybuchowe, tak jakby umknęło uwagi ustawodawcy. Zresztą statystyki CBŚP potwierdzają, że pomimo rozszerzenia uprawnień policji, przypadków terroru kryminalnego w Polsce wcale nie zaczęło ubywać. A nawet wręcz przeciwnie.

Nazywanie przeciwników politycznych „zdrajcami” czy „Targowicą”, „komunistami i złodziejami” może wywoływać u osób mniej stabilnych emocjonalnie podobny efekt, jak oskarżanie Europejczyków o zbrodnie w czasie wypraw krzyżowych (w propagandzie dżihadu ofiary zamachów nazywa się „crusaders” czyli „krzyżowcami”) i twierdzenie, że człowiek może się prawidłowo rozwijać wyłącznie pod rządami prawa szariatu. Dlatego jeden z najważniejszych punktów programu walki z terroryzmem w Niemczech, ogłoszonego w lipcu 2016 roku przez Angelę Merkel, dotyczy uruchomienia programów mających na celu powstrzymywanie radykalizacji.

Niestety zbyt mało zostało wyciągniętych w Polsce wniosków z zabójstwa Marka Rosiaka, pracownika biura poselskiego PiS w Łodzi. Jego sprawca, taksówkarz z Częstochowy deklarował nienawiść wobec całej klasy politycznej. Już wtedy należało założyć, że cechą identyfikacyjną zagrożenia terrorystycznego nie musi być potrzeba manifestowania własnych poglądów na wielkiej imprezie. Wystarczy fanatyzm, pogarda i skłonność do stosowania przemocy.

Piotr Niemczyk: były działacz opozycyjny i więzień polityczny. Od 1990 do 1994 r. Dyrektor Biura Analiz i Informacji i Zastępca Dyrektora Zarządu Wywiadu UOP. W latach 2000-2001 doradca Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji – organizator Krajowego Centrum Informacji Kryminalnej. Wieloletni ekspert Sejmowej Komisji do Spraw Służb Specjalnych. Obecnie wykładowca w Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas w Warszawie. Autor książki o reformie służb policyjnych i specjalnych w Polsce po 2015 roku: „Szósta rano kto puka? O tym jak ojczyzna Solidarności zmienia się w państwo policyjne”.

Rosyjska ropa Urals jest obecnie droższa od ropy Brent z Morza Północnego, która stanowi punkt odniesienia dla światowych rynków naftowych. 24 stycznia pierwsza z wymienionych kosztowała 61,63 $, a druga – 61,09 $.

Zwykle to surowiec z Rosji jest tańszy od brytyjskiego. Ta różnica cenowa jest zwana dyferencjałem i stanowi swoistą premię dla polskich rafinerii przystosowanych technologicznie do efektywnego przerobu Urals.

Obecna sytuacja powoduje, że tej premii po prostu nie ma, w związku z tym należy spodziewać się dużych dostaw spot (w ramach kontraktów krótkoterminowych) z kierunków nierosyjskich do Rafinerii Gdańskiej.

Zakład Lotosu leży nad morzem co zmniejsza koszty logistyczne i pozwala korzystać z okazji na rynkach naftowych w przeciwieństwie do należących do Orlenu instalacji w Płocku, które są zależne od rosyjskiego systemu rurociągowego Przyjaźń.

Niskie ceny ropy utrzymujące się w zasadzie od 2014 r. sprzyjają kupowaniu konkretnych ładunków surowca w dobrej cenie, nawet na dużą skalę, co przekłada się na niwelowanie znaczenie długoterminowych kontraktów. To z tego powodu nowe umowy long-term polskich firm paliwowych posiadają elastyczny zakres dostaw według określonych widełek.

I kwartał 2019 r. powinien zatem wykazać niski udział rosyjskiej ropy w przerobie ropy przez Rafinerię Gdańską. Przy czym istnieje duża szansa, że działania te będą przedstawiane jako kontynuowanie dywersyfikacji dostaw ropy. Tak bywało już w poprzednich okresach gdy Urals był drogi. Tymczasem zjawisko to jest wynikiem sytuacji rynkowej.

W dalszej perspektywie Grupa Lotos będzie zainteresowana dalszym uzyskiwaniem premii finansowej z przerobu rosyjskiego Urals, a jej udział w Rafinerii Gdańskiej znów wzrośnie.

Fot. Pixabay

W swoim felietonie dla portalu O służbach Wojciech Brochwicz podnosi kwestię braku ciągłości w polskich służbach specjalnych. Zdaniem eksperta bez zmian w tym zakresie nie zbudujemy nowoczesnych oczu i uszu państwa.

„Jestem taki, jak mnie Pan Bóg stworzył
No – trochem świństwa od siebie dołożył.“
Jan Sztaudynger

Wiele lat temu byłem w Moskwie, w tajnej rezydencji KGB. Dodam, KGB Rosji, bo właśnie skończył się ZSRR.

Dom musiał powstać w XIX wieku. Był wypełniony starymi meblami, kominkami, bibliotecznymi regałami. W sali bilardowej, nad pięknym, wielkim stołem, wisiała stylowa lampa. Obiekt ten należał nieprzerwanie do rosyjskich służb tajnych od czasów carskiej Ochrany, aż do współczesności. Mimo krwawej rewolucji, politycznych czystek, zmian, przewrotów, egzekucji, wojen.

Ten budynek to dla mnie symbol stabilności służby. Zmieniały się nazwy i polityczne reżimy, a tajna trwała. Trwała też i przechodziła z pokolenia na pokolenie wiedza o przeciwnikach Imperium. O nas.

Nikt niczego nie ujawniał, ani nie odtajniał. Wiedza o agentach rosyjskich, czy sowieckich służb, jest do dzisiaj pilnie strzeżona. Mimo upływu ponad stu lat. Stąd respekt, jakim się te służby cieszą w świecie.

Recepta na sukces w branży szpiegowskiej to zatem: wiedza plus doświadczenie pokoleń plus trzeźwość w ocenie sytuacji.

Tak samo postępują Brytyjczycy, Chińczycy, Francuzi, Izraelczycy. Odtajnianie nie istnieje w ich słowniku.

Zmiany kadrowe odbywają się w tajemnicy, a w skrajnych przypadkach dowiadujemy się o nich przy okazji….pogrzebów osób odwołanych, raz a dobrze, ze stanowisk.

Opublikowanie przez kogoś tajnego zbioru danych o oficerach służb wywiadowczych własnego kraju, z podaniem ich nazwisk legalizacyjnych, pod którymi kilka czy kilkanaście lat wcześniej działali za granicą, nie mogłoby się zdarzyć. Zdekonspirowanie agentury cudzoziemskiej tych oficerów byłoby ocenione jako akt zdrady. A pozbawienie ludzi uczciwie wypracowanych w służbach tajnych oraz policyjnych emerytur, oceniono by, w cywilizowanych krajach, jako łamanie praw obywatelskich.

Nikomu też nie przyszłoby do głowy bezpodstawnie i publicznie oskarżać o zdradę oraz o współpracę z przeciwnikiem, własnych oficerów, generałów, którzy całym swoim życiem wiernie służyli Ojczyźnie.

Trochę ponarzekałem. Abstrakcyjnie. Nikt przecież na świecie takich rzeczy nie robi samemu sobie. To się nie może zdarzyć, zwłaszcza w kraju należącym do NATO, będącym członkiem międzynarodowej wspólnoty wywiadowczej.

W kraju, którego służby nie tak dawno temu, z sukcesem, przeprowadziły operacje MOST, Sammum, które śmiało stawiły czoła rozpanoszonym na jego terytorium obcym wywiadom. Które okiełznały rządzące na ulicach i granicach gangi, które umożliwiły budowanie demokracji.

Nie, to się nigdzie nie mogło zdarzyć….

Wojciech Brochwicz: W 1990 współtworzył specjalną jednostkę „Grom”. Był doradcą ministra spraw wewnętrznych, prezesa Rady Ministrów, prezesa Narodowego Banku Polskiego. Pełnił funkcje dyrektora w Urzędzie Ochrony Państwa, zastępcy Komendanta Głównego Straży Granicznej oraz Wiceministra Spraw Wewnętrznych i Administracji w Radzie Ministrów Jerzego Buzka, gdzie odpowiadał za przygotowanie ustawodawstwa antyterrorystycznego. Po 2001 był członkiem komitetu konsultacyjnego przy szefie ABW Andrzeju Barcikowskim. Po odejściu z administracji państwowej został partnerem w firmie prawniczej R. Smoktunowicz & L. Falandysz. Obecnie prowadzi własną kancelarię prawniczą.

Wiktor Katona, trader w MOL, podkreśla, że węgierska spółka może być faworytem do przejęcia stacji paliw PKN Orlen, które koncern będzie musiał sprzedać w wyniku fuzji z Grupą Lotos.

Piotr Maciążek: Jak wyglądają plany dywersyfikacji dostaw ropy na Węgry?

Wiktor Katona: Ten proces trwa od 2013 roku. Wtedy zaczęliśmy odbierać dostawy drogą morską, przez Chorwację. Ich wolumen stale rośnie. Teraz sięga około 1,75 mln ton rocznie.

Dywersyfikacja to nasz cel. Chcemy rozszerzać nasze portfolio dostawców, wyjść poza obszar Morza Śródziemnego i Bliskiego Wschodu, sięgnąć dalej.

Podczas rozmowy poprzedzającej wywiad wspomniał Pan, że import nierosyjskiej ropy ma wzrosnąć do 33%…

Tak. Obecnie udział ropy z państw innych niż Rosja w naszym imporcie wynosi 26%, do 33% ma dobić w roku 2020 lub 2021.

Kto będzie ją dostarczał?

Tu leży problem – tego nie ma w naszej strategii, ale rozbudowując portfolio musimy pamiętać, że nie każdy rodzaj ropy nadaje się do naszych rafinerii. Większość z nich została zbudowana z myślą o ropie z Rosji.

To tak, jak w Polsce.

Tak, tak samo jak w Płocku. Musimy mieszać różne rodzaje, żeby były odpowiednie dla naszych rafinerii. Obecnie dostajemy ropę głównie z rejonu Morza Śródziemnego, czasami także z Bliskiego Wschodu.

Z Kurdystanu?

Kurdystan był bardzo dobrym dostawcą przed referendum niepodległościowym. Po tym wydarzeniu dostawy spadły o połowę.

Mieli problemy z Turcją.

Nie tylko Turcją – głównie z rządem Iraku. I eksport poszybował w dół. Mamy nadzieję, że Kurdystan sobie poradzi i dostawy z tego kierunku znów wzrosną. Jednakże, zanim to nastąpi, szukamy innych szans, takich jak na przykład Libia. Ten kraj stabilnie się rozwija, wydaje się też być znacznie bardziej bezpieczny. Nie chcę niczego przewidywać, wszystko się może zdarzyć, ale Libia wygląda obiecująco. Współpracujemy też z Kaspijskim Konsorcjum Rurociągowym, które dostarcza głównie ropę z Kazachstanu. Jest dopasowana do naszych rafinerii.

Polski rząd chce połączyć Orlen i Lotos. Wygląda na to, że prawo antymonopolowe Unii Europejskiej uczyni to połączenie trudniejszym – być może Orlen będzie musiał sprzedać część swoich stacji. Czy MOL byłby zainteresowany przejęciem tej infrastruktury?

MOL kupuje ostatnio bardzo wiele stacji w Europie – mówię tu m.in. o punktach należących do Agip, które MOL wykupił w Czechach i na Węgrzech. To bardzo prawdopodobne, że węgierska spółka będzie szukała sposobności do przejęcia stacji po Orlenie. To istotna szansa. Gdzieniegdzie prawo unijne nie pozwoli polskiemu gigantowi na posiadanie tak wielu punktów tankowania. W wyścigu po te aktywa MOL może być faworytem.

Dziękuję za rozmowę.

Fot. Pixabay