Home Archive by category Najważniejsze (Page 2)

Najważniejsze

Hamas i inne grupy terrorystyczne w Gazie rozpoczęły ostatnio kampanię mającą na celu pozyskanie darowizn na rzecz organizacji terrorystycznych wypłacanych w Bitcoinach.

Działając pod parasolem Ludowych Komitetów Oporu, organizacje terrorystyczne wezwały swoich zwolenników do przekazywania pieniędzy za pomocą wirtualnej waluty Bitcoin. Według doniesień mediów arabskich po raz pierwszy skrzydło militarne Hamasu wezwało do dokonania darowizn finansowych za pomocą kryptowaluty. Ludowy Komitet Oporu opublikował wirtualny adres portfela, który był aktywny przez ponad trzy lata, a transakcje dokonywane były od października 2015 roku. Bitcoiny są kupowane i sprzedawane niemal codziennie i zostało zrealizowanych ponad 4000 transakcji.

Aktualnie skrzydło wojskowe Hamasu opublikowało nowy adres wirtualnego portfela, na który można przekazywać darowizny. Badanie adresu portfela wskazuje, że został otwarty dopiero niedawno, 31 stycznia br. Od tego czasu był używany w co najmniej 43 transakcjach kupna i sprzedaży.

Centrum Informacyjne ds. Wywiadu i Terroryzmu Meira Amita (ITIC) uważa, że inicjatywy te są obecnie podejmowane na skutek kombinacji trudnej sytuacji finansowej, z jaką borykają się grupy, oraz korzyści wynikających z anonimowości transakcji realizowanych z wykorzystaniem kryptowalut.

ITIC jest jednostką badawczą wywiadu z siedzibą w Tel Awiwie, ściśle powiązaną z izraelską społecznością wywiadowczą, wyjaśniła, że użycie Bitcoinów umożliwia przekazywanie dużych sum pieniędzy bez nadzoru banków, unikając międzynarodowych przepisów przeciwko praniu brudnych pieniędzy.

„Prowadzona przez organizacje palestyńskie w Strefie Gazy kampania na rzecz pozyskiwania funduszy jest kolejnym przykładem wykorzystywania wirtualnych walut przez organizacje terrorystyczne do finansowania swojej działalności” – powiedział przedstawiciel ITIC.

“Anonimowość zapewniona przez handel tymi walutami, ich dostępność i możliwość dokonywania przelewów pieniężnych na całym świecie w szybki i łatwy sposób, bez potrzeby identyfikacji lub ujawnienia, umożliwia tym organizacjom przekazywanie funduszy przeznaczonych na działalność terrorystyczną bez nadzoru ze strony władz lub banków ,jednocześnie omijając międzynarodowe przepisy dotyczące prania pieniędzy”.

Komentarz Redakcji

Nie wiadomo, jak do sprawy finansowania terroryzmu za pomocą kryptowalut odniosą się Izraelczycy, ani kraje, z których mogą pochodzić donatorzy. Jak dotąd nie zdecydowano się na zajęcie portfela, ani nie podjęto działań w stosunku do donatorów, pomimo że Hamas uznawany jest za organizację terrorystyczną przez wiele państw, z wyłączeniem m.in. Szwajcarii, Rosji i Chin.

Z badań przeprowadzonych przez PANews wynika, że 40% chińskich respondentów deklaruje chęć inwestowania w Bitcoina, a prawie 14% faktycznie to robi. Można więc przypuszczać, że wśród inwestorów mamy nadreprezentację Chińczyków.

Kilka lat temu, również na próbie około 40 transakcji, opierających na kwotę ok. 1 miliona dolarów, spekulowano że Bank of China oraz HSBC (w Hong Kongu), wykorzystywane były do finansowania Hamasu.

Już wtedy izraelska służba kontrwywiadu Szin Bet, prześledziła transakcje członków Hamasu — środki były deponowane w Chinach. Kluczowym ustaleniem Szin Bet było zeznanie Amara Mer’i, operatora finansowego, który zajmował się przekazywaniem środków od pracowników ze Strefy Gazy do ich rodzin (zaprzestał prowadzenia działalności pod presją władz palestyńskich) oraz do członków Hamasu przebywających w więzieniach i ich rodzin (tę działalność kontynuował). Większość pieniędzy zostało przekazanych na rachunki Bank of China oraz HSBC w Hong Kongu, pojedyncze transfery do Citibanku w USA oraz na rachunki w Indiach i Turcji.

Rodzina Daniela Wultza – nastoletniego amerykańskiego Żyda, który zginął w zamachu przeprowadzonym przez Hamas w 2006 roku – zdecydowała się pozwać Bank of China. Prawnicza batalia ujawniła istnienie skomplikowanej międzynarodowej sieci finansowania palestyńskiego terroryzmu. Pozew został złożony dzięki zachętom władz Izraela, wskazywano między innymi, że chińskie władze ignorowały ostrzeżenia od władz izraelskich o wykorzystywaniu Bank of China do prania pieniędzy palestyńskich terrorystów. Pod presją Chin, Izrael wycofał się ze wspierania pozwu rodziny ofiary zamachu, a ówczesny premier Benjamin Netanjahu poinstruował podległe mu służby, aby nie zeznawały przeciwko Bank of China.

Które z państw tym razem zdecyduje się walczyć z finansowaniem palestyńskiego terroryzmu?

Źródło: hamodia.com/własne

Fot. Pixabay

Skrajnie prawicowe niemieckie ugrupowanie tzw. „obywatele Rzeszy” stwarzają coraz większe zagrożenie dla integralności i prawidłowego funkcjonowania Niemiec.

Liczba “obywateli Rzeszy” w RFN znacznie wzrasta

Według informacji berlińskiego rządu, w Niemczech jest znanych już 19 tys. tzw. „obywateli Rzeszy” i innych osób nieuznających państwowości Niemiec. 950 z nich klasyfikowanych jest jako „prawicowi ekstremiści” – jak wynika z odpowiedzi federalnego MSW na interpelację Zielonych w Bundestagu. Jest to dość ogólny szacunek, ponieważ wymieniona liczba skrajnie prawicowych „obywateli Rzeszy” odpowiada dokładnie odsetkowi 5 proc. tej grupy.

„Obywatele Rzeszy” negują prawne podstawy istnienia dzisiejszej Republiki Federalnej, uważając ją za twór obcych mocarstw służący „indywidualnemu uciskowi”, odrzucają konstytucję i odmawiają urzędom i sądom kompetencji i prawnej legitymacji.

Federalny Urząd Ochrony Konstytucji w roku 2017 podał liczbę około 16,5 tys. „obywateli Rzeszy”, rok wcześniej 10 tys. Poważny wzrost ich liczby niemiecki kontrwywiad tłumaczy głębszemu rozpoznaniu i wyjaśnieniu tego zjawiska. Oznacza to, że ludzi tych wcale nie przybywa – po prostu władzom znanych jest coraz więcej takich przypadków.

Ekspertka Zielonych ds. polityki wewnętrznej Irene Mihalic jest innego zdania. Twierdzi ona, że liczba „obywateli Rzeszy” knujących plany politycznego przewrotu wciąż rośnie. Krytykuje ona, że rejestracja dokonywanych przez nich czynów karalnych i rozpoznanie potencjału zagrożenia z ich strony jest jeszcze w powijakach, mimo że ugrupowania te bliżej obserwowane są od dwóch lat.

Prokurator generalny Niemiec ostrzega przed “obywatelami Rzeszy”

Tak zwani Obywatele Rzeszy mogą stwarzać zagrożenie terrorystyczne, twierdzi prokurator generalny Niemiec Peter Frank. Ta ocena nie odnosi się do całego ruchu, lecz do jego części, która może okazać się groźniejsza, niż do tej pory uważano. Skrajne skrzydło tego ugrupowania nie tylko nie uznaje Republiki Federalnej Niemiec, ale także “gotowe jest wystąpić zbrojnie przeciwko państwu niemieckiemu i jego organom”, powiedział Frank w wywiadzie dla “Badische Neusten Nachrichten”. „Mamy na oku pewną grupę “obywateli Rzeszy”, z której, jak sądzimy, może wykluć się komórka terrorystyczna” – powiedział Frank.

W odróżnieniu od klasycznych terrorystów tzw. Reichsbürger, “obywatele Rzeszy”, stoją na stanowisku, że Rzesza Niemiecka istnieje nadal w granicach z 1937 roku, a powojenna Republika Federalna Niemiec jest jedynie spółką prawa handlowego założoną przez aliantów.

Przez długi czas traktowano ich jako mniej lub bardziej nieszkodliwych wariatów. Sytuacja zmieniła, kiedy jeden z członków tego ruchu zastrzelił w Georgensmünd pod Norymbergą policjanta i zranił trzech innych. Z tego względu od listopada 2016 roku “obywatele Rzeszy” są obserwowani przez niemiecki kontrwywiad i inne służby.

„Obywatele Rzeszy” chcieli stworzyć oddziały partyzanckie

Niemieckie władze podejrzewają, że grupa tzw. „obywateli Rzeszy” próbowała zaopatrzyć się w broń i stworzyć oddziały partyzanckie. Według ustaleń dziennikarzy stacji radiowo-telewizyjnej MDR grupa “obywateli Rzeszy” planowała utworzenie magazynów broni i żywności. Powodem rewizji w ich domach była informacja, że organizują większe spotkanie w sprawie utworzenia oddziałów partyzanckich – ustalili dziennikarze MDR. Z uzyskanych przez służby specjalne informacji nie wynikało jednak gdzie dokładnie miałoby się odbyć to tajne spotkanie. Stąd też szeroko zakrojone rewizje w trzech krajach związkowych RFN. Prokuratura Federalna poinformowała, że wobec grupy “obywateli Rzeszy” istnieje podejrzenie, że dążą oni do obalenia konstytucyjnego porządku prawnego RFN i zastąpienia go nową państwową strukturą.

„Obywateli Rzeszy” w RFN z dostępem do broni

Najwięcej „obywateli Rzeszy” mieszka w Bawarii (3500), Badenii-Wirtembergii (2500), Nadrenii Płn.- Westfalii (2200), Dolnej Saksonii (1400) i Saksonii (1300). Jak twierdzi „Focus”, grupa posiadających broń „Obywateli Rzeszy” we wschodnich Niemczech ma nawet zamiar utworzyć własną armię. Służby bezpieczeństwa zadają się potwierdzać te doniesienia.

Władze zaniepokojone są tym, że wielu „obywateli Rzeszy” posiada legalną oraz nielegalną broń. Około tysiąca z nich dysponuje pozwoleniami na posiadanie jednej lub kilku sztuk broni. W Saksonii-Anhalt mieszka np. samozwańczy „król Niemiec”, nazywający się w rzeczywistości Peter Fitzek, panujący we własnym królestwie, z własną walutą. Nie uznając organów państwowych „obywatele Rzeszy” dopuszczają się częstokroć ataków z użyciem siły na przedstawicieli instytucji państwowych. Niektórzy z nich swoje nieruchomości i grunty uważają za własne państwo i zabraniają wstępu tam funkcjonariuszom władzy państwowej.

Bawarska policja w żałobie

W Norymberdze odbyło się nabożeństwo żałobne za 32-letniego policjanta zastrzelonego w pobliskim Georgensgmünd przez 49-letniego członka ruchu “obywateli Rzeszy”, któremu policjanci chcieli odebrać posiadaną przez niego legalnie broń, ponieważ jego postawa polityczna stanowiła, zdaniem władz, przesłankę do odebrania mu pozwolenia.

Szef bawarskiego MSW Joachim Herrmann (CSU) przypomniał zasługi zastrzelonego funkcjonariusza, który był członkiem jednostki specjalnej policji (SEK). Jak powiedział: “śmiertelne strzały oddane w jego kierunku są atakiem na nasze wartości, na państwo prawa, na nas wszystkich”. Powinny być one powodem do “wystąpienia z całą surowością przeciwko tzw. “obywatelom Rzeszy”, którym należy odebrać całą posiadaną przez nich broń”.

“Obywatele Rzeszy” w szeregach niemieckiej policji

Niemieckie media donoszą, że także w szeregach policji są członkowie i sympatycy tego skrajnie prawicowego ruchu. Liczba postępowań dyscyplinarnych przeciwko policjantom podejrzewanym o sprzyjanie skrajnie prawicowej organizacji “obywateli Rzeszy” zwiększyła się wielokrotnie w krótkim czasie na obszarze całych Niemiec. Doniosła o tym monachijska gazeta “Süddeutsche Zeitung”. Jej redakcja zwróciła się z tym zapytaniem do ministrów spraw wewnętrznych niemieckich krajów związkowych. Z udzielonych przez nich informacji wynika, że w tej chwili prowadzi się postępowanie wyjaśniające w 15 przypadkach. Najwięcej w Bawarii, gdzie ujawniono właśnie szóstego policjanta związanego, jak się podejrzewa, z ruchem. Z tego samego powodu zwolniono dyscyplinarnie ze służby innego, 26-letniego policjanta w tym samym landzie.

W Saksonii-Anhalt prowadzi się obecnie cztery postępowania dyscyplinarne przeciwko policjantom podejrzewanym o członkostwo w ruchu. Trzech z nich zwolniono już ze służby. W Nadrenii Północnej-Westfalii trwa śledztwo w dwóch nowych przypadkach, obok dwóch innych ujawnionych wcześniej. Jednego policjanta zwolniono ze służby w Berlinie, a policja federalna prowadzi w tej chwili dwa postępowania dyscyplinarne w sprawie o przynależność lub sympatyzowanie jej dwóch funkcjonariuszy z ruchem.

Jak pisze “Süddeutsche Zeitung”, zdaniem niemieckiego kontrwywiadu tylko kilkaset osób z ruchu “Obywateli Rzeszy” ma być aktywna w organizacjach neonazistowskich. Dotyczy to zwłaszcza działaczy tzw. “Emigracyjnego Rządu Rzeszy”. Trudno jest ocenić prawdziwość tych danych. Z ankiety przeprowadzonej przez agencję prasową DPA w landowych ministerstwach spraw wewnętrznych oraz organach bezpieczeństwa wynika, że w ruchu “Obywateli Rzeszy” aktywnie uczestniczy w całych Niemczech przynajmniej 1100 osób. Ale i ta liczba nie jest pewna, bo oparto ją na informacjach pochodzących tylko z dziewięciu landów, a jest ich w RFN szesnaście.

Zaostrzyć procedury zatrudniania w Policji

Pięciu funkcjonariuszom policji we Frankfurcie nad Menem postawiono zarzut podżegania do nienawiści. Dziennik „Frankfurter Rundschau” pisze: „W przeszłości niemiecka policja wywoływała raz po raz podobne skandale, które trafiały na nagłówki gazet. Jak miało to miejsce w przypadku morderstw NSU, kiedy prowadzono śledztwo wyłącznie przeciwko rodzinom ofiar. Albo w Saksonii, kiedy logo specjalnych służb ministerstwa spraw wewnętrznych przypominało symbolikę nazistowską. Nie da się pominąć niewygodnych pytań, jak dalece (…) policja popiera autorytarne postawy, ducha korporacyjnego i rasizm. Dlatego pilnie w kształceniu policjantów trzeba skoncentrować się na umiejętności samorefleksji, krytyki i sprzeciwu. Policja potrzebuje też neutralnych pełnomocników, do których może się zwrócić z pełnym zaufaniem każdy funkcjonariusz, który zauważył sytuacje budzące wątpliwości”.

Dziennik „Hessische Niedersaechsische Allgemeine” z Kassel jest zdania, że „pojawia się teraz pytanie, czy ci funkcjonariusze byli już neonazistami, zanim przyjęto ich do służb policyjnych, czy ulegli radykalizacji w trakcie służby. Obie sytuacje są możliwe i obie fatalne. W ten sposób zajście z Frankfurtu, którego zasięg oraz skutki długo jeszcze trudno będzie oszacować, pokazuje że trzeba zaostrzyć procedury zatrudniania w policji, więcej zainwestować w kształcenie, a ksenofobia, rasizm i prawicowy ekstremizm nie mogą być tematami tabu”.

„Policjanci podczas służby stykają się regularnie z grupami zmarginalizowanymi, wśród których nierzadko znajdują się migranci – pisze „Mitteldeutsche Zeitung” z Halle. „Jeśli doświadczenia te nie zostaną przerobione, mogą zamienić się w ksenofobię. Przy tym stróże porządku publicznego są raczej wrogo postrzegani przez środowiska lewicowe. W konsekwencji tego wielu policjantów czuje się lepiej wśród prawicy. Zastanawiający trend. Co zatem można zrobić? Władze powinny dokładniej przyglądać się kandydatom pod kątem poglądów politycznych. Przełożeni muszą zatroszczyć się o to, by funkcjonariusze mogli odpowiednio uporać się z udziałem w akcjach. A przy niewłaściwym zachowaniu nie może być mowy o duchu korporacyjnym”.

Z kolei „Koelner Stadt-Anzeiger” stwierdza, że „otwartą jest kwestia, dokąd dokładnie prowadzi dochodzenie przeciwko pięciu frankfurckim policjantom. Pewne jest, że nie jest to pierwszy przypadek tego typu. Jeśli służby bezpieczeństwa podatne są na ekstremizm, to na ten prawicowy (…) Demokratyczne państwo prawa potrzebuje stróży, którzy wyznają jego wartości”.

Dziennik „Suedkurier” z Konstancji komentuje: „Szokujące. Akurat ci funkcjonariusze, którzy w przypadku zagrożenia przemocą powinni chronić obywateli, sami stają się sprawcami i schodzą na neonazistowskie manowce. Gwaranci państwa prawa stają się jego przeciwnikami. Problem ten ujawniły już podobne przypadki w Saksonii. Stało się teraz jasne, że nie jest to problem czysto wschodni, lecz może on wystąpić także w wielokulturowym mieście, takim jak Frankfurt. Teraz jest to sprawa pracodawcy – heskiego ministerstwa spraw wewnętrznych prowadzonego przez CDU. A że rządzą z nimi Zieloni, presja jest jeszcze większa”.

„Obywatel Rzeszy” w Bundeswehrze – prawdziwe zagrożenie

W ostatnim czasie wybuchł nowy skandal wokół elitarnej jednostki Bundeswehry. Chodzi o przenikanie armii przez skrajną prawicę. Bundeswehra zawiesiła w obowiązkach podpułkownika elitarnej jednostki KSK. Jest on podejrzany o szerzenie w mediach społecznościowych treści skrajnie prawicowych – powiedziała rzeczniczka armii. Dochodzenie w tej sprawie prowadzi niemiecki kontrwywiad wojskowy MAD. Okazuje się, że kontrwywiad już wcześniej zwrócił uwagę na podejrzanego podpułkownika. – Jego przełożony zdecydował o podjęciu środków dyscyplinarnych – powiedział rzecznik MAD. Podejrzany został zawieszony w obowiązkach służbowych i ma zakaz noszenia munduru.

Jak donosi magazyn „Der Spiegel” podpułkownik zwrócił na siebie uwagę postami, jakie zamieszczał w zamkniętej grupie na Facebooku, a które odzwierciedlały ideologię „Obywateli Rzeszy”. W ubiegłym roku w Bundeswehrze zostało zdemaskowanych czterech prawicowych ekstremistów. Kontrwywiad wojskowy MAD zaklasyfikował ponadto trzech żołnierzy jako islamistów – powiedział rzecznik MAD. We wszystkich przypadkach wszczęto postępowania dyscyplinarne lub personalne, a „znaczna większość” tych osób opuściła już armię – poinformował rzecznik, potwierdzając doniesienia gazet grupy medialnej Funke.

„Obywatele Rzeszy” w Bundeswehrze to prawdziwe zagrożenie – mówi polityk Zielonych i ekspertka ds. obronności Agnieszka Brugger. – Ludzie, którzy zaprzeczają istnieniu Republiki Federalnej, nie mogą mieć dostępu do broni i szkolenia wojskowego – dodała. „Obywatele Rzeszy” nie mogą zasilać szeregów Bundeswehry, a tym bardziej jej elitarnej jednostki – skomentowała polityk Zielonych.

W ubiegłym rok MAD odnotował 270 przypadków podejrzenia o prawicowy ekstremizm. W 2017 roku. tych przypadków było aż 379. Ponadto w 20 z nich podejrzewano żołnierzy o upowszechnianie ideologii „Obywateli Rzeszy” (w 2017 roku – 36 przypadków).

Według danych MAD lekko wzrosła za to liczba przypadków żołnierzy podejrzanych o islamizm – z 46 w 2017 r. do 50 z 2018. Liczba przypadków dotyczących cudzoziemskich organizacji ekstremistycznych wzrosła z 22 do 35, a lewicowego ekstremizmu zmalała z 12 do 2.

Źródło: DW

Fot. Pixabay

Irańskie siły bezpieczeństwa oskarżają niewinnych pracowników naukowych o to, że są szpiegami. Oskarżenia mają na celu ukrycie własnych porażek i niepewności.

W ubiegłym roku irańskie siły bezpieczeństwa aresztowały irańsko-australijskiego naukowca Meimanata Hosseini-Chavoshiego szanowanego socjologa na Uniwersytecie w Melbourne, podczas jego próby opuszczenia Iranu. Na przesłuchanie został wezwany kolega zatrzymanego Mohammed Dżalala Abbasi-Shavazi, profesor na teherańskim Uniwersytecie, a także dyrektor Narodowego Instytutu Badań Ludności.

Irańska państwowa agencja informacyjna IRNA powiedziała, że Hosseini-Chavoshi i Abbasi-Shavazi, którzy wcześniej prowadzili badania socjologiczne w Iranie, zostali oskarżeni o “szpiegostwo” i naruszenia w „obszarze kontroli populacji”. Irańskie media podały, że naukowcy rzekomo fałszują statystyki dotyczące wskaźnika płodności w Iranie, próbując ukryć “kryzys demograficzny”.

Kontrola ludności stała się drażliwą kwestią w Iranie od czasu, gdy najwyższy przywódca Ajatollah Ali Chamenei wezwał do zwiększenia populacji w swoim kluczowym wystąpieniu w 2012 roku, uznając irańską politykę antykoncepcyjną za pomyłkę. Pod jego przywództwem państwo stara się zachęcić Irańczyków do posiadania jak największej liczby dzieci w celu zwiększenia populacji kraju z około 81 do 150-200 milionów w najbliższej przyszłości.

Wspólna książka Abbasi-Shavaziego i Hosseiniego-Chavoshi dotycząca wyzwań demograficznych w kraju pod tytułem “The Fertility Transition in Iran” zdobyła nagrodę International Book of the Year, przyznaną przez Ministerstwo Kultury i Islamskiego Przewodnictwa, w 2010 roku. W kolejnych latach obaj naukowcy utracili zaufanie władz z powodu rozbieżności między ich zaleceniami politycznymi dotyczącymi zarządzania płodnością, a oficjalną decyzją o podwojeniu populacji Iranu.

Kiedyś uznawani za cenionych ekspertów, teraz nazywani przez państwo “szpiegami” i określani jako “zagrożenie” bezpieczeństwa narodowego, tylko dlatego, że ich naukowe odkrycia i opinie wydają się nie zgadzać z rządowymi planami politycznymi.

Manufaktura szpiegów

Irański aparat bezpieczeństwa i wywiadu ciężko pracuje, aby zapobiec zagranicznemu szpiegostwu. Kradzież na początku 2018 roku ogromnego archiwum irańskich planów nuklearnych przez powiązanych z Izraelem agentów nie byłaby możliwa bez zagranicznej infiltracji.

Jednak kampania Islamskiej Republiki przeciwko infiltracji i szpiegostwu, która rozpoczęła się po ostrzeżeniu Ajatollaha Chameneiego w listopadzie 2015 roku, osiągnęła nadzwyczajne rozmiary, prowadząc do czegoś, co można by nazwać produkcją szpiegów do celów politycznych.

Oskarżenie naukowców i ekspertów, takich jak Hosseini-Chavoshi i Abbasi-Shavazi o bycie “szpiegami”, ponieważ mają poglądy sprzeczne z ideologią państwa i oficjalną polityką, nie jest niczym niezwykłym w dzisiejszym Iranie.

Na przykład Kaveh Madani, wysoce utalentowany pracownik naukowy Imperial College London i były zastępca szefa irańskiego Departamentu Środowiska, został zmuszony do opuszczenia Iranu w kwietniu ubiegłego roku, z obawy, że zostanie nazwany przez Iran “infiltratorem” lub „szpiegiem” i trafi do więzienia. “Ludzie z wywiadu w Iranie … są bardzo wyczuleni na zagranicznych ekspertów, którzy zbytnio zbliżają się do decydentów i zdobywają ich zaufanie”, powiedział Madani. “Staje się to problematyczne, zwłaszcza, gdy odkrycia lub opinie badacza z zagranicy są w konflikcie z narracyjnymi i ideologicznymi przekonaniami Islamskiej Republiki”. Dodał, że członkowie irańskiej konserwatywnej wspólnoty bezpieczeństwa i wywiadu obawiają się, że irańscy eksperci z zagranicznymi powiązaniami mogą próbować przekonać decydentów najwyższego szczebla w Iranie do przeprowadzenia poważnych reform.

W styczniu 2018 roku Kavous Seyed-Emami, irańsko-kanadyjski profesor socjologii politycznej na Uniwersytecie imama Sadiqa, który był doradcą na Uniwersytecie w Teheranie, został zatrzymany pod zarzutem szpiegowania pod płaszczykiem aktywizmu ekologicznego. Pasjonował się ekologią i był w zarządzie Persian Wildlife Heritage Foundation, organizacji pozarządowej zajmującej się ochroną środowiska, którą pomógł uruchomić.

Seyed-Emami niespodziewanie zmarł w więzieniu Evin w Teheranie wkrótce po zatrzymaniu. Abbas Jafari-Dolatabadi, prokurator generalny Teheranu, powiedział, że naukowiec “popełnił samobójstwo po przyznaniu się do zbrodni podczas pobytu w więzieniu”. Oskarżenia o szpiegostwo i twierdzenie, że popełnił samobójstwo, zostały odrzucone przez jego rodzinę i kolegów. “Mój tata głosował w każdym cyklu wyborczym, promował aktywne uczestnictwo, stanowczo przeciwstawiał się wojnie i sankcjom, troszczył się autentycznie o Iran, jego środowisko i ludzi”, powiedział jego syn Mehran.

Zmarły w więzieniu profesor w rozmowach sądził, że sankcje USA i UE przeciwko Teheranowi, są “nieprzydatne i nieuzasadnione”. Co więcej, publicznie mówił o zagranicznych zagrożeniach przeciwko Iranowi już w marcu 2017 roku. Podkreślał także potrzebę wzmocnienia irańskich “zdolności obronnych”, aby powstrzymać ewentualne działania wojskowe.

Kiedy jednak siły bezpieczeństwa zdecydowały, że jest “szpiegiem”, patriotyzm Seyeda-Emami okazał się niewystarczający, by uratować mu życie.

Kozły ofiarne”

W niektórych przypadkach określenie wybranych irańskich naukowców jako “szpiegów” nie jest oparte nawet na różnicach ideologicznych, w stosunku do władz tego kraju. Czasami irański aparat bezpieczeństwa wydaje się używać niewinnych naukowców jako „kozłów ofiarnych”, aby ukryć własne potknięcia. Wiadomo też, że oskarżają naukowców, którzy nie chcą szpiegować dla Teheranu.

Przypadek Ahmada Reza Jalali, irańsko-szwedzkiego lekarza medycyny i wykładowcy z Instytutu Karolinska w Sztokholmie, który został aresztowany w kwietniu 2016 roku, a następnie skazany na śmierć za szpiegostwo na rzecz Izraela, może być tego przykładem.

W grudniu 2017 roku Irańska telewizja państwowa wyemitowała program, w którym Jalali, wcześniej pracujący nad projektem dla irańskiego Ministerstwa Obrony, przyznał się do przekazania informacji zagranicznemu wywiadowi na temat irańskich naukowców pracujących przy projekcie nuklearnym.

Jego rodzina, zwolennicy i kilka międzynarodowych organizacji pozarządowych sądzi, że Jalali został zmuszony do przeczytania tego oświadczenia. Później sam Jalali wysłał nagranie dźwiękowe z więzienia Evin, twierdząc że zeznania na nim wymuszono.

Jego żona, Vida Mehrannia, sądzi, że państwo wykorzystało męża jako kozła ofiarnego, po to by ukryć incydenty bezpieczeństwa, które pozwoliły Mossadowi w latach 2010-2012 zamordować kilku ważnych naukowców z dziedziny jądrowej.

“Państwo prześladuje niewinną osobę i nazywa ją przestępcą usprawiedliwiając incydenty bezpieczeństwa i potknięcia wywiadu, które doprowadziły do zamachu na naukowców nuklearnych” – powiedziała – “czas rzekomych działań szpiegowskich Ahmada Rezy nawet nie pasuje logicznie do tych zabójstw”. Dodała, że skazując męża na śmierć, państwo „terroryzuje naukowców współpracujących z organizacjami państwowymi w celu osiągnięcia ich pełnego posłuszeństwa”. Pod koniec 2017 roku Jalali stwierdził w liście, który napisał w więzieniu Evin, że został uwięziony po tym, jak odmówił szpiegowania dla irańskich służb wywiadowczych.

Jalali nie jest jedynym naukowcem, który twierdził, że był celem ataku za odmowę pracy dla irańskiego wywiadu. Hamid Babaei, irański doktorant finansów na Uniwersytecie w Liege w Belgii, twierdził również, że został osadzony w więzieniu za odmowę działania jako informator dla irańskiego Ministerstwa Wywiadu. Babaei został skazany na 6 lat więzienia w grudniu 2013 roku za rzekome “działanie przeciwko bezpieczeństwu narodowemu poprzez komunikowanie się z wrogim rządem”.

Inni irańscy eksperci i zagraniczni specjaliści posiadający podwójne obywatelstwo, których w ostatnich latach podejrzewano o “szpiegostwo”, “infiltrację” lub “miękką dywersję” to; Abbasa Edalata, profesor matematyki w Imperial College London; Omid Kokabee, fizyk laserowy z University of Texas; Kamiar i Arash Alaei, lekarze oraz znani na całym świecie specjaliści od AIDS; Haleh Esfandiari, były dyrektor programu na Bliskim Wschodzie w Woodrow Wilson Center; Homa Hoodfar, irańsko-kanadyjski antropolog; Kian Tajbakhsh, irańsko-amerykański badacz urbanistyki; i Ramin Jahanbegloo, irańsko-kanadyjski filozof.

Ciągła kampania irańskiego establishmentu przeciwko naukowcom z zagranicznymi afiliacjami jest odbiciem stale rosnącej percepcji zagrożeń i ciągłej niepewności. W obliczu zwiększającej się presji zagranicznej i pogłębiania się podziałów wewnątrz państwa irańskie siły bezpieczeństwa produkują “szpiegów” nie tylko po to, by usprawiedliwić własne niepowodzenia, ale także by uspokoić obawy związane z poglądami naukowymi, które mogą potencjalnie podważyć polityczne i ideologiczne filary Islamskiej Republiki.

Źródło: Aljazeera

Fot. Pixabay

W 2014 roku, dwa tygodnie po odejściu ze stanowiska analityka wywiadu amerykańskiej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego Lori Stroud była na Bliskim Wschodzie pracując jako haker dla Arabii Saudyjskiej. Dołączyła do projektu „Raven” i tajnego zespołu, w skład którego weszło ponad tuzin byłych amerykańskich agentów wywiadu, zatrudnionych by pomagać Zjednoczonym Emiratom w inwigilacji innych rządów, bojowników i działaczy praw człowieka krytycznych wobec monarchii.

Stroud i jej zespół, działający w przekształconej rezydencji w Abu Zabi, nazywanej wewnętrznie jako “Willa”, używali metod wypracowanych w społeczności wywiadowczej USA, aby pomóc ZAE włamać się do telefonów i komputerów swoich wrogów.Stroud została zwerbowana przez niewielką firmę zajmującą się cyberbezpieczeństwem z Maryland, by pomóc Emiratom w programie cyber operacji szpiegowskich „Raven”. W 2016 roku przeniesiono projekt do firmy o nazwie DarkMatter w ZEA. Wkrótce Stroud i inni Amerykanie zaangażowani w niego stwierdzili, że misja przekroczyła czerwoną linię: bo jej celem jest obserwowanie Amerykanów.

Historia projektu „Raven” pokazuje, w jaki sposób byli pracownicy amerykańskiej instytucji rządowej wykorzystują najnowocześniejsze narzędzia hackerskie w imieniu zagranicznego wywiadu, który szpieguje działaczy na rzecz praw człowieka, dziennikarzy i rywali politycznych.

Techniki inwigilacyjne wykorzystywane przez NSA były kluczowe dla ZEA w zakresie monitorowania przeciwników. Celem wywiadu nie byli obywatele Emiratów. Wykorzystano arsenał narzędzi cybernetycznych, w tym najnowocześniejsze  szpiegowskie znane jako „Karma”. Uczestnicy programu „Raven” twierdzili, że włamali się za pomocą tego oprogramowania do iPhone’ów setek działaczy, przywódców politycznych i podejrzanych o terroryzm.

“Karma” jest narzędziem, które może zdalnie przyznać dostęp do iPhone’ów, po prostu przesyłając numery telefonów lub konta e-mail do automatycznego systemu kierowania. Narzędzie ma ograniczenia – nie działa na urządzeniach z Androidem i nie przechwytuje połączeń telefonicznych. Jest to jednak niezwykle silne narzędzie, ponieważ, w odróżnieniu od wielu exploitów, “Karma” nie wymaga od celu kliknięcia łącza przesłanego do iPhone’a.

W latach 2016 i 2017 “Karma” była używana do uzyskiwania zdjęć, wiadomości e-mail, wiadomości tekstowych i informacji o lokalizacji z iPhone’ów .  Technika ta pomogła również hakerom zbierać zapisane hasła, które można wykorzystać do innych włamań.

Nie jest jasne, czy hak “Karmy” pozostaje w użyciu. Byli operatorzy powiedzieli, że do końca 2017 roku aktualizacje zabezpieczeń oprogramowania iPhone’a firmy Apple spowodowały, że Karma była znacznie mniej skuteczna. 

Jednak uważa się, że tylko około 10 krajów, takich jak Rosja, Chiny i Stany Zjednoczone oraz ich najbliżsi sojusznicy, są w stanie rozwinąć taką broń – powiedział Michael Daniel, odpowiedzialny w przeszłości za bezpieczeństwo w Białym Domu za prezydentury Obamy.

“Karma” i podobne narzędzia sprawiają, że urządzenia osobiste, takie jak iPhone’y, są najbardziej pożądanymi celami , powiedział Patrick Wardle, były pracownik Agencji Bezpieczeństwa Narodowego i ekspert od bezpieczeństwa Apple.

Rząd ZEA zakupił Karmę od dostawcy spoza kraju. Karma opiera się, przynajmniej częściowo, na lukach systemu komunikacyjnego Apple, iMessage. Luka pozwalała na wszczepienie złośliwego oprogramowania w telefonie przez iMessage umożliwiając hakerom nawiązanie połączenia z urządzeniem. Nawet jeśli właściciel telefonu nie użył programu iMessage.

Różne doniesienia podkreślają trwający wyścig zbrojeń cybernetycznych na Bliskim Wschodzie, ponieważ Emiraty i inne kraje próbują zgarnąć broń i personel szybciej niż ich rywale. Historia „Raven” pokazuje w nowym świetle rolę dawnych amerykańskich funkcjonariuszy w zagranicznych operacjach hackerskich. W amerykańskiej społeczności wywiadowczej, podjęcie pracy w innym kraju w charakterze funkcjonariusza jest postrzegane przez niektórych jak zdrada. “Istnieje obowiązek moralny, jeśli jesteś byłym oficerem wywiadu, który staje się faktycznie najemnikiem dla obcego rządu” – powiedział Bob Anderson, który pełnił funkcję asystenta dyrektora Federalnego Biura Śledczego do 2015 roku.

Chociaż udostępnianie informacji niejawnych jest nielegalne, nie ma konkretnych przepisów, które umożliwiałyby zatrudnionym na kontraktach dzielenia się bardziej ogólną wiedzą o sposobach, na przykład o tym, jak zwabić cel za pomocą zainfekowanego e-maila.

Zasady są jednak oczywiste w przypadku hakowania sieci w Stanach Zjednoczonych lub kradzieży korespondencji Amerykanów “Byłoby to bardzo nielegalne” – powiedziała Rhea Siers, była zastępczyni dyrektora ds. Polityki w NSA. Hackowanie Amerykanów było ściśle utrzymywane w tajemnicy, nawet w „Raven”.

FBI aktualnie bada, czy amerykańscy pracownicy „Ravena” ujawnili amerykańskie techniki inwigilacji i czy nielegalnie atakowali amerykańskie sieci komputerowe – twierdzą byli pracownicy „Raven”, z którymi rozmawiały federalne organy ścigania. Stroud powiedziała, że współpracuje w tym zakresie ze śledczymi. Żadne zarzuty nie zostały postawione i możliwe, że nie zostaną. Rzeczniczka FBI odmówiła komentarza w tej sprawie.

Źródło: Reuters

Fot. Pixabay

Nadpisanie nagrań z Pałacu Prezydenckiego, które mogły być dowodem w sprawie Stefana W. po zaledwie miesiącu świadczy o nie najlepszej analizie ryzyka i dopasowaniu do niej urządzeń rejestracyjnych we wspomnianym obiekcie.

Gazeta Wyborcza w dniu 24 stycznia 2019 roku w artykule pt. „Nie ma zapisów z kamer Pałacu Prezydenckiego, które miały nagrać Stefana W. Dane zostały nadpisane”, donosi, że śledczy próbują zweryfikować, czy zabójca prezydenta Gdańska, Stefan W., próbował wedrzeć się na teren Pałacu Prezydenckiego w Warszawie. Materiał z kamer został jednak nadpisany, bo jest przechowywany jedynie przez miesiąc” – stwierdzono w artykule. Cała sytuacja została poprzedzona informacjami podanymi przez PAP z których wynikało, że Stefan W. miał zamiar pozbawienia życia Prezydenta RP. Była to informacja tyleż ciekawa co niesprawdzona. Jak się okazuje prokuratura dopiero teraz próbuje ją zweryfikować m.in. w oparciu o monitoring wizyjny miejski i Pałacu Prezydenckiego. Bo jak się wydaje nie dała wiary wyjaśnieniom SOP, że żadnego incydentu bezpieczeństwa nie odnotowano. SOP nie wyjaśnił również opinii publicznej dlaczego dane rejestrowane przez kamery są przechowywane jedynie przez miesiąc. Nawet Kodeks pracy umożliwia każdemu pracodawcy przechowywanie utrwalonych w ten sposób danych przez trzy miesiące. Miesiąc to stanowczo za krótko dla tego typu obiektu. Świadczy to o nie najlepszej analizie ryzyka i dopasowaniu do niej urządzeń rejestracyjnych. To nieprofesjonalne. Powstaje też naturalnie pytanie dlaczego nie były tworzone kopie zapasowe z rejestratorów, co stanowi rudyment ochrony informacji?

Nagrania z kamer nie są jednak jedynym źródłem informacji, po które powinna sięgnąć prokuratura w celu sprawdzenia czy Stefan W. mówi prawdę. Przypominamy o tym prokuraturze, bo nie chcemy aby utrwaliło się przekonanie, że skoro brak jest nagrań wideo, to tym gorzej dla faktów, bo coś mogło być na rzeczy.

System ochrony obiektu powinien być dostosowany do wszystkich typów zidentyfikowanych zagrożeń́, tak naturalnych, jak i intencjonalnych oraz technicznych. Mamy nadzieję, że właśnie tak zorganizowana została ochrona Pałacu Prezydenckiego.

Na tym obiekcie powinno funkcjonować centrum dowodzenia i koordynacji ochrony fizycznej, wyposażone w zintegrowany system informowania (telewizja przemysłowa, System Sygnalizacji Włamania i Napadu, System Kontroli Dostępu) o wszelkich stanach anormalnych zaistniałych w strefach ochrony. SSWiN stosuje się̨ w celu wykrycia i rejestracji prób nielegalnego wejścia do stref ochrony, wybranych obszarów. Oparte są na urządzeniach: wykrywających ruch w strefie objętej ich działaniem, sygnalizujących otwarcie drzwi, sygnalizujących wypełnienie otworów budowlanych, sygnalizujących uszkodzenie powierzchni szklanych, ostrzegających o zagrożeniach (przyciski alarmowe). Na obiekcie chronionym ogrodzenia powinny współpracować nie tylko z systemami telewizji przemysłowej, pozwalającymi na obserwację ogrodzenia zewnętrznego oraz wszystkich wejść i wyjść ze stref ochrony, ale również z systemami wykrywania i sygnalizacji włamania, pozwalającymi na jak najwcześniejsze wykrycie prób sforsowania ogrodzenia zewnętrznego obiektu oraz z oświetleniem.

Zintegrowany system ochrony, który niewątpliwie powinien istnieć w tak ważnym obiekcie pozwala nie tylko na podejmowanie szybkich decyzji i działań́ zmierzających do neutralizacji ewentualnych zagrożeń, ale także na rejestrację oraz magazynowanie – dla celów dowodowych i analitycznych, negatywnych zdarzeń z wymienionych systemów, niezależnie od materiału wideo utrwalonego przy pomocy telewizji przemysłowej.

Fot. Wikipedia

Ukraińska Agencja Bezpieczeństwa (SBU) podczas konferencji prasowej w Kijowie ogłosiła, że przejęła manifesty pasażerskie rosyjskich samolotów przewożących najemników pracujących dla Grupy Wagnera. Jest to słynna rosyjska prywatna firma wojskowa (PMC). W manifestach obejmujących loty z Rosji do kilku miejsc w Afryce i na Bliskim Wschodzie w drugiej połowie 2018 roku, jest mowa o łącznie 1012 najemnikach.

Najistotniejszą informacją, na konferencji prasowej SBU było to, że najemnicy PMC Wagnera otrzymywali rosyjskie międzynarodowe paszporty podróżne wydawane w sekwencyjnych partiach przez to samo biuro paszportowe z siedzibą w Moskwie. „Obsługiwało” ono również fałszywe dokumenty tożsamości tajnym funkcjonariuszom GRU zaangażowanym w próbę zabójstwa Siergieja Skripala.

Bellingcat pierwszy po raz pierwszy ujawnił we wrześniu 2018 roku to, że biuro paszportowe, zwane Jednostką 770001 jest rutynowo używane do wydawania paszportów krajowych dla oficerów GRU działających „pod przykryciem”. Wśród nich znaleźli się podejrzani o otrucie w Salisbury czy oskarżeni przez Czarnogórę o rzekomą próbę zamachu stanu w 2016 roku. Ustalono też, że wspomniane biuro paszportowe wydało także rosyjskie paszporty garstce zagranicznych VIP-ów, którym świeżo nadano rosyjskie obywatelstwo, takich jak francuski aktor Gerard Depardieu.

Odkryto również, że to samo biuro wydało paszporty również rosyjskim cywilom, którzy mają powiązania z rosyjskim Ministerstwem Obrony – albo przez bezpośrednie zatrudnienie, albo przez bliskiego członka rodziny. Zarzuty SBU są znaczące, ponieważ, o ile są prawdziwe, sugerują, że rosyjski rząd nie tylko toleruje zagraniczne operacje wojskowe Wagnera (które są nielegalne zgodnie z rosyjskim prawem), ale także aktywnie angażuje się w ich przygotowywanie.

Ponadto fakt, że (poza garstką zagranicznych VIP-ów) Jednostka 770001 wydawała paszporty jedynie osobom związanym z Ministerstwem Obrony i masowo najemnikom PMC, stanowiłby najsilniejszy dowód na powiązania między Rosyjskimi Siłami Zbrojnymi, a prywatną armią realizującą nielegalne działania.

Po konferencji prasowej SBU opublikowała trzy zestawy list rzekomych najemników PMC Wagnera. Pierwsze dwie zawierały nazwiska, daty i miejsca urodzenia, a także numery paszportów krajowych i międzynarodowych szesnastu Wagnerowców, z których siedmiu miało posiadać paszport międzynarodowy wydany w jednej “serii” w 2015 roku, a kolejne dziewięć takich wydano w 2017 roku. Wszystkie listy zawierały nazwiska z miejscami urodzenia w całej Rosji, podczas gdy organ wydający paszport to zawsze Jednostka 770001 z Moskwy.

Trzecia lista, która była najdłuższa, zawierała jedynie nazwiska i daty urodzenia 149 rzekomych najemników PMC Wagnera, którzy, jak twierdzi SBU, zostali ulokowani w Sudanie pod koniec 2018 roku i na początku 2019 roku. SBU twierdzi, że pierwsze dwie listy były podzbiorami z większej listy 149 osób.

Wcześniej powiązania między PMC Wagner i GRU zostały udowodnione przez przechwyconą rozmowę telefoniczną między wysokim rangą oficerem GRU, a dyrektorem naczelnym i nom-de-guerre (pseudonim, szczególnie członka nieoficjalnej organizacji militarnej) – imiennikiem PMC, Dmitrijem Utkinem, a.k.a. “Wagner”.

Oficer GRU został wcześniej zidentyfikowany przez Bellingcat jako płk Oleg Ivannikov, członek personelu, który został ulokowany w 2014 roku na wschodniej Ukrainie i był zaangażowany w pozyskiwanie wyrzutni pocisków rosyjskich Buk, które zestrzeliły MH17.

Źródło: Bellingcat

Fot. Pixabay

Morderstwo Pawła Adamowicza pokazuje jak błędna była dotychczasowa polityka zapobiegania terroryzmowi w Polsce. Wyznaczone były fałszywe priorytety, które zamiast identyfikować zagrożenie ze strony grup skrajnie ksenofobicznych i zradykalizowanych mową nienawiści przestępców, kazały szukać terrorystów wśród uchodźców z Syrii. I chociaż rządowa propaganda chciałaby zrobić ze Stefana W. zwykłego wariata, porównanie jego charakterystyki i zachowania z przypadkami terroryzmu w Europie i na świecie, przekonuje że to jednak terrorysta.

Cofnijmy się o 3-4 lata. Walid Salihi w styczniu 2016 zaatakował z nożem rzeźnickim komisariat policji w Paryżu. Omar Mateen, pięć miesięcy później, ostrzelał uczestników imprezy, zabijając 49 osób w gejowskim klubie w Orlando. Dzień później, 13 czerwca 2016 roku, Larossi Abdalla zamordował nożem francuskiego policjanta i jego partnerkę na oczach 3 letniego dziecka. Omar Abdel Hamid El-Hussein rok wcześniej, w lutym 2015 roku, w Kopenhadze ostrzelał z karabinu kawiarnię w której odbywała się konferencja z udziałem autora karykatur Mahometa.

Ani media, ani żaden poważny ośrodek zajmujący się terroryzmem, nie miały wątpliwości, że sprawcy tych zamachów i napadów to ewidentni terroryści. W wersji, której wówczas świat najbardziej się obawiał: „samotnych wilków” – bo tak, obrażając trochę wilki, nazywano samotnie działających terrorystów. Wszyscy byli podejrzewani o kontakty z ISIS (Państwo Islamskie przypisywało sobie zresztą ich zbrodnie), lub podobne wspierające terrorystów organizacje, ale podejrzenia te nie potwierdziły się. Swój fanatyzm i radykalizm budowali w samotności. Podobnie jak samodzielnie dokonywali zamachów i przygotowywali się do nich.

Wszyscy oni, podobnie jak Amedy Coulibaly, który wziął zakładników w koszernym sklepie w Paryżu po tym jak jego wspólnicy, bracia Kouachi mordercy pracowników redakcji „Charlie Hebdo”, mieli także przeszłość kryminalną. Siedzieli w więzieniach i aresztach, albo co najmniej byli objęci śledztwem związanym z używaniem przemocy. Coulibali, bracia Kouachi, a także członkowie grupy Salaha Abdelslama (który w listopadzie 2015 roku współorganizował zamachy na paryską dyskotekę klub Bataclan, okoliczne restauracje i stadion, na którym odbywał się mecz Francja-Niemcy) byli wielokrotnie karani za rozboje i handel narkotykami.

Podobnie Anis Amri, który ciągnikiem siodłowym taranował 19 grudnia 2016 roku, jarmark świąteczny w Berlinie zabijając 12 osób, był wcześniej ścigany i skazany na 4 lata więzienia, za napady, kradzieże i podpalenia.

Co więcej, specjaliści od więziennictwa, a za nimi media, od ok. 2015 roku zaczęły ostrzegać, że coś bardzo niedobrego dzieje się we francuskich i innych europejskich więzieniach. Skazani za przestępstwa pospolite, młodzi mężczyźni, najczęściej pochodzenia bliskowschodniego, lub z Afryki Północnej, przechodzili na Islam w jego najbardziej radykalnej, fanatycznej wręcz formie. Zaniedbania w programach resocjalizacji powodowały, że aby oprzeć się presji otoczenia, osoby te szukały „odnowy” w argumentacji, która pozwalała im uwierzyć, że za ich nieudane życie odpowiadają wszyscy, w szczególności system w którym żyją, a nie oni sami.

I chociaż skuteczne formy przeciwdziałania podjęto zdecydowanie za późno, po efektach widać (w latach 2017-2018, oprócz jednego zamachu w Strasbourgu 11 grudnia 2018, którego sprawca był wcześniej 27 razy skazywany za przestępstwa pospolite), że programy zapobiegania radykalizacji więźniów i typowania tych najbardziej niebezpiecznych, zaczęły działać.

Czy wszyscy wymieni wcześniej mężczyźni różnili się bardzo od Stefana W., mordercy Prezydenta Gdańska? Niewątpliwie religią. Byli wyznawcami najbardziej radykalnych odłamów islamu. Ale już to, że byli fanatykami i nie mieli żadnych problemów z użyciem śmiercionośnej broni przeciwko innym osobom, raczej ich ze Stefanem W. łączy nie dzieli. Te same cechy mieli także Anders Breivik, zabójca z Norwegii, który zamordował jednego dnia, 22 lipca 2011 roku, 77 osób i „trójka z Zwickau”, która sama siebie nazywała „narodowosocjalistycznym podziemiem”, a w latach 1998-2007 zamordowała dziewięciu tureckich i greckich imigrantów, i przeprowadziła dwa zamachy bombowe.

Morderców z Zwickau łączy zresztą ze Stefanem W. coś jeszcze: upodobanie do napadów na banki. Tyle że oni mieli ich na sumieniu 15, podczas gdy 27 letni pasjonat sztuk walki „tylko” cztery.

Z kolei z Andersem Breivikiem łączy go podejrzenie o chorobę psychiczną. U Norwega też początkowo zdiagnozowano schizofrenię paranoidalną. Jak się później okazało – niesłusznie. Ale warto sobie przypomnieć, że wielu zamachowców, wykorzystywanych na Bliskim Wschodzie do zamachów samobójczych, to były osoby niepełnosprawne, najczęściej opóźnione umysłowo.

We współczesnym terroryzmie, granica pomiędzy tą formą przestępstw z nienawiści, a zwykłym bandytyzmem, prawie się zatarła. Jedno i drugie łączy pogarda wobec znienawidzonych polityków, urzędników, policjantów, duchownych, a nawet – i to szczególnie często – zwykłych ludzi. Łączy też brak zahamowania przed użyciem przemocy i nierzadko kompleks Herostratesa (czyli przymus zdobycia sławy za wszelką cenę).

Niestety polskie służby tego w porę nie dostrzegły. Przyjęta w czerwcu 2016 roku ustawa antyterrorystyczna widzi zagrożenie właściwie tylko w cudzoziemcach. Według niej przekraczanie granicy ma być głównym sitem do wyszukiwania terrorystów. To kolor skóry lub sposób ubierania się może być przyczyną podjęcia działań przewidzianych przez ustawę: pobrania odcisków palców, danych biometrycznych, a nawet wymazu ze śluzówki do identyfikacji kodu DNA. W przypadku poważniejszych podejrzeń dopuszczalna jest czasowa kontrola operacyjna cudzoziemca bez zgody sądu. Także rozpoznawanie radykalizacji i indoktrynacji dotyczy przede wszystkim propagandy islamskiej.

A to, że mowa nienawiści na polskich portalach społecznościowych coraz bardziej przypomina przekaz związanej z ISIS agencji propagandowej Amaq, i to że aby przeprowadzić najbardziej zaawansowany zamach trzeba najpierw zdobyć na czarnym rynku broń lub materiały wybuchowe, tak jakby umknęło uwagi ustawodawcy. Zresztą statystyki CBŚP potwierdzają, że pomimo rozszerzenia uprawnień policji, przypadków terroru kryminalnego w Polsce wcale nie zaczęło ubywać. A nawet wręcz przeciwnie.

Nazywanie przeciwników politycznych „zdrajcami” czy „Targowicą”, „komunistami i złodziejami” może wywoływać u osób mniej stabilnych emocjonalnie podobny efekt, jak oskarżanie Europejczyków o zbrodnie w czasie wypraw krzyżowych (w propagandzie dżihadu ofiary zamachów nazywa się „crusaders” czyli „krzyżowcami”) i twierdzenie, że człowiek może się prawidłowo rozwijać wyłącznie pod rządami prawa szariatu. Dlatego jeden z najważniejszych punktów programu walki z terroryzmem w Niemczech, ogłoszonego w lipcu 2016 roku przez Angelę Merkel, dotyczy uruchomienia programów mających na celu powstrzymywanie radykalizacji.

Niestety zbyt mało zostało wyciągniętych w Polsce wniosków z zabójstwa Marka Rosiaka, pracownika biura poselskiego PiS w Łodzi. Jego sprawca, taksówkarz z Częstochowy deklarował nienawiść wobec całej klasy politycznej. Już wtedy należało założyć, że cechą identyfikacyjną zagrożenia terrorystycznego nie musi być potrzeba manifestowania własnych poglądów na wielkiej imprezie. Wystarczy fanatyzm, pogarda i skłonność do stosowania przemocy.

Piotr Niemczyk: były działacz opozycyjny i więzień polityczny. Od 1990 do 1994 r. Dyrektor Biura Analiz i Informacji i Zastępca Dyrektora Zarządu Wywiadu UOP. W latach 2000-2001 doradca Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji – organizator Krajowego Centrum Informacji Kryminalnej. Wieloletni ekspert Sejmowej Komisji do Spraw Służb Specjalnych. Obecnie wykładowca w Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas w Warszawie. Autor książki o reformie służb policyjnych i specjalnych w Polsce po 2015 roku: „Szósta rano kto puka? O tym jak ojczyzna Solidarności zmienia się w państwo policyjne”.

Rosyjska ropa Urals jest obecnie droższa od ropy Brent z Morza Północnego, która stanowi punkt odniesienia dla światowych rynków naftowych. 24 stycznia pierwsza z wymienionych kosztowała 61,63 $, a druga – 61,09 $.

Zwykle to surowiec z Rosji jest tańszy od brytyjskiego. Ta różnica cenowa jest zwana dyferencjałem i stanowi swoistą premię dla polskich rafinerii przystosowanych technologicznie do efektywnego przerobu Urals.

Obecna sytuacja powoduje, że tej premii po prostu nie ma, w związku z tym należy spodziewać się dużych dostaw spot (w ramach kontraktów krótkoterminowych) z kierunków nierosyjskich do Rafinerii Gdańskiej.

Zakład Lotosu leży nad morzem co zmniejsza koszty logistyczne i pozwala korzystać z okazji na rynkach naftowych w przeciwieństwie do należących do Orlenu instalacji w Płocku, które są zależne od rosyjskiego systemu rurociągowego Przyjaźń.

Niskie ceny ropy utrzymujące się w zasadzie od 2014 r. sprzyjają kupowaniu konkretnych ładunków surowca w dobrej cenie, nawet na dużą skalę, co przekłada się na niwelowanie znaczenie długoterminowych kontraktów. To z tego powodu nowe umowy long-term polskich firm paliwowych posiadają elastyczny zakres dostaw według określonych widełek.

I kwartał 2019 r. powinien zatem wykazać niski udział rosyjskiej ropy w przerobie ropy przez Rafinerię Gdańską. Przy czym istnieje duża szansa, że działania te będą przedstawiane jako kontynuowanie dywersyfikacji dostaw ropy. Tak bywało już w poprzednich okresach gdy Urals był drogi. Tymczasem zjawisko to jest wynikiem sytuacji rynkowej.

W dalszej perspektywie Grupa Lotos będzie zainteresowana dalszym uzyskiwaniem premii finansowej z przerobu rosyjskiego Urals, a jej udział w Rafinerii Gdańskiej znów wzrośnie.

Fot. Pixabay

Holenderski rząd ma “mocne przesłanki, wskazujące na to, że Iran był zamieszany w zabójstwo dwóch członków opozycji irańskiej w Holandii w roku 2015 i 2017. Byli to obywatele holenderscy pochodzenia irańskiego”.

Holenderski minister spraw zagranicznych, Stef Blok, poinformował w liście do parlamentu uzasadniającym konieczność objęcia Iranu sankcjami unijnymi, że “wrogie czyny [władz w Teheranie – przyp. red.] rażąco łamią suwerenność Niderlandów i są niedopuszczalne”.

“Oczekuje się, że Iran będzie w pełni współpracować w usuwaniu obecnych obaw i w razie potrzeby, pomagać w dochodzeniach kryminalnych, a jeśli taka współpraca nie zostanie podjęta, dalsze sankcje nie zostaną wykluczone” – dodał Blok.

Iran w ostatnich czasach dokonał czterech zamachów terrorystycznych w Europie. Jego agenci w zeszłym roku planowali zbombardować irański wiec opozycyjny we Francji i zabić członka opozycji w Danii. Po informacjach Holandii w styczniu UE wciągnęła na listę organizacji terrorystycznych nazwiska dwóch irańskich obywateli i głównej agencji wywiadowczej Iranu. Pozwoliło to zamrozić aktywa i zakazać wjazdu do UE Assadollaha Assadiego, irańskiego dypomaty podejrzanego o udział w przygotowaniach francuskiego ataku, oraz Saeida Hashemi Moghadam, wyższego urzędnika wywiadu.

Zamrożono także aktywa irańskiego Ministerstwa Wywiadu i Bezpieczeństwa. Sankcje były pierwszymi nałożonymi przez UE od trzech lat tj. czasu uzgodnienia traktatu o kontroli broni jądrowej. W tym czasie UE zniosła sankcje na Iran w sektorze finansowym, naftowym i gazowym oraz w sektorze transportu zgodnie z tym porozumieniem. Utrzymuje jednak embargo na broń i zakaz stosowania technologii rakietowej oraz zakaz podróżowania i zamrożenie aktywów 82 Irańczyków oraz jednego podmiotu z powodu łamania praw człowieka. Nowe sankcje były “mocnym sygnałem ze strony UE”, że nie zaakceptuje wrogich działań wywiadowczych na swoim terytorium – powiedział minister spraw zagranicznych Danii, Anders Samuelsen. “UE jest zjednoczona – takie działania są niedopuszczalne i muszą mieć konsekwencje” – dodał duński premier Lars Lokke Rasmussen. Ruch UE został przyjęty z zadowoleniem przez USA. “To ważny dzień dla europejskiej polityki zagranicznej!” – powiedział na Twitterze tego samego dnia sekretarz stanu USA Mike Pompeo. “Iran i Hezbollah terroryzują Europę od 1979 roku” – dodał, odnosząc się do wspieranej przez Iran grupy bojowników w Libanie. Opublikował także mapę pokazującą 14 domniemanych irańskich ataków w krajach UE, a także w Albanii i Turcji w ciągu ostatnich 39 lat.

Reakcja Pompeo pojawiła się w wyniku różnicy zdań UE-USA po tym jak Donald Trump zerwał porozumienie z Iranem w ubiegłym roku dotyczące kontroli broni nuklearnej i zagroził sankcjami wobec firm z UE, które będą prowadziły działalność w Iranie. UE próbuje obecnie stworzyć specjalne kanały płatności, aby chronić firmy UE przed gniewem Trumpa, jednocześnie utrzymując Iran „na pokładzie” paktu atomowego.

Źródło: euobserver

Fot. Pixabay

Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) poinformowała o zatrzymaniu mieszkańca Odessy, który współpracował z rosyjskim wywiadem. Sabotażysta miał wysadzić w powietrze kluczowy ropociąg Odessa-Brody. Sprawa ma istotne znaczenie dla Polski.

Mieszkaniec Odessy, którego personalia są nieznane, był od kilku lat zaangażowany we współpracę z rosyjskim wywiadem. Odbywał regularne spotkania z oficerem prowadzącym na terenie okupowanego Krymu i separatystycznego Naddniestrza. Zadania jakie przed nim stawiano nie były skomplikowane i obejmowały przekazywanie pieniędzy osobom zaangażowanym w podsycanie separatyzmu na terenie południowej Ukrainy.

Jednak według informacji SBU po kilku latach współpracy jej charakter zmienił się. Mieszkaniec Odessy otrzymał zadanie uczestniczenia w akcie sabotażu wymierzonym w ropociąg Odessa-Brody. Jest to kluczowy rurociąg, którym tłoczy się ropę z terminalu naftowego w Odessie na północ Ukrainy.

Magistrala ma zostać przedłużona do Polski i stanowić element dywersyfikacji dostaw ropy naftowej do Europy Środkowej. Surowiec znad Morza Kaspijskiego docierałby nad Bałtyk przy wykorzystaniu systemów rurociągowych w Azerbejdżanie, Gruzji oraz na Ukrainie i w Polsce. Ostateczna decyzja odnośnie wdrażania w życie tego projektu ma ostatecznie zapaść w tym roku.

Od samego początku pomysł sprowadzania kaspijskiej ropy do Polski przy wykorzystaniu m.in. planowanego ropociągu Odessa-Brody-Adamowo napotyka na problemy. Zwraca się uwagę na jego nieekonomiczność (duże koszty logistyczne) względem importu realizowanego przez terminal naftowy w Gdańsku. W ostatnich latach istotne stały się także ryzyka polityczne związane z działalnością Rosji w regionie tj. aneksji Krymu czy aktywności na terenie Gruzji (chodzi o obszar separatystycznej Osetii Południowej). Kreml aktywnie dąży do uzyskania przewagi energetycznej w regionie i torpedowania wszelkich projektów osłabiających powiązane z nim spółki jak Rosnieft czy Gazprom.

Planowanie zamachu wymierzonego w projekt Odessa-Brody mimo, że jest on obciążony wieloma problemami może mieć z perspektywy władz w Moskwie głęboki sens. Rurociąg ma mieć jak wszystkie projekty tego typu możliwość rewersowych dostaw. Niewykluczone zatem, że na Ukrainę zamiast ropy z Rosji zacząłby przez planowane połączenie Odessa-Brody-Adamowo trafiać surowiec sprowadzany do terminalu naftowego w Gdańsku. To duże zagrożenie dla interesów Kremla.

Potencjalny zamach na rurociąg naftowy nie byłby pierwszym w ostatnich latach planowanym przez Rosję. W 2008 r. niezidentyfikowany oddział specjalny (wiele poszlak wskazuje na to, że byli to Rosjanie) wysadził w powietrze fragment kluczowego ropociągu BTC omijającego terytorium rosyjskie przez Turcję. Dostarcza on ropę znad Morza Kaspijskiego do Europy.

Fot. Pixaby