Home Archive by category Temat tygodnia

Temat tygodnia

Najkrwawszy zamach w historii Nowej Zelandii wstrząsnął światową opinią publiczną. W wyniku skoordynowanego, dobrze zaplanowanego ataku na dwa meczety śmierć poniosło 49 osób. Wielu rannych walczy o życie.

Premier Nowej Zelandii powiedziała, że to najczarniejszy dzień w historii kraju. W wyniku działań policji zatrzymano 4 sprawców wśród których była także kobieta. Śledczy sugerują jednak, że o ile wobec trzech aresztowanych nie ma wątpliwości, co do ich udziału w ataku, o tyle udział czwartej osoby wymaga jeszcze wyjaśnienia.

Jednym z zamachowców był prawdopodobnie obywatel Australii – Brenton Tarrant. Przed zamachem opublikował on w Internecie obszerny manifest, w którym identyfikuje siebie jako zwolennika faszyzmu i etnonacjonalizmu. Jednocześnie podkreśla swoją niechęć do Muzułmanów twierdząc, że chce wytworzyć atmosferę strachu i braku akceptacji dla tej grupy społecznej. Wiele elementów wskazuje na sprawstwo kierownicze Tarranta, który – jak sam przyznaje – wybrał miejsce i cele ataku z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, planując dokładnie wszystkie szczegóły przestępstwa. Podejrzany podkreśla także, że wzorował się na norweskim mordercy – Andreasie Breiviku – tak w kwestiach organizacyjnych jak i ideologicznych.

Na razie nie wiemy nic o pozostałych zatrzymanych, jednak nowozelandzkie służby wskazują skrajnie prawicowy ekstremizm jako główny kierunek śledztwa.

Nowozelandzkie służby podkreślają, że żaden z podejrzanych nie był wcześniej znany, ani notowany. Jednocześnie w komentarzach „na gorąco” eksperci podkreślają, że tego typu ekstremizm to całkiem nowe zjawisko na Antypodach i wydarzenie to będzie miało bardzo poważne konsekwencje.

Fot. Twitter

Trwa przeciąganie liny pomiędzy Pekinem a Waszyngtonem. Zamiast porozumienia kończącego wojnę handlową mamy nową odsłonę wojny o Huawei. W ramach odwetu za zatrzymanie w Kanadzie wiceprezes koncernu, Pekin oskarżył dwóch jej obywateli o szpiegostwo. A wszystko to w cieniu obrad Komunistycznej Partii Chin.

Śledztwa, w których podejrzanymi są Michael Kovrig i Michael Spavor zostały połączone w jedno postępowanie a chiński kontrwywiad twierdzi, że dysponuje twardymi dowodami na współpracę obydwu mężczyzn z obcym wywiadem. Informacje o zarzutach pojawiły się w szczególnym z politycznego punktu widzenia momencie, a więc podczas obradującego właśnie kongresu Komunistycznej Partii Chin.

Co to oznacza?

Zdaniem ekspertów obydwaj Kanadyjczycy, zagrożeni karą wieloletniego, ciężkiego więzienia, staną się zakładnikami sprawy Huawei. Przypomnijmy, władze kanadyjskie, odpowiadając na amerykański wniosek, dokonały zatrzymania Pani Meng Wanzhou, która w Huawei pełni funkcję wiceprezesa a prywatnie jest córką założyciela koncernu.

SPRAWA CÓRKI ZAŁOŻYCIELA HUAWEI NABIERA TEMPA

To oczywista forma presji na kanadyjski rząd, aby ten interweniował ws. wniosku o ekstradycję Pani Meng do USA. Innymi słowy – zgoda na ekstradycję oznaczać będzie skazanie Kanadyjczyków za szpiegostwo.

O powadze sytuacji świadczy fakt, że pierwsze informacje na temat rzekomej szpiegowskiej aktywności Kovriga i Spavora opublikował serwis prasowy KPCh. Eksperci twierdzą, że część delegatów na kongres partii domagało się zdecydowanych działań w obronie chińskiego koncernu. W związku z trwającymi negocjacjami dotyczącymi prób zakończenia wojny handlowej, bezpośrednie działania przeciwko aktywom wywiadowczym USA nie wchodziły w grę. Pekinowi szczególnie zależy na zakończeniu wojny ekonomicznej wobec słabnącej gospodarki. Chiński PKB spadł najbardziej od blisko 30 lat a władze poszukują nowych impulsów prowzrostowych. Dlatego uderzenie w Kanadyjczyków było zdecydowanie bardziej racjonalne. Dodajmy, że mężczyźni zostali aresztowani 10 grudnia, w dwóch różnych miastach, niedługo po zatrzymaniu Pani Meng (1 grudnia). Pekin nawet nie próbował ukryć, że sprawy te są ze sobą związane. To zresztą nie pierwsza tego typu historia.

W 2016 roku Chińczycy oskarżyli o działalność szpiegowską innego obywatela Kanady – Kevina Garratta. Po kilku miesiącach mężczyzna został zwolniony z aresztu i wrócił do Kanady. Co ciekawe do zatrzymania doszło niedługo po tym, jak kanadyjski kontrwywiad aresztował Pana Su Bin, który wykradał tajemnice koncernu Boeing.

Czy Kanadyjczycy rzeczywiście są szpiegami?

Zacznijmy od tego, że obydwaj panowie znają się i łączy ich wspólne, bardzo oryginalne zainteresowanie Koreą Północną.

Kovrig, pracuje jako analityk Międzynarodowej Grupy Kryzysowej (ICG), której siedziba znajduje się w Hong Kongu. Często podróżował do Chin, także w celach badawczych dotyczących Korei Północnej. Zawsze jednak posługiwał się zwykłym paszportem (nie dyplomatycznym). Był zresztą w trakcie sporządzania kolejnego raportu na ten temat. International Crisis Group określił chińskie zarzuty mianem absurdalnych i bezpodstawnych podkreślając, że cała dotychczasowa aktywność Kovriga była nacechowana maksymalnym stopniem transparentności.

Z koli Spavor jest założycielem pozarządowej organizacji Paektu Cultural Exchange, która zajmuje się między innymi ograniczaniem izolacjonizmu poprzez realizację wspólnych z Koreą Północną projektów w dziedzinie kultury, sportu, turystyki, ale i biznesu. Spavor zna biegle koreański, organizował jeden z wyjazdów Dennisa Rodmana, znanego amerykańskiego koszykarza, do Pjongjangu. Udało mu się nawet uczestniczyć w spotkaniu z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem.
Obydwaj prowadzili dotychczas swoje działania w sposób bardzo przejrzysty. Zdobywali wprawdzie informacje, ale przede wszystkim te oficjalne, nie objęte klauzulami tajności. Współpracujący z nimi dyplomaci podkreślają, że nie powinno być zatem mowy o szpiegostwie.

Eksperci podkreślają, że to co się wydarzyło, jest absolutnie charakterystyczne dla chińskich służb. Trzeba też zauważyć jeszcze jedną koincydencję. Otóż najpierw chiński MSZ (ustami rzecznika prasowego) w ostrych słowach zaprotestował przeciwko wnioskowi ekstradycyjnemu ws. Pani Meng, a już kilka godzin potem organ prasowy KPCh informował
o rzekomym szpiegostwie Kanadyjczyków.

Również koncern Huawei przeszedł do bardziej ofensywnych działań. Prawnicy reprezentujący firmę złożyli pozew w Teksasie przeciwko rządowi USA i siedmiu urzędnikom administracji. Huawei twierdzi, że, Kongres naruszył konstytucję amerykańską, przyjmując ustawę zakazującą agencjom federalnym zakupu sprzętu marki Huawei oraz zakazującą relacji gospodarczych z kontrahentami, którzy używają sprzętu produkcji chińskiej firmy. Z kolei prezes Huawei, podczas spotkania kadry kierowniczej koncernu oświadczył, że jego firma „jest w stanie wojny” z rządem USA. To zupełnie odmienny, bardziej konfrontacyjny ton, który musi wynikać z konsultacji z władzami w Pekinie.

Fot. Pixabay

Rząd kanadyjski zgodnie z oczekiwaniami zaaprobował 1 marca br. postępowanie ekstradycyjne przeciwko dyrektorowi finansowemu Huawei Technologies Co Ltd, co wywołało gwałtowną reakcję Chin.

Meng Wanzhou, córka założyciela Huawei, została zatrzymana w Vancouver w grudniu ubiegłego roku i znajduje się w areszcie domowym. Pod koniec stycznia Departament Sprawiedliwości USA zarzucił Meng i Huawei spiskowanie w celu złamania sankcji USA wobec Iranu.

Meng ma się pojawić w sądzie w Vancouver w dniu 6 marca, kiedy zostanie wyznaczona data jej rozprawy ekstradycyjnej.

“Departament Sprawiedliwości Kanady rozpoczął proces ekstradycji pani Meng Wanzhou” – oświadczył rząd Kanady.

Chiny, których stosunki z Kanadą znacznie się pogorszyły, potępiły decyzję i powtórzyły wcześniejsze żądania uwolnienia Meng.

Tymczasem rzeczniczka Departamentu Sprawiedliwości USA Nicole Navas Oxman powiedziała, że Waszyngton podziękował kanadyjskiemu rządowi za pomoc. “Bardzo doceniamy niezłomne zaangażowanie Kanady w rządy prawa” – powiedziała w oświadczeniu.

Eksperci przewidywali, że liberalny rząd premiera Justina Trudeau będzie kontynuował proces ekstradycji, biorąc pod uwagę bliskie stosunki między Kanadą i Stanami Zjednoczonymi.

Ale może minąć wiele lat, zanim Meng zostanie wysłana do Stanów Zjednoczonych, ponieważ wolno działający system sprawiedliwości w Kanadzie pozwala na odwoływanie się na każdym szczeblu decyzji. Ostateczna decyzja najprawdopodobniej zostanie podjęta przez federalnego ministra sprawiedliwości.

Profesor Wesley Wark z Wyższej Szkoły Spraw Publicznych i Międzynarodowych Uniwersytetu Ottawskiego stwierdził: “podejrzewam, że rząd Trudeau desperacko liczy na to, że Amerykanie osiągną porozumienie z Chińczykami zanim sprawa Huawei znajdzie swój finał”.

Po zatrzymaniu Meng, Chiny aresztowały dwóch Kanadyjczyków argumentując to względami bezpieczeństwa narodowego, a chiński sąd skazał na karę pozbawienia wolności kanadyjskiego obywatela, który wcześniej został zatrzymany za przemyt narkotyków.

Profesor Charles Burton z Brock University, były kanadyjski dyplomata, pełniący służbę w Chinach, stwierdził w Canadian Broadcasting Corp, że Pekin prawdopodobnie w dalszym ciągu będzie prowadził działania odwetowe.

“Nie zamierzają tego odpuścić … nie jedna osoba drży na samą myśl, jakie mogą być tego konsekwencje”; „Pekin może zastosować sankcje na eksport wyrobów z kanadyjskiego rzepaku lub powstrzymać chińskich studentów przed wyjazdem do Kanady” – powiedział.

Ottawa odrzuca chińskie wezwania dotyczące uwolnienia Meng, mówiąc, że nie może ingerować w niezależne sądownictwo.

“Strona chińska jest niezadowolona i zdecydowanie sprzeciwia się zaaprobowaniu kontynuowania procesu ekstradycji”, podała ambasada w Ottawie w oświadczeniu.

Źródło: Reuters

Fot. Pixabay

Narodowe Centrum Cyberbezpieczeństwa uznało, że przy podjęciu odpowiednich środków ostrożności możliwe jest wykorzystanie technologii firmy Huawei w strukturze sieci 5G bez ryzyka dla bezpieczeństwa narodowego – poinformował “Financial Times”.

Według dziennikarzy w NCSC przeprowadzono specjalistyczną analizę, z której wynika, że całkowite wykluczenie Huawei z budowy sieci 5G byłoby zbyt drastyczną decyzją. Co ciekawe, Brytyjczycy podtrzymali swoją opinię pomimo zintensyfikowanych wysiłków ze strony Stanów Zjednoczonych, aby całkowicie wykluczyć Huawei z sieci swoich sojuszników. W tle pojawiały się bowiem podejrzenia, że firma mogłaby pomóc chińskim służbom w prowadzeniu działań szpiegowskich na niespotykaną dotychczas skalę. Wskazywano także na zagrożenia związane z ryzykiem cyberataków.

Zdaniem dziennika Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) podkreślając ryzyka związane z obecnością Huawei na zachodnich rynkach, udostępniła sojusznikom dodatkowe informacje. Jednak mimo to, wiele europejskich państw – ku niezadowoleniu Waszyngtonu – prowadzi własną politykę bezpieczeństwa, nie uwzględniając amerykańskich obaw. Szczególnie Wielka Brytania i Niemcy podkreślają, że całkowity zakaz współpracy z Huawei wydaje się nieuzasadniony.

Informatorzy FT twierdzą, że brytyjska decyzja może mieć bardzo poważne konsekwencje dla innych europejskich państw. Specjaliści śledczy z NCSC, prowadzący rozległe analizy, korzystali prawdopodobnie także z amerykańskich informacji wywiadowczych. Konkluzja z raportu NCSC musi być o tyle niepokojąca z punktu widzenia interesów Waszyngtonu, że Brytyjczycy są członkiem ekskluzywnego porozumienia służb wywiadowczych pięciu państw anglosaskich tzw. Sojuszu Pięciorga Oczu.

Inne kraje mogą zatem argumentować, że skoro Brytyjczycy uznali, że nie ma zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa to znaczy, że można pozwolić dostawcom usług telekomunikacyjnych na używanie chińskich komponentów – przy zachowaniu odpowiednich środków ostrożności.

Decyzja Brytyjczyków jest jak na razie osamotniona. Zarówno Australia jak i Nowa Zelandia, które również wchodzą w skład Sojuszu Pięciorga Oczu, podjęły decyzję blokującą możliwość wykorzystania produktów Huawei w swoich sieciach 5G.

Dlatego można się spodziewać, że NCSC będzie jednak rekomendowało wykorzystywanie wielu różnych dostawców części do nowej infrastruktury telekomunikacyjnej, potencjalnie rekomendując wykluczenie chińskich komponentów w niektórych (ale nie wszystkich) jej elementach.

W ostatnich dniach w sprawie współpracy z Huawei wypowiedział się także szef brytyjskiego wywiadu (MI6) Alex Younger, który stwierdził, że nie da się jednoznacznie ocenić, czy technologia i sprzęt dostarczane przez Huawei stanowią realne zagrożenie dla brytyjskiej infrastruktury krytycznej. Szef brytyjskiego wywiadu podkreślił przy tym, że potrzebna jest w tej kwestii dalsza, poważna dyskusja. Younger przyznał jednocześnie, że nie byłoby dobrze, gdyby element znaczącej infrastruktury komunikacyjnej realizowany był przez dostawcę, który jest de facto monopolistą.

Fot. Pixabay

Clement Vandenborre, szef komórki kontrwywiadowczej w ADIV, pozostaje w areszcie domowym z powodu podejrzeń, że mógł szpiegować na rzecz Rosji.

 Szef belgijskiego departamentu kontrwywiadu w ADIV został tymczasowo usunięty ze stanowiska na czas wewnętrznego śledztwa – jak twierdzi belgijska gazeta De Morgen.

,Jednym z dowodów w sprawie ma być list pracownika służby. Pismo utrzymuje, że podczas specjalnej operacji w Serbii w 2016 roku Vandenborre zapewniał Serbom dostęp do informacji niejawnych. Pośredniczyła w tym Serbka, która była kontaktem Vandenborre. Jest ona uważana za podwójnego agenta Rosji.

Szef departamentu kontrwywiadu ADIV jest również oskarżony o niszczenie poufnych dokumentów w niszczarce papieru. Vandenborre, który przez 40 lat służył w belgijskiej służbie kontrwywiadowczej zaprzeczył oskarżeniom.

Raport De Morgen łączy oskarżenia o współpracę z Rosją przeciwko Vandenborre z długotrwałymi napięciami w belgijskiej służbie ADIV, które wynikały z konfliktów oficerów ze środowiska wojskowego z cywilami, a także między starszymi pracownikami, a ich młodszymi kolegami.

Podczas gdy departament kontrwywiadu ADIV jest w większości obsadzony cywilami, departament wywiadu tej służby składa się głównie z personelu wojskowego.

W tym samym czasie młodsi oficerowie z departamentu Vandenborre narzekali na jego styl zarządzania.

Długotrwała walka o władzę między departamentami wywiadu i kontrwywiadu ADIV odegrała decydującą rolę w rezygnacji ówczesnego szefa służby, gen. Eddy’ego Testelmansa, w 2016 roku.

Testelmans przeszedł na emeryturę po tym, jak ośmiu oficerów z departamentu kontrwywiadu, w tym Clement Vandenborre, który jest teraz oskarżony o szpiegostwo na rzecz Rosji, skrytykowało jego politykę w liście do ówczesnego belgijskiego ministra obrony, Steven’a Vandeputa.

Po rezygnacji Testelmana, ADIV był prowadzony przez szefa gabinetu generała Claude’a Van de Voorde, który rozpoczął karierę w belgijskich siłach powietrznych.

Oskarżenie o szpiegostwo na rzecz Rosji Clementa Vandenborre jest również badane przez wspólne dochodzenie belgijskiego prokuratora federalnego i komisji nadzorującej służby wywiadowcze.

Źródło: european-views.com

Fot. Pixabay

Prezydent Donald Trump ma podpisać rozporządzenie, które zakaże stosowania sprzętu firmy Huawei, do budowy nowoczesnej sieci internetowej 5G na terytorium USA, uzasadniając swoją decyzję bezpieczeństwem narodowym państwa.

To kolejna odsłona coraz ostrzejszej wojny o kształt światowego internetu, a co za tym idzie dostępu do danych, ale i umysłów użytkowników, w przededniu uruchomienia supernowoczesnej technologii 5G. To także starcie dwóch wizji i próba poszerzenia wpływów własnych oraz poszczególnych firm.

Już dziś można zaryzykować twierdzenie, że mamy do czynienia z dwoma sieciami. Jedna wersja – amerykańska, bardziej otwarta i niezależna od państwa, ale z wyraźną dominacją firm – dostawców popularnych aplikacji. Na tyle popularnych, że dziś na bazie nazwy Google powstał nawet czasownik w języku potocznym – googlować – czyli poszukiwać informacji.

Chińska wersja jest lustrzanym odbiciem internetu w wersji anglosaskiej – z tym, że bez potrzeby pobierania wielu aplikacji – wszystko dzieje się w jednym miejscu, za to pod kontrolą państwa. Zwolennicy wersji chińskiej argumentują, że kłopotliwe jest przeskakiwanie między aplikacjami, sklepami i bankami a niektóre strony wciąż nie są dostosowane do wersji mobilnych.

Starcie dwóch wizji przybiera ponadstandardowe formy, bo w obliczu wprowadzenia superszybkiej, nowej generacji technologii mobilnej 5G, dojdzie do nowego podziału światowego rynku. Amerykanie wyraźnie obawiają się, że dostarczając infrastrukturę do budowy sieci, Chińczycy chcą w naturalny sposób poszerzyć swoją strefę wpływów, co ostatnio udaje się w wielu miejscach na świecie. Oczywiście przy okazji Chiny chcą uzyskać dostęp do wielu niezwykle wrażliwych informacji, w tym tych najbardziej intymnych, dających ogromne pole do wszelkiej manipulacji – w tym politycznej.

Postawa Waszygtonu wydaje się nieprzejednana, a sygnał wysyłany do Pekinu jest bardzo czytelny: nie będzie zgody na wejście chińskiej technologii w amerykańską strefę wpływów. Szczególnie ważna jest w tym kontekście Europa Środkowo-Wschodnia. Stąd ostatnia akcja ABW dotycząca Huawei szeroko opisywana przez nasz serwis. Zresztą dyskusja na temat obecności chińskiej technologii na rynku trwa też w Czechach – gdzie tradycyjnie widać zasadniczą różnicę zdań pomiędzy Premierem i Prezydentem – pozostającym zwolennikiem chińskiej obecności oraz na Węgrzech.

O temperaturze sporu niech świadczy treść wywiadu, jakiego udzielił Ambasador USA przy Unii Europejskiej Gordon Sondland. Zapytany przez Politico o oskarżenia chińskiego giganta telekomunikacyjnego Huawei ws. sprzedaży technologii, której można użyć do szpiegowania, powiedział, że działania tej firmy stanowią strategiczne zagrożenie dla interesów USA.

Ambasador sugerował, że Huawei na tyle blisko współpracuje z komunistyczną partia Chin, że nie tylko możliwe jest podsłuchanie dowolnej rozmowy, ale także zdalne spowodowanie śmierci człowieka prowadzącego samochód przyłączony do sieci 5G. Ambasador podkreślił, że w jego opinii Huawei nie ma dziś żadnej możliwości, aby skutecznie przeciwstawić się żądaniom chińskiego rządu.

Tę bardzo mocną wypowiedź Ambasadora natychmiast skomentował przedstawiciel Huawei w Unii – Abraham Liu twierdząc, że wypowiedź Pana Ambasadora ma się nijak do rzeczywistości, a reprezentowana przez niego firma ma wielkie osiągnięcia w zakresie cyberbezpieczeństwa.

Dodajmy, że dyskusja ta odbywa się w trakcie trudnych rozmów amerykańsko – chińskich, które mają doprowadzić do przełomu we wzajemnych relacjach handlowych, na którym, jak się wydaje, zależy obydwu stronom. Chiny zmagają się ze spowolnieniem gospodarczym, ale są też największym właścicielem amerykańskich obligacji (a więc amerykańskiego długu).

Z kolei Donald Trump obawia się, że globalne spowolnienie dotknie również Stany a wieści o braku porozumienia przyspieszyłyby ten proces. Stąd obustronna presja, ale i skomplikowana gra obliczona na osiągnięcie jakiejś formy porozumienia, którą da się sprzedać jako sukces.

Nie zmienia to jednak faktu, że naszym zdaniem spór wokół sieci 5G będzie miał znacznie większe znaczenie tak z geopolitycznego punktu widzenia, jak i ze względów bezpieczeństwa. Obecny szef amerykańskiej dyplomacji – Mike Pompeo, który wcześniej był szefem CIA, nie ukrywa, że kwestia 5G definiuje kto jest dziś głównym przeciwnikiem USA na światowej scenie. Amerykańskie służby traktują kwestie związane z budową sieci jako sprawę priorytetową i ściśle współpracują w tym obszarze z zachodnimi partnerami, blokując chińskie próby wszędzie tam, gdzie jest to możliwe. Trzeba dodać, że rywalizacja o kształt internetu odbywa się na całym globie (choć nasza uwaga koncentruje się głównie na Europie). Chińczycy przekonują do siebie poszczególne kraje dostępnością i konkurencyjną ceną infrastruktury. W najbliższym czasie będziemy się bliżej przyglądać wojnie o kształt internetu przyszłości, nie tylko przez pryzmat Europy.

Fot. Pixabay

Skrajnie prawicowe niemieckie ugrupowanie tzw. „Obywatele Rzeszy” stwarzają coraz większe zagrożenie dla integralności i prawidłowego funkcjonowania Niemiec.

Liczba “Obywateli Rzeszy” w RFN znacznie wzrasta

Według informacji berlińskiego rządu, w Niemczech jest znanych już 19 tys. tzw. „Obywateli Rzeszy” i innych osób nieuznających państwowości Niemiec. 950 z nich klasyfikowanych jest jako „prawicowi ekstremiści” – jak wynika z odpowiedzi federalnego MSW na interpelację Zielonych w Bundestagu. Jest to dość ogólny szacunek, ponieważ wymieniona liczba skrajnie prawicowych „obywateli Rzeszy” odpowiada dokładnie odsetkowi 5 proc. tej grupy.

„Obywatele Rzeszy” negują prawne podstawy istnienia dzisiejszej Republiki Federalnej, uważając ją za twór obcych mocarstw służący „indywidualnemu uciskowi”, odrzucają konstytucję i odmawiają urzędom i sądom kompetencji i prawnej legitymacji.

Federalny Urząd Ochrony Konstytucji w roku 2017 podał liczbę około 16,5 tys. „Obywateli Rzeszy”, rok wcześniej 10 tys. Poważny wzrost ich liczby niemiecki kontrwywiad tłumaczy głębszemu rozpoznaniu i wyjaśnieniu tego zjawiska. Oznacza to, że ludzi tych wcale nie przybywa – po prostu władzom znanych jest coraz więcej takich przypadków.

Ekspertka Zielonych ds. polityki wewnętrznej Irene Mihalic jest innego zdania. Twierdzi ona, że liczba „Obywateli Rzeszy” knujących plany politycznego przewrotu wciąż rośnie. Krytykuje ona, że rejestracja dokonywanych przez nich czynów karalnych i rozpoznanie potencjału zagrożenia z ich strony jest jeszcze w powijakach, mimo że ugrupowania te bliżej obserwowane są od dwóch lat.

Prokurator generalny Niemiec ostrzega przed “obywatelami Rzeszy”

Tak zwani Obywatele Rzeszy mogą stwarzać zagrożenie terrorystyczne, twierdzi prokurator generalny Niemiec Peter Frank. Ta ocena nie odnosi się do całego ruchu, lecz do jego części, która może okazać się groźniejsza, niż do tej pory uważano. Skrajne skrzydło tego ugrupowania nie tylko nie uznaje Republiki Federalnej Niemiec, ale także “gotowe jest wystąpić zbrojnie przeciwko państwu niemieckiemu i jego organom”, powiedział Frank w wywiadzie dla “Badische Neusten Nachrichten”. „Mamy na oku pewną grupę “Obywateli Rzeszy”, z której, jak sądzimy, może wykluć się komórka terrorystyczna” – powiedział Frank.

W odróżnieniu od klasycznych terrorystów, tzw. Reichsbürger czyli “Obywatele Rzeszy”, stoją na stanowisku, że Rzesza Niemiecka istnieje nadal w granicach z 1937 roku, a powojenna Republika Federalna Niemiec jest jedynie spółką prawa handlowego założoną przez aliantów.

Przez długi czas traktowano ich jako mniej lub bardziej nieszkodliwych wariatów. Sytuacja zmieniła, kiedy jeden z członków tego ruchu zastrzelił w Georgensmünd pod Norymbergą policjanta i zranił trzech innych. Z tego względu od listopada 2016 roku “Obywatele Rzeszy” są obserwowani przez niemiecki kontrwywiad i inne służby.

„Obywatele Rzeszy” chcieli stworzyć oddziały partyzanckie

Niemieckie władze podejrzewają, że grupa tzw. „Obywateli Rzeszy” próbowała zaopatrzyć się w broń i stworzyć oddziały partyzanckie. Według ustaleń dziennikarzy stacji radiowo-telewizyjnej MDR grupa “obywateli Rzeszy” planowała utworzenie magazynów broni i żywności. Powodem rewizji w ich domach była informacja, że organizują większe spotkanie w sprawie utworzenia oddziałów partyzanckich – ustalili dziennikarze MDR. Z uzyskanych przez służby specjalne informacji nie wynikało jednak gdzie dokładnie miałoby się odbyć to tajne spotkanie. Stąd też szeroko zakrojone rewizje w trzech krajach związkowych RFN. Prokuratura Federalna poinformowała, że wobec grupy “Obywateli Rzeszy” istnieje podejrzenie, że dążą oni do obalenia konstytucyjnego porządku prawnego RFN i zastąpienia go nową państwową strukturą.

„Obywateli Rzeszy” w RFN z dostępem do broni

Najwięcej „obywateli Rzeszy” mieszka w Bawarii (3500), Badenii-Wirtembergii (2500), Nadrenii Płn.- Westfalii (2200), Dolnej Saksonii (1400) i Saksonii (1300). Jak twierdzi „Focus”, grupa posiadających broń „Obywateli Rzeszy” we wschodnich Niemczech ma nawet zamiar utworzyć własną armię. Służby bezpieczeństwa zadają się potwierdzać te doniesienia.

Władze zaniepokojone są tym, że wielu „Obywateli Rzeszy” posiada legalną oraz nielegalną broń. Około tysiąca z nich dysponuje pozwoleniami na posiadanie jednej lub kilku sztuk broni. W Saksonii-Anhalt mieszka np. samozwańczy „król Niemiec”, nazywający się w rzeczywistości Peter Fitzek, panujący we własnym królestwie, z własną walutą. Nie uznając organów państwowych „Obywatele Rzeszy” dopuszczają się częstokroć ataków z użyciem siły na przedstawicieli instytucji państwowych. Niektórzy z nich swoje nieruchomości i grunty uważają za własne państwo i zabraniają wstępu tam funkcjonariuszom władzy państwowej.

Bawarska policja w żałobie

W Norymberdze odbyło się nabożeństwo żałobne za 32-letniego policjanta zastrzelonego w pobliskim Georgensgmünd przez 49-letniego członka ruchu “Obywateli Rzeszy”, któremu policjanci chcieli odebrać posiadaną przez niego legalnie broń, ponieważ jego postawa polityczna stanowiła, zdaniem władz, przesłankę do odebrania mu pozwolenia.

Szef bawarskiego MSW Joachim Herrmann (CSU) przypomniał zasługi zastrzelonego funkcjonariusza, który był członkiem jednostki specjalnej policji (SEK). Jak powiedział: “śmiertelne strzały oddane w jego kierunku są atakiem na nasze wartości, na państwo prawa, na nas wszystkich”. Powinny być one powodem do “wystąpienia z całą surowością przeciwko tzw. “Obywatelom Rzeszy”, którym należy odebrać całą posiadaną przez nich broń”.

“Obywatele Rzeszy” w szeregach niemieckiej policji

Niemieckie media donoszą, że także w szeregach policji są członkowie i sympatycy tego skrajnie prawicowego ruchu. Liczba postępowań dyscyplinarnych przeciwko policjantom podejrzewanym o sprzyjanie skrajnie prawicowej organizacji “Obywateli Rzeszy” zwiększyła się wielokrotnie w krótkim czasie na obszarze całych Niemiec. Doniosła o tym monachijska gazeta “Süddeutsche Zeitung”. Jej redakcja zwróciła się z tym zapytaniem do ministrów spraw wewnętrznych niemieckich krajów związkowych. Z udzielonych przez nich informacji wynika, że w tej chwili prowadzi się postępowanie wyjaśniające w 15 przypadkach. Najwięcej w Bawarii, gdzie ujawniono właśnie szóstego policjanta związanego, jak się podejrzewa, z ruchem. Z tego samego powodu zwolniono dyscyplinarnie ze służby innego, 26-letniego policjanta w tym samym landzie.

W Saksonii-Anhalt prowadzi się obecnie cztery postępowania dyscyplinarne przeciwko policjantom podejrzewanym o członkostwo w ruchu. Trzech z nich zwolniono już ze służby. W Nadrenii Północnej-Westfalii trwa śledztwo w dwóch nowych przypadkach, obok dwóch innych ujawnionych wcześniej. Jednego policjanta zwolniono ze służby w Berlinie, a policja federalna prowadzi w tej chwili dwa postępowania dyscyplinarne w sprawie o przynależność lub sympatyzowanie jej dwóch funkcjonariuszy z ruchem.

Jak pisze “Süddeutsche Zeitung”, zdaniem niemieckiego kontrwywiadu tylko kilkaset osób z ruchu “Obywateli Rzeszy” ma być aktywna w organizacjach neonazistowskich. Dotyczy to zwłaszcza działaczy tzw. “Emigracyjnego Rządu Rzeszy”. Trudno jest ocenić prawdziwość tych danych. Z ankiety przeprowadzonej przez agencję prasową DPA w landowych ministerstwach spraw wewnętrznych oraz organach bezpieczeństwa wynika, że w ruchu “Obywateli Rzeszy” aktywnie uczestniczy w całych Niemczech przynajmniej 1100 osób. Ale i ta liczba nie jest pewna, bo oparto ją na informacjach pochodzących tylko z dziewięciu landów, a jest ich w RFN szesnaście.

Zaostrzyć procedury zatrudniania w Policji

Pięciu funkcjonariuszom policji we Frankfurcie nad Menem postawiono zarzut podżegania do nienawiści. Dziennik „Frankfurter Rundschau” pisze: „W przeszłości niemiecka policja wywoływała raz po raz podobne skandale, które trafiały na nagłówki gazet. Jak miało to miejsce w przypadku morderstw NSU, kiedy prowadzono śledztwo wyłącznie przeciwko rodzinom ofiar. Albo w Saksonii, kiedy logo specjalnych służb ministerstwa spraw wewnętrznych przypominało symbolikę nazistowską. Nie da się pominąć niewygodnych pytań, jak dalece (…) policja popiera autorytarne postawy, ducha korporacyjnego i rasizm. Dlatego pilnie w kształceniu policjantów trzeba skoncentrować się na umiejętności samorefleksji, krytyki i sprzeciwu. Policja potrzebuje też neutralnych pełnomocników, do których może się zwrócić z pełnym zaufaniem każdy funkcjonariusz, który zauważył sytuacje budzące wątpliwości”.

Dziennik „Hessische Niedersaechsische Allgemeine” z Kassel jest zdania, że „pojawia się teraz pytanie, czy ci funkcjonariusze byli już neonazistami, zanim przyjęto ich do służb policyjnych, czy ulegli radykalizacji w trakcie służby. Obie sytuacje są możliwe i obie fatalne. W ten sposób zajście z Frankfurtu, którego zasięg oraz skutki długo jeszcze trudno będzie oszacować, pokazuje że trzeba zaostrzyć procedury zatrudniania w policji, więcej zainwestować w kształcenie, a ksenofobia, rasizm i prawicowy ekstremizm nie mogą być tematami tabu”.

„Policjanci podczas służby stykają się regularnie z grupami zmarginalizowanymi, wśród których nierzadko znajdują się migranci – pisze „Mitteldeutsche Zeitung” z Halle. „Jeśli doświadczenia te nie zostaną przerobione, mogą zamienić się w ksenofobię. Przy tym stróże porządku publicznego są raczej wrogo postrzegani przez środowiska lewicowe. W konsekwencji tego wielu policjantów czuje się lepiej wśród prawicy. Zastanawiający trend. Co zatem można zrobić? Władze powinny dokładniej przyglądać się kandydatom pod kątem poglądów politycznych. Przełożeni muszą zatroszczyć się o to, by funkcjonariusze mogli odpowiednio uporać się z udziałem w akcjach. A przy niewłaściwym zachowaniu nie może być mowy o duchu korporacyjnym”.

Z kolei „Koelner Stadt-Anzeiger” stwierdza, że „otwartą jest kwestia, dokąd dokładnie prowadzi dochodzenie przeciwko pięciu frankfurckim policjantom. Pewne jest, że nie jest to pierwszy przypadek tego typu. Jeśli służby bezpieczeństwa podatne są na ekstremizm, to na ten prawicowy (…) Demokratyczne państwo prawa potrzebuje stróży, którzy wyznają jego wartości”.

Dziennik „Suedkurier” z Konstancji komentuje: „Szokujące. Akurat ci funkcjonariusze, którzy w przypadku zagrożenia przemocą powinni chronić obywateli, sami stają się sprawcami i schodzą na neonazistowskie manowce. Gwaranci państwa prawa stają się jego przeciwnikami. Problem ten ujawniły już podobne przypadki w Saksonii. Stało się teraz jasne, że nie jest to problem czysto wschodni, lecz może on wystąpić także w wielokulturowym mieście, takim jak Frankfurt. Teraz jest to sprawa pracodawcy – heskiego ministerstwa spraw wewnętrznych prowadzonego przez CDU. A że rządzą z nimi Zieloni, presja jest jeszcze większa”.

„Obywatel Rzeszy” w Bundeswehrze – prawdziwe zagrożenie

W ostatnim czasie wybuchł nowy skandal wokół elitarnej jednostki Bundeswehry. Chodzi o przenikanie armii przez skrajną prawicę. Bundeswehra zawiesiła w obowiązkach podpułkownika elitarnej jednostki KSK. Jest on podejrzany o szerzenie w mediach społecznościowych treści skrajnie prawicowych – powiedziała rzeczniczka armii. Dochodzenie w tej sprawie prowadzi niemiecki kontrwywiad wojskowy MAD. Okazuje się, że kontrwywiad już wcześniej zwrócił uwagę na podejrzanego podpułkownika. – Jego przełożony zdecydował o podjęciu środków dyscyplinarnych – powiedział rzecznik MAD. Podejrzany został zawieszony w obowiązkach służbowych i ma zakaz noszenia munduru.

Jak donosi magazyn „Der Spiegel” podpułkownik zwrócił na siebie uwagę postami, jakie zamieszczał w zamkniętej grupie na Facebooku, a które odzwierciedlały ideologię „Obywateli Rzeszy”. W ubiegłym roku w Bundeswehrze zostało zdemaskowanych czterech prawicowych ekstremistów. Kontrwywiad wojskowy MAD zaklasyfikował ponadto trzech żołnierzy jako islamistów – powiedział rzecznik MAD. We wszystkich przypadkach wszczęto postępowania dyscyplinarne lub personalne, a „znaczna większość” tych osób opuściła już armię – poinformował rzecznik, potwierdzając doniesienia gazet grupy medialnej Funke.

„Obywatele Rzeszy” w Bundeswehrze to prawdziwe zagrożenie – mówi polityk Zielonych i ekspertka ds. obronności Agnieszka Brugger. – Ludzie, którzy zaprzeczają istnieniu Republiki Federalnej, nie mogą mieć dostępu do broni i szkolenia wojskowego – dodała. „Obywatele Rzeszy” nie mogą zasilać szeregów Bundeswehry, a tym bardziej jej elitarnej jednostki – skomentowała polityk Zielonych.

W ubiegłym rok MAD odnotował 270 przypadków podejrzenia o prawicowy ekstremizm. W 2017 roku. tych przypadków było aż 379. Ponadto w 20 z nich podejrzewano żołnierzy o upowszechnianie ideologii „Obywateli Rzeszy” (w 2017 roku – 36 przypadków).

Według danych MAD lekko wzrosła za to liczba przypadków żołnierzy podejrzanych o islamizm – z 46 w 2017 r. do 50 z 2018. Liczba przypadków dotyczących cudzoziemskich organizacji ekstremistycznych wzrosła z 22 do 35, a lewicowego ekstremizmu zmalała z 12 do 2.

Źródło: DW

Fot. Pixabay

Bez wątpienia nagranie, a być może niebawem nagrania, Jarosława Kaczyńskiego staną się cennym materiałem dla obcych służb specjalnych.

Przede wszystkim nowa taśma dostarcza nam informacji z pierwszej ręki na temat stanu zdrowia osoby, która nieformalnie rządzi dziś Polską. „Jestem w złej formie, trzeci miesiąc, już dwa i pół miesiąca (…) byłem, taki wiesz, trochę się jąkałem” – twierdzi Kaczyński komentując swoje wystąpienie publiczne. Takim sformułowaniom daleko jednak do pojawiających się plotek o leczeniu onkologicznym prezesa PiS. To cenna informacja w kontekście planowania dynamiki politycznej w Polsce w 2019 r. i później.

Z rozmowy wynika również, że Kaczyński jest bardzo dobrze zorientowany w większości spraw politycznych, ale także biznesowych i prawnych. Dyskusja dotyczy przecież skomplikowanej gry wokół spółki Srebrna, kwestii roszczeń finansowych austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera, który został dopuszczony do najbliższego kręgu prezesa PiS dzięki małżeństwu z córką jego kuzyna, a także działań Jana Śpiewaka czy biznesów ojca Tadeusza Rydzyka. I znów – nagranie weryfikuje doniesienia medialne i plotkarskie jakoby Kaczyński powoli tracił kontrolę nad partią w związku z coraz słabszymi możliwościami intelektualnymi związanymi z jego wiekiem.

Cenne wydaje się także stwierdzenie prezesa PiS o tym, że „w Warszawie wygrać będzie bardzo trudno. W Polsce łatwiej, ale też niełatwo”. To prywatna opinia głównego stratega partii rządzącej, którą można uwzględnić w prognozach politycznych jakie przygotowuje większość służb. Wynik wyborczy ma jak wiadomo wpływ nie tylko na ogólny kurs państwa, ale także poszczególne plany biznesowe dużych korporacji.

No i wreszcie rzecz najważniejsza – nie ma już w Polsce osób, których nie można by nagrać. Nie wiemy czy nie zarejestrowano więcej rozmów i co w nich było?

Kaczyński z perspektywy prawa jest zwykłym posłem, a nie najważniejszą osobą w państwie (choć stan faktyczny jest inny) więc polskie służby nie mają obowiązku prześwietlać jego zagranicznych rozmówców. Dlatego z całą pewnością można stwierdzić, że Austriak Gerald Birgfellner nie został sprawdzony przez nasz kontrwywiad (chyba, że złamano prawo).

Fot. Pixabay

13-14 lutego w Warszawie odbędzie się konferencja poświęcona budowie bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie – poinformował w telewizji Fox News Mike Pompeo, szef amerykańskiej dyplomacji. Dopiero po tej wypowiedzi informację potwierdziły oficjalnie: Departament Stanu i MSZ. Polska ma być współgospodarzem imprezy (wraz z USA), w której udział ma wziąć kilkudziesięciu ministrów spraw zagranicznych.

Do pomysłu natychmiast odniósł się irański MSZ, który traktuje tę inicjatywę jako wrogą.

Co ciekawe, moment ogłoszenia informacji o zwołaniu konferencji zbiegł się w czasie z atakami izraelskiego lotnictwa, którego celem były irańskie magazyny broni zlokalizowane w Syrii. Przy czym Izraelczycy nie wykluczają przejścia do kolejnej fazy polegającej także na niszczeniu irańskich transportów wojskowych kierowanych do Syrii. Wzrost napięcia jest zatem bardzo wyczuwalny.

Jest za wcześnie, aby przesądzać kto finalnie pojawi się w Warszawie, ale szczególnie interesująca będzie reprezentacja państw zachodniej Europy. Wydaje się bowiem, że pomysł konferencji ma dwa zasadnicze cele:

Po pierwsze chodzi o wywarcie presji (za pośrednictwem Polski) na pozostałe państwa Unii Europejskiej, w celu uzyskania bardziej zdecydowanego stanowiska wobec Iranu. Należy przy tym pamiętać, że Unia Europejska nieprzychylnie odniosła się do nieprzedłużenia przez Amerykanów umowy atomowej oraz objęcia Iranu kolejnymi sankcjami. Wynika to nie tylko z prostego rachunku ekonomicznego. Bruksela wielokrotnie podkreślała, że dodatkowe zaostrzanie relacji nie służy wielostronnemu dialogowi. Tym bardziej, że Europa zaczęła dostrzegać duży potencjał w możliwości rozwijania relacji, wychodząc z założenia, że lepiej jest wciągać Iran do współpracy niż izolować go, prowokując tym samym do agresywnych zachowań.

Waszyngton taką postawą jest zdecydowanie zawiedziony i szuka możliwości „zdyscyplinowania” europejskiego partnera. Krnąbrność lub inaczej, niezależność dyplomacji francuskiej i niemieckiej skomplikowała nieco amerykańskie plany. Nie udało się bowiem wywrzeć na Teheran zadowalającej presji.

Po drugie Amerykanom udało się znaleźć sprawdzonego Sojusznika w Europie, który nie tylko chętnie przejmuje wszystkie inicjatywy Waszyngtonu, ale na dodatek niewiele w zamian oczekuje, co dla obecnej administracji wydaje się kluczowym elementem, często uwypuklanym przez Prezydenta Trumpa. Wszystkie zobowiązania amerykańskie wobec Polski, w sferze obrony – takie jak Fort Trump czy tarcza Antyrakietowa mają się bowiem ziścić, ale na twardych warunkach ekonomicznych. Mówiąc wprost, mamy za nie zapłacić sami.

Zasadnicze pytanie brzmi – co może na tej inicjatywie zyskać (lub stracić) Polska. Nasze interesy polityczne na Bliskim Wschodzie są dzisiaj żadne. Ekonomiczne dotyczą raczej prywatnych firm. Potencjalne interesy w sferze energetycznej zostały szybko wstrzymane (jak choćby import irańskiej ropy). Trzeba przy tym podkreślić, że Polska dyplomacja nie potrafiła dotychczas wykorzystać faktu naszego zaangażowania choćby w Iraku. Mocarstwowe plany okazały się w dużej mierze mrzonką. Nie byliśmy w stanie utargować w zasadzie żadnego ważnego kontraktu w regionie Bliskiego Wschodu.

Po stronie ryzyk możemy na pewno ująć kolejne źródła napięć – nie tylko z Iranem, ale przede wszystkim rozdźwięk z partnerami unijnymi.

Pozostaje wierzyć, że polska dyplomacja ma jakichś super plan związany z uzyskaniem długofalowych, wymiernych korzyściami dla Polski. Jeżeli tak jest, to naturalnym wydaje się omówienie go w szerszym gronie (np. poprzez dyskusję w ramach Rady Bezpieczeństwa Narodowego) po to, by wokół tego typu celów budować konsensus polityczny. Jednak w dzisiejszych warunkach wydaje się to bardzo trudne. Natomiast to, co powinno poważnie niepokoić, to zerojedynkowość polskiej polityki zagranicznej.

Fot. Pixabay

Meng Wanzhou, dyrektor finansowy Huawei, została aresztowana w Kanadzie na polecenie służb amerykańskich, które domagają się teraz jej ekstradycji do USA. Kolejna rozprawa w tej sprawie odbędzie się 6 lutego w sądzie w kanadyjskim Vancouver. Według informacji portalu O służbach zatrzymanie przez ABW Weijinga W. ma związek z tą sprawą.

Pani Wanzhou nie jest zwykłym przedstawicielem szczebla kierowniczego Huawei. 46. letnia kobieta jest córką założyciela chińskiego giganta telekomunikacyjnego i wymieniana jest w gronie jego potencjalnych następców. Pozycja Wanzhou jest na tyle istotna, że jej zatrzymanie komentowano także w kontekście amerykańsko-chińskich rozmów na temat napięć w obszarze handlu i technologii. Huawei stał się bowiem w ciągu trzech dekad jednym z największych, globalnych, prywatnych imperiów biznesowych na świecie. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie zaangażowanie chińskich służb w rozwój giganta. Zaangażowanie, które dziś spędza sen z powiek zachodnim służbom kontrwywiadowczym.

Waszyngton podjął w ostatnich miesiącach intensywne działania, zmierzające do ograniczenia dominacji Huawei. Wszystko to w obawie przed wykorzystywaniem przez Pekin systemów tej firmy do zaawansowanych form szpiegostwa. Huawei stanowczo odrzuca te oskarżenia.

Tymczasem Pani Meng została aresztowana w ramach śledztwa dotyczącego naruszenia sankcji nałożonych na Iran. Chodziło o sprzedaż przez jedną ze spółek zależnych Huawei, wysokospecjalistycznego sprzętu telekomunikacyjnego, który miał być następnie wykorzystywany przez irańskie służby specjalne. Amerykanom z oczywistych względów bardzo zależało na możliwości przesłuchania dyrektor finansowej Huawei. Dlaczego?

Meng Wanzhou w wieku 16 lat przejęła nazwisko panieńskie swojej matki, rezygnując z nazwiska Ren (założyciela koncernu). Znana była także jako Cathy. Dyrektor finansowa posługiwała się sześcioma paszportami, wystawionymi na różne nazwiska. Szybko awansowała w strukturze firmy, prowadząc często projekty nieoczywiste, także poza granicami Chin. Zachodnie służby już jakiś czas temu zwróciły uwagę na operacje prowadzone przez szefową finansów Huawei. Jednym ze sposobów pozyskiwania kontaktów, ale być może także typowań przedwerbunkowych były prezentacje wyników rocznych Huawei dla inwestorów finansowych, ale i urzędników (np. amerykańskiej FED – rezerwy federalnej).

Waszyngton od dłuższego już czasu prowadzi bezprecedensową kampanię wymierzoną w dwa chińskie koncerny – Huawei i ZTE. Amerykanie obawiają się, że infrastruktura produkcji chińskiej, obsługująca sieć 5G, jest szczególnie narażona na cyberataki. Zagrożenie zdefiniowano jako bardzo poważne, dlatego kraje działające w ramach wspólnoty wywiadowczej „Five Eyes” zdecydowały się na ograniczenie współpracy z Huawei i ZTE. W ubiegłym roku rząd Australii poszedł nawet dalej i zakazał używania sprzętu produkcji chińskiej przy sieciach 5G.

Amerykańskie służby specjalne przekazują systematycznie sojusznikom informacje o chińskich działaniach w obszarze telekomunikacji, zdając sobie sprawę, że Huawei zdobywa przychylność władz nie tylko dzięki wysokiej jakości sprzętu oraz bardzo konkurencyjnym cenom.

Z naszych informacji wynika, że realizacja przeprowadzona przez ABW jest przede wszystkim wynikiem ustaleń strony amerykańskiej. Nieoficjalnie wiemy także, że jest to odprysk sprawy Meng Wanzhou.