Home Posts tagged energetyka

Rosja i Chiny sparaliżują amerykańską energetykę? DARPA przygotowuje się na taki scenariusz

Amerykańska DARPA opracowuje scenariusz reakcji na ataki cybernetyczne dotykające sektor energetyczny.

Zwolennicy teorii spiskowych doskonale znają Plum Island, wyspę należącą do stanu New York. Mieści się tam Centrum Chorób Zwierząt, które według plotek, jest rządowym centrum badań nad bronią biologiczną. Prawda nie jest jednak aż tak dramatyczna: w rzeczywistości jest to centrum szkoleniowe DARPA (Defence Projects Research Agency), gdzie ćwiczy się odparcie ataku na amerykańską sieć elektroenergetyczną.

W ciągu bieżącego roku administracja prezydenta Trumpa ogłosiła nowe sankcje na rząd rosyjski w reakcji na infiltrację aktywów ulokowanych w narodowej infrastrukturze elektroenergetycznej. Amerykańskie władze twierdzą, że zlokalizowały i całkowicie wyeliminowały oprogramowanie złośliwe oraz luki w zabezpieczeniach, które mogli pozostawić Rosjanie. Natomiast trzeba pamiętać, że USA – jak inne rozwinięte państwa, stały się zależne od energii elektrycznej w dużo większym zakresie, niż tylko w sektorach zapewniających Amerykanom komfort życia. Większość baz wojskowych, agencje wywiadowcze oraz organa ścigania korzystają z komercyjnie dostępnych źródeł energii elektrycznej, umożliwiającej ich codzienne funkcjonowanie i łączność.

Dlatego DARPA przygotowuje się na „czarny scenariusz”. Zespół ekspertów w zakresie wojny cybernetycznej oraz operatorzy sieci elektroenergetycznych  wykorzystują najnowocześniejsze techniki i sprzęt by przekierować przepływ prądu elektrycznego z działających generatorów do aktywów o kluczowym znaczeniu, które mogą być potencjalnym celem ataku.

Listopadowe testy w Plum Island były największymi, jakie do tej pory przeprowadzono. DARPA chce powtarzać takie ćwiczenia co sześć miesięcy. Plany te sięgają, ze względu na ograniczone fundusze, do 2020 r.

Źródło: thenewsrep.com

Fot. Pixabay

Tylko krowa nie zmienia poglądów. Dziś projekt Ostrołęka jest szkodliwy dla Polski

Projekt Ostrołęka jest dziś skrajnie nierentowny i będzie sprzyjał importowi rosyjskiego węgla. Jeszcze kilka lat temu inwestycja wydawała się jednak sensowna.

Od zawsze zwracaliśmy uwagę na to, że Polska północno-wschodnia, szczególnie w zakresie wytwarzania energii, jest białą plamą na mapie, a bezpieczeństwo energetyczne wymaga, by tę sytuację zmienić. Szczególnie, wobec rosyjskich nacisków w sprawie budowy połączenia transgranicznego z obwodem kaliningradzkim. Dlatego kilka lat temu uważaliśmy, że projekt budowy elektrowni w Ostrołęce ma głęboki sens. Jednak wówczas sytuacja była nieco odmienna niż dziś. Przypomnijmy zatem:

  1. Rosjanie aktywnie lobbowali za budową połączenia elektroenergetycznego
    z Kaliningradem. W zamierzeniu strony rosyjskiej, Polska miała otrzymać możliwość zakupu (po atrakcyjnych cenach, nieobciążonych kosztami choćby pakietu klimatycznego) energii z budowanej w obwodzie elektrowni atomowej.
  2. Taki projekt byłby groźny, bo obniżałby skłonność do budowy własnych źródeł
    wytwórczych i w dłuższej perspektywie czasowej uzależniał Polskę od zaopatrzenia ze wschodu.
  3. Dodajmy, że wówczas cena uprawnień do emisji CO2 nie przekraczała 5 Euro za tonę, a więc projekt był jak najbardziej rentowny.

Co się zmieniło od tego czasu? Wszystko…

  1. Rosjanie zamrozili swój projekt wiedząc, że ani Polska, ani kraje bałtyckie nie są zainteresowane współpracą ze stroną rosyjską.
  2. Cena uprawnień do emisji wzrosła do poziomu 20 Euro za tonę – a więc osiągnęła „granicę bólu” dla elektroenergetyki węglowej, powyżej której produkcja energii staje się nieopłacalna. Trzeba też brać pod uwagę scenariusz, w którym cena uprawnień do emisji, choćby wedle szacunków Komisji Europejskiej, będzie nadal rosła w kolejnych latach i może osiągnąć cenę nawet dwukrotnie wyższą niż obecnie. Nie trzeba pisać co by to oznaczało dla sektora, ale i przemysłu. Innymi słowy projekt elektrowni Ostrołęka – wart ponad 6 mld zł – jest trwale nierentowny. Stąd wielkie ryzyko – także prawne, dla podejmujących w tej sprawie decyzje.

Projekt wydaje się również dyskusyjny z politycznego punktu widzenia. Istnieje bowiem mechanizm prawny, który pozwoliłby przy wsparciu Brukseli ograniczyć podaż na rynku uprawnień, ale należy do tego dążyć w atmosferze negocjacji, pokazując chociaż trochę dobrą wolę. Polski rząd upiera się tymczasem przy haśle węgiel, odmieniając to słowo przez wszystkie przypadki, przy każdej nadarzającej się okazji.

Sytuacja byłaby bardziej zrozumiała gdyby rzeczywiście węgla było w Polsce pod dostatkiem. Tymczasem spółki węglowe same deklarują konieczność ograniczenia wydobycia. Zresztą dane to potwierdzają. Mówiąc wprost – w naszym kraju zaczęło brakować węgla. Z ostatnich danych, przytaczanych przez byłego wiceministra gospodarki Jerzego Markowskiego wynika, że 40% energii produkowanej w Polsce pochodzi z węgla rosyjskiego. Czy zatem projekt Ostrołęka ma być kolejnym miejscem zbytu dla rosyjskiego surowca?

Z ostatnich danych, przytaczanych przez byłego wiceministra gospodarki Jerzego Markowskiego wynika, że 40% energii produkowanej w Polsce pochodzi z węgla rosyjskiego. Click To Tweet

Oczywiście, łatwo jest krytykować, ale pytanie co w zamian? Jaka jest alternatywa dla Ostrołęki?

Minister Energii kilkakrotnie podczas tej kadencji wspominał o atomie. Temat trudny
i kontrowersyjny, ale nie bardziej niż węgiel. Mamy poczucie, że jasna deklaracja w tej kwestii plus realne działania stworzyłyby przestrzeń do lepszej współpracy z Komisją Europejską. Ale przede wszystkim dałyby Polsce w dłuższej perspektywie stabilne źródło zielonej energii.

Maciej Sankowski, Piotr Maciążek

Fot. Pixabay

Niekontrolowany wzrost cen uprawnień do emisji CO2?

Wzrost cen na rynku uprawnień do emisji COzaczyna niepokoić nie tylko sektor energetyczny, ale i przemysł. Ceny energii szybują ustanawiając nowe rekordy. Kondycja sektora energetycznego trzeszczy w podstawach a pod znakiem zapytania stają także zyski przedsiębiorstw przemysłowych.

Takiego wzrostu cen uprawnień do emisji dwutlenku węgla nie spodziewał się chyba nikt. Szczególnie biorąc pod uwagę rynkowy marazm jaki towarzyszył certyfikatom w latach 2016 – 2017 roku, kiedy to ich wartość oscylowała w przedziale między 5 a 8 Euro. Jednak od jesieni 2017 trwa systematyczny wzrost, który wypchnął cenę uprawnień do emisji na poziom ponad 25 Euro za tonę. Obecnie cena stabilizuje się nieco niżej, w okolicy 20 Euro. Ale to i tak oznacza, że tylko na przestrzeni ostatniego roku ceny wzrosły o mniej więcej 145%, a zdaniem ekspertów to wcale nie oznacza końca zwyżek. Gdzie szukać cenowego sufitu? To zależy z jakiego rodzaju kapitałem mamy do czynienia w przypadku tego instrumentu finansowego. Mówiąc wprost, warto zadać pytanie czy przypadkiem rynek uprawnień do emisji COnie przyciągnął kapitału spekulacyjnego.

Komisja Europejska, oceniając sytuację na rynku uprawnień w latach 2015-2017, wielokrotnie wyrażała niezadowolenie z powodu niskiej wartości certyfikatów. Dlaczego? Bo dopóki ich cena kształtowała się poniżej 15 Euro, budowa nowych bloków elektrowni opalanych węglem była opłacalna. Komisji tymczasem chodziło o zniechęcenie do tego typu inwestycji. Dlatego wprowadzono specjalny mechanizm zwany MSR (rezerwa stabilności rynkowej), który ma na celu ograniczenie nadpodaży liczby uprawnień, począwszy od 2019 roku. Czynnik ten zapewne już wpłynął na ceny bo rynek takie informacje dyskontuje wcześniej. Ale to nie koniec. Nie wiadomo jeszcze jak będzie wyglądał podział puli darmowych uprawnień, rozdzielanych w ramach ETS (Europejski System Handlu Emisjami) po 2020 roku, kiedy wejdziemy w kolejny okres rozliczeniowy.

Przy cenie powyżej 15 EUR za uprawnienie do emisji CO2 budowa nowych bloków na węgiel jest nieopłacalna. Click To Tweet

Przypomnijmy, od 2008 roku w UE obowiązuje zakup uprawnień do emisji CO2 (EUA) na giełdzie, po wykorzystaniu darmowej puli uprawnień przyznawanej poszczególnym państwom członkowskim. Obowiązek ten dotyczy zarówno firm energochłonnych jak i wytwarzających energię elektryczną. Handel uprawnieniami do emisji CO2 (EUA) odbywa się głównie na giełdzie ICE w Londynie. I tu dotykamy sedna.

Uprawnienia do emisji są bowiem papierem wartościowym notowanym na giełdzie. Aby nimi handlować nie trzeba być koniecznie przedsiębiorstwem energochłonnym ani energetycznym. W ostatnim czasie wahania cen znacznie odbiegały od średniej amplitudy i dotyczy to tak wzrostów jak i spadków. Eksperci zajmujący się rynkiem kapitałowym zwrócili również uwagę na odpływ – w tym samym czasie, dużych strumieni pieniędzy z rynku kryptowalut. Nie jest zatem wykluczone, że za wzrostem cen uprawnień do emisji stoi nie tylko mechanizm MSR czy obawy związane z kształtem ETS po 2020 roku, ale także kapitał szukający okazji do szybkiego zarobku.

Dlatego Europejska Komisja Nadzoru nad Giełdami i Papierami Wartościowymi powinna zbadać czy nie mamy przypadkiem do czynienia z powstająca bańką spekulacyjną. To niezwykle ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego Polski. Po pierwsze, wzrost cen uprawnień do emisji ma istotny wpływ na kształtowanie się cen energii, a te utrzymują się na rekordowym poziomie. Do tego dochodzą jeszcze wysokie ceny węgla. Wedle nieoficjalnych informacji granica bólu dla koncernów energetycznych to okolice 17-20 Euro za tonę emisji CO2. Wzrost cen powyżej tej bariery sprawia, że produkcja energii przestaje być opłacalna. Oczywiście nie oznacza to, że przestaniemy w Polsce produkować energię. Natomiast ktoś będzie musiał tę cenę zapłacić. I tu pojawia się dość oczywiste wskazanie na przemysł.

Przy cenie uprawnień do emisji CO2 powyżej 17-20 EUR polska energetyka przestaje być rentowna. Click To Tweet

Tymczasem firmy energochłonne podkreślają, że wysokie ceny energii, przekładające się na ceny końcowe produktów i brak systemu rekompensat ze strony państwa (stosowanego w innych krajach UE) spowoduje, że polskie firmy zaczynają być niekonkurencyjne na unijnym rynku.

Ponieważ produkcja energii w Polsce wciąż opiera się przede wszystkim na węglu, i tak pozostanie jeszcze przez długie lata, problem ten dotyczy naszego kraju w znacznie większym stopniu niż innych państw członkowskich. Dziś sytuacja przekłada się przede wszystkim na notowania giełdowe spółek energetycznych, których wyceny są najniższe w historii. Ale za chwilę będą również dostrzegalne w innych segmentach rynku. Dlatego temat ten jest kluczowy z punktu widzenia bezpieczeństwa ekonomicznego państwa i powinien być traktowany przez władze niezwykle poważnie.

Zapewne koniec roku przyniesie pewien rynkowy oddech, ponieważ na giełdzie pojawi się tradycyjnie większa podaż uprawnień. Koniec roku to okres rozliczeń i niewykorzystane nadwyżki EUA trafią na giełdę. Taka sytuacja przełoży się na krótkotrwały spadek notowań, ale problem powróci już w I kwartale 2019 roku.

Dotychczas to energetyka ratowała sektor górniczy, kontraktując zakupy węgla (jeszcze niewydobytego i drogiego) na dwa, trzy lata do przodu. Teraz wygląda na to, że rząd ma pomysł, aby to przemysł ratował energetykę. Pytanie, kto uratuje przemysł, bo indywidualni odbiorcy nie udźwigną tego ciężaru ekonomicznego.

Na koniec jedna uwaga – kapitalizacja spółek energetycznych – narodowych czempionów, spadła na przestrzeni ostatniego 1,5 roku o połowę. Specjalnie unikam podawania liczb bo brzmią one tak złowieszczo, że aż abstrakcyjnie. Choćby z tego tylko powodu należy podejść do sprawy z należną jej uwagą. Gdyby bowiem okazało się, że na rynku oprócz mechanizmu MSR działa jeszcze agresywny kapitał spekulacyjny, to może to oznaczać bardzo poważne konsekwencje dla całej polskiej gospodarki. Nie kiedyś tam ale jutro.

W przeciągu ostatniego 1,5 roku kapitalizacja narodowych czempionów z sektora energetyki spadła o połowę. Click To Tweet

Źródło: własne

Fot. Pixabay


Elementem działalności rosyjskich służb specjalnych wymierzonym w polski system energetyczny, na który należy zwrócić szczególną uwagę, jest zjawisko wojny informacyjnej. Rosja wykorzystuje do kreowania narracji sprzyjających jej interesom nie tylko klasyczne media, ale przede wszystkim Internet.

Sieć to zupełnie nowy obszar wpływu pozwalający dotrzeć na masową skalę do obywateli danego państwa poprzez zróżnicowane narzędzia. Wśród nich warto wymienić „farmy trolli”, a więc osoby wynajmowane w dużej liczbie najczęściej przez służby rosyjskie do popularyzowania określonych narracji w mediach społecznościowych i wchodzenie w interakcje z wybranymi do tego celami (np. politykami czy dziennikarzami wrogiego państwa). Inną metodą są boty, a więc zautomatyzowane programy, które publikują na Facebooku czy też Twitterze określone komunikaty wpływające na odbiorców.

W tym tekście nie chciałbym się skupiać na całym zjawisku rosyjskiej wojny informacyjnej, ale na zaledwie jego niewielkim wycinku. Spróbujmy się zatem przyjrzeć podstawowym narracjom, po które sięgają w mediach społecznościowych Rosjanie by wywierać wpływ na sektor energetyczny krajów takich jak Polska poprzez modelowanie opinii społecznej. Poniżej zaprezentuję kilka z nich, szczególnie groźnych:

Dywersyfikacja oznacza zróżnicowanie dostaw ropy bądź gazu co ma pozytywnie wpływać na bezpieczeństwo (większa ilość tras przesyłowych), ale także na cenę poprzez pobudzenie konkurencji. Ta definicja jest jednak bardzo ogólna przez co Rosjanie wykorzystują ją do własnych celów promując kontrowersyjny gazociąg Nord Stream 2. Koncerny powiązane z Kremlem próbują poprzez wpływanie na użytkowników Internetu bądź mediów tradycyjnych sugerować, że dywersyfikacja oznacza kreowanie sytuacji, w której odbiorca będzie mógł korzystać z kilku tras odbioru gazu ziemnego. W takiej optyce Nord Stream 2 oznaczałby dywersyfikację dostaw gazu do Unii Europejskiej co jest błędną tezą. Definicja dywersyfikacji powinna oznaczać zróżnicowanie źródeł gazu a nie tras jego dostaw. Dlatego właśnie terminal LNG umożliwiający Polsce kupno gazu skroplonego (LNG) z różnych rynków realnie dywersyfikuje naszą gospodarkę. Tymczasem kolejny gazociąg łączący polski system przesyłowy poprzez Niemcy z Nord Stream, który swój początek bierze w Rosji, nie spełni takiej roli. Niestety w Europie Zachodniej, która jest lepiej zdywersyfikowana od Europy Środkowo-Wschodniej takie argumenty często nie znajdują zrozumienia co wykorzystują Rosjanie.

Rosyjski wywiad promuje tezę, że dywersyfikacja polega na zróżnicowaniu tras importowych a nie źródeł gazu. Click To Tweet

Cena gazu dostarczanego do Polski od dostawców innych niż rosyjski jest kolejnym obszarem, który Rosja stara się kształtować w portalach społecznościowych i klasycznych mediach. Gazprom konsekwentnie promuje wizję, w której realizowane przez niego dostawy rurociągowe są najtańsze, a gaz skroplony nie jest wobec nich konkurencyjny. Właśnie z tego powodu Kreml inicjował ataki informacyjne na projekt polskiego terminalu LNG w Świnoujściu. Paradoksalnie taką samą narracją próbuje się uderzyć w Baltic Pipe choć będzie on realizował dostawy rurociągowe.

Narracja Gazpromu nie ma pokrycia w faktach. Amerykańska badaczka z Rice University, Nathalie Hinchey, przedstawia w ramach swoich badań naukowych dane, że w ciągu zaledwie dwóch lat od pierwszej dostawy LNG na Litwę, ceny gazu rosyjskiego dostarczanego do tego państwa spadły o 61%. Od 2015 do 2016 r. władze w Wilnie zaoszczędziły dzięki temu 130 mln euro, co biorąc pod uwagę wielkość lokalnej gospodarki jest astronomiczną kwotą. To pokazuje, że konkurencja ma sens, a pobudzić ją na środkowoeuropejskich rynkach zdominowanych przez Gazprom można jedynie poprzez dywersyfikację źródeł gazu.

Według Rosjan LNG jest nieopłacalne. Zdaniem Rice University budowa litewskiego gazoportu zbiła cenę gazu rosyjskiego dla Litwy o 61%. Click To Tweet

Stabilność dostaw rosyjskiego gazu do Polski to hasło wykorzystywane jako narzędzie w rosyjskim asortymencie dezinformacyjnym. Gazprom utrzymuje, że jest rzetelnym dostawcą surowca zakontraktowanego przez PGNiG mimo, że w ostatnich latach wielokrotnie z przyczyn politycznych manipulował wielkościami eksportowymi. Problemy z importem gazu z Rosji wystąpiły m.in. podczas wizyty amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa w Polsce (2017 r.), szczytu NATO w Warszawie (2016 r.) czy w momencie odcięcia przez Rosjan dostaw gazu na Ukrainę (2014 r.) co uruchomiło eksport błękitnego paliwa do tego państwa przez polsko-ukraiński interkonektor.

Rosyjski wywiad popularyzuje twierdzenia o Gazpromie – stabilnym dostawcy. Tymczasem wstrzymał dostawy gazu do Polski podczas wizyty D. Trumpa w Warszawie (2017) oraz szczytu NATO w tym mieście (2016). Click To Tweet

Zastanawiający jest także najnowszy incydent. W 2017 r. polski PGNiG zaczął otrzymywać np. zbyt zawodniony gaz, który nie nadawał się do użytku przemysłowego. Jednocześnie surowiec ten nadal był tłoczony przez Polskę do Niemiec, na terenie których znajdował się zakład osuszający gaz ziemny. Tym sposobem niemiecki klient uzdatniał do użytku zawodniony gaz, a polski klient nie mógł tego zrobić. W polskiej prasie pojawiły się artykuły sugerujące, że problemy z zawodnionym gazem były związane z awarią gazociągu na terenie Rosji, a nie celowymi działaniami Rosjan. Jednak mimo prób kontaktu z Gazpromem, polskie PGNiG nigdy nie otrzymało odpowiedzi na pytanie co właściwie się wydarzyło.

Monopol to argument często wykorzystywany przez przeciwników Gazpromu wskazujący na jego dominującą pozycję na rynkach niektórych państw Unii Europejskiej. Sięga po niego także polskie PGNiG na wielu frontach sporów z Rosjanami. Gazprom nie pozostaje dłużny i z pomocą wsparcia Kremla dysponującego potężną machiną informacyjną „odbija piłeczkę” twierdząc, że wytykanie monopolu stronie rosyjskiej przez polską jest niepoważne ponieważ PGNiG to także monopolista.

Taka symetria jest fałszywa. Nie chodzi tu jedynie o proporcje obu firm i ich wpływ na cały region Europy Środkowej, ale także antymonopolowe regulacje wdrażane w Polsce. PGNiG powoli dostosowuje się do liberalizacji rynku gazowego czego doskonałym przykładem jest tzw. obligo giełdowe zmuszające koncern do przekazywania części gazu na giełdę, z której mogą korzystać prywatne podmioty. Oczywiście PGNiG pozostaje dominującą spółką w branży gazowej w Polsce, jednak jego rola słabnie, a Rosjanie o tym wiedzą. Mimo to wykorzystują swoje możliwości do tworzenia przyjaznego otoczenia informacyjnego wzmacniającego Gazprom w jego relacjach z Polską.

Opłaty tranzytowe to kolejny element wykorzystywany w rosyjskiej wojnie informacyjnej. Rosjanie próbują wyrobić w polskim społeczeństwie przekonanie, że rezygnacja ze współpracy z Gazpromem oznacza dla naszego kraju olbrzymie szkody finansowe. Chodzi nie tylko o kwestię cen, ale także opłat jakie do polskiego budżetu mają być wnoszone przez rosyjską spółkę za przesył gazu przez terytorium Rzeczpospolitej.

Tak jak w przypadku poprzednich przykładów kwestia opłat tranzytowych jest nieprawdziwa. Polska otrzymuje na mocy uzgodnień z 2010 r. tylko około 20 mln zł za tranzyt rosyjskiego gazu na zachód, co jest żenująco niską kwotą (dla porównania Ukraina zasila swój budżet z tego tytułu ponad 2 mld $). Jest to maksymalny dochód Europol Gazu, który jest właścicielem przebiegającego przez nasz kraj tranzytowego Gazociągu Jamalskiego. Reszta zysków tej spółki ląduje w specjalnym funduszu, z którego nie można wytransferować środków bez zgody obu udziałowców Europol Gazu czyli Gazpromu i PGNiG. Te pieniądze są elementem sporu toczonego przez władze Polski i Rosji.

Rosyjski wywiad popularyzuje twierdzenia, że Polska zarabia na tranzycie gazu z Rosji. W rzeczywistości chodzi o zaledwie 21 mln zł. Click To Tweet

Pragmatyczność to ulubione słowo-wytrych rosyjskich trolli internetowych próbujących infekować swoimi narracjami polską opinię publiczną. Rosjanie nieustannie próbują wywołać wrażenie, że Polska nie prowadzi odpowiedzialnej polityki energetycznej kierując się tak charakterystycznym dla swojej historii „romantyzmem”. Stąd sugestie Gazpromu o: rezygnacji Polski z taniego gazu z Rosji wbrew logice biznesowej czy o dbaniu o interesy gazowe Ukrainy bardziej niż o swoje własne etc. Narracje te nie znajdują pokrycia w faktach.

Rusofobia to środek, po który Rosjanie sięgają szczególnie często w ramach toczonych w mediach społecznościowych działań informacyjnych (a właściwie dezinformacyjnych). Uzasadnia się nią wszelkie samodzielnie działania Polski zabezpieczającej własne bezpieczeństwo energetyczne. Gazprom sugeruje więc rusofobię Polaków na każdym kroku: gdy władze w Warszawie promują dywersyfikację, podkreślają, że gaz skroplony jest atrakcyjny cenowo, zastanawiają się nad ograniczeniem dostaw z Rosji etc. Z reguły rusofobia oznacza po prostu asertywne działania rządu w Warszawie zgodne z polskim interesem narodowym.

Historia Polski jak każdego kraju Europy Środkowej jest niezwykle żywa i budzi emocje szczególnie w kontekście relacji z krajami ościennymi. Rosja żeruje na takich resentymentach szafując kwestiami takimi jak Rzeź Wołyńska (kierunek ukraiński) czy brak zgody na zapis oryginalnych form nazwisk mniejszości polskiej w dokumentach państwowych (kierunek litewski), za każdym razem gdy w grę wchodzi realizacja środkowoeuropejskich projektów energetycznych uderzających w interesy rosyjskich firm energetycznych.

Rosyjski wywiad podsyca spory historyczne pomiędzy Polską i jej sąsiadami. Torpeduje dzięki temu np. zmniejszenie roli Gazpromu w regionie. Click To Tweet

Odrębną kategorią narzędzi, po które sięga państwo rosyjskie w ramach toczonej przez siebie wojny informacyjnej są skomplikowane kampanie wdrażane w mediach tradycyjnych i społecznościowych. Ich celem jest uderzenie w kluczowe projekty energetyczne powiązane z Polską. Chciałbym opisać kilka takich przykładów, aby po zaprezentowaniu ogólnych założeń dezinformacji stosowanej przez Rosję w sektorze energetycznym oprzeć się na konkretnych przykładach:

Baltic Pipe to planowany gazociąg mający połączyć Polskę ze złożami gazu norweskiego. Narracje podważające konieczność budowy gazociągu Baltic Pipe to przede wszystkim:

  • Sugerowanie, że inwestycja ta kilkukrotnie nie została już zrealizowana, a więc tym razem będzie podobnie (teza nie ma logicznego uzasadnienia),
  • Próbuje się także wywrzeć wrażenie, że Baltic Pipe posłuży wyłącznie importowi rosyjskiego gazu do Danii, a nie eksportowi norweskiego surowca do Polski (takiej tezie przeczą oficjalne deklaracje Duńczyków, w tym duńskiego operatora gazociągów, firmy Energinet, choć oczywiście umożliwienie rewersu w obrębie infrastruktury jest standardem w ramach nowych inwestycji gazowych),
  • Rosyjska narracja podkreśla, że złoża norweskiego gazu wyczerpują się, a kluczowy koncern w Norwegii tj. Shell wycofuje się z działalności na Dalekiej Północy kraju gdzie swoje złoża posiada polskie PGNiG (wycofał się z USA).

Wszystkie z podanych powyżej twierdzeń są nieprawdziwe. Mimo to wśród statystycznych Polaków za pomocą intensywnej kampanii w mediach społecznościowych można próbować zaszczepić przeświadczenie, że projekt Baltic Pipe jest pozbawiony sensu.

Polsko-Ukraiński Interkonektor Gazowy to kolejny kluczowy po Baltic Pipe projekt, który może uderzyć w pozycję rosyjskiego Gazpromu. Właśnie dlatego stał się celem działań informacyjnych ze strony Rosji. Nowy łącznik (stary ma zbyt małą przepustowość) pomiędzy systemami przesyłającymi gaz w Polsce i na Ukrainie może zmienić regionalne realia przekształcając oba rynki. Władze w Kijowie już dziś podkreślają zainteresowanie dostawami z polskiego terminalu LNG czy też gazociągu Baltic Pipe, a także sugerują swoim polskim partnerom możliwość wykorzystania magazynów pod Lwowem do celów budowy regionalnego hubu gazowego. Rosja prowadzi w mediach tradycyjnych i społecznościowych kampanię podkreślającą, że budowa nowego Polsko-Ukraińskiego Interkonektora jest pozbawiona sensu. Wśród dominujących narracji można wymienić:

  • Sugestie, że rosyjski gaz jest najtańszy. W tym kontekście Ukraina nie powinna budować połączeń umożliwiających jej sięganie po surowiec dostarczany przez kraje zachodnie (takie twierdzenia mają oczywiście niewiele wspólnego z rzeczywistością biorąc pod uwagę politykę Gazpromu, który w swoich relacjach z Ukrainą wielokrotnie wywoływał tzw. wojny gazowe, a cenę uzależniał od ustępstw politycznych. W takich okolicznościach prezydent Wiktor Janukowycz przedłużył Rosjanom dzierżawę bazy w Sewastopolu na Krymie w zamian za rabat cenowy na gaz).
  • Podkreśla się, że nie będzie zbytu na gaz z Polski, a nowy interkonektor będzie „stał pusty” (tyle tylko, że systematycznie rośnie sprzedaż gazu przez Polski PGNiG na Ukrainę, a ogranicza ją jedynie przepustowość obecnego łącznika).
  • Zestawia się projekt budowy większego interkonektora polsko-ukraińskiego z ropociągiem Odessa-Brody, co ma udowadniać jego nierentowność (jest to zestawianie ze sobą gruszek i arbuzów. Sektory gazowy i naftowy rządzą się odrębnymi prawami. Tezy rosyjskie są więc nieuzasadnione).

Jamał 2 to projekt, który nigdy nie doszedł do skutku. W zamyśle miała to być druga nitka Gazociągu Jamalskiego, który przebiegając przez terytorium polskie dostarcza gaz rosyjski do Niemiec. Inwestycję w tej formie należałoby uznać za korzystną dla Polski. Otworzyłaby ona możliwość dyskusji o zwiększeniu opłat tranzytowych uiszczanych przez Gazprom spółce Europol Gaz będącej właścicielem Jamału. Ponadto zwiększenie wolumenów surowca z Rosji dostarczanych przez Polskę do Niemiec zwiększyłoby bezpieczeństwo energetyczne naszego kraju. Jamał 2 jest przykładem jednej z najagresywniejszych kampanii dezinformacyjnych jakie Rosjanie wymierzyli we władze w Warszawie. Wśród dominujących narracji, po które sięgnął Kreml można wymienić:

  • Sugerowanie opinii publicznej, że projekt Jamał 2 został odrzucony przez Polskę co wymusiło na Rosjanach budowę gazociągu Nord Stream. Jest to oczywista nieprawda ponieważ Rosjanie nie wysunęli wobec naszego kraju propozycji rozbudowania Gazociągu Jamalskiego na odcinku od wschodniej do zachodniej granicy Polski.
  • Gazprom nazwał oficjalnie Jamałem 2 swój inny planowany gazociąg tj. Pieremyczkę, która miała być południową odnogą Gazociągu Jamalskiego w kierunku Słowacji. Jak łatwo się domyślić jej powstanie nie zwiększyłoby bezpieczeństwa Polski ponieważ nowa przepustowość nie służyłaby przesyłowi surowca do Niemiec lecz na terytorium słowackie zwiększając uzależnienie tego państwa od dostaw z Rosji i pozwalając Gazpromowi zmniejszyć tranzyt przez Ukrainę.

Powyższe tezy były kolportowane za pomocą tradycyjnych i społecznościowych mediów przez Rosjan do około 2013 r. Do dziś wielu Polaków nie wierzy co pokazuje skuteczność rosyjskiej machiny dezinformacyjnej.

Ilość narzędzi jakimi dysponuje Rosja walcząc o wpływy w polskich sektorze energetycznym jest imponująca. Jak podkreśla serwis Osluzbach.pl: „Rosjanie korzystają z gigantycznej sieci trolli internetowych i botów, generujących i rozprzestrzeniających w sieci materiały służące realizacji swoich interesów. Ich aktywność wspierają dyplomaci, kontrolowane przez państwo media, jak np. RT (dawne Russia Today) czy Sputnik, które de facto współpracują z takimi organizacjami jak WikiLeaks. Współpracując ze sobą w ramach opisanego powyżej systemu mogą oni stworzyć [chodzi o Rosjan] dowolną informację czy historię i sprawić, by dotarła ona do tej części populacji na którą najłatwiej wpływać poprzez Facebooka, Twittera i inne media społecznościowe. Wygląda też na to, że są oni w stanie sprawić, by media podjęły taki materiał, wyprodukują bowiem wywiady z nieistniejącymi ekspertami, podrobią dokumenty, zdjęcia i nagrania. Ten, kto publicznie wykaże kłamstwo, sam stanie się celem ataku online”.

Jak w takich realiach odpowiednio zabezpieczać strategiczne projekty, których rolą jest uzyskanie realnej niepodległości gazowej, naftowej czy energetycznej? Dziś pytanie to wydaje się otwarte. Z pewnością działania spółek jak i ich właściciela, którym z reguły jest skarb państwa, muszą uwzględniać komponent informacyjny jako element niezbędny dla skutecznej realizacji ważnych inwestycji. Ulubiona „strategia informacyjna” a więc niekomentowanie pojawiających się w tradycyjnych i społecznościowych mediach informacji uderzających w kluczowe projekty wydaje się drogą donikąd oddając informacyjne pole walki Rosjanom.

Artykuł stanowi fragment przygotowywanej przez autora książki, która powinna ukazać się w księgarniach jesienią.

Fot. Pixabay

 

Międzynarodowa Agencja Energii alarmuje, że wojna handlowa USA z resztą świata miałaby zgubny wpływ na rynki finansowe, w tym przede wszystkim na ceny ropy naftowej. Z kolei ich załamanie byłoby groźne przede wszystkim dla Kremla, który dotychczas nie był w stanie przemodelować gospodarki w taki sposób, aby ograniczyć uzależnienie od węglowodorów.

Już dziś obserwujemy na rynku zachowania propodażowe, a wojny handlowe ograniczą popyt jeszcze bardziej. Rynek jest szczególnie wyczulony na gesty i słowa Donalda Trumpa bo to on jest dziś największym zagrożeniem dla stabilizacji sytuacji rynkowej – wskazują analitycy. Administracja prezydencka zamierza wywrzeć presje na OPEC w celu zwiększenia wydobycia ropy aż o 1 mln baryłek dziennie. Gdyby organizacja producentów uległa, to nawet zaostrzenie się sytuacji wokół Iranu nie będzie w stanie wpłynąć na utrzymanie cen na obecnym poziomie. Co zrobi OPEC? Przekonamy się na najbliższym posiedzeniu.

Tymczasem sektor naftowy dostrzega kolejne zagrożenie na horyzoncie i nie chodzi wcale o Iran (ten jest już w cenach surowca), ale o realną groźbę spowolnienia gospodarczego, które zapewne wpłynie na ograniczenie popytu. Spoglądając na wykres ropy typu Brent możemy dostrzec imponującą fale wzrostową, która wyniosła ceny z poziomu 44$ do 80$ za baryłkę. Co dalej? Rynek wydaje się mocno wykupiony i głębsza korekta powinna nadejść bardzo niedługo znosząc ceny nawet do 62$.

Przyglądając się cenom ropy warto także pamiętać, że im mocniejszy dolar amerykański tym słabsza ropa i odwrotnie. Wedle dużej części analityków cykl podwyżek stóp procentowych w USA, ale i wzrastające rentowności obligacji 10 letnich, oscylujące wokół 3% przyczynią się w dłuższym terminie do umocnienia amerykańskiej waluty. Szczyt jej notowań może pojawić się dopiero w I kwartale 2019 roku. Spoglądając z tej perspektywy ropa powinna mocno potanieć.

Jedyną niewiadomą pozostają: Iran i…Rosja. O ile Teheran już dziś szuka (z powodzeniem) chętnych na surowiec, którego nie kupią pewnie europejskie koncerny (w obawie przed gniewem Waszyngtonu i działaniami odwetowymi, choćby w postaci ceł na samochody) o tyle przecena ropy jest zawsze dużym zagrożeniem dla stabilności Rosji. I nie chodzi jedynie o kwestie budżetowe. Każdy spadek poniżej bariery 50$ jest bardzo odczuwalny we wszystkich regionach Rosji, także w Moskwie. Jeżeli dodamy do tego obrazu osłabienie koniunktury, to rosyjskie władze mają powód do niepokoju. Dlatego w mojej ocenie prawdziwym wyzwaniem będzie dopiero rok 2019 kiedy te dwa czynniki zaczną silniej oddziaływać, tworząc niebezpieczną dźwignię.

Fot. Pixebay

 

Rosja wykorzystuje swoje narzędzia wpływu w Internecie i telewizji by torpedować amerykańskie inwestycje energetyczne.

Dwa dni przed sylwestrem 2016 roku ekipa telewizyjna największej państwowej telewizji rosyjskiej zjawiła się w centrum Miami, realizując tajemniczą misję: RT, stacja znana wcześniej jako Russia Today, przystąpiła do transmisji protestu przeciwko powstaniu międzystanowego gazociągu o wartości 3 miliardów USD. Sabal Trail Pipeline ma dostarczać gaz na Florydę z Alabamy. Demonstranci nie mieli świadomości, że rosyjskie trolle w Internecie (na Twitterze, Facebooku i Instagramie) już dwa tygodnie wcześniej namawiały ludzi do uczestnictwa w tej demonstracji. Używali fałszywych nazwisk, brzmiących jak amerykańskie: np. Steven Cook czy Amalie Baldwin.

Według opublikowanego w ubiegłym miesiącu raportu Komisji ds. Badań, Przestrzeni Kosmicznej i Technologii Izby Reprezentantów (House Committee on Science, Space and Technology)  uczestnictwo w wydarzeniach na Florydzie było szeroko zakrojoną operacją. Przynajmniej osiem kont w Internecie związanych z farmą trolli znaną jako Agencja Badania Internetu dotarło z krytyką Sabal Trail Pipeline do ponad 40 tysięcy osób. Jest to ta sama farma z St. Petersburga, której udział odnotowano w czasie amerykańskich wyborów w 2016 roku.

Propaganda w mediach społecznościowych była częścią działań Kremla, mających na celu działanie na szkodę amerykańskiego sektora energii, który stał się w krótkim czasie zagrożeniem dla rosyjskiej dominacji energetycznej. USA z importera stały się bowiem czołowym eksporterem usług w obszarze szczelinowania hydraulicznego. Według wspomnianego raportu, Rosjanie mieli też swój udział w podsycaniu w Internecie krytyki w stosunku do gazociągu Dakota Access Pipeline, dostarczającego gaz z Północnej Dakoty, Sabal Trail i innych gazociągów. Rosyjskie trolle zaangażowały się w szczególności w podsycanie akcji organizowanych przez głównego aktywistę protestującego w Miami, Tima Canova, kandydata na kongresmena, który pojawił się w rosyjskiej telewizji przynajmniej 18 razy. Canova, w wywiadzie udzielonym mediom, stwierdził że jego obecność  w mediach rosyjskich wynika z zainteresowania sprawą ze strony „prawdziwych dziennikarzy”, których porównał do prowadzących w CNN lub programów Larry Kinga, chociaż spółka-matka RT zarejestrowała się rok temu w Ministerstwie Sprawiedliwości USA w charakterze przedstawiciela rządu Rosji, co było efektem śledztwa Robert Muellera dotyczącego inferencji rosyjskiej w amerykańskie wybory w 2016 roku.

Amerykańskie służby specjalne bacznie przyglądają się temu, w jaki sposób Rosja prowadzi działania wobec osób takich jak  Canova. W raporcie z 10 stycznia br. sporządzonym dla senatora stanu Maryland – Bena Cardin, lidera Demokratów w Senackiej Komisji ds. Stosunków Zagranicznych, pracownicy wspomnianej komisji stwierdzili, że Rosja korzysta z działań podejmowanych przez „pożytecznych idiotów”. Pierwsze wzmianki dotyczące zaangażowania Rosji w obszar polityki energetycznej pojawiły się jako informacje jawne, w raporcie służb specjalnych USA z 6 stycznia 2017 dotyczącym ingerencji w amerykańskie wybory z 2016 roku. W treści raportu można wyczytać, że „RT prowadzi kampanię dotyczącą negatywnych aspektów szczelinowania, podkreślając kwestie ochrony środowiska i ich wpływ na zdrowie publiczne”. Raport ten zawiera tezę, że działania stacji RT wynikają z tego, że dynamicznie rozwijający się amerykański sektor energetyczny zagraża zyskom rosyjskiego Gazpromu. „Rosja postrzega to, że Ameryka z importera stała się eksporterem jako zagrożenie dla swojej kontroli rynków europejskich”, stwierdziła Stacy Closson, z  centrum eksperckiego Washington’s Wilson Center.

Aktywistka z Tampy na Florydzie, Anita Stewart, kiedyś oficer ds. wywiadu służący w strukturach Sił Powietrznych USA opowiedziała, jak tworzyła narzędzia mediów społecznościowych, by zaprotestować przeciwko Sabal Trail. Założyła w tym celu stronę na Facebooku, wokół której wyrosła społeczność rzędu 10 tysięcy użytkowników. „Ludzie nie mogli tak po prostu umieszczać tam postów”, mówi. „Ich posty musiały być zatwierdzone, bo mieliśmy tyle szalonych osób umieszczających swoje wpisy (…) co do rosyjskich botów, nie powiem, że się nie zdarzały. Było tam wiele kont na fałszywe nazwiska. Można je rozpoznać. Nie mają adresu. Próbowaliśmy być ostrożni i ich nie wpuszczać.” Steward przyznała też, że przed demonstracją na Florydzie zadzwoniła do niej reporterka stacji RT i powiedziała, że będzie to wydarzenie relacjonować, poprosiła też o wskazanie innych osób z Miami, które mogły się wypowiedzieć w tej sprawie. „ Miała silny akcent. Nie mam zdania na ten temat. Dla mnie, większość wiadomości to i tak propaganda”, stwierdziła Stewart.

Źródło: McClatchy News

Fot. Pixebay

 

Administracja amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa oskarża Rosję o rozpoczęcie nowej operacji polegającej na ingerencji w amerykańską sieć energetyczną.

Przedstawiciele organów bezpieczeństwa USA twierdzą, iż FBI, Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz służby wywiadowcze ustaliły, że rosyjski wywiad stoi za atakami wymierzonymi w amerykański sektor energetyczny. Twierdzą oni, iż Rosjanie uzyskali dostęp do systemu energetycznego i „prowadzili szeroko zakrojony rekonesans” systemów kontroli tego sektora.

Funkcjonariusze twierdzą, że pomogli firmom energetycznym usunąć Rosjan ze wszystkich systemów, w których stwierdzono ich obecność. Informacja przekazana mediom ma uczulić firmy amerykańskiego sektora energetycznego. Powyższa informacja została przekazana przedstawicielom mediów pod warunkiem zachowania anonimowości źródeł.

Źródło: Associated Press

Fot. Pixebay