Home Posts tagged polska

Hakerzy powiązani z rosyjskim wywiadem wojskowym dokonali skutecznych ataków na 104 konta pracowników kluczowych europejskich think-tanków zajmujących się polityką zagraniczną i bezpieczeństwem. Na liście znajdują się także podmioty działające w Polsce.

Informacje Microsoft na temat zdarzenia

Firma Microsoft poinformowała w specjalnym komunikacie, że w ramach współpracy z Threat Intelligence Center (MSTIC) i Digital Crimes Unit (DCU) prowadzi codzienne działania zmierzające do ochrony swoich klientów. Według koncernu wykryte ataki hakerskie często obejmują think-tanki i organizacje non-profit zajmujące się tematami związanymi z demokracją, transparentnością wyborczą i polityką publiczną, które mają kontakt z urzędnikami państwowymi.

Microsoft w ramach stosowanej prewencji wykrył niedawno ataki wymierzone w pracowników Niemieckiej Rady ds. Stosunków Zagranicznych, Instytut Aspen i German Marshall Fund. Amerykański koncern za zgodą wspomnianych organizacji poinformował, że zhakowano 104 konta należące do ICH pracowników w Belgii, Francji, Niemczech, Polsce, Rumunii i Serbii.

Nadal badane są źródła tych ataków, ale według Microsoft wiele z nich pochodzi z grupy, którą nazwano Strontium. Ataki miały miejsce w okresie od września do grudnia 2018 r.

Atakujący w większości przypadków tworzyli złośliwe adresy URL i fałszywe adresy e-mail. Tym sposobem próbowano uzyskać dostęp do danych uwierzytelniających pracowników i zaimplementować na ich urządzeniach złośliwe oprogramowanie.

Według Microsoft wspomniane ataki są ostrzeżeniem dla europejskich przywódców w przededniu wyborów odbywających się w Europie.

Komentarz

Grupa Strontium znana jest także jako jednostka APT28, Fancy Bear czy Sofacy. Zdaniem kluczowych spółek związanych z sektorem cyberbezpieczeństwa (Microsoft, Trend Micro) z dużym prawdopodobieństwem są to hakerzy pracujący na rzecz rosyjskiego wywiadu wojskowego, którzy zasłynęli m.in. atakami na parlament Niemiec, Biały Dom, Komisję Europejską, Bank Światowy, NATO, czy amerykańską Partię Demokratyczną. Ostatnia kwestia jest obecnie wnikliwie badana w związku z rosyjską ingerencją w amerykańskie wybory prezydenckie. Prokurator specjalny Robert Mueller ma zaprezentować wyniki swojego śledztwa w najbliższych dniach – co może być wstrząsem dla opinii publicznej w USA.

Atak na kluczowe think-tanki polityczne w Europie ma bardzo istotne znaczenie. To ośrodki, które bardzo często nadają ton polityce zagranicznej kluczowych krajów UE, dysponującą dużą wiedzą ze względu na międzynarodową wymianę informacji (oficjalnych, plotek, a czasem nawet nieoficjalnych), a także związki z kluczowymi instytucjami państwowymi. Takie podmioty stanowią także obszar działania służb. Dlatego wydarzenie nakreślone przez Microsoft należy uznać za bardzo groźne, choć jak poinformował np. German Marshall Fund nie doszło do infiltracji serwera należącego do think-tanku.

Nie zmienia to jednak faktu, że już same informacje pojawiające się w korespondencji oficjalnej mogą być bardzo cenne. Nie wiemy również czy grupie Fancy Bear nie udało się zainfekować urządzeń należących do analityków złośliwym oprogramowaniem. Bardzo często służbowa poczta jest pobierana na urządzeniach prywatnych z powodu zwykłego lenistwa – w takim wypadku mogły wyciec także informacje osobowe pracowników zaatakowanych think-tanków. Rzecz bezcenna np. w kontekście werbunkowym.

Głównym celem uderzenia w kluczowe think-tanki europejskie jak wskazuje Microsoft był kontekst wyborczy. Komunikat firmy wprost precyzuje, że należy spodziewać się dalszych działań wymierzonych w transparentność wyborów w Europie. Ponieważ w całej sprawie pojawia/ją się pracownik/pracownicy zhakowanych instytucji pracujący na terenie Polski rodzi to pytania o przygotowanie rodzimych służb do zabezpieczenia procesu wyborczego w naszym kraju.

Jest to istotne pytanie z przynajmniej kilku powodów. Mam tu na myśli z jednej strony duże ryzyko zwiększonej reprezentacji skrajnych partii politycznych finansowanych przez Rosję w Parlamencie Europejskim (np. ugrupowanie Matteo Salviniego, które stara się konsolidować środowiska określane czasem jako „Putintern”). Z drugiej strony w Polsce również zauważalny jest proces konsolidacji takich grup w przededniu wyborów europejskich.

W kontekście działań Fancy Bear należy zadać ważne pytania dotyczące Polski. Wspomniałem już o zabezpieczeniu procesu wyborczego, ale należy odnieść się do jeszcze jednej rzeczy. Tym razem atak hakerski spadł na German Marshall Fund, a właściwie pracownika/pracowników warszawskiego biura tej organizacji (być może również analityków dwóch pozostałych fundacji wymienionych przez Microsoft). Co się wydarzy jeśli następnym razem takimi działaniami zostaną objęte PISM czy OSW? Czy są na to gotowe?

Fot. Pixabay

W październiku 2017 roku w krajowej ocenie ryzyka prania pieniędzy i finansowania terroryzmu (NRA) Wielkiej Brytanii, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Ministerstwo Skarbu uznały, że pranie pieniędzy na rynkach kapitałowych (rynki, na których pozyskuje się kapitał i obraca papierami, a także instrumentami finansowymi, walutami oraz towarami) było nowym znaczącym ryzykiem.

Financial Conduct Authority (FCA), jako organ regulujący rynki kapitałowe w Wielkiej Brytanii potwierdziło tę tezę. Pogląd sformułowany jest w oparciu o głośny przypadek Deutsche Banku, który w styczniu 2017 roku otrzymał największą karę, jaka kiedykolwiek została nałożona w Wielkiej Brytanii za naruszenia w obszarze przeciwdziałaniu praniu pieniędzy (AML). W ostatecznej decyzji FCA opisuje, w jaki sposób bank pozwolił klientowi z Moskwy na konwersję rubli o wartości co najmniej 6 miliardów dolarów na dolary amerykańskie przy użyciu “transakcji lustrzanych” (ang. mirror trades). Środki te zostały następnie przekazane na konta zagraniczne w krajach takich jak Cypr, Estonia i Łotwa.

Takie przypadki w sposób naturalny dotykają Wielką Brytanię. Londyn bowiem jest światowym hubem dla rynku kapitałowego. Pranie pieniędzy na taką skalę naraża na kolejną wielomiliardową dziurę w brytyjskim systemie przeciwdziałania praniu pieniędzy, zagrażając integralności i skuteczności zarówno krajowych, jak i międzynarodowych systemów finansowych. Z tego względu, w latach 2018/19 FCA koncentrowała się na tej kwestii.

Budujące jest postrzeganie tego jako nieodłącznego elementu dążenia rządu Wielkiej Brytanii do zajęcia się skutkami bezpieczeństwa miasta w wielkiej korupcji. System przeciwdziałania praniu pieniędzy i sankcje finansowe, które ograniczały dostęp rosyjskich instytucji państwowych do rynków kapitałowych Unii Europejskiej, pojawiły się obok siebie w informacji FCA w grudniu 2017 roku w sprawie systemów i środków kontroli. W raporcie opublikowanym w maju 2018 roku Komisja Spraw Zagranicznych Izby Gmin opowiedziała się za wykluczeniem z brytyjskich rynków kapitałowych „kleptokratów” z Kremla w ramach skoordynowanej reakcji na rosyjską agresywną politykę.

Jednak jest to zjawisko trudne do zwalczenia. Raporty na ten temat od Międzynarodowej Organizacji Komisji Papierów Wartościowych i Financial Action Task Force (FATF) zauważają między innymi zagrożenia płynące z rynków kapitałowych, jeśli chodzi o maskowanie i legitymizację środków pochodzących z poważnych przestępstw i korupcji (innymi słowy, ukrywanie ich źródeł pochodzenia i powiązania z legalnymi wartościami majątkowymi). Odnotowują również, że oprócz możliwości prania pieniędzy, rynki kapitałowe zapewniają środki (poprzez nadużycia na rynku, wykorzystywanie poufnych informacji i oszustwa związane z papierami wartościowymi) do dalszego generowania nielegalnych środków finansowych. Obecnie, pomimo pracy wykonanej przez te organizacje i niepotwierdzonych informacji o praniu pieniędzy na londyńskiej giełdzie już pod koniec lat 90., rynki kapitałowe nawet nie zasługiwały na wzmiankę w pierwszej brytyjskiej krajowej ocenie ryzyka, opublikowanej w 2015 roku.

Organy nadzoru, analitycy oraz śledczy walczą by poradzić sobie z tego rodzaju przestępczością. Klasyczny paradygmat prania pieniędzy — środków pieniężnych pochodzących z nielegalnej działalności (takiej jak handel narkotykami) wpłacanych do banku i przemieszczanych w systemie finansowym przed ich wypłatą oraz spożytkowaniem na dobra luksusowe, nie dotyczy rynków kapitałowych. Większość brokerów nie akceptuje gotówki, więc nie są zaangażowani we wprowadzanie środków pochodzących z przestępstw do systemu finansowego. Z drugiej strony tego procesu, rezultat prania pieniędzy na rynkach kapitałowych wygląda zupełnie inaczej niż, na przykład zakup posiadłości w Knightsbridge. Wartości tak niematerialne jak egzotyczne instrumenty finansowe z rajów podatkowych, dla organów ścigania są trudne do ustalenia lub zajęcia.

W rzeczywistości środki, które rozpływają się na rynkach kapitałowych, mogą stać się wręcz niemożliwe do wyśledzenia bez pomocy eksperta z branży. Produkty i usługi oferowane na rynkach kapitałowych są różnorodne, liczne i często bardzo złożone. Są również ciągle tworzone od nowa, w odpowiedzi na zapotrzebowanie inwestorów, warunki rynkowe i postęp technologiczny. Rynki kapitałowe oferują przestępcom dodatkową anonimowość przy transakcjach transgranicznych realizowanych natychmiastowo, elektronicznie i/lub o ogromnych wolumenach.

W nawiązaniu do krajowej oceny ryzyka z 2017 roku, rynki kapitałowe mają relatywnie słabe mechanizmy kontrolne oraz niski poziom raportowania o transakcjach podejrzanych. Jednym z powodów tego stanu rzeczy, jak wskazuje FATF, jest brak świadomości AML-owej wśród specjalistów rynku kapitałowego, w połączeniu z ograniczoną liczbą „wskaźników i studiów przypadków dotyczących papierów wartościowych”. Te obiegowe przykłady są zwykle związane z innymi formami przestępstw finansowych, a zatem są mało szczegółowe. Te z kolei mogą być typologiami prania pieniędzy, z którymi konkretna instytucja raczej się nie spotka (na przykład niewłaściwe wykorzystanie niezarejestrowanych papierów wartościowych w Wielkiej Brytanii, gdzie akcje na okaziciela nie są już legalne).

„Luka w percepcji” skali i charakteru prania pieniędzy na rynkach kapitałowych nie pomaga. FCA ma nadzieję uzupełnić tę lukę, bowiem nie jest przypadkiem, że zrozumienie prania pieniędzy na rynkach kapitałowych zostało dodane do priorytetów operacyjnych brytyjskiej wspólnej grupy zadaniowej ds. prania pieniędzy. Jednak pewne cechy rynków kapitałowych utrudniają stosowanie takich procedur jak AML, zwykle wykorzystywanych w bankach, które są przede wszystkim istotne w przypadku wprowadzania środków do systemu finansowego — momentu, w którym przestępcy są najbardziej narażeni na wykrycie. W większości przypadków na rachunkach papierów wartościowych znajdują się środki pochodzące od innych instytucji finansowych. Jako takie, są uzależnione od środków bezpieczeństwa finansowego stosowanego przez daną instytucję finansową.

.

Również nieczęsto zdarza się, żeby uczestnicy rynku kapitałowego mieli wgląd do transakcji dotyczącej papierów wartościowych, niezbędnych do wykrycia sygnałów ostrzegawczych związanych z wprowadzaniem środków pochodzących z przestępstw do systemu finansowego i ich legitymizacją. Takie transakcje zwykle obejmują kilku pośredników, pełniących różne role, w sektorze obejmującym szeroki wachlarz firm, produktów, usług, typów inwestorów, platform transakcyjnych i metod płatności. Ogólnie rzecz biorąc, niezależnie od międzynarodowego charakteru tej branży, nie ma wspólnych definicji, nie mówiąc już o normach regulacyjnych, dotyczących papierów wartościowych lub rynków kapitałowych, co nieuchronnie komplikuje transgraniczną współpracę między organami regulacyjnymi i instytucjami.

Biorąc pod uwagę te kwestie, trudno się dziwić, że FCA chce wspierać brytyjskie firmy działające na rynku kapitałowym, które teraz muszą martwić się praniem pieniędzy, a nie innymi, przeważającymi, przestępstwami finansowymi na rynku kapitałowym. FCA spodziewa się opublikować wyniki swoich inspekcji diagnozujących pranie pieniędzy na rynkach kapitałowych w czerwcu 2019 roku. W międzyczasie zaktualizowany przewodnik FCA dotyczący przestępczości finansowej, rekomenduje technologię jako sposób na usprawnienie ich działalności w obszarach AML i zapewnienia o reasekuracji w związku z wszczęciem śledztw dot. potencjalnych kryminalnych naruszeń pod reżimem nowych przepisów dotyczących prania pieniędzy. W dłuższej perspektywie okaże się, jakie rozwiązania problemu prania pieniędzy na brytyjskich rynkach kapitałowych zostaną zaproponowane. Uznając, że pranie pieniędzy jest znaczącą problemem, Wielka Brytania może nie pozwolić sobie na pozostawienie tej sprawy bez nadzoru.

Komentarz Redakcji

Przy tej okazji dla naszych czytelników podjęliśmy wysiłek intelektualny aby zobaczyć jak mają się sprawy w Polsce. Wnioski dedykujemy również licznym służbom w tym specjalnym i “niespecjalnym”, bowiem naszym zdaniem jest ciekawie. Temat jest złożony i dlatego dla zobrazowania sytuacji posłużyliśmy się konkretnym przykładem.

Polski rynek kapitałowy jest znacznie mniejszy od brytyjskiego – zarówno jeśli chodzi o obrót na warszawskiej GPW, rynek regulowany, czy obrót pozagiełdowy, jak i jego złożoność. W Polsce, działalność instytucji funkcjonujących na rynku kapitałowym (m.in. firm inwestycyjnych, towarzystw funduszy inwestycyjnych i domów maklerskich, a także podmiotów infrastruktury rynku kapitałowego), nadzoruje Komisja Nadzoru Finansowego.

W ramach nadzoru, od lat podmioty takie poddawane są corocznemu procesowi BION, którego celem jest identyfikacja zagrożeń dla stabilności danego podmiotu poprzez określenie poziomu i charakteru ryzyk, na jakie narażony jest dany podmiot, ocenę jakości procesów zarządczych (w tym systemu zarządzania ryzykiem), ocenę adekwatności kapitałowej, oraz ocenę modelu biznesowego. Procesowi BION poddawane są również podmioty z sektora bankowego. KNF publikuje metodyki BION dla poszczególnych sektorów, wskazując, że problem prania pieniędzy jest adresowany—i jako jedyny blok jest adresowany tylko w trybie inspekcji. W całym 2017 roku, KNF przeprowadziła czynności kontrolne tylko w 3 domach (biurach) maklerskich i 3 TFI. Jednocześnie wskazano, że prawie wszystkie kontrole (niezależnie od sektora) ujawniły nieprawidłowości i uchybienia.

Kontrole KNF w podmiotach funkcjonujących na rynku kapitałowym odbywają się często. Rzadko jednak dotyczą problemu prania pieniędzy. Zdarza się, że KNF identyfikuje podejrzaną aktywność na rynku akcji,  stwierdza nieprawidłowości w funkcjonowaniu instytucji bądź identyfikuje podmioty działające bez wymaganych zezwoleń, i w ślad za tym składa zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa („czarna lista” KNF jest na bieżąco aktualizowana).

Zdarza się też, że nie pociąga to za sobą refleksję organu nadzoru oraz organów ścigania, że czyny takie mogą przynosić korzyści konkretnemu podmiotowi, a korzyści pochodzące z tego rodzaju przestępstw nie są wolne od problemu prania pieniędzy. Można przypuszczać, że naświetlona przez Brytyjczyków “luka w percepcji zjawiska prania pieniędzy” na rynkach kapitałowych, dotyczy również polskich organów nadzoru.

Kolejną instytucją, która mogłaby zająć się problemem prania pieniędzy na polskim rynku kapitałowym, jest Generalny Inspektor Informacji Finansowej (GIIF). Podmioty takie jak domy maklerskie oraz fundusze inwestycyjne są instytucjami obowiązanymi. Podlegają tym samym przepisom związanym z przeciwdziałaniem praniu pieniędzy, co m.in. banki. Dotyczą ich więc procedury związane z identyfikacją klienta, stosowaniem środków bezpieczeństwa finansowego, monitorowaniem transakcji, raportowaniem transakcji ponadprogowych i podejrzanych. Jednak podmioty takie jak domy maklerskie, stanowią marginalne źródło w transakcjach podejrzanych. Trudno natomiast domniemywać, że polskiego rynku kapitałowego problem prania pieniędzy nie dotyczy. Jednak KNF oraz organy ścigania, myśląc o przestępczości na rynku kapitałowym zauważają przede wszystkim insider trading, piramidy finansowe, podmioty działające bez zezwolenia (głównie na tzw. rynku forex) oraz problemy związane z papierami dłużnymi. Problem prania pieniędzy za pośrednictwem warszawskiej GPW oraz poza rynkiem regulowanym w Polsce, pozostaje niezaadresowany przez kompetentne instytucje.

W marcu 2012 roku, na spółkę T.S.A. z Warszawy, prowadzącą działalność maklerską od 2005 roku, nałożona została kara pieniężna w wysokości 625 tys. zł, co stanowiło niewiele ponad 1,15% dochodu spółki po opodatkowaniu z lat 2009 i 2010, podczas gdy maksymalny wymiar kary wynosił wówczas 750 tys. zł, za niedopełnienie obowiązku rejestracji transakcji. Naruszenia dotyczyły okresu jednego roku (od kwietnia 2010 roku do kwietnia 2011 roku), i miały polegać na braku rejestracji i nieprzekazywaniu do GIIF informacji o transakcjach dokonywanych w imieniu klientów instytucji obowiązanej na rynku nieregulowanym (OTC)—kontraktów opcyjnych bądź na różnicę, w których instytucja była drugą stroną transakcji.

Kontrola KNF wykazała, że instytucja finansowa nie zarejestrowała i nie przekazała informacji na temat 1849 transakcji dotyczących pozycji otwieranych i zamykanych na instrumentach CFD i opcyjnych. Jak wskazano, okoliczność, iż niedopełnienie obowiązku nastąpiło z powodu błędnego przekonania, że tego typu transakcje nie podlegają rejestracji, oraz że nie mogło narazić Skarbu Państwa na jakiekolwiek niebezpieczeństwo lub uszczerbek, pozostaje bez znaczenia. Co więcej, spółka T.S.A. wskazała, że stwierdzone naruszenia nie spowodowały żadnych negatywnych skutków, a żadna wewnętrzna transakcja nie może powodować „wyprania brudnych pieniędzy”. Ponadto, ukarany podmiot w tym samym okresie przekazał do GIIF informacje o 56.838 – z tym, że dotyczyło to każdej wpłaty i wypłaty ponadprogowej, oraz argumentował, że posiadał pełną wiedzę o każdej dokonanej transakcji.

Instytucje takie jak T.S.A., poza rachunkiem, na którym zapisywane są m.in. papiery wartościowe i instrumenty finansowe, powinny prowadzić osobny rachunek – tzw. rachunek pieniężny, na którym rejestrowane są środki pieniężne powierzone przez klienta, który służy do dokonywania rozliczeń w następstwie czynności mających za przedmiot instrumenty finansowe lub związanych z prawami wynikającymi z instrumentów finansowych. Oznacza to w uproszczeniu, że za każdą transakcją zawartą przez klienta (otwarcia lub zamknięcia pozycji), powinien znajdować się zapis również na rachunku pieniężnym klienta. Co więcej, niektóre transakcje, m.in. transakcje zawierane na rynku regulowanym giełdowym, rozliczane są poza domami maklerskimi — w Polsce obsługą tego procesu zajmuje się Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych. Ponadto, firmy takie jak T.S.A., jako instytucje zobowiązane z ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu, od lat mają obowiązek rejestracji przeprowadzenia transakcji — wykonania zlecenia lub dyspozycji klienta, czyli nie tylko wpłat i wypłat w formie gotówkowej lub bezgotówkowej, ale też przeniesienie własności lub posiadania wartości majątkowych, którymi są nie tylko środki płatnicze, ale również papiery wartościowe i instrumenty finansowe, jak w przypadku T.S.A.

Monitorowaniem przepływów pieniężnych innych niż “zwykłe” przelewy, nie przejmowały się również banki brytyjskie. W 2010 roku brytyjski regulator ukarał grupę bankową Royal Bank of Scotland rekordową wtedy karą ponad 5 milionów funtów brytyjskich za naruszanie sankcji. Wskazano, że RBS jako podmiot przetwarzający największy wolumen transakcji zagranicznych w Wielkiej Brytanii, nie monitorował transakcji zarówno przychodzących do klientów RBS, jak i wychodzących od klientów banków z grupy RBS. Wyjaśniono szczegółowo, że w przypadku transakcji transgranicznych, nie monitorowano żadnych transakcji przychodzących, transakcji wychodzących w funtach (za wyjątkiem tych wychodzących do instytucji w Stanach Zjednoczonych) ani żadnych transakcji w euro. Poza problemami związanymi z dopasowywaniem nazw (tzw. fuzzy matching), brytyjski organ nadzoru ustalił, że RBS sprawdzał pod kontem list sankcyjnym niewiele ponad 20% transakcji, które dotyczyły handlu międzynarodowego, w tym akredytyw. Według regulatora brytyjskiego, RBS nie monitorował pod kątem list sankcyjnych około 75% transakcji przychodzących i wychodzących, co spowodowało nieakceptowalne ryzyko możliwości procesowania transakcji dla osób i podmiotów objętych sankcjami, włączając w to podmioty podejrzewane o finansowanie terroryzmu.

Wracając do T.S.A.— podmiot zapewniał również, że wcześniejsza kontrola GIIF z 2007 roku, nie wykazała nieprawidłowości w tym zakresie, pomimo że sposób rejestracji transakcji był identyczny co w kwestionowanym okresie. Okazało się jednak, że kontrolerzy nie sprawdzają tego, jakie transakcje przeprowadzane są przez dany podmiot i czy powinny być rejestrowane, tylko odnoszą się do sposobu wypełniania poszczególnych pól rejestru transakcji.

Przypadek T.S.A. nie jest odosobniony. Inspekcje w zakresie przeciwdziałania prania pieniędzy w Polsce od lat wyglądają podobnie—kontrolowane są te obszary, które łatwo sprawdzić, czyli na przykład sposób uzupełniania pól w rejestrze transakcji, zamiast skupiać się na kwestiach merytorycznych. Kontrolerzy rzadko zastanawiają się, jakie transakcje nie są wprowadzane do rejestru oraz jakie informacje nie są przekazywane do GIIF. Jednak nawet w przypadku stwierdzenia nieprawidłowości w tym zakresie, trudno było poprawić jakość danych wprowadzanych do rejestru i przekazywanych do GIIF, ponieważ KNF przez lata stała na stanowisku—na przykład w kwestii transakcji przychodzących z zagranicy—że instytucje obowiązane nie miały obowiązku rejestracji transakcji przychodzących z zagranicy, a nawet jeśli je rejestrowały, nie musiały wykazywać rachunków bankowych biorących udział w transakcji. Co więcej, również problem dostosowania polskich instytucji procesujących transakcje międzynarodowe do polityki sankcyjnej Unii Europejskiej oraz ONZ, nadal pozostaje niezaadresowany.

Przekazywanie do GIIF istotnych danych o transakcjach, które były niepełne, wprowadzające w błąd lub po prostu nieprawdziwe, nie było sankcjonowane przez lata. Inne, poważne naruszenia w obszarach rejestracji transakcji i ich monitorowania, dotyczące największych banków w Polsce, sankcjonowane były rzadko. Być może właśnie dzięki temu z taką łatwością w Polsce można było prać pieniądze pochodzące z przestępstw i transferować je do Chin, nie narażając się przez lata na żadne negatywne konsekwencje prawne.

W kolejnym artykule opiszemy ten proceder i jego skutki, na przykładzie prania pieniędzy pochodzących z przestępstw popełnianych w Polsce oraz poza jej granicami, gdzie korzyści pochodzące z przestępstw transferowane były między innymi do Chin za pośrednictwem dużych i bardzo dużych banków w Polsce—to jest sytuacji, na którą administracja amerykańska otwarcie wskazywała już wiele lat temu, a który w Polsce nadal pozostaje nie do końca rozwiązany.

Źródło: RUSI/własne

Fot. Pixabay

13-14 lutego w Warszawie odbędzie się konferencja poświęcona budowie bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie – poinformował w telewizji Fox News Mike Pompeo, szef amerykańskiej dyplomacji. Dopiero po tej wypowiedzi informację potwierdziły oficjalnie: Departament Stanu i MSZ. Polska ma być współgospodarzem imprezy (wraz z USA), w której udział ma wziąć kilkudziesięciu ministrów spraw zagranicznych.

Do pomysłu natychmiast odniósł się irański MSZ, który traktuje tę inicjatywę jako wrogą.

Co ciekawe, moment ogłoszenia informacji o zwołaniu konferencji zbiegł się w czasie z atakami izraelskiego lotnictwa, którego celem były irańskie magazyny broni zlokalizowane w Syrii. Przy czym Izraelczycy nie wykluczają przejścia do kolejnej fazy polegającej także na niszczeniu irańskich transportów wojskowych kierowanych do Syrii. Wzrost napięcia jest zatem bardzo wyczuwalny.

Jest za wcześnie, aby przesądzać kto finalnie pojawi się w Warszawie, ale szczególnie interesująca będzie reprezentacja państw zachodniej Europy. Wydaje się bowiem, że pomysł konferencji ma dwa zasadnicze cele:

Po pierwsze chodzi o wywarcie presji (za pośrednictwem Polski) na pozostałe państwa Unii Europejskiej, w celu uzyskania bardziej zdecydowanego stanowiska wobec Iranu. Należy przy tym pamiętać, że Unia Europejska nieprzychylnie odniosła się do nieprzedłużenia przez Amerykanów umowy atomowej oraz objęcia Iranu kolejnymi sankcjami. Wynika to nie tylko z prostego rachunku ekonomicznego. Bruksela wielokrotnie podkreślała, że dodatkowe zaostrzanie relacji nie służy wielostronnemu dialogowi. Tym bardziej, że Europa zaczęła dostrzegać duży potencjał w możliwości rozwijania relacji, wychodząc z założenia, że lepiej jest wciągać Iran do współpracy niż izolować go, prowokując tym samym do agresywnych zachowań.

Waszyngton taką postawą jest zdecydowanie zawiedziony i szuka możliwości „zdyscyplinowania” europejskiego partnera. Krnąbrność lub inaczej, niezależność dyplomacji francuskiej i niemieckiej skomplikowała nieco amerykańskie plany. Nie udało się bowiem wywrzeć na Teheran zadowalającej presji.

Po drugie Amerykanom udało się znaleźć sprawdzonego Sojusznika w Europie, który nie tylko chętnie przejmuje wszystkie inicjatywy Waszyngtonu, ale na dodatek niewiele w zamian oczekuje, co dla obecnej administracji wydaje się kluczowym elementem, często uwypuklanym przez Prezydenta Trumpa. Wszystkie zobowiązania amerykańskie wobec Polski, w sferze obrony – takie jak Fort Trump czy tarcza Antyrakietowa mają się bowiem ziścić, ale na twardych warunkach ekonomicznych. Mówiąc wprost, mamy za nie zapłacić sami.

Zasadnicze pytanie brzmi – co może na tej inicjatywie zyskać (lub stracić) Polska. Nasze interesy polityczne na Bliskim Wschodzie są dzisiaj żadne. Ekonomiczne dotyczą raczej prywatnych firm. Potencjalne interesy w sferze energetycznej zostały szybko wstrzymane (jak choćby import irańskiej ropy). Trzeba przy tym podkreślić, że Polska dyplomacja nie potrafiła dotychczas wykorzystać faktu naszego zaangażowania choćby w Iraku. Mocarstwowe plany okazały się w dużej mierze mrzonką. Nie byliśmy w stanie utargować w zasadzie żadnego ważnego kontraktu w regionie Bliskiego Wschodu.

Po stronie ryzyk możemy na pewno ująć kolejne źródła napięć – nie tylko z Iranem, ale przede wszystkim rozdźwięk z partnerami unijnymi.

Pozostaje wierzyć, że polska dyplomacja ma jakichś super plan związany z uzyskaniem długofalowych, wymiernych korzyściami dla Polski. Jeżeli tak jest, to naturalnym wydaje się omówienie go w szerszym gronie (np. poprzez dyskusję w ramach Rady Bezpieczeństwa Narodowego) po to, by wokół tego typu celów budować konsensus polityczny. Jednak w dzisiejszych warunkach wydaje się to bardzo trudne. Natomiast to, co powinno poważnie niepokoić, to zerojedynkowość polskiej polityki zagranicznej.

Fot. Pixabay

Warszawskie "deale" Hezbollahu. Jak libańscy terroryści handlowali bronią w polskiej stolicy?

Hezbollah stał się jedną z najpotężniejszych organizacji handlujących kokainą. Amerykańska agencja ds. walki z narkotykami (DEA) zebrała w tej sprawie potężny materiał dowodowy. Niestety, na drodze stanęły „wyższe cele” i potrzeba deeskalacji relacji z Iranem – głównym sponsorem Hezbollahu. Dziś ponownie przyglądamy się sprawie. Przedstawiamy tylko pewien jej wycinek, aby lepiej zobrazować sytuację. Szczególnie, że Hezbollah, krok po kroku, konsekwentnie umacnia swoją pozycję już nie tylko w południowym Libanie, ale także w Ameryce Południowej czy Afryce Zachodniej.

Tylko w ciągu ostatnich dwóch dekad zdolności finansowe ugrupowania przekroczyły znacznie wyobrażenia zachodnich służb. Rozmawiamy o depozytach, których wartość przekracza w samym tylko Libanie 16 mld $. Hezbollah stał się dziś na tyle potężny, że w zasadzie nie potrzebuje wsparcia finansowego ze strony Teheranu. Bojownicy dysponują nowoczesnym uzbrojeniem, co widać choćby w Syrii. Nasi rozmówcy podkreślają, że jest tylko kwestią czasu jest kiedy Liban, oficjalnie zostanie „przejęty” przez organizację. A wszystko to nie byłoby możliwe, gdyby nie reset w relacjach USA – Iran, poprzedzający zawarcie umowy jądrowej z lipca 2015 roku. Hezbollah bardzo dobrze wykorzystał dany mu czas. Utkał i utrwalił globalną sieć, która skrępowała wszystkich – polityków światowego formatu, służby specjalne, kartele narkotykowe i rządy mniejszych państw. Hezbollah nie tylko stał się największym odbiorcą kolumbijskiej kokainy, ale skutecznie niszczy – znienawidzone USA – dostarczając towar najwyższej jakości do amerykańskich miast.

Ali Taan Fyad – ukraiński łącznik w Warszawie

Wiosna 2014 roku. Do praskiego hotelu Sheraton wkraczają uzbrojeni po zęby antyterroryści. Ich celem jest Ali Taan Fayad, Libańczyk, posługujący się także ukraińskim paszportem. Czesi dokonują realizacji na wyraźną prośbę strony amerykańskiej, która wskazuje jego powiązania m.in. z międzynarodowym handlem bronią. Amerykanie uważają figuranta za istotne ogniowo w operacjach biznesowych Hezbollahu i handlu narkotykami. Ta historia to gotowy scenariusz filmu sensacyjnego.

Fayad został zatrzymany w trakcie negocjacji jakie prowadził z przedstawicielami kolumbijskiej partyzantki FARC. W rzeczywistości, w rolę Kolumbijczyków wcielili się agenci amerykańskiej DEA (agencji do walki z narkotykami). Tym razem chodziło jedynie o dostarczenie broni, ale wcześniej dochodziło także do transakcji barterowych – broń za narkotyki. Tłumaczy to obecność w rozmowach o broni agencji DEA.

Ali Taan Fayad, znany także jako Ali Amin, to libański handlarz bronią, który może pochwalić się także ukraińskim paszportem. Podczas rozmów z FARC występował jako konsultant Ukrspecexport – ukraińskiej firmy zajmującej się handlem bronią, której właścicielem pozostaje skarb państwa. Fayad kojarzony był także z zapleczem byłego prezydenta Ukrainy – Wiktora Janukowycza. Posiadał także wizytówkę, doradcy ukraińskiego MON. Nieoficjalnie wiadomo, że na Ukrainę trafił dzięki Wiktorowi Butowi, legendarnemu rosyjskiemu handlarzowi bronią.

O co oskarżali go Amerykanie, skoro działał na rzecz i w imieniu oficjalnie działającej, państwowej, ukraińskiej firmy? Przede wszystkim o to, że pozostając w ścisłych kontaktach z kierownictwem Hezbollahu przeprowadził szereg transakcji, których beneficjentem był nie tylko rząd syryjski, ale także islamscy bojownicy – przede wszystkim działający w Iraku. Co ciekawe, w sprawie Syrii uważany był za głównego dostawcę rosyjskiej i ukraińskiej broni konwencjonalnej. To tłumaczyłoby zainteresowanie sprawą Fayada przez samego Władimira Putina, ale o tym za chwilę. To tylko część zarzutów. Amerykanie wiązali go także z innymi operacjami prowadzonymi przez Hezbollah w Afryce zachodniej oraz w Kolumbii, Meksyku i Wenezueli. Promotorem Ali Taan Fayada jest Hashem Safieddine, niezwykle wpływowy szef Rady Wykonawczej Hezbollahu, krewny szefa organizacji. Bez wiedzy i aprobaty Safieddine nie dzieje się w zasadzie nic, co dotyczy biznesowej działalności Hezbollahu.

Ali Fayad został aresztowany przez sąd w Pradze i spędził prawie dwa lata w odosobnieniu. W tym czasie wokół niego toczyła się dość zaskakująca gra. Z jednej strony Amerykanie, którym tak bardzo zależało na zatrzymaniu Libańczyka, wcale nie kwapili się ze złożeniem wniosku ekstradycyjnego, co delikatnie rzecz ujmując, zdziwiło Czechów. Z drugiej strony w lobbing na rzecz uwolnienia Fayada włączyli się aktywnie Rosjanie. Naciski w tej sprawie płynęły wprost z Kremla. Prezydent Zeman przyznał, odpowiadając na pytanie czeskich dziennikarzy, że wielokrotnie rozmawiał w tej sprawie przez telefon z prezydentem Putinem, który osobiście zainteresował się losem zatrzymanego… Czesi tymczasem lawirowali, próbując znaleźć rozsądne wyjście z sytuacji.

Mimo, iż amerykański akt oskarżenia wydawał się bardzo mocny (pojawiły się w nim także zarzuty o planowanie zabójstw przedstawicieli rządu USA oraz sił zbrojnych, udzielanie wsparcia materialnego organizacji terrorystycznej oraz próby nabycia, przenoszenia i używania pocisków przeciwlotniczych), ostatecznie USA nie były w stanie wystąpić z wnioskiem ekstradycyjnym. Dlaczego? Był to czas intensywnych, nieoficjalnych negocjacji z Iranem ws. porozumienia atomowego, które finalnie zawarte zostało w lipcu 2015 roku, a oficjalnie weszło w życie w styczniu 2016. Prezydentowi Obamie bardzo zależało na sukcesie, z czego zdawali sobie sprawę Irańczycy. W trakcie tych nieoficjalnych dyskusji jedną z kluczowych kwestii okazała się sprawa Hezbollahu. Teheran naciskał, aby Amerykanie zaprzestali działań wymierzonych wprost w Partię Boga. Chodziło zarówno o operacje specjalne jak i działania stricte wywiadowcze. CIA popierała te postulaty, tym bardziej, iż wskazywała na „skomplikowane, wielowymiarowe relacje z Hezbollah, przede wszystkim w kontekście walki z sunnickimi organizacjami terrorystycznymi”. CIA argumentowała także, że nieodpowiedzialne kroki mogą dodatkowo pokrzyżować wieloletnie operacje, prowadzone wraz z Izraelczykami.

DEA miała odmienne zdanie, starając się udowodnić jak bardzo aktywność Hezbollahu rozrosła się także na inne obszary, w tym światowy handel narkotykami. Jednak ostatecznie zwyciężyła wielka polityka.

W efekcie, kiedy w lipcu 2015 roku uzgodniono treść porozumienia atomowego USA – Iran a Fayad wciąż przebywał w czeskim areszcie, stała się rzecz zaskakująca. Otóż w Libanie porwano grupę obywateli czeskich, wśród których znajdował się m.in. oficer czeskiego wywiadu. Czesi szybko zorientowali się, że w porwanie zamieszany jest „czynnik polityczny”, tym bardziej, że porywacze nie żądali okupu. Mało tego, doskonale poinformowany w sprawie wydawał się libański wywiad. Wszystko wskazywało więc na Hezbollah. Wkrótce w sprawie pojawiły się nowe informacje. Otóż okazało się, że wśród porywaczy znajdował się także Saib Fayad, brat Ali Fayada, dobrze znany libańskim służbom, bojownik Hezbollahu. Teraz sytuacja zmieniła się diametralnie. O ile bowiem dotychczas Czesi byli jedynie biernymi wykonawcami woli Amerykanów o tyle teraz stali się stroną w sprawie. I o to chodziło Hezbollahowi. Rozpoczęto wielotygodniowe zakulisowe negocjacje, w które zaangażowane były służby kilku państw. W ich efekcie, zaledwie w tydzień po wejściu w życie porozumienia atomowego, w styczniu 2016 roku władze w Pradze zwolniły z aresztu Ali Fayada. Kilka godzin wcześniej, na wojskowym lotnisku w Pradze wylądował samolot, na pokładzie którego znajdowali się wszyscy porwani obywatele czescy.

Departament Stanu wydał oświadczenie. W ostrych słowach potępił decyzję o uwolnieniu Fayada. Jednak nieoficjalnie przyznano, że deeskalacja relacji z Iranem była ważniejsza. Tym bardziej, że CIA twierdziła, że przy okazji udało się uwolnić przynajmniej czterech amerykańskich obywateli, przetrzymywanych przez Teheran pod zarzutem szpiegostwa.

Ostatecznie Ali Taan Fayad wrócił do Bejrutu i robi dokładnie to samo, czym zajmował się wcześniej. Tyle tylko, że ograniczył na jakichś czas podróże zagraniczne. Wciąż zbroi bojowników w Syrii bronią pochodzącą przede wszystkim z Rosji.

Polski ślad

Ali Taan Fayad został wprawdzie aresztowany w Pradze, ale wcześniejsze negocjacje z udającymi kolumbijskich partyzantów z FARC agentami DEA prowadził także w Warszawie. To właśnie tu, w jednym z warszawskich hoteli, Fayad oferował możliwość załatwienia zakupu 500 rakiet Igła, rosyjskiej produkcji, 400 granatników, a także stały punkt programu czyli karabin Kałasznikow AK (nie sprecyzowano o który model chodziło) wraz z amunicją. Oferujący broń dodali, że są w stanie przygotować odpowiednie dokumenty w taki sposób, aby końcowym użytkownikiem był Ekwador, skąd FARC będzie mógł spokojnie i bezpiecznie odebrać „sprzęt”. Amerykanie rejestrowali wszystkie spotkania a ich zapis znalazł się w akcie oskarżenia Fayada.

Z dokumentów DEA wynika, że Libańczyk wraz ze współpracownikami, przebywał w Warszawie w dniach 8 i 16.10.2014. Jednak według naszych informacji odbywał spotkania nie tylko z FARC, ale także z innymi osobami. DEA nie prowadziło w Warszawie szerszej akcji, zaniechano więc obserwacji, ponieważ obawiano się, iż Fayad zorientuje się, że jest przedmiotem zainteresowania. Nie było też wiadomo czy ktoś w Polsce nie ubezpiecza jego działań. Fayad miał się tu czuć bardzo dobrze, w tym sensie, że sprawiał wrażenie osoby, która nie tylko czuje się swobodnie, ale i zna topografię miasta.

Nie ma też żadnych śladów wskazujących na to, że Amerykanie informowali ABW czy CBŚ o prowadzonych przez siebie działaniach w Warszawie. Czy polskie służby zorientowały się kim jest Ali Fayad, posługujący się w Polsce swoim ukraińskim paszportem? I z kim prowadzi rozmowy w Warszawie? Nic na to nie wskazuje przynajmniej z punktu widzenia analizy amerykańskich dokumentów – w tym aktu oskarżenia.

Jak Amerykanie trafili do Libańczyka? Przez pomagającego mu w interesach Khaleda El Merebi (obywatela Libanu i Wybrzeża Kości Słoniowej), który jednak zajmował się przede wszystkim handlem kolumbijską kokainą oraz praniem środków pochodzących z narkobiznesu. W sprawach dotyczących uzbrojenia pochodzącego ze wschodniej Europy nie czuł się w pełni kompetentny i dlatego wskazał Ali Fayada. Panowie stworzyli jednak imponującą sieć podmiotów, dzięki którym udawało się nie tylko prać pieniądze, ale także deponować je w zaprzyjaźnionych, lokalnych instytucjach finansowych. Dotyczyło to przede wszystkim Beninu oraz Gwinei Bissau i Ghany. Władz tych państw nieszczególnie interesowała nadaktywność libańskiego biznesu w regionie, czego namacalnym przykładem są liczne, luksusowe i zwykle zamknięte na głucho nieruchomości.

Cień Ducha

Przy okazji śledztwa, ale i działań operacyjnych prowadzonych przez DEA pojawiła się także niezwykle intrygująca postać o pseudonimie Duch. Amerykanie twierdzili, że Ali Fayad współpracował blisko z człowiekiem wskazanym mu przez Hashema Saffiedine – mózg biznesowych operacji zagranicznych Hezbollah. Saffiedine – prywatnie krewny przywódcy Hezbollahu a oficjalnie łącznik organizacji z Teheranem, był tak naprawdę głównym celem DEA. Mężczyzna ten dysponuje prawdopodobnie potężną wiedzą na temat kokainowej układanki, ponieważ to on podejmował wszystkie kluczowe decyzje ws. narkobiznesu.

Duch to mężczyzna, którego nie udało się dotychczas zidentyfikować. DEA nie posiada nawet jego zdjęcia, choć agencja jest przekonana, że istnieje. Wskazuje się go jako kluczowego dostawcę broni chemicznej do Syrii. Według DEA Duch to także największy na świecie odbiorca kolumbijskiej kokainy, odpowiedzialny za wprowadzanie narkotyku na rynki europejskie i amerykański. Będziemy wracać do tej postaci w kolejnych publikacjach. Opowiemy także jak wygląda współpraca Hezbollahu z meksykańskimi kartelami oraz z wenezuelskimi służbami.

Fot. Pixabay

ORP Ślązak nie pomoże na powtórkę kryzysu kerczeńskiego w pobliżu Polski

Kryzys kerczeński to dowód na to, że Rosja może blokować morskie szlaki handlowe dla celów politycznych. Polska uzależnia się od Bałtyku, a nasza marynarka nie jest w stanie zapewnić odpowiedniej osłony kluczowym projektom energetycznym zlokalizowanym w pobliżu tego akwenu, bądź na jego wodach.

Ostrzelanie przez rosyjską marynarkę ukraińskich okrętów, a w konsekwencji blokada Cieśniny Kerczeńskiej będącej wrotami do Morza Azowskiego, na nowo przypomniały Polakom o toczącej się od 2014 r. wojnie na Ukrainie. Kreml jest zdecydowany by za pomocą środków militarnych blokować szlaki handlowe i destabilizować gospodarczo swojego sąsiada. To niepokojące zjawisko, które możemy odnieść również do naszego lokalnego „podwórka”.

Kreml jest zdecydowany by za pomocą środków militarnych blokować szlaki handlowe i destabilizować gospodarczo swoich sąsiadów. Click To Tweet

Polska gospodarka w coraz większym stopniu jest zależna od dostępu do morza. Bezpieczeństwo gazowe, kluczowe dla naszego przemysłu, zapewnia nam Bałtyk. To przez jego wody dostarczany jest do Świnoujścia gaz skroplony, a po dnie tego akwenu będziemy niebawem kłaść gazociąg Baltic Pipe, który połączy nas z Danią i dalej złożami na Morzu Północnym.

Również bezpieczeństwo paliwowe jest dziś uzależnione od morza. Tankowce z dostawami ropy naftowej regularnie przybijają do Gdańska.

Nie inaczej rzecz ma się w przypadku energii. W momentach szczytowego zapotrzebowania na prąd Polska ratuje się importem świadczonym przez podmorskie kable ze Szwecji (posiadamy bezpośrednie połączenie oraz pośrednie przez Nord Balt). Władze w Warszawie planują także rozwój farm wiatrowych na Bałtyku oraz budowę elektrowni atomowej u jego wybrzeży.

Polskie bezpieczeństwo energetyczne jest zależne od Bałtyku. Mimo to nie inwestujemy w marynarkę wojenną. Click To Tweet

To wszystko rodzi duże wyzwania ponieważ Polska nie posiada dziś efektywnej i nowoczesnej marynarki wojennej. Krytycy porównywania sytuacji z jaką mamy do czynienia w Cieśninie Kerczeńskiej powiedzą – Rzeczpospolita jest w NATO, a Ukraina nie. Odpowiem na to: Litwa również jest członkiem Paktu Północnoatlantyckiego, a rosyjska flota mimo to blokowała na Bałtyku budowę szwedzko-litewskiego połączenia energetycznego Nord Balt, opóźniając inwestycję. A jeśli tak samo będzie z Baltic Pipe, który charakteryzuje się napiętym harmonogramem? Każdy tydzień jego niedotrzymania będzie oznaczać olbrzymie straty dla polskiego przemysłu.

Rosyjska flota blokuje dziś ukraińskie porty. Niedawno blokowała także budowę podmorskiego połączenia energetycznego na Litwę, która jest członkiem NATO. Click To Tweet

Porównanie sytuacji związanej z blokadą ukraińskich portów przez rosyjską flotę jest sensowne z jeszcze jednego powodu. Podczas jednej z organizowanych przez NATO konferencji byłem świadkiem poważnej dyskusji o zagrożeniach związanych z coraz większym znaczeniem Bałtyku dla bezpieczeństwa energetycznego Polski. Rozważano podczas niej m.in wykorzystanie organizacji ekologicznych do blokady projektów infrastrukturalnych, aranżowanie katastrof ekologicznych w pobliżu kluczowej infrastruktury odbierającej dostawy gazu i ropy, a nawet sabotaż.

Centrum bezpieczeństwa energetycznego NATO uwzględnia w swoich ćwiczeniach rosyjskie prowokacje na Bałtyku. Polska jest zagrożona. Click To Tweet

Można by jeszcze wiele na ten temat powiedzieć. Zagrożenia analogiczne do wyżej wymienionych są regularnymi elementami ćwiczeń Centrum Bezpieczeństwa Energetycznego NATO, a skoro tak to kluczowe spółki i polscy oficjele zdają sobie sprawę z ryzyk. Dziś, w wyniku napięcia na Morzu Azowskim, są one jeszcze bardziej realne. Pytaniem otwartym jest jednak to czy zadziałają otrzeźwiająco na rząd?

Największa motorówka świata, jak ochrzczono patrolowiec Ślązak, który miał być pierwotnie nieźle uzbrojoną korwetą, nie pomoże nam jeśli w pobliżu polskiego wybrzeża dojdzie do powtórki kryzysu kerczeńskiego.

Największa motorówka świata, ORP Ślązak, nie ochroni Polski przed kryzysem kerczeńskim u jej granic. Click To Tweet

Fot. Wikipedia

Niepokojące kontakty posła RP z politycznym skrzydłem terrorystycznego Hezbollahu

Prezydent Syrii, Baszar al-Assad, spotkał się 1 listopada br. z polską delegacją dyplomatyczną w Damaszku. Jej szefem był poseł Kukiz15, Paweł Skutecki. Głównym celem wizyty parlamentarzystów w Syrii miało być według ich oficjalnego stanowiska uzyskanie bliższych informacji dotyczących aktualnej sytuacji w tym kraju.

Informacja o przybyciu delegacji z Polski została nagłośniona przez prorządowe, syryjskie media. Niby niewiele znacząca inicjatywa a jednak idealnie wpisująca się w antyamerykańską kampanię służącą interesom Władimira Putina. Dlaczego?

Wizyta polskich posłów w Damaszku została wykorzystana propagandowo przez reżim syryjski. Click To Tweet

Baszar al-Assad jest postrzegany przez społeczność międzynarodową jako zbrodniarz wojenny, a nie jak to próbują przedstawić członkowie polskiej delegacji – lider walki z terroryzmem.

Warto nadmienić, że poseł Skutecki stojący na czele delegacji, która odwiedziła Damaszek chwali się w mediach społecznościowych także spotkaniem z Mohammadem Raadem. To członek władz szyickiego Hezbollah, od którego polscy parlamentarzyści przyjęli pamiątkowy medal podczas wizyty na Bliskim Wschodzie.

Kontakty polskich posłów z politycznym skrzydłem terrorystycznego Hezbollahu należy uznać za niepokojące. Click To Tweet

Niestety, wtedy Skuteckiemu et consortes również nie przeszkadzało, że militarna odnoga Hezbollahu jest uznawana przez m.in.: USA, Francję, Izrael, Kanadę i Wielką Brytanię za organizację terrorystyczną. Ugrupowaniu przypisuje się szereg porwań, zamachów terrorystycznych, w tym np. na autobus w bułgarskim Burgas w 2012 roku czy na ambasadę USA w Bejrucie, w którym zginęło 49 osób. Hezbollah obwinia się także o atak na koszary Korpusu Amerykańskiej Piechoty Morskiej. Zginęło wówczas 240 żołnierzy marines. Organizacja przeprowadziła ponadto ataki na francuskich spadochroniarzy w Bejrucie (60 zabitych) oraz dowództwo armii izraelskiej w Tyrze (50 ofiar). Hezbollah jest dziś popierany przez szyicki Iran, który wspiera organizację finansowo. Funkcjonuje one jednak nie tylko z irańskich datków, ale także czerpie pokaźne zyski z działalności przestępczej, w tym stręczycielstwa, handlu bronią oraz narkotykami o czym wkrótce popełnię większy tekst.

Wracając jednak do wizyty polskiej delegacji w Syrii, sprawa ma szczególny kontekst. Otóż utworzenie Parlamentarnego Zespołu na rzecz współpracy polsko – syryjskiej miało miejsce 24 października 2018 roku (sic!), a do wizyty w Damaszku doszło już tydzień później. Jest więcej niż prawdopodobne, że zorganizowanie wizyty – zaledwie w ciągu tygodnia, zakładającej spotkanie z przywódcą Syrii, było po prostu niemożliwe. Dodajmy, że wizyta nie mogłaby się odbyć bez wsparcia strony syryjskiej z zaangażowaniem tamtejszej służby włącznie. Konkluzja: naszym zdaniem plan wyjazdu do Syrii i wszelkie związane z tym przygotowania musiały wydarzyć się wcześniej, zanim powstał zespół. No dobrze, po co zatem powstał i jaką rolę ma odegrać? Sam Paweł Skutecki miał „wyrażać nadzieję”, że polskie firmy będą brały udział w odbudowie Syrii. Czy zatem dobrze odczytujemy intencje tej wypowiedzi? Zespół ma być szczególnym rodzajem platformy biznesowej?

Utworzenie Parlamentarnego Zespołu na rzecz współpracy polsko – syryjskiej miało miejsce zaledwie tydzień przed wizytą posłów RP w Damaszku. Click To Tweet

Dla porządku dodajmy, że w jego skład wchodzą jeszcze dwaj inni posłowie niezależni: Piotr Liroy-Marzec oraz Robert Winnicki – jeden z liderów Ruchu Narodowego. To trzyosobowe gremium nie zdążyło odbyć jeszcze żadnego posiedzenia, ale już spotkało się z prezydentem Syrii. Ciekawe prawda?

A jaki interes w spotkaniach z polskimi posłami ma sam Baszar al-Assada? Reżimowi w Damaszku zależy na wizytach środowisk opiniotwórczych, którym można nadać, propagandowo – możliwie jak najwyższą rangę, np. poprzez udział w delegacjach członków rządu lub zespołów parlamentarnych. Takie delegacje będą zawsze pożądane i wspierane przez rząd syryjski. Koszty po stronie Syrii są stosunkowo niewielkie, a korzyści wizerunkowe spore, szczególnie jeżeli gośćmi są Europejczycy.

Czy takie działania są koordynowane z polityką naszego państwa? Podajemy to w wątpliwość. Ponownie, jako pierwszy, wizytę nagłośnił syryjski reżim, więc w zakresie wykorzystania potencjału propagandowego mamy kalkę sytuacji sprzed kilku tygodni (wizyta złożona przez wiceszefa polskiego MSZ Andrzeja Papierza i Szefa AW Piotra Krawczyka). Więcej pisaliśmy tutaj.

Po drugie – na uwagę zasługuje pewna ciekawa koincydencja: informacje dotyczące wizyty ukazały się w mediach syryjskich niemal natychmiast po wywiadzie udzielonym w Polsce przez Panią Ambasador Georgette Mosbacher, w którym zapowiada ona swoje osobiste zaangażowanie w sprawę dla Polaków mającą duże znaczenie w wymiarze ambicjonalnym – kwestię zniesienia wiz do USA. W tym miejscu należy oddać jej szczególne wyrazy szacunku za to, że nie ograniczyła się jedynie do przypomnienia warunków arytmetycznych zniesienia wiz dla poszczególnych państw, obowiązujących w amerykańskiej administracji. To, w jaki sposób pani Mosbacher odniosła się do problemu świadczy o jej wrażliwości, inteligencji i o tym, że bierze ona pod uwagę nastawienie społeczeństwa kraju, w którym pełni swoją misję.

Czy zatem informacja o wizycie oficjalnej, polskiej delegacji u Baszara al-Assada mogła zostać ogłoszona w gorszym dla Polski momencie? Możemy się założyć, że nie. Nie zmieni to być może nastawienia do sprawy Pani Ambasador, ale dostarczy kontrargumentów jej adwersarzom.

Wizyta polskich posłów w Syrii może pogorszyć relacje na linii Warszawa-Waszyngton. Click To Tweet

Wreszcie kwestia ostatnia, ale równie intrygująca. O ile obecność w zespole posła Liroya – Marca (kiedyś Kukiz 15’) można traktować w kategoriach czysto koleżeńskich (znają się z posłem Skuteckim z działalności w sejmowej Komisji Zdrowia) o tyle zastanawiająca jest obecność posła Winnickiego – szefa Ruchu Narodowego. Aktywność środowisk narodowych wpisuje się w pewnym zakresie od dłuższego już czasu – nie tylko zresztą w Polsce, ale i w Europie, w politykę realizowaną przez Kreml (między innymi poprzez działania zmierzające do dezintegracji zachodu m.in. poprzez wzrost nastrojów nacjonalistycznych i ksenofobicznych czy negatywny stosunek do Unii Europejskiej). Warto wskazać tu na francuski casus  Marine Le Pen i jej relacji z Władimirem Putinem. To oczywiście materiał na oddzielny tekst, ale warto przy tej okazji zwrócić uwagę na prace zespołu, także w kontekście potencjalnych źródeł finansowania ich działalności politycznej. Szczególnie, jeżeli w grę wchodzą relacje z przedstawicielami obcych służb, co w przypadku organizacji wizyty w Syrii musiało mieć miejsce.

Fot. Pixabay

Prezydent Syrii przyjął delegację polskich parlamentarzystów

Prezydent Syrii Baszar al-Assad spotkał się w czwartek z polską delegacją dyplomatyczną w Damaszku. Szefem delegacji był  Pavel Skutitsky (zapis jak w oryginale, dziennikarze na Twitterze podają nazwiska posła Pawła Skuteckiego). Polscy parlamentarzyści stwierdzili, iż głównym celem ich wizyty w Syrii było uzyskanie bliższych informacji dotyczących aktualnej sytuacji w tym kraju.

Prezydent Syrii Baszar al-Assad spotkał się w czwartek z polską delegacją dyplomatyczną w Damaszku. Szefem delegacji był  Pavel Skutitsky (zapis jak w oryginale, dziennikarze na Twitterze podają nazwiska posła Pawła Skuteckiego). Polscy parlamentarzyści stwierdzili, iż głównym celem ich wizyty w Syrii było uzyskanie bliższych informacji dotyczących aktualnej sytuacji w tym kraju.

Prezydent Assad stwierdził, że jednym z największych błędów popełnianych przez wiele państw europejskich jest zdystansowanie się od rzeczywistości. Powiedział, że „ dla każdego rządu czy administracji zrozumienie tego, co się dzieje jest jednym z najważniejszych kroków na drodze do budowania prawidłowej i realistycznej polityki, która pomaga w przyjmowaniu perspektywy służącej interesom ich obywateli i która przyczynia się do ich ochrony”.

Członkowie delegacji potwierdzili, że wojna z terroryzmem oraz osiągnięcia Syrii w walce z terroryzmem mogą być zaadaptowane do krajów sąsiednich, a później do Europy. Wyrazili nadzieję, że państwo syryjskie całkowicie zwalczy terroryzm i odzyska kontrolę nad całością swojego terytorium.

Prezydent Assad ciepło przyjął te sugestie, potwierdził też że Syria jest otwarta na wszelkie działania w kierunku budowania dobrych relacji między narodami.

Źródło: almasdarnews.com

Fot. Pixabay

ESET: Grupa rosyjskich hakerów pracuje nad destabilizacją polskiej gospodarki

Brytyjska służba specjalna GCHQ informowała w tym miesiącu o powiązaniach BlackEnergy oraz Sandworm z rosyjskim wywiadem wojskowym GRU. Więcej o tym pisaliśmy tutaj. Natomiast według ekspertów ESET z cyberprzestępczej grupy BlackEnergy wyrósł nowy odłam - GreyEnergy, którego celem jest szpiegowanie ukraińskich i polskich firm energetycznych.

Według oceny Antona Cherepanova z firmy antywirusowej ESET działania cyberprzestępców nie są motywowane finansowo. Ich głównym celem jest bowiem całkowita destrukcja obranych celów na Ukrainie.

ESET wykazuje też, że grupa GreyEnergy, co najmniej od 2015 roku, koncentruje się na szpiegowaniu ukraińskich i polskich firm energetycznych. 

Celem strategicznym GreyEnergy są ataki na stacje robocze kontroli przemysłowej (ICS) nadzorujące przebieg procesów produkcyjnych za pomocą oprogramowania SCADA. Wykryta aktywność hakerów świadczy o chęci zbadania zabezpieczeń i struktury sieci informatycznych należących do przedsiębiorstw sektora energetycznego.

ESET wykazuje też, że grupa GreyEnergy, co najmniej od 2015 roku, koncentruje się na szpiegowaniu ukraińskich i polskich firm energetycznych. Click To Tweet

TeleBots (znana wcześniej jako BlackEnergy) atakująca w przeszłości instytucje finansowe i przemysłowe na Ukrainie, próbowała ostatnio wykorzystać nowy rodzaj backdoora. Potwierdzono jego podobieństwo z kodem programu Industroyer, który w 2015 roku zaatakował elektrownie, wodociągi, czy rozdzielnie gazu na Ukrainie. Atak pozwolił przejąć kontrolę nad znajdującymi się w podstacjach elektrycznych przełącznikami i wyłącznikami. TeleBots była odpowiedzialna również za zeszłoroczny atak skierowany na ukraińskie firmy i instytucje, w którym cyberprzestępcy wykorzystali złośliwą aktualizację popularnego na Ukrainie programu do rozliczeń finansowych M.E.Doc w celu propagacji zagrożenia ransomware Petya/NotPetya. Efektem ataku było zaszyfrowanie ogromnej ilości komputerów na Ukrainie. Skutki ataku były odczuwalne przez ukraińskie, rosyjskie oraz polskie przedsiębiorstwa i spowodowały gigantyczne straty finansowe. 

Według ESET działania rosyjskich hakerów mogą zagrozić działaniu elektrowni, wodociągów i przesyłowi gazu w Polsce i na Ukrainie. Click To Tweet

Źródło: www.eset.pl

Fot. Pixabay

Reakcja Rosji na wysokie ceny energii w Polsce. "Damy wam prąd z naszego atomu"

Przemysł w sytuacji rosnących cen marzy o większym imporcie energii. Rząd myśli o tym pomyśle niechętnie stawiając na autarkię energetyczną. Tę różnicę zdań będą chcieli wykorzystać Rosjanie ponawiając swoje propozycje sprzed lat dotyczące eksportu prądu z obwodu kaliningradzkiego i Białorusi.

Energia tak samo jak gaz może być narzędziem nacisku politycznego. Zdaje sobie sprawę z tego Rosja, która promuje projekty zakładające eksport prądu do północno-wschodniej Polski i na Litwę. Są to obszary deficytowe w energię, które bardzo łatwo mogą uzależnić się od dostaw z planowanych przez powiązaną z Kremlem spółkę Rosatom. Chodzi o elektrownie atomowe w obwodzie kaliningradzkim (budowę na razie zamrożono) i na Białorusi (jest bliska oddania do użytku). Kupno prądu z państw autorytarnych przez Polskę mogłoby oznaczać:

  • Zmniejszenie chęci do inwestowania we własne źródła wytwórcze,
  • Ryzyko wstrzymania dostaw w momencie szczytowego zapotrzebowania na energię co wiązałoby się z ogromnymi startami gospodarczymi dla naszego kraju.

Energia tak samo jak gaz może być narzędziem nacisku politycznego. Click To Tweet

Na szczęście do tej pory polskie władze wszystkich opcji politycznych pozostawały nieugięte i nie wyrażały zgody na partycypację w rosyjskich projektach energetycznych. Warszawa nie tylko nie zgodziła się na budowę mostu energetycznego z obwodem kaliningradzkim, ale także zapowiedziała rozbiórkę niesprawnego łącznika z Białorusią. To w zasadzie zamknęło dyskusję o możliwości kupna prądu z tych obszarów.

Jednak Rosjanie traktujący swoje plany długofalowo wciąż lobbują za ich urzeczywistnieniem. Nadarza się ku temu bardzo dogodny moment. W związku z większymi kosztami pozyskiwania węgla dla krajowych elektrowni oraz coraz droższymi cenami uprawnień do emisji CO2 władze spodziewają się rekordowych cen energii w przyszłym roku. Według analiz Credit Agricole mowa o nawet 50-70% podwyżkach. Kwestia ta jest już jednym z najpoważniejszych problemów politycznych w naszym kraju w związku z maratonem wyborczym jaki czeka nas na przestrzeni kolejnych 18 miesięcy. Chodzi o nadchodzące wybory samorządowe, do Parlamentu Europejskiego, parlamentarne, a w końcu prezydenckie. Rząd zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji i przynajmniej do rozstrzygnięcia swojej przyszłości przy urnach proponuje wprowadzenie systemu dopłat dla największych firm przemysłowych i konsumentów indywidualnych. Problem strategiczny pozostaje jednak nierozwiązany – koszty funkcjonowania energetyki wytwarzającej energię rosną, a rekompensowanie wzrostu cen żywą gotówką ma swoje granice. Potrzebne są strategiczne rozwiązania, a dyskusja na temat ich określenia powoli się rozpoczyna.

Koszty funkcjonowania energetyki wytwarzającej energię rosną, a rekompensowanie wzrostu cen żywą gotówką ma swoje granice. Click To Tweet

Oczywiście zmniejszenie udziału węgla w miksie energetycznym będzie centralnym punktem tych rozważań. Jest to jednak proces długotrwały a gospodarka oczekuje wypracowania strategii, która szybko ulży największym konsumentom energii. Wśród takich postulatów pojawia się kwestia rozbudowy połączeń transgranicznych. Przemysł, szczególnie w obecnej sytuacji, marzy o większym imporcie energii. Rząd myśli o tym pomyśle niechętnie stawiając na autarkię energetyczną. Obie strony sporu mają swoje racje.

W powyższy dyskurs będą w moim przekonaniu wkraczać Rosjanie ponawiając swoje propozycje dotyczące budowy mostu energetycznego w obwodzie kaliningradzkim i sprzedaży Polsce taniej energii z tego obszaru. Analogiczne propozycje zostaną wysunięte w związku z bliskim już oddania do użytku projekcie atomowym w białoruskim Ostrowcu.

Przemysł, szczególnie w obecnej sytuacji, marzy o większym imporcie energii. Rosjanom zależy na jej eksporcie. Click To Tweet

Przeglądając krajową prasę i media elektroniczne można zauważyć już pierwsze publikacje opierające swoją argumentacje na postulatach bliskich strategii proponowanej przez Rosatom. Jedną z nich jest artykuł „Budujmy połączenia transgraniczne, to się nam wszystkim opłaci” na portalu Wysokie Napięcie. Jest kwestią czasu wykorzystanie tej i analogicznych publikacji w komunikacji rosyjskiego koncernu.

Proces ten powinien być szczególnie monitorowany przez polskie służby, które muszą stać na straży interesu ekonomicznego Rzeczpospolitej.

Fot. Pixabay


Jak informuje branżowy portal Wysokie Napięcie: polski operator sieci energetycznych, spółka PSE, rozważa budowę połączeń podmorskich łączących nasz kraj z Danią i Litwą. Ich zabezpieczenie przed działaniami hybrydowymi Rosji jest najprawdopodobniej niemożliwe.

Podczas konferencji NATO ESF w 2016 r. byłem świadkiem dość niecodziennego wydarzenia. Wśród wystąpień eksperckich definiujących zagrożenia dla infrastruktury energetycznej wybrzmiało szczególnie jedno. Przedstawiciel PSE przyznał, że polsko-szwedzki interkonektor energetyczny na Morzu Bałtyckim nie jest zabezpieczony, ponieważ spółka nie ma takich możliwości. Chodzi o kabel podmorski, który w związku z coraz trudniejszą sytuacją krajowego systemu energetycznego wielokrotnie ratował dzięki importowi energii ze Szwecji jego równowagę, a więc w zasadzie całą gospodarkę Polski. Jako, że wśród słuchaczy na sali konferencyjnej przebywali przedstawiciele ambasady rosyjskiej w Warszawie rzuciłem w ich stronę krótkie spojrzenie w momencie gdy menadżer PSE dopowiadał swoje słowa. Zgodnie z moimi przypuszczeniami Rosjanie przystąpili niezwłocznie do gorliwego sporządzania notatek. Wyglądali na dość poruszonych.

W 2016 r. przedstawiciel PSE przyznał, że polsko-szwedzki interkonektor energetyczny na Morzu Bałtyckim nie jest zabezpieczony, ponieważ spółka nie ma takich możliwości. Click To Tweet

Dziś wspomniany przedstawiciel PSE nie pracuje już w tej spółce choć dalej prowadzi działalność ekspercką związaną z sektorem bezpieczeństwa. Zmianie nie uległo natomiast podejście do zabezpieczenia (a właściwie braku zabezpieczenia) infrastruktury krytycznej. Przy czym podmorskie kable i rurociągi to najtrudniejsze wyzwanie zarówno dla pozbawionych odpowiednich środków zaradczych spółek jak i znajdującej się w kompletnym kryzysie marynarki wojennej. Tymczasem jak informuje branżowy portal Wysokie Napięcie: operator sieci energetycznych, firma PSE, rozważa budowę energetycznych interkonektorów podmorskich łączących Polskę z Danią i Litwą.

O ile w pierwszym przypadku można mieć nadzieję, że ochronę kabla wezmą na siebie Duńczycy posiadający możliwości w tym zakresie, o tyle budowa połączenia z Litwą i to wzdłuż wód terytorialnych Rosji (obwód kaliningradzki) to pomysł delikatnie mówiąc kontrowersyjny w kontekście zagrożeń hybrydowych. Kto będzie monitorować jego bezpieczeństwo? W jaki sposób władze w Warszawie bądź w Wilnie będą reagować gdy interkonektor znajdzie się w niebezpieczeństwie?

Polska chce zbudować podmorskie łączniki energetyczne do Danii i na Litwę mimo, że nie ma możliwości ich zabezpieczenia przed zagrożeniami hybrydowymi. Click To Tweet

Co gorsze trzeba tu jeszcze dodać, że podobnych dylematów będzie coraz więcej ponieważ rośnie rola Bałtyku w kontekście bezpieczeństwa energetycznego Polski. Terminal LNG w Świnoujściu, naftowy w Gdańsku, projekty: elektrowni jądrowej, farm wiatrowych – to tylko kilka przykładów przyszłych wyzwań stojących przed PSE, Gaz Systemem, Grupą PGE etc.

Oczywiście możemy zbagatelizować sytuację twierdząc, że zagrożenie hybrydowe nie jest tak oczywiste bo nasz kraj jest stabilny, a realna linia frontu ciągnie się dla Rosjan od Gruzji po Ukrainę. Jednak w takiej optyce należałoby zadać pytanie dlaczego PSE sama informowała opinię publiczną o niebezpieczeństwie w jakim znajduje się zarządzana przez spółkę infrastruktura? Narracją tą tłumaczono podpisanie umowy operatora z Centrum Bezpieczeństwa Energetycznego NATO.

Fot. Pixabay